|
Archiwum
Zakładki:
@
2008
2009
2010
Czytam
Fotografuję
Oglądam
Pomagam
|
piątek, 05 lutego 2010
Uwielbiam babskie wieczory: rozmowy do białego rana, niekończące się wspomnienia i zwierzenia, salwy śmiechu, butelki czerwonego wina, opróżnianie gigantycznych pojemników z lodami albo smażenie naleśników o północy. Jakiś czas temu postanowiłyśmy z koleżankami przywrócić tradycję takich spotkań. Wymyśliłyśmy sobie, żeby te długie wieczory połączyć ze wspólnym gotowaniem i oglądaniem filmów. Filmów wybranych nieprzypadkowo - planujemy przeglądy reżyserów, aktorów albo obrazów o podobnej tematyce. Pierwsza uczta odbyła się u mnie. Najpierw przystawka z voulevant z ciasta francuskiego nadziewanymi szpinakiem, patè z oliwek czy pomidorów. Później warzywa duszone w piekarniku w naczyniu z terakoty - wyszły nam rewelacyjnie, świeże zioła i mnóstwo włoskiej oliwy zrobiły swoje. Do tego dużo czerwonego wytrawnego wina. Na pierwszy raz wybrałyśmy filmy, które łączą dwa motywy - tajemnica i dojrzewanie: Piknik pod Wiszącą Skałą Petera Weira, Przekleństwa niewinności Sophii Coppoli i Niewinność Lucile Hadzihalilovic. 14 lutego 1900 uczennice z australijskiego pensjonatu wybierają się na Piknik pod Wiszącą Skałą. Podczas spokojnego, leniwego popołudnia trzy z nich giną bez śladu i nigdy nie zostają odnalezione. Film Petera Weira nakręcony w 1975 stał się inspiracją dla Sophii Coppoli, która 25 lat później nakręciła Przekleństwa niewinności. Adaptacja powieści Jeffrey Eugenidesa to z kolei historia nastoletnich sióstr Lisbon, które odcięte przez rodziców od szkoły i swoich pierwszych romansów popełniają zbiorowe samobójstwo. Choć oba filmy toczą się w odmiennych epokach, łączy je podobny sposób narracji, oniryczne obrazy i nostalgiczna atmosfera towarzysząca nierozwiązanej zagadce. Tajemnicza śmierć dziewcząt odciętych od świata w obu filmach nurtuje młodych mężczyzn, którzy wchodzili w dorosłość wraz głównymi bohaterkami. Dążenie do opuszczenia dzieciństwa i utraty niewinności wbrew zakazom łączy w szczególności film Coppoli z Niewinnością w reżyserii Lucile Hadzihalovic. Tutaj tajemnica ma formę poetyckiej metafory, jaką stanowi pensjonat dla dziewcząt. Uczennice mieszkają w tajemniczym lesie otoczonym wysokim żywopłotem. Wszelkie próby ucieczki z tego świata kończą się karą, a nawet śmiercią. Dziewczynki umierają z ciekawości, chcą dowiedzieć się, co jest po drugiej stronie i dokąd wieczorami chodzą najstarsze uczennice. Nie jest im to dane, dopóki same nie osiągną odpowiedniego wieku i będą mogły wejść do świata kobiet i mężczyzn. Wszystkie trzy filmy spowija atmosfera grozy i tajemnicy. Rodzi się ona jednak nie tylko z niezwykłych wydarzeń, ale przede wszystkim z budzącej się w dziewczynkach zmysłowości, skrywanych pragnień i zakazów, które ograniczają dostęp do tego, co je ciekawi i fascynuje. Tak jak Ewa skradła jabłko w Edenie, tak samo młode bohaterki chcą odrzucić niewinność i poznać smak zakazanego owocu.
Nasz wieczór kobiecej grozy udał się wyśmienicie. Równie wyborne okazały naleśniki z nutellą serwowane tuż po północy. Już planuję kolejne wieczory filmowo-kulinarne. W planach mam noc orientalną z humusem, falafelem i filmami Majida Majidi. I na pewno nie zabraknie włoskiego wieczoru z porządnym piatto di pasta i filmami mistrzów. Będę Was informować na bieżąco. Uwielbiam babskie wieczory: rozmowy do białego rana, niekończące się wspomnienia i zwierzenia, salwy śmiechu, butelki czerwonego wina, opróżnianie gigantycznych pojemników z lodami albo smażenie naleśników o północy. Jakiś czas temu postanowiłyśmy z koleżankami przywrócić tradycję takich spotkań. Wymyśliłyśmy sobie, żeby te długie wieczory połączyć ze wspólnym gotowaniem i oglądaniem filmów. Filmów wybranych nieprzypadkowo - planujemy przeglądy reżyserów, aktorów albo obrazów o podobnej tematyce. Pierwsza uczta odbyła się u mnie. Najpierw przystawka z voulevant z ciasta francuskiego nadziewanymi szpinakiem, patè z oliwek czy pomidorów. Później warzywa duszone w piekarniku w naczyniu z terakoty - wyszły nam rewelacyjnie, świeże zioła i mnóstwo włoskiej oliwy zrobiły swoje. Do tego dużo czerwonego wytrawnego wina. Na pierwszy raz wybrałyśmy filmy, które łączą dwa motywy - tajemnica i dojrzewanie: Piknik pod Wiszącą Skałą Petera Weira, Przekleństwa niewinności Sophii Coppoli i Niewinność Lucile Hadzihalilovic. 14 lutego 1900 uczennice z australijskiego pensjonatu wybierają się na Piknik pod Wiszącą Skałą. Podczas spokojnego, leniwego popołudnia trzy z nich giną bez śladu i nigdy nie zostają odnalezione. Film Petera Weira nakręcony w 1975 stał się inspiracją dla Sophii Coppoli, która 25 lat później nakręciła Przekleństwa niewinności. Adaptacja powieści Jeffrey Eugenidesa to z kolei historia nastoletnich sióstr Lisbon, które odcięte przez rodziców od szkoły i swoich pierwszych romansów popełniają zbiorowe samobójstwo. Choć oba filmy toczą się w odmiennych epokach, łączy je podobny sposób narracji, oniryczne obrazy i nostalgiczna atmosfera towarzysząca nierozwiązanej zagadce. Tajemnicza śmierć dziewcząt w obu filmach nurtuje młodych mężczyzn, którzy wchodzili w dorosłość wraz głównymi bohaterkami. Dążenie do opuszczenia dzieciństwa i utraty niewinności łączy w szczególności film Coppoli z Niewinnością w reżyserii Lucile Hadzihalovic. Tutaj tajemnica ma formę poetyckiej metafory, jaką stanowi pensjonat dla dziewcząt. Uczennice mieszkają w tajemniczym lesie otoczonym wysokim żywopłotem. Wszelkie próby ucieczki z tego świata kończą się karą, a nawet śmiercią. Dziewczynki umierają z ciekawości, chcą dowiedzieć się, co jest po drugiej stronie i dokąd wieczorami chodzą najstarsze uczennice. Nie jest im to dane, dopóki nie same osiągną odpowiedniego wieku i będą mogły wejść do świata kobiet i mężczyzn. Wszystkie trzy filmy spowija atmosfera grozy i tajemnicy. Rodzi się ona jednak nie tylko z niezwykłych wydarzeń, ale przede wszystkim z budzącej się w dziewczynkach zmysłowości, skrywanych pragnień i zakazów, które ograniczają
piątek, 15 stycznia 2010
Ostatnio coraz bardziej fascynuje mnie kultura muzułmańska. Przede wszystkim pogłębiam wiedzę o zasadach i podziałach religii wyznawców Allaha. Fascynujące wydają się mi podobieństwa między islamem, chrześcijaństwem i judaizmem, i ich wspólne korzenie w perskim zaratusztrianizmie. Podczytuję historię arabskich podbojów i podbitych krajów. Ale właściwie interesuje mnie wszystko związane z krajami Bliskiego Wschodu i Afryki: wspólna religia, ale też sztuka, kino, kuchnia. A do tego muzyka, teatr, taniec... To obszary zupełnie niehomogeniczne, każdy z tych krajów jest tak inny, zrodził się z odmiennej kultury, ma odrębną historię, nawet ta sama religia w każdym z tych miejsc ma inne oblicze. Jestem dopiero na początku tej egzotycznej podróży, a mam wrażenie, że jestem w niej od tak dawna. Odświeżam więc wspomnienia z Libii i Egiptu, czytam powieści z krajami islamu w tle, jak i interesujące pozycje literatury faktu. Nie mogłam przeboleć, że dopiero po powrocie z Florencji dowiedziałam się o trwającej tam wystawie prac artystek z Afganistanu. Byłam niedawno w libańskiej restauracji i marokańskiej kawiarni, gdzie jadłam wspaniałe słodycze. Doprowadzam do perfekcji hummus własnej roboty, uczę się parzyć herbatę miętową. Planuję ponowną wizytę w hammamie. Po latach wracam do irańskiego kina, którego w czasach studenckich byłam wielką fanką. Interesuję się znacznie głębiej sytuacją polityczną w tej części świata, zwracam szczególną uwagę na życie kobiet w muzułmańskim świecie. No i, nie muszę Wam nawet pisać, marzy się mi wyprawa do Afganistanu i Iranu. Przeczytałam właśnie książkę hiszpańskiej podróżniczki Any Maríi Briongos, która jeszcze przed rewolucją w 1979 studiowała na uniwerystecie w Teheranie literaturę perską i od tego czasu regularnie odwiedza Iran. Jej książka Iran. W jaskinii Ali Baby konceptem przypomina Księgarza z Kabulu Asne Seierstad. Ale właściwie na tym podobieństwa się kończą. Briongos zamieszkała z zaprzyjaźnioną irańską rodziną w Isfahanie, ale nie poświęca jej w książce wiele miejsca. Najwięcej czasu spędza na lokalnym bazarze, w sklepiku, w którym sprzedaje się słynne perskie dywany. To właśnie to miejsca nazywa jaskinią Ali Baby, wielkim skarbcem pełnym latających dywanów. Wracam, bo wiem, że znów dam się oczarować. Fascynuje mnie myśl o zagubieniu się w labiryncie dywanów, spędzeniu czasu ze sprzedawcami i klientami, podawaniu parującej herbaty i smakowaniu jej pośród alkatifów, kilimów, sofre, dżadżamów i namakdanów. Tak właśnie rozpoczyna się piękna opowieść o Iranie, która rodzi się z niekończących się rozmów Any ze sprzedawcami i turystami odwiedzającymi bazar. Ich głównym tematem są oczywiście perskie kobierce, ale często to tylko punkty wyjściowe dla dyskusji o historii, tradycjach i obyczajach. W jaskini Ali Baby rozprawia się o zakazanych gwiazdach lokalnej muzyki rozrywkowej czy irańskiej emigracji w Stanach Zjednoczonych, zajadając przy tym aromatyczne ghorme sabzi i pijąc hektolitry herbaty nalewanej do specjalnych czarek.
Ana zwiedza również świat poza bazarem. Odwiedza licznych przyjaciół, ogląda z nimi nielegalną telewizję satelitarną, przegląda z koleżanką liczne sklepy w poszukiwaniu czarnego płaszcza, bierze udział w świętach religijnych (niezwykle ciekawie opisuje obchody święta aszura, w czasie którego na ulicach gotuje się i rozdaje za darmo jedzenie każdemu, kto ma na to ochotę). Odwiedza również obóz koczowników i szkołę dla ich dzieci. Dociera do cmentarza Beheszt-e-Zahra, na którym pochowani są młodzi basidżowie, którzy ginęli w wojnie iracko-irańskiej, a także do strefy przypominającej bardziej ugór niż miejsce pochówku, gdzie leżą anonimowe ofiary reżimu. Narratorka korzysta z każdej nadarzającej się okazji aby rozmawiać z Irańczykami, a przede wszystkim z kobietami. Zresztą te ostatnie wykazują zawsze ogromne zainteresowanie Hiszpanką wypytując ją o życie w Europie i sytuację kobiet. Ana w całej książce jawi się jako osoba niezwykle dyplomatyczna, bardzo ostrożnie wyraża się o sytuacji politycznej w Iranie, szanuje reguły obowiązujące w tym kraju. Mając możliwość rozmowy z ajatollahem Montazerim, który odsunięty od władzy przez imama przebywał w areszcie domowym, zrezygnowała z sekretnego spotkania ponieważ nie chciała narażać na ewentualne szykany rodziny, u której się zatrzymała. Właśnie to, że narratorka jest niezwykle dyplomatyczna i unika radykalnych czy negatywnych opinii na jakikolwiek temat, jest trochę irytujące. Dowiedziałam się mnóstwa interesujących rzeczy o Iranie, a równocześnie miałam wrażenie, że poruszam się cały czas po powierzchni. Hiszpanka mówi z dystansem o polityce, a o wszystkich spotkanych ludziach wypowiada się niezwykle życzliwie, moim zdaniem, nadużywając przymiotnika miły. Zdecydowanie przemawia przez nią fascynacja Iranem, do którego ma zamiar ciągle wracać. Książka ma jeszcze dwa małe minusy. Po pierwsze nie porywa tłumaczenie, a po drugie Jaskinia została napisana w 2001 roku, kiedy prezydentem był jeszcze Chatami, czyli prawie 10 lat temu. W obliczu zmian, które zachodzą w Iranie w ostatnim czasie, wydaje się trochę nieaktualna. Dla mnie jednak, zgodnie z tytułem, okazała się wielkim skarbcem wiedzy o Iranie i jego kulturze.
czwartek, 07 stycznia 2010
Decyzja o weekendzie we Florencji zapadła dość spontanicznie, a plan wycieczki zaczęłam przygotowywać dopiero w piątkowy wieczór poprzedzający wyjazd. Z góry założyłam, że w niecałe dwa dni, w ciągu których chcieliśmy też zwolnić tempo i odpocząć, uda się nam zobaczyć tylko najważniejsze obiekty. Początek grudnia gwarantował też zniechęcające do zwiedzania temperatury i mało światła, nie było więc co się rzucać z motyką na prawie niewidoczne słońce. Ostatecznie nasza trasa objęła Katedrę Santa Maria del Fiore, Piazza della Signoria z Palazzo Vecchio, Galerię Uffizi, Most Złotników, Palazzo Pitti i Ogrody Boboli. Ciekawostki, jakie znalazłam na blogu Małgorzaty Matyjaszczyk i skrzętnie zanotowałam w Moleskinie, sprawiły, że nasza wycieczka nabrała niezwykłych smaczków. Nie będę więc rozpisywać się o Medyceuszach i renesansowych arcydziełach, o których możecie przeczytać nawet w Wikipedii. Pokażę Wam za to kilka detali, obok których turyści z nosami utkwionymi w przewodnikach przechodzili obojętnie, a nam samo ich szukanie sprawiało wielką radochę: Złota kula z kopuły Katerdy Santa Maria del Fiore W czasie wielkiej wichury, gdzieś na początku siedemnastego wieku, kula została strącona przez wiatr i wybiła dziurę w chodniku za Katedrą. Po jakimś czasie kulę na nowo przytwierdzono, a dziurę przykryto okrągłą, marmurową płytą, o której pochodzeniu mało kto ma dziś pojęcie. Głowa rogacza na Katedrze To jedyne takie zdobienie na tym obiekcie. Mówi się, że zostało umieszczone w podzięce zwierzętom, które brały udział w budowie katedry. Istnieje jednak też inna legenda. Cieśla, który ją tam umieścił, miał romans z żoną piekarza. Afera miłosna została odkryta przez zdradzanego męża i kochankom zakazano się widywać. Cieśla zemścił się na piekarzu umieszczając symbol rogacza dokładnie na przeciw jego piekarni. Niepozorny profil wyżłobiony przy wejściu do Palazzo Vecchio Legenda głosi, że jego autorem jest sam Michał Anioł, który wykonał go stojąc tyłem do ściany. Portret podobno przedstawia jego dłużnika, który w ten sposób uwieczniony, pozostał na cenzurowanym na wieki wieków. Nie dziwi więc etykietka złośliwca, którą przyczepiono Michałowi Aniołowi. Nie udało się nam dotrzeć do opisanego na wspomnianym blogu, tajemniczego Korytarza Vasariego, który udostępniany jest tylko kilka razy w tygodniu i to bardzo ograniczonej ilości zwiedzających. Wizytę z obowiązkowym przewodnikiem trzeba zamówić kilka miesięcy naprzód, a od lutego 2010 będzie to wręcz niemożliwe ponieważ cały korytarz idzie do remontu. Korytarz to tajemne przejście z Palazzo Vecchio do Palazzo Pitti, które zamówił Cosimo de Medici w 1565 roku aby bezpiecznie przemieszczać się przez miasto i zatłoczony Most Złotników nad rzeką Arno. Dziś Korytarz mieści galerię portretów, a wśród nich obrazy uszkodzone w czasie zamachu bombowego przy galerii Uffizi w 1993 roku. Nie dane nam było przejść korytarzem, ale jego trasę prześledziliślimy dokładnie dochodząc do przepięknych ogrodów Boboli, w których mieści się wyjście z korytarza. Grudniowe spacery po Florencji pomimo nieciekawej aury miały swoją magię. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na gorącą czekoladę, po czym ruszaliśmy dalej aby odkrywać niewykłe miejsca: a to dom, w którym Dostojewski napisał Idiotę, a to tabliczkę znaczącą wysokość wód rzeki Arno, która w 1966 roku zalała Florencję. Przyprawiający o ciarki był też widok drzewka oliwnego zasadzonego w miejscu, w którym w 1993 wybuchła bomba. Ogromnie spodobał się mi niepozorny kościółek tuż obok domu Dantego, w którym podobno poeta po raz pierwszy zobaczył swoją Beatrycze. I ogromne wrażenie zrobiła na mnie fontanna Neptuna autorstwa Ammannatiego, pełna magicznych, morskich stworzeń, które wydają się być w ciągłym ruchu. Chyba każda uliczka w starej Florencji nosi w sobie jakąś niezwykłą opowieść lub tajemnicę. Bardzo chciałabym tam wrócić chociażby po to aby zwiedzić przejście Vasariego. Dwa dni pozwoliły nam ledwie zorientować się w geografii miasta, pozostawiając tyle nieodkrytych miejsc. Zaopatrzyłam się już w książkę o Toskanii napisaną przez Małgorzatę Matyjaszczyk. Nie ma więc bata, do Florencji i Toskanii na pewno będę wracać.
czwartek, 31 grudnia 2009
Nie było mnie na blogu przez kilka tygodni, pomyślałam więc, że to dobry moment by podsumować miniony miesiąc, a przy okazji i cały rok. Szybko dotarło jednak do mnie, że rozliczanie się ze swoją, choćby i niedaleką, przeszłością jest czynnością ciężko dołującą: przeczytałam tak mało książek? widziałam tak niewiele filmów? znowu nie wykorzystałam karnetu na siłownię? przez cały rok nie wzięłam się za egzaminy z włoskiego? a wolontariat, pisanie, własny biznes? poznałam tak niewielu nowych ludzi? jestem ciągle w tym samym miejscu, gdzie byłam rok temu? tak dużo pracowałam, że nie znalazłam czasu na nic innego? do tego ciągle niezamężna i bezdzietna? matko jedyna, mam już trzydzieści lat?!!! Tu następuje przeraźliwy krzyk i aktorka budzi się z sennego koszmaru... Porażek i problemów było w tym roku bez liku, ale nie mam absolutnie poczucia zmarnowanego czasu. Ba, zdobyłam tyle nowego doświadczenia w pracy, wciągnęłam się w gotowanie, fotografię, Bliski Wschód, ogrodnictