Blog > Komentarze do wpisu

La mia dolce vita

Oj, wylałam już wiele kubłów zimnej wody na słoneczną Italię. Nie raz malowałam na tym blogu Włochy w pesymistycznych kolorach, dając upust swojemu niezadowoleniu, ale też przekorze, którą raz za razem rozjusza włoska megalomania. Dziś jednak sza! Przekorę wysłałam na upragnione wakacje w krainie życzliwości, a niezadowolenie uśmierzyłam lodami z zielonymi pistacjami z Bronte.  Nie będę się bawić we Frances Mayes i zachwycać chłopcami pędzącymi na Vespach wąskimi uliczkami średniowiecznych miasteczek, zapachami pomidorów dojrzewającymi pod słońcem Toskanii czy smakiem pizzy  z pieca opalanego drewnem. Pokażę Wam jednak kilka włoskich zjawisk, które nieustannie wywołują u mnie uśmiech. I oczywiście nie oznacza to, że pizzy, Toskanii  czy parmigiano reggiano nie uwielbiam, w gruncie rzeczy przecież wszyscy je kochamy.

Aperitivo po pracy

Moja ulubiona pora pracowicie spędzonego dnia to późne popołudnie, kiedy ktoś w biurze rzuca to może dziś aperitivo? Zawsze się piszę, uwielbiam te niewymuszone wieczory, kiedy zamawiamy drinki w barze  za rogiem i w kilka minut po wyjściu z pracy zaczynamy się relaksować.  Tradycja włoskiego aperitivo sięga XVIII wieku, kiedy w Turynie został wynaleziony vermouth. Najpierw Włosi spotykali  się na szybki kieliszeczek trawiennego likieru przed kolacją, który miał za zadanie pobudzić apetyt. Z czasem jednak wybór drinków rozszerzył się o aromatyczne wina i egzotyczne koktaile, doszły bogate przekąski (niektóre bary serwują wręcz gorące dania i desery), które teraz w zupełności zastępują sytą kolację. I tylko jedna rzecz się nie zmieniła od początku - w odróżnieniu od chociażby hiszpańskich tapas - płaci się jedynie za  sączony aperitiv.

Boh i inne wykrzykniki

Do melodii włoskiego języka już się przyzwyczaiłam, choć ciągle mam kilka ulubionych dialektów, których ni w ząb nie rozumiem.  W języku ojczystym Dantego  uwielbiam  przede wszystkim dziesiątki wstawek i wykrzykników, którymi Włosi ozdabiają swoje wypowiedzi. Oczywiście każdy język ma swoje ochy, eje i achy, ale tak wiele barwnych wstawek mają jedynie Włosi. Mam nawet kolegę, Belga, który  napisał pracę magisterską na temat wykrzyknika boh (czasami pisany jako bho oznacza po prostu wzruszenie ramion równoznaczne z krótkim nie wiem, nie mam pojęcia). Oprócz boh, strasznie lubię ueila, uè, beh, mah, ehi, ohi, uffa... Każdy wyraża coś innego, radość, niepewność, podekscytowanie, zrezygnowanie czy zniecierpliwienie, a często ma i własną wersję w lokalnym dialekcie. Język bardziej kolorowy niż włoska flaga. A tak przy okazji, porównywaliście kiedyś wykrzykniki naśladujące głosy zwierzęce w różnych językach? Czasami można pęknąć ze śmiechu.

Romantyczne napisy i kłódki na mostach

Jednym się podobają, inni uważają je za spory kicz. Ja należę do pierwszej grupy prawdopodobnie dlatego, że nie kojarzę ich z romantycznymi blockbusterami dla włoskiej młodzieży, w których są elementami obowiązkowymi. Chodzi o transparenty i napisy zawieszane zazwyczaj na wiaduktach, które zawierają miłosne wyznania w stylu Julio, jestem na zawsze twój, Federico. Czasami są naprawdę oryginalne i co ciekawe, zazwyczaj są to wyznania dla dziewczyn od chłopców. I jeżeli ja jadąc samochodem przejeżdżam pod tak ozdobionym mostem i uśmiecham się pod nosem, jakże muszą się czuć zakochane nastolatki, które rozpoznają w napisach wiadomość dla siebie. Czasami, zdaje się jednak, transparenty służą też  zdradzonym lub rozczarowanym sercom. Niedawno widziałam napis: Sei brutta! Jesteś brzydka! Popłakałam się ze śmiechu.

Z kolei zamykane na słupach kłódki i obowiązkowo wyrzucane precz kluczyki  to symbol wiecznej miłości, którą przysięgają sobie nastolatkowie. Zresztą lampa na rzymskim moście Milvio, która pojawiła się w jednym z miłosnych przebojów filmowych i na której pojawiło się najwięcej kłódek, dość szybko runęła pod naporem ciężaru. Pewnie podobnie jak wiele związków na niej uwiecznionych. Tak czy siak urocze zwyczaje.

Zapach kawy i świeżych brioche o poranku

Tutaj polecę prawdopodobnie Francis Mayes (tak mi się przynajmniej wydaje, bo jej ksiażek nie miałam okazji czytać). Codziennie rano idę do pracy ulicą, która pachnie. Zapach świeżo wyciągniętych z pieca brioche miło pobudza nozdrza jeszcze w metrze (zapraszam na stację Cadorna w Mediolanie, istny raj zapachów o poranku) aby na zewnątrz na dobre obudzić nawet największego śpiocha aromatem smolistego espresso. Mijając kolejne bary czy piekarnie z przyjemnością wdycham słodkie i orzeźwiające zapachy, czasami tak pociągające, że wstępuję po drodze do ulubionej kawiarni i kupuję jeszcze ciepłego rogalika. Kawę za to wolę zdecydowanie wąchać niż pić, co ciężko pojąć Włochom, którzy bez  caffè macchiato czy marocchino nie potrafią przeżyć połowy dnia. Nie przesiadują jednak godzinami nad kubkiem dymiącego cappuccino posypanego cynamonem. Traktują espresso jak sposób na przeżycie, aplikując je jednym haustem na stojąco i jak nowo narodzeni zaraz biegną dalej delektując się słodkim smakiem  na podniebieniu. Podoba mi się rezerwa, z jaką traktują ukochaną kawę. Pozornie nie okazują jej uczuć, ale codziennie wracają do tego samego baru, gdzie znajomy kelner podaje im to, co zawsze. Nie mogą bez niej żyć...

piątek, 27 sierpnia 2010, latajaca_pyza
Tagi: Włochy

Polecane wpisy

Komentarze
lirael
2010/08/28 08:33:04
W Bolonii, w której mieszkałam przez kilka miesięcy, kawę można było kupić nawet w sklepiku nabiałowym tuż za rogiem. :)
Kłódki są fajne. Widzieliśmy je w ubiegłym roku we Florencji.
"Uffa!" lubiłam pasjami.
-
2010/08/28 09:32:00
zastanawia mnie ta niechęć do Mayes ogólna, bo w taki wielu miejscach o niej czytam...ot, taka refleksja. Ja sama zmęczyłam się przy jej ostatniej wydanej u nas książce, nie przeczę, ale ogólnie ją lubię a raczej jej pisanie. I nie ukrywam, że zazdroszczę kobiecie, że ma taką kasę, że mogła osiąść sobie tam, gdzie chce. Ja o domu w Grecji prawdopodobnie mogę sobie tylko pomarzyć. Nie stać mnie a przekrętów nie chcę robić;)
Włoski styl życia mamy od trzech lat okazję obserwować przez sierpień, kiedy sąsiadka obok, która za mąż za Włocha wyszła przyjeżdża z nim i dziećmi na wakacje do Polski. Co prawda w tym roku mniej była niż zwykle w domu a więcej chodzili w gości, ale kolacje na tarasie zaliczone. Dla mnie chyba największym zaskoczeniem była pora kolacji. Oni siadali do niej z trzylatkami o 21.00 i nie była to sałatka caprese;) mnie żołądek wariował wtedy, bo jak dla mnie to pora na najwyżej owoce lub jogurt.
Co ciekawe, kiedyś byłam przekonana, że Włosi tak późno jadają po Portugalii, w której przybywając do knajpek na 20.00 byliśmy zawsze jednymi z pierwszych gości (turystów, bo miejscowi nadciągali jak my kończyliśmy, czyli około 22.00;). Będąc w Rzymie myślałam, że będzie tak samo i tam zdziwienie. My nadciągaliśmy na około 19.00 i już było ich sporo a kiedy kończyliśmy jedzenie sala pustoszała dawno. Hm, może jedzą w domu?
Co do tych kłódek, to mnie się chyba też to podoba;)
A co do powiedzonek, to Włoch, mąż sąsiadki nieustannie woła Mamma mia! Myślałam, że to relikt z jednej z najfajniejszych kreskówek PRL-u a tu proszę, chyba wciąż w użyciu?
-
Gość: goraca, *.33.196-77.rev.gaoland.net
2010/08/28 10:04:26
Ach, wzbudziłaś we mnie wielką nostalgię tą notką! ;) Swego (dawnego;)) czasu miałam włoskiego 'fidanzato' i przez 4 lata spędzałam w Italii (głównie na Sardynii) bardzo dużo czasu... Z narzeczonym nam się drogi rozeszły, ale od czasu do czasu zastanawiam się jakby wyglądało moje życie, gdybym wylądowała na dłużej we Włoszech (do czego się sumiennie przez rok przygotowywałam;)). Uwielbiam język, boh (oraz ten gest potrząsania dłonią mający oznaczać coś w stylu WTF ;) - jak to się nazywa?) oraz ich styl życia - chociaż z drugiej strony ciężko mi sobie wyobrazić na przykład pracę z Włochami (trochę z nimi współpracowałam później w życiu i było to dość frustrujące czasem;)) czy radzenie sobie z włoską teściową (choć podejrzewam, że jeśli chodzi o podejście do wielu spraw rejon ma duże znaczenie, Sardynia a Mediolan to być może zupełnie inna bajka).

W ogóle mam do tego kraju i języka wielki sentyment, bo to jeden z krajów euopejskich, które miałam okazję poznać trochę od podszewki i którym byłam swego czasu zafascynowana (teraz z włoskiej codzienności została mi z tego pizza, parmezan i kawa, do której Francuzi mają podobne podejście - choć kawę mają gorszą ;)). Dlatego tak lubię tutaj zaglądać i zawsze wypatruję notek o codziennym życiu w Italii - szkoda, że nie ma ich więcej! ;) (powiedziała jedna z bardziej leniwych ostatnio blogerek, hehe :P).

A kłódki doszły do Polski - przynajmniej są we Wrocławiu na moście na Ostrowie Tumskim, nie wiem, czy w innych miastach... Pozdrawiam serdecznie! :)
-
latajaca_pyza
2010/08/28 10:40:20
Lirael, ach mieszkałaś w Bolonii? Jeszcze tam nie dotarłam, ale miasto musi byc piękne! Kłódeczki we Florencji też widziałam. Ale co ciekawe, kilka dni temu przeglądałam zdjęcia znajomej Angielki z wyprawy do Wrocławia i co widzę na zdjęciach? Kłódeczki! :)) Moda zdecydowanie się rozprzestrzenia. :)



Chiara, jeżeli chodzi o Frances Mayes, nie podejmuję się oceny jej twórczości ponieważ jej książek nie czytałam. Ten post miał byc pozytywnym wpisem o Italii, ale równocześnie miał byc daleki od stereotypowych skojarzeń z Włochami, czyli tak jak piszę we wstępie, od opowiesci o zielonych pagórkach, soczystych pomidorach i pięknych kamiennych domach z okiennicami. Czyli takich, jak mniemam chociażby na podstawie filmów nakręconych na podstawie powieści Mayes, jakie sprzedaje autorka. Nie jest to krytyka, bo krytyka wymaga znajomości tematu, a raczej próba odcięcia się od pewnego standardowego modelu postrzegania Włoch. I nie była to łatwa próba, bo w tym stereotypowym postrzeganiu jest sporo prawdy. ;)

Jeżeli chodzi o pory jedzenia, to na pewno Włosi jedzą wcześniej od Hiszpanów. W domu zazwyczaj siadają do stołu o 20, ale rzeczywiście do restauracji przybywają i później. Myślę, że po części wynika to z trybu życia - pracę zaczyna się późno, stąd nie sposób nawet zdążyc na kolację wcześniej. Kiedy przeniosłam się do Włoch, nie mogłam się do tego przyzwyczaic, podobnie jak do tego, że w sobotnie wieczory wychodziło się spotkac ze znajomymi dopiero po 22. Teraz już się przestawiłam, ale kolacje zawsze staram się jesc jak najwcześniej. Dla zdrowia po prostu.

Kłódki są naprawdę fajne, ale jeszcze bardziej lubię transparenty. Tobie jak się widzą? :)

Mamma mia słyszę co jakiś czas, niekoniecznie nawet od osób starszych. Czyli żyje, choc w bogactwie przeróżnych wykrzykników na pewno się nie wyróżnia. A wiesz, gdzie mieszka sąsiadka? Możliwe, że różne wykrzyniki są popularne w różnych regionach. :)
-
latajaca_pyza
2010/08/28 10:56:55
Gorąca, pisałyśmy komentarze w tym samym czasie, dlatego odpowiadam osobno. :)
Sardynia! Wow! Gdzie dokładnie? W zeszłym roku spędzałam tam wakacje i do dziś nie rozumiem, dlaczego nie stworzyłam na ten temat żadnej notki. Ale na pewno będę tam wracac.

Nie mam pojęcia, jak nazywa się ten gest, ale oczywiście doskonale wiem, o co chodzi. :))) O gestach też chciałam napisac, bo to kapitalna sprawa, może kiedyś stworzę drugą częśc tej notki. :) Niesamowite, jak łatwo te gesty czy wykrzykniki wchodzą do własnego użycia, prawda?

Jeżeli chodzi o pracę, to akurat pracuję w firmie, która w założeniu jest bardzo międzynarodowa, szefostwo ma doświadczenia w pracy za granicą, więc przenosi zagraniczne modele do nas. Nie mogę absolutnie narzekac na ich styl pracy, ale my nie jesteśmy typowi. :))

Miałaś problemy z teściową, oj oj. Z teściowymi to ciężko chyba na całym globie, ale pewnie we Włoszech im bardziej na południe, tym ciężej. Ja rzeczywiście nie mogę narzekac. Nie jest to może teściowa marzeń, ma takietam swoje, ale żyjemy w absolutnej zgodzie, jest mi bardzo życzliwa i co sobie u niej bardzo cenię, nie wypytuje mnie ciągle o ślub. :)

A kłódki, dokładnie - właśnie napisałam o tym poniżej Lirael. To musiał byc Ostrów. :)
-
2010/08/28 11:16:02
nie mówię, że Ty krytykujesz, bo wiem, że nie masz zwyczaju krytykować czegoś, czego nie znasz. Ja się zawsze śmieję, bo ekranizacja jej książki nijak się do książki nie ma, ale to typowe. Właśnie czytam książkową wersję Temp Brennan , z serialu "Kości" (nie wiem, czy znasz, to serial kryminalny a Ty chyba w takowych nie gustujesz) i tam dopiero wyszło na jaw, co mogą zrobić z oryginału scenarzyści. A o krytyce napisałam, bo nie wiem, czemu, ale wyjątkowo o niej czytam nieprzyjemne słowa często...wzbudza na polskich forach książkowych skrajne emocje, z naciskiem na niechęć. Dlatego tak mnie to zastanowiło. Zrozumiałam, o czym miał być wpis;))
Pytasz, czy wiem, gdzie mieszka sąsiadka, tak, wiem, w Rzymie.
transparenty brzmią nieźle, ale te kłódki jakoś tak dosadniej;)
O mamma mia! ale się dzisiaj rozpisuję;))
-
latajaca_pyza
2010/08/28 11:31:08
Chiara , ha, ha, a jak ja się rozpisuję! :)) Zrozumiałam teraz, gdzie tyle krytyki Mayes. Może akurat wydała coś nowego, więc wszyscy o niej mówią? Tak, jak już ci pisałam, ja może sięgnę po tę książkę P. Green o Neapolu. To musi byc trudna sztuka napisac pozytywną książkę o tym mieście. :)
Serialu "Kości" faktycznie nie oglądałam, wiesz, jak gustuję w tych medycznych. ;)
-
lirael
2010/08/28 11:37:30
Wydaje mi się, że Mayes zaszkodziła adaptacja filmowa - w moim odczuciu przesłodzona.
Lubię FM za to, że spopularyzowała Cortonę, którą mieliśmy okazję zwiedzić w ubiegłym roku. Jest o wiele piękniejsza niż kilka tzw. "żelaznych punktów" wycieczek do Włoch.
A Bolonię bardzo polecam! :)
-
latajaca_pyza
2010/08/28 12:36:41
Lirael , adaptacje filmowe już chyba to do siebie mają, że często zmieniają charakter książek. Ileż rozczarowań już mnie spotkało w życiu. A powieści Frances Mayes na pewno warto przeczytac przed wycieczką do miejsc, które opisuje, chociażby po to aby wczuc się w ich klimat. Kiedyś spróbuję! :)
-
Gość: goraca, *.33.196-77.rev.gaoland.net
2010/08/28 14:18:25
Na Sardynii to było albo Nuoro (w centrum wyspy) albo Cagliari, gdzie A. studiował (tam spędzałam większość czasu, z dala od włoskiej wielopokoleniowej rodzinki;)), trochę też jeździliśmy, wyspa jest tak mała, że najbardziej oddalone od siebie punkty to z tego co pamiętam jakieś 2 godziny jazdy... Uwielbiałam to miejsce, właśnie zmarnowałam jakieś 2 godziny oglądając stare albumy i zdjęcia ;) Jeśli chodzi o mentalność to tam było dość hardcorowo - nie dość, że południe Włoch, to jeszcze wyspa, w dodatku odcinająca się kulturowo od reszty kraju kultywując stare tradycje (i dialekt) sardo... Nawet jedzenie było ciut inne. Choć pasta oczywiście rządziła ;)

A teściowa, która nie dopytuje się i nie wtrąca za bardzo w Twoje sprawy to skarb - tak trzymaj! ;)
-
latajaca_pyza
2010/08/29 13:02:44
Gorąca , fakt, wyspa nie jest duża, przejazd z Olbii do Cagliari , zabiera raptem 4godziny. Pisałaś kiedyś coś na blogu o starych czasach? Fajnie byłoby poczytac. Może się skusisz zrobic wpis wspominkowy? ;) Sardynia to tak szczególne miejsce, że byłby to na pewno niezwykle interesujący post!
Aha, i tak na wszelki wypadek, choc myślę, że się zrozumiałyśmy, "teściowa" to ewentualniemojaprzyszłateściowa. Ale fakt, wykazuje wyjątkowo duży takt w stosunku do naszych spraw. Pozdrawiam serdecznie! :)
-
maga-mara
2010/08/29 19:00:31
Jak słodko! Też nie wzgardziłabym aperitivo po pracy, szkoda tylko, że w Anglii i nie zwyczaj, i nie klimat. Co najwyżej można pójść na kufel tradcyjnego, lekko ciepłego piwa bez bąbli serwowanego z paczką chipsów :)

Pamiętam za to doskonale te urocze wieczory na skwerze w prowincjonalnym Asti czy wielkomiejskim Turynie, gdzie siedzieliśmy w knajpce przy aperitivo i całkiem pokaźnej ilości dodatków "na ząb". Marzenie! Teraz zresztą o jakimkolwiek alkoholu mogę tylko pomarzyć - nawet, jak mam ochotę na kieliszek wina po pracy, to pierwszy łyk drinka grzęźnie mi w gardle i pali w żołądku, więc żadna przyjemność. W perspektywie wciąż jest kilka miesięcy całkowitej absytencji, więc z tym większym sentymentem wspominam te wciąż gorące wieczory z aperitivo :)

Z włoskich, ekspresywnych wyrażeń najbardziej lubię wieloznaczne beh i mah, które w rodzinie męża zwykle kończy długie użalanie się nad losem kogoś bądź brak pomysłu na rozwiązanie jakiegoś problemu, albo też koniec jednego wątka rozmowy.

O gestach koniecznie napisz :) Mówi się, że włoska przesada w gestykulacji to stereotyp, ale przecież tyle w tym prawdy. Włosi biją na głowę nawet Hiszpanów, który w porównaniu z nimi są znacznie bardziej wstrzemięźliwi w wymachiwaniu rękami podczas rozmowy :) Przyznam szczerze, że lubię tą włoską egzaltację. :)

-
latajaca_pyza
2010/08/30 12:27:23
Maga Mara , słodko jest szczególnie kiedy zamknę oczy i udaję, że nie widzę tego, co mnie denerwuje, ale czasami tak trzeba aby nie popaść w malkontenctwo. Dlatego też stworzyłam ten wpis. :)

Najśmieszniejsze jest to, że włoskie wykrzykniki weszły mi tak w krew, że używam ich nawet mówiąc po polsku. Gesty zresztą też. I wiesz, też lubię tę, jak ja nazywasz, włoską egzaltację. Kiedyś, zanim pojawiłam się na dobre we Włoszech, ich żywiołowy, krzykliwy sposób bycia zdecydowanie się mi nie podobał. Ale wersja północnych Włochów, którzy są znacznie bardziej powściągliwi od południowych, mi odpowiada. Są bardziej opanowani, ale nie szczędzą ani gestów, ani wykrzykników. :))

Trzymam za Ciebie mocno kciuki, jeszcze trochę i będziesz mogła na nowo próbować wszystkiego! Pozdrawiam serdecznie!
-
butters77
2010/08/31 09:45:35
Właśnie zaczynam dzień pracy i dzięki zilustrowanym przez Ciebie zapachom jest mi znacznie przyjemniej :-) Ach, zjadłoby się świeżą brioche...

Co do odgłosów zwierzęcych w różnych językach - miałam kolegę, który zawsze śmiał się, że psy w Wielkiej Brytanii szczekają BARK-BARK :-) Taki zapis znalazł w podręczniku od angielskiego - zastanawialiśmy się wtedy, jak wygląda swojskie HAU np. po francusku czy hiszpańsku :-)

P.S. Wtorek jest idealnym dniem, by to Pyza wykrzyknęła po południu: "A może dziś aperitivo?"!
-
2010/08/31 14:38:45
Zapachy wloskiej ulicy ubostwiam - o czym chyba pare razy juz wspomnialam u siebie. No i Boh i Mah spodobaly mi sie niezmiernie juz na poczatku i teraz tez mowiac po polsku (i angielsku) wykrzykuje i macham raczkami jak Wlosi. Dla moich polskich znajomych to bardzo komiczny widok, ale nie umiem juz inaczej! :) Aperitivo znam troche z innej strony, bo na prowincji moze to mniej rozpowszechniony zwyczaj, natomiast jedno jest pewne - bary dla Wlochow to podstawa funkcjonowania - rano i po pranzo kawa, wieczorem aperitivo... zaryzykowalabym nawet stwierdzenie ze cala gospodarka barami tutaj stoi! No i uwielbiam te transparenty i ostatnio przy jakiejs sredniowiecznej wiezyczce na wybrzezu znalazlam ogromny napis: Principessa, sei la stella che brilla di piu' nel cielo. Juz widze jak ta Principessa chodzila dumna po calej wiosce :)
A co do Mayes, to znam takich, ktorzy realizuja tutaj w podobny sposob swoje marzenia - i sa dalekie od tego co czyta sie u Mayes, natomiast na pewno wszyscy maja te same problemy z wloskimi budowlancami! Ja czytalam jedna jej ksiazke - milo sie czyta, ale to mocno wyidealizowany obraz swiata, ktorego juz nie ma (czytalam ksiazeke wydana blisko 15 lat temu), a wloska prowincja, zwlaszcza toskanska mocno sie zmienila (dzieki Mayes wlasnie...). Natomiast pozwala sie rozmarzyc - to na pewno... No i dzieki niej polubilam Etruskow. Pozdrawiam!
-
latajaca_pyza
2010/08/31 23:16:59
Butters , pamiętam, że kiedyś w bardzo międzynarodowym gronie zaczęliśmy się wymieniac informacjami na temat zwierzęcych odgłosów w naszych językach. Dla kogoś z boku musiała to byc niezła scena - banda gdaczących, meczących i miauczących i umierających ze śmiechu ludzi to niecodzienne zjawisko. :D
PS A wiesz, że przyszła mi dziś rano ochota na aperitivo i miałam nawet rzucic hasło, ale w wirze pracy zapomniałam i po południu zostałam uprzedzona. ;))Dziś jednak nie mogłam pójśc bo eF szykował specjalną kolację: caramelle w sosie truflowym. Mniam!

Goshka , napis na wieżyczce świetny! :D Faktycznie "principesse" często się pojawiają. A spotkałaś się ze zwyczajem w barach, że cena kawy zmienia się w zależności od tego, czy pijesz ją przy barze czy przy stoliku? To zwyczaj coraz mniej praktykowany, więc sama odkryłam go dośc późno. Chyba stworzę też kiedyś listę największych włoskich dziwactw. :)
A co do Mayes, to właśnie takie wyobrażenie o jej książkach mam, ale chyba powinnam najpierw coś przeczytac, żeby się wypowiadac. Pozdrawiam serdecznie! :)
-
morven
2010/09/01 13:00:09
Twoje opisy są tak obrazowe, że smakują i pachną :-) Omal nie polizałam monitora.
-
2010/09/01 18:18:08
Numer ze zmieniajacymi sie cenami kawy w zaleznosci od miejsca spozycia znam doskonale (i w srodkowych Wloszech wcale on nie zanika!), ale poniewaz uwielbiam wpadac do baru i lykac moje ukochane decaffeinato macchiato w trzy sekundy, to nawet mi to nie przeszkadza :)
Ale rzeczywiscie Pyzo, przyznam, ze czasami mam dosc tego kraju i tubylcow - ale jak pomysle o tych niektorych "detalach" ich kultury, to mordka mi sie mocno usmiecha... Ach te Wlochy!!!!
-
latajaca_pyza
2010/09/01 22:22:56
Morven , och to smacznego! Dziekuje:))

Goshka , ciekawe, mozliwe, ze w innych czesciach kraju ten zwyczaj ciagle sie utrzymuje!
Oj, musze sobie osladzac zycie takimi detalami, bo inaczej widzialbym tylko ciemne strony. W koncu pomimo wielu wad to piekny i bogaty pod wieloma wzgledami kraj. Nie powinnam o tym zapominac. :)
-
Gość: Justyna, 146.176.63.*
2010/09/02 14:32:57
'Jestes brzydka'! - przepiekne ;)
-
chihiro2
2010/09/02 17:28:13
Twoje Wlochy przypominaja mi moj Londyn :) Serio, serio! Poza tymi wstawkami jezykowymi, bo tych jest cala masa we francuskim - ciekawe, ze ktorys narod czuje z tego powodu dume i czy ktos policzyl, czy wiecej ich jest we wloskim czy francuskim...
Ale odsuwajac kwestie jezykowe na bok, w Londynie jest nie aperitivo, ale ludzie spotykaja sie nie tylko w pubie na piwo, ale tez w barach na lampke wina czy inny drnk alkoholowy. W mniejszych miasteczkach przewazaja puby, w Londynie na krotkiej uliczce obok mnie sa chyba 4 fanastyczne bary, w ktorych serwuja doby alkohol, a w jednym, prowadzonym przez Autralijczykow, pala nawet wlasna, wysmienita kawe - jak nie przepadam za kawa, tam rozplywam sie zachwycie nad ichnia.
Ulice tu pachna, nie zawsze brioche czy kawa (choc czesto tak), ale tez karabskim kurczakiem w sosie piri piri, tajskimi daniami kokosowymi, indyjskimi potrawami, falafelem, pizza... Dlugo by wymieniac zapachy ulicy londynskiej, do tego przeciez dohodza kwiaty, liscie...
Romantycznych napisow i klodek brakuje, ale w zamian mamy sztuke uliczna, ktora z ordynarnymi bazgrolami ma niewiele wspolnego. Banksy jest juz postacia kultowa, czasem zawita do Londynu uwielbiany przeze mnie Shepard Fairey. Ostatnio widzialam rozwieszone miedzy kamienicami sznur z ogromnymi sztukami odziezy: stanikiem, majtkami, ponczochami i kalesonami. Pociesznie to wygladalo :) Plakaty i malunki na sklepach czy storach blaszanych zmieniaja wyglada ulicy - co innego widac w ciagu dnia, co innego noca, gdy sklepy sa zamykane.

A co do jedzenia - ja juz sie przyzwyczailam do poznych kolacji, glownie ze wzgledu na prace Gucia, ktory rzadko jest w domu przed osma (wlasciwie niemal nigdy). I kolacje jadamy miedzy 8 a 9, a jak mamy gosci, to deser potrafimy zaserwowac jeszcze kolo polnocy :) Figurze to nie szkodzi nadmiernie, liczy sie ogolny bilans, a nie pora posilku.
-
latajaca_pyza
2010/09/03 00:22:05
Justyna , prawda?! :))


Chihiro, Londyn ma jedną podstawową rzecz, której nie ma w Mediolanie, ani żadnym innym włoskim mieście. Multietnicznośc, nie po prostu multietniczną emigrację, ale multietnicznych mieszkańców, którzy stali się nieodłączną częścią tego miasta. I to jest coś, czego we Włoszech bardzo mi brakuje. W Mediolanie, mieście w gruncie rzeczy bardzo międzynarodowym, pełnym przybyszów z całego świata, mało jest egzotycznych restauracji, ciężko nawet o dobrą indyjską czy taiską restaurację. Pełno jedynie barów sushi i budek z kebabem. Ostatnio odkryłam perską restaurację, do której wybraliśmy się w moje urodziny - byłam wniebowzięta. Ale to nic w porównaniu z Amsterdam, który był dla mnie kulinarnym rajem. Problem w tym, że Włochów okrutnie ciężko przekonac do egzotycznych kuchni. Choc jeżeli przekonali się do japońskiej kuchni, to wszystko jest możliwe. Trzymam kciuki za ich szerokie horyzonty kulinarne.
-
Gość: goraca, *.118.206-77.rev.gaoland.net
2010/09/03 09:29:37
Pyza, o Sardynii pisałam strasznie dużo kiedy tam jeździłam - oczywiście do szuflady, bo to były czasy przedblogowe, a wysłać tego nigdzie nie miałam odwagi... Wyspa mnie fascynowała, zbierałam opowieści, legendy, no ale też zwykłe codzienne błahostki... Gdzieś u rodziców we Wrocławiu pewnie te moje bazgroły jeszcze leżą... ;)

Sardynia to dla mnie teraz jak epoka przedlodowcowa, od tego czasu miałam szczęście/ nieszczęście zaliczyć kilka potencjalnie bardziej fascynujących epizodów - ale uzewnętrznianie się na łamach bloga mnie szczerze mówiąć przeraża (nie wierzę w anonimowość w internecie, a ciągle boję się być zbyt kontrowersyjna...). Póki co ciągle piszę więc old-skulowe pamiętniki - ale może kiedyś, jak będę star(sz)a i będę już miała wszystko w d.... to je wrzucę w neta ;) Pozdrawiam serdecznie!
-
chihiro2
2010/09/03 10:35:50
Pyzo, masz absolutna racje. Mulitetnicznosc to cos, czym - moge powiedziec - oddycham. Najlepiej czuje sie w miescie, gdzie cos z innych rejonow swiata (niewazne czy kuchnia, literatura, stroj, muzyka) nie nosi etykietki "egzotyczne", a jest po prostu swojskie. Brytyjczycy, jak wiadomo, mieszkali w dziesiatkach roznych krajow i kultura tutejsza jest wlasnie tak fantastycznie wymieszana. Podrozuja nadal bardzo duzo, najlepsza lit. podroznicza jest wlasnie brytyjska, i wzruszam sie, gdy w gazetach widze np. rankingi najlepszych restauracji serwujacych, dajmy na to, curry z dynia - zamieszczane sa restauracje z calego swiata, nie tylko stad, co dobitnie pokazuja jak "well traveled" i swiatowi sa Brytyjczycy. I takich przykladow mozna by mnozyc. Na szczescie Brytyjczycy kulinarnie otwarci sa od stuleci, w koncu do Indii przyciagnely ich przyprawy i ... tak to sie zaczelo :) Wlosi maja wlasna narodowa kuchnie swietna, choc przydalaby im sie odmiana i troche obcych wplywow, nie tylko w postaci wiekszego wyboru knajpek w miastach, ale wplywow do ich narodowej kuchni, tak sadze. Do japonskiej sie przekonali, bo chyba nie zagraza ich narodowej, jest tak odmienna, ze raczej nic nie moze przeniknac do rodzimej kuchni i zagrozic ich poczciwej pascie :)
-
2010/09/03 22:19:29
w Rzymie typowym zawołaniem typu "ej" jest "aho!". Nie mogłam się do tego przyzwyczaić, bo na początku to brzmi jak ujadanie psów. A teraz dla żartów też czasem go używam. Idealną wymowę tego aho! ma Totti :) W ogóle uwielbiam dialekt rzymski, mimo że kojarzy mi się wyłącznie z "coatti" (niesamowicie to przestawił Verdone) :)
Lubię też te ich różne gesty, np. jeden taki który oznacza coś w stylu "preciso" (poziome przeciągnięcie złożoną dłonią z lewej na prawo, jakby się chciało coś podkreślić).
Mi też na co dzień zdarza narzekać na Włochy i Włochów (nieustannie zastanawia mnie jak można w jakimś urzędzie obiecać, że się coś prześle czy zadzwoni i tego nie uczynić, wkurza mnie ich hałaśliwość, megalomania, niepunktualność i lenistwo), ale są takie rzeczy, które powodują, że uwielbiam tu mieszkać. Przede wszystkim to, że sztuka jest na wyciągnięcie ręki i to w wielu wypadkach gratis - wystarczy przejść się po centrum, wejść do jednego z tysięcy kościołów czy trafić na jakiś zapomniany placyk, żeby opadła szczęka z wrażenia. Uwielbiam też zapach mocnej kawy i świeżego pieczywa, o którym piszesz. Poza tym lubię to, że nikt się na ciebie dziwnie nie patrzy, bez względu na to co na siebie włożysz czy jaki masz styl (w Polsce człowiek jest pod presją w tym względzie).
A poza tym ludzie są otwarci i jeśli ładnie wyglądasz, to po prostu jakiś sympatyczny pan z pewnością bezinteresownie i miło to zauważy.
I jeszcze pewnie mnóstwo innych rzeczy, które jeśli mi przyjdą na myśl, to może napiszę :)
-
2010/09/04 01:44:02
Chyba caly urok Wloch w tym, ze jak malo ktory kraj w Europie oferuje jednoczesnie mocno wadliwa rzeczywistosc i cala mase tych smakowitych "detali". Mam wrazenie, ze Wlosi tak skrupulatnie dbaja o te "detale", bo to dzieki nim jeszcze nie zwariowali do konca.
A co do zawolan, to owo AHO ubostwiam, a juz szczegolnie w wykonaniu sycylijskich podrostkow - w rzeczywistosci brzmi jeszcze lepiej niz na starych filmach. I chyba wlasnie to lubie tutaj najbardziej - ze czasami mozna poczuc sie troche jak w starym (nieco absurdalnym) filmie.
-
latajaca_pyza
2010/09/04 11:00:25
Gorąca, niezwykłe, blogerka, która pisze oldskulowe pamiętniki. :) Oj, może kiedyś mimo wszystko wydasz swoje wspomnienia. Coś mi się wydaje, że byłyby pasjonujące, a że kontrowersyjne - byłyby po prostu nietuzinkowe. :)


Chihiro, Włosi swojej pasty będą bronić przed obcymi wpływami do ostatka sił. :)) Wściekają się, że makarony opływające sosami w zagranicznych restauracjach nie mają prawa używać włoskich nazw, a nazwa pizza powinna być opatentowana i zakazana dla produktów pizzopodobnych. I w gruncie rzeczy dobrze, że ich tradycja kulinarna jest tak silna. Ale sami Włosi powinni być bardziej otwarci na nowe smaki, doznania i rozwiązania. Sushi to chyba głównie moda i mam nadzieję, że trend na nowe smaki będzie trwał.
A otwartość Brytyjczyków na różnorodne smaki wynika też na pewno z faktu, że sami nigdy nie mieli tak silnych i smakowitych tradycji kulinarnych. Łączy ich to pewnie z Holendrami, którzy właściwie nie mają kuchni narodowej i od zawsze posiłkowali (sic!) się zwyczajami kulinarnymi innych państw, również tych podbijanych.



Paradoxally, Aho jest świetne, a dialekt rzymski to jeden z tych, który uwielbiam i prawie ni w ząb nie rozumiem. Znam go jedynie z filmów. I jest w tym coś, że im bardziej ordynarny język, tym bardziej jest ciekawy.
W jednej kwestii nie mogę się zgodziać - że nikt na Ciebie nie patrzy, bez względu na to, co na siebie włożysz. Może w Rzymie jest zupełnie inaczej, ale Mediolan jest pod tym względem koszmarnie snobistyczny. Dlatego zawsze twierdzę, że Włosi ubierają się nudno bo zawsze tak samo. Jest kilka styli dostosowanych do wieku i tyle. Mało jest barwnych postaci, oryginalnie ubranych ludzi. Jeżeli już ktoś ubierze się inaczej, z pewnością zwraca uwagę innych.
Napisz koniecznie, jeżeli przyjdą Ci do głowy inne rzeczy. Jestem na etapie osładzania sobie włoskiego życia i bardzo potrzebuję pozytywnych przykładów. :)


Goshka, świetnie powiedziane! Tak, w tym szaleństwie jest metoda! :))
-
2010/09/04 11:55:10
przypomniało mi się coś jeszcze: włoskie lody! Nigdzie indziej na świecie nie jadłam lepszych i są nieodłącznym towarzyszem popołudniowych spacerów (a czasem nawet celowych wycieczek po nie o północy). Moje ulubione to bacio i truskawkowe, choć lubię też cytrynowe, gorzką czekoladę i kokos!
-
latajaca_pyza
2010/09/04 12:13:20
Paradoxally, dopiero we Włoszech odkryłam co to są lody pistacjowe. I jeszcze uwielbiam mango. A ostatnio odkryłam smak crema di bologna, pycha!
-
Gość: Kasia, *.icpnet.pl
2010/09/11 10:29:23
Ja nieco spóźniona, ale postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze ;)

Na wstępie tylko zaznaczę, że życie emigranckie wypróbowałam mieszkając rok w uroczej Bawarii, stąd wiem, że to nie dla mnie w ogóle. Mimo znajomości języka i prowadzenia praktycznie normalnego życia tam, nie marzyłam o niczym innym jak tylko o powrocie. Moje doświadczenia z Włochami są turystycznej natury. Nie znam języka, co tylko potęgowało moje poczucie obcości. Byłam tam na dłużej (w sensie nie 8h w Wenecji po drodze do Francji ;) )pierwszy raz tego lata i czuję się naprawdę jeszcze bardziej inna niż wcześniej się czułam, bo... nie mam wcale ochoty tam wracać. Czuję, że "zaliczyłam" wreszcie turystyczny "must have", teraz mam spokój i mogę robić, co chcę. Z niesamowitych rzeczy to oczywiście sztuka i architektura oraz zapachy ziół przynoszone z pola przez wiatr. Z tego, co się dowiedziałam z trzeciej ręki, wynika, że Włosi są ogólnie dosyć zamknięci - nie uczą się języków obcych, szkoły publiczne podobno są na bardzo kiepskim poziomie, od marca wszyscy już tylko czekają na wakacje, mało podróżują za granicę, bo rejs po Morzu Śródziemnym to ich ulubiony sposób spędzania sierpniowych wakacji (podobno w sierpniu jest też najwięcej samobójstw). A, podobno każdy Włoch prędzej czy później będzie miał kochankę, co skutkuje masowymi powrotami Polek do kraju. Prawda to? W Rzymie ceny kawy przy barze bar vs przy stoliku są jak najbardziej aktualne. I ogólnie to mam wrażenie, że turyści gwałcą ten kraj (podczas zwiedzania Watykanu miałam myśli iście apokaliptyczne i terrorystyczne). Chyba zdecydowanie bardziej wolę zimne postkomunistyczne narody, które zamierzam dalej eksplorować. Pozdrawiam :)

P.S. Ja pierwszy raz kłódki na moście (poza Wrocławiem) widziałam rok temu w Wilnie (od czasu otwarcia nowego Mostu Jordana w Poznaniu, przyczepiane są także tutaj), więc wydaje mi się, że trzeba by głębiej poszukać, czyj narodowy zwyczaj to pierwotnie był :)
-
latajaca_pyza
2010/09/11 18:29:24
Kasia, dziękuję za Twoje trzy grosze. :) Na blogu już wielokrotnie krytykowałam Włochy, pozwolę sobie teraz je bronic ze spokojnym sumieniem. :) Tym bardziej, że nasłuchałaś się strasznych, stereotypowych opowieści. Włochy mają swoje bolączki, szczególnie południe Włoch ma sporo problemów ekonomicznych i społecznych. Ale historie o zamknięciu na świat, niechęci do podróżowania, tabunach kochanek i masowych ucieczkach Polek z Włoch to jakieś okrutne banialuki. Włochy jak każdy inny duży kraj są bardzo różnorodne. Spotkasz tu zarówno palantów jak i fantastycznych ludzi, podobnie jak w Anglii, Hiszpanii czy Polsce.

Szkoda, że nie napisałaś, co Tobie się we Włoszech nie spodobało. Mam wrażenie, że zniechęciły Cię głównie opowieści innych. Warto podróżowac, poznawac ludzi, różne kultury, a przede wszystkim warto doświadczac nowych miejsc na własnej skórze. I warto strzec się stereotypów i uprzedzeń.

Pozdrawiam serdecznie i życzę pięknych podróży! :)
-
Gość: Kasia, *.icpnet.pl
2010/09/12 00:04:06
Ufff, to bardzo się cieszę, że to tylko stereotypowe bzdury...
Co mi się podobało:
- widoki (potem mi już spowszedniały ;) )
- przemiłe włoskie babcie siedzące na zydelkach przy wąskich uliczkach starego Fiuggi
- branie prysznica codziennie w wodzie termalnej
- to, że antyczne budowle przetrwały tyle czasu i co poniektóre świetnie się mają
- pomidory!!!
- cena oliwy z oliwek
- zapach (oczywiście nie w miastach, ale na prowincji)
- dziadki siedzące w ciągu dnia na ryneczku albo gdzieś
- sjesta
- okiennice
- Autostrada Słońca

I jeszcze pewnie kilka innych rzeczy, których teraz nie potrafię sobie przypomnieć. Z osobistych doświadczeń mniej troszkę pozytywnych:
- jakiś czas temu zostałam napadnięta na ulicy mojego przeuroczego miasta i od tego czasu nie znoszę, kiedy ktoś zwraca na mnie uwagę na ulicy albo mnie zaczepia (a tam to niestety się zdarzało)
- cudne jedzenie, ale podawane w takich godzinach, że na dłuższą metę byłoby to dla mnie zabójcze (jako dziecko miałam szlaban na jedzenie po 18:30, teraz podjadam coś wieczorem, ale 4-daniowa kolacja o 20 to jest zabójstwo) - do wszystkiego się można jednak przyzwyczaić
- turyści

Ogólnie uważam, że Włochy to naprawdę niesamowity kraj i świat nie mógłby istnieć bez Włochów. Ale Włosi bez świata chyba tak - tam przecież (no chyba oprócz ropy naftowej) wszystko jest! ;)
-
latajaca_pyza
2010/09/12 21:30:25
Kasia, cieszę się, że pozytywnych rzeczy jest mimo wszystko więcej. :) Turyści to na szczęście tylko w najpopularniejszych miejscach, zaczepiacze głównie na południu, a do jedzenia można się przyzwyczaic. :)
-
2010/09/17 20:12:56
To prawda, ze w Mediolanie sie placi tylko za aperitivo, ale czy nie kosztuje ono 10 EUR?? W Hiszpanii za tapas placi sie wlasciwie tylko w turystycznych miejscowosciach, a cena kieliszka wina , nawet w Madrycie, nie jest az tak zabojcza... Mialam okazje pic wysmienite wino plus tapa za 1,20 EUR, ale oczywiscie na prowincji...Mimo wszystko Wlochy to moja druga milosc, zaraz po Hiszpanii :)) Nigdy nie mialam okazji tam mieszkac, ale mysle, ze byloby fajnie...
-
latajaca_pyza
2010/09/18 09:56:02
Asiaya, jeszcze nie zdarzyło się mi pic aperitivo za 10 euro. :) Ale rzeczywiście aperitivo zazwyczaj ma te samą cenę na wszystkie drinki, jakieś 5-8 euro w zależności od miejsca. To są ceny, które w Mediolanie płacisz za samego drinka (mam na myśli koktaile) i poza godzinami aperitivo. Piwo czy wino kosztuje oczywiście mniej, dlatego w zamawiając aperitivo zawsze warto się dobrze zastanowic. :)
PS Przypadkiem mieszkasz w Hiszpanii? Pozdrawiam! :)