Blog > Komentarze do wpisu

A Baiuca

Pierwszy wieczór Nowego Roku był zaskakująco ciepły i niczym nie zwiastował mglistej kołdry, jaka miała otulić zaspaną Lizbonę już o świcie. Słabo oświetlonymi uliczkami Alfamy błąkali się nieliczni turyści i mieszkańcy, którzy zdołali już odespać sylwestrową noc. Na skwerze niedaleko Casa do Fado jakaś starsza pani dawała bezpłatny koncert, a na nielicznych ławkach przysiedli zadumani słuchacze. Ciekawe, że każdy z nich wydawał się być samotny, nie dzielił tych ulotnych chwil z drugą osobą. Tak jakby wszyscy mieli w sobie ukryty jakiś smutek, jakąś nostalgię czy stratę, jakieś saudade.

 

 

W A Baiuca pojawiliśmy się punkt o dwudziestej i śmiem twierdzić, że był to jedyny lokal w Alfamie, który tego wieczoru pękał w szwach. Właściwie trudno go nazwać restauracją, przypominał bardziej chatkę lizbońskiego rybaka. Proste ławy, sieci na ścianach, zakurzone butelki wina na półkach.  Rustykalnie, bezpretensjonalnie, tradycyjnie. 30 osób siedziało ściśnięte jak te przysłowiowe portugalskie sardynki w puszce. Po lewej miałam jakiegoś kręcącego nosem Hiszpana, z którym do końca wieczora nie zamieniłam ani słowa, a po prawej łokcie obijałam z przezabawnym Rzymianinem, który na codzień mieszka w Chinach i z którym  już po kilkunastu minutach wzajemnego sondowania się wygłupialiśmy się, jakbyśmy się znali od lat. Na przeciw mnie siedział przytłoczony żeńskimi odpowiednikami moich partnerów eF.

Po chaotycznej akcji składania prostych zamówień z nabazgranego długopisem menu za moimi plecami usadowili się dwaj gitarzyści, którzy zaczęli wprowadzać nas w nastrój wieczoru poświęconego muzyce fado. A Baiuca specjalizuje się, choć może nie jest to najlepsze określenie w tym przypadku, w  fado vadio', czyli fado włóczęgów, fado z ulicy, odmiennym od tego, które króluje w tradycyjnych, profesjonalnych wielkich domach muzyki i klubach. To fado amatorskie, w którym można usłyszeć kilka fałszywych nut, ale również wyłowić barwne, autentyczne uczucia i sieć perełek. Fado vadio' jest znacznie bardziej emocjonalne, prawdziwe niż to profesjonalne bo śpiewane z potrzeby serca, duszy, a przede wszystkim chwili.

Kiedy my smakowaliśmy podane na przystawkę aromatyczne sery, oliwki i świeży chleb, przed restauracją zaczęli zbierać się ochotnicy do koncertowania.  Zwyczajnie, wręcz skromnie ubrani, prosto z ulicy, z pracy, ze szkoły, młodzi, starsi, taksówkarze, nauczyciele, emeryci, studenci, gospodynie domowe,  najpierw mężczyźni, potem kobiety. Wchodzili pojedynczo, nie przedstawiali się,  szeptali kilka sekund z muzykami i zaczynali śpiewać. Niektórzy z nieśmiałości przymykali oczy i zamykali się w świecie swoich melodii, inni, bardziej charyzmatyczni, dowcipkowali z gośćmi między kolejnymi utworami.

Kiedy ci zupełnie niepozorni z wyglądu ludzie zaczynali śpiewać oświetleni jedynie przebijającym się przez kolorowe witraże światłem ulicznych latarni, ten malutki lokal nawiedzała magiczna atmosfera. Znikała ciasnota, milknęły sztućce, ludzie słuchali oniemiali,  a  mikroskopijna restauracja  przy rua de San Miguel po brzegi wypełniała jedynie muzyka i głosy śpiewających. Nie rozumieliśmy słów utworów, ale nie trudno było sobie wyobrazić, że wykonawcy śpiewali po prostu o sobie, swoich rozterkach, codziennym życiu. Gwiazdy podwórek, nieoszlifowane diamenty, samorodne talenty...

