Blog > Komentarze do wpisu

Wakacyjne wrażenia z leżaka

Do najczęstszych pytań zadawanych głównie w pozycji horyzontalnej należały: która godzina? (aby dowiedzieć się ile czasu zostało do obiadu/kolacji) i czy ktoś może mi przynieść simpsona? (obrzydliwie słodki, różowy koktail z ozdobną papugą wbitą w kawałek ananasa) :) Czas biegł sobie wolno, słońce paliło po stopach a kilogramy przybywały. Ciągle byliśmy w trakcie lub tuż przed siestą a cała reszta było mañana...
Leżakowałam głównie wśród śnieżnobiałych Irlandczyków obserwując jak z godziny na godzinę przybierali coraz bardziej intensywne odcienie różu, które pod wieczór przechodziły w szkarłatne plamy. Dreszcze mnie przechodziły jak widziałam, że jedyną formą ochrony skóry jaką stosowali był cień rzucany przez The Sun i Hello, które to namiętnie czytali. A już grozą wiało, jak zdesperowane Irlandki opalały na siłę potrójnie łuszczącą się spaloną skórę, pełną krwistych ran i osocza. Ja rozumiem, że oni z krainy deszczowców, ale żeby się oszpecać i zdrowie ryzykować dla chwilowej opalenizny?
W każdym bądź razie, w otoczeniu wszystkich szmatławców i tabloidów, czytając opływającego zimną krwią Trumana Capote czułam się jak wyrafinowana intelektualistka. Nic bardziej ambitnego nie wchodziło mi do głowy, a już szczytem mojego wysiłku intelektualnego była wygrana w remika. (W ogólnowakacyjnym turnieju zajęłam drugie miejsce. Od końca:)
W ramach doznań kulturalnych (a raczej kulinarnych :) piłam dużo lokalnego wina i jadałam kanaryjskie potrawy (no dobra, do tego dużo frytek, ale jakie oni mają frytki!) No i te słodycze: bienmesabe i mazapanes z Dulceria Nublo z Tejedy to jedno z największych odkryć tych wakacji. Po prostu marcepanowe niebo w gębie. Warto przez dwie godziny tłuc się po górskich zakrętasach, żeby dotrzeć do maleńskiej wioski, gdzie rosną migdałowce. Wyrabia się z nich wszystko- od kosmetyków po jedzenie. Nawiozłam więc do domu marcepanowe torty, migdałowe ciasteczka a do tego miodowy rum z Arucaz i miód z palmy.
W ramach kulturoznawczych wycieczek zwiedziliśmy prawie całą wyspę, prawie całą- bo musieliśmy jeszcze znaleźć czas na leżakowanie, nurkowanie, masaże no i picie Simpsonów ;) Z nowych miejsc, które odkryliśmy warto wspomnieć wąwóz Guayadeque, w którym domy wykuwane są w górskich skałach, prześliczne miasteczko Aguimes z magicznymi uliczkami pełnymi niespodzianek, w Las Palmas - Casa de Colon, gdzie zatrzymywał się Kolumb na trasie swoich morskich podbojów, i wioska windsurferów Pozo Izquierdo.
Problem z Gran Canarią polega na tym, że zdominowana jest przez przemysł turystyczny, który bazuje na słońcu i oceanie, zupełnie pomijając promocję lokalnej kultury. Obrzydliwe hotele, irlandzkie knajpy i badziewne sklepy przytłaczają niesamowitą roślinność i oryginalną architekturę wyspy. Trzeba się trochę najeździć, żeby odkryć takie skarby jak Teheda, Firgas czy Mogan. I trzeba mieć oczy szeroko otwarte, żeby zobaczyć coś więcej niż słynne wydmy Maspalomas czy Palmitos Park, który swoją drogą jest teraz zamknięty bo dotknęły go pożary wywołane przez jakiegoś szalonego strażaka. Lokalni mówią, że dostanie za to do 15 lat...





 
 
 
 
 
 
poniedziałek, 27 sierpnia 2007, latajaca_pyza
Tagi: Hiszpania

Polecane wpisy