Zupełnie niespodziewanie podczas jednego z ostatnich utworów wykonywanych przez lokalną Amalię Rodriguez dołączył drugi głos. Wszyscy odwróciliśmy głowy w kierunku drzwi, spodziewając się, że  w ostatniej chwili wpadła jeszcze jedna muzyczna dusza spragniona koncertowania. Ale pomyliliśmy się! Przy wejściu nie było nikogo! Głos dochodził spomiędzy stolików, między którymi lawirowała kelnerka. To ona swoim potężnym jak dzwon głosem wtórowała głównej wykonawczyni. Na tym jednak niespodziankom nie było końca. Nagle usłyszeliśmy trzeci głos, jeszcze pięknieszy i szlachetniejszy od poprzednich. Podekscytowani rozglądaliśmy się po sali uświadomiając sobie, że ta melodia rodziła się w kuchni! Po chwili głos zaczął nabierać mocy i się do nas przybliżać. Naszym oczom ukazała się gwiazda wieczoru, odziana w biały fartuch i  kuchenną czapkę - kucharka. Przyznam, że z trudem przypominam sobie, co nam zaserwowała do jedzenia tej niezwykłej nocy, na pewno jednak nigdy nie zapomnę, jakie emocje wywołała swoim śpiewem.

Kolacja skończyła się tradycyjnym musem czekoladowym tuż po północy. Te cztery godziny upłynęły w niepowtarzalnej atmosferze i towarzystwie. To z pewnością jeden z najbardziej emocjonujących i oryginalnych wieczorów, jakich miałam okazję doświadczyć. Jego największą wartością była chyba prostota i bezpretensjonalność. Nawet jeżeli mimo wszystko było to turystyczne miejsce, to życzyłabym sobie więcej tak oryginalnych inicjatyw. Fantastyczny lokal, magiczna muzyka, jedzenie też, zdaje się, nie było najgorsze. Jeżeli kiedyś będziecie jeszcze w Lizbonie, zajrzyjcie do A Baiuca. Nigdy nie wiadomo, kto oprócz was zjawi się tam tego wieczoru...

 

 

 


czwartek, 03 lutego 2011, latajaca_pyza

Polecane wpisy

Komentarze
ladetre
2011/02/03 23:27:57
Jak ja kocham fado. W szczególności zaś to najprawdziwsze, to sercem śpiewane, choć może nienajdoskonalsze, bo gdzieś wkradnie się fałszywa nutka.
Jak ja kocham Lizbonę, Alfamę, jej knajpki, jej jedzenie, sery, melony, mango, pastelarie...
Jak ja Ci zazdroszczę...
-
2011/02/04 08:50:50
Zawsze chciałam pojechać do Lisbony, ale, że moi znajomi wracali raczej rozczarowani, więc odkładam i odkładam "na później". Jak czytam Twoje wrażenia, mam wielką ochotę się wybrać i sama sprawdzić. Fajnie, że istnieją takie miejsca jak ta knajpka.

Ja pamiętam jeden taki magiczny wieczór, aczkolwiek bardziej kameralny, w Hong Kongu znajomy zabrał nas do takiej malutkiej, nieoficjalnie działającej knajpki, z tego typu, gdzie możesz się dostać, tylko jak Cię ktoś ze znajomych poleci, albo znasz właścicieli. Za nic nie zdradzającymi od strony ulicy drzwiami, schody prowadzące w dół, ładna, dość elegancka sala, pięć stolików, brak menu. Knajpkę prowadzi para artystów, którzy uciekli wiele lat temu z Chengdu. Ona śpiewaczka chińskiej opery, on malarz, knajpka jest ozdobiona jego obrazami. Knajpka nie ma menu, serwują, to co ugotują, dania kuchni syczuańskiej. Ona gotuje, on serwuje, a potem jak skończą podawać jedzenie, ona wychodzi i śpiewa, ubrana w fartuszek, drobna kobietka, w trudnym do określenia wieku z głosem, który brzmi mi w uszach do dziś, ludzie przestają jeść tylko słuchają i proszą o więcej. Do tego przesympatyczna para, chodzą od stolika, do stolika, rozmawiają z gośćmi, jak on dowiaduje się, że jesteśmy z Polski, mówi o Kieślowskim i Kapuścińskim. W zasadzie w prawie każdej podróży zdarzają się takie niezapomniane momenty, ale ten wieczór był wyjątkowy.
-
malami.malami
2011/02/04 20:25:24
Byliśmy w jakiejś tłocznej knajpce fado, ale zdecydowanie nie było tak spontanicznie jak w tej co opisałaś Pyzo. Jednak co mi chodzi po głowie po Twoich wspomnieniach, to fakt, że większość miast jakie zwiedziłam widziałam jedynie latem, a zima w takich ciepłolubnych miejscach musi mieć zupełnie inny wygląd i bynajmniej nie chodzi mi tu o klimat. Poddałaś mi pomysł Pyzo, uściski :)
-
latajaca_pyza
2011/02/04 22:33:38
Ladetre, to może wyskoczysz chociażby na weekend? ;)

Mmadalena79, oj, piękny wieczór! To musiało byc przeżycie! :) Chciałabym kiedyś dostac się do takiego miejsca. Czytałam, że taka sekretna knajpa istnieje przy ulicy, gdzie pracuję, nie sposób jednak wyznac się, gdzie dokładnie.

Malami, ja ostatnio często bywam poza letnią porą: Lizbonę, Rzym, Amsterdam zwiedzałam przy pochmurnej pogodzie i miało to swój urok. Ale najpiękniejsza na świecie zimą jest Wenecja. Ściskam Cię równie mocno, tym bardziej że dopiero dziś wyczytałam wielką nowinę na Twoim blogu! :)
-
2011/02/07 09:41:08
my wiedzieliśmy przedtem, że Fado w lokalu będą śpiewać także kelnerzy. My wybraliśmy się do któregoś lokalu , ale nie Alfamy a o ile dobrze pamiętam w Bairro Alto, w każdym razie było przyjemnie. Nawet mamy fotkę z panią śpiewającą;)
-
latajaca_pyza
2011/02/07 22:19:15
Chiaro, ja przygotowałam sobie listę kilku lokali, które polecane były ze względu na swoją oryginalnośc (wszystkie w Alfamie, bo przewodniki wyraźnie podkreślały, że jak fado to tylko tam, te w Bairro Alto miały byc zbyt komercyjne), ale nie pamiętałam, który czym się charakteryzował. W czasie naszych spacerów natknęliśmy się na A baiuca, które miałam na liście i tam zarezerwowaliśmy stolik. Dopiero w czasie kolacji zaczęłam sobie przypominac, co takiego miała charakterystycznego. :)))
-
Gość: orient.hotel, 188.123.218.*
2011/02/11 22:20:38
Ja z zupełnie innej beczki. "Wyśnione miłości" na Śląsku można było zobaczyć w kinie:) dzięki za komentarze do bloga:) Pozdrawiam:)
-
latajaca_pyza
2011/02/11 22:28:11
OrientHotel, och, przyjemnośc po mojej stronie!:) Będę do Ciebie z przyjemnością zaglądac. Jeżeli chodzi o Wyśnione miłości, czytałam, że film był pokazywany na festiwalu filmowym w Warszawie, ale nie wiedziałam, że był też w kinach. Do Włoch, gdzie mieszkam, jeszcze nie dotarł. Może wyjdzie w Polsce na dvd? Pozdrawiam serdecznie!
-
ladetre
2011/02/14 16:21:22
Dobra, w sensie oryginalna knajpka z fado niekoniecznie musi być na Alfamie, a te na Bairro Alto to już sama komercja. Trzeba po prostu szukać. My ruszyliśmy z listą lokali polecanych właśnie jako unikatowe, oryginalne, i większość ludzi w tych knajpkach to byli turyści. Daliśmy sobie więc spokój z listą i szukaliśmy dalej sami. Przypadkiem weszliśmy do głośnej knajpki na Bairro Alto, w której byli sami Portugalczycy. Plus niezle fado i pyszne jedzenie. Polecam szukanie - jest najfajniejsze - taka wlasna mapa miasta.
-
latajaca_pyza
2011/02/15 00:43:05
Ladetre, to prawda, samodzielne odkrywanie pięknych miejsc jest najlepsze, ale jak się ma bardzo ograniczony czas, to jednak trzeba kierowac się jakimiś wskazówkami. Pozdrawiam! :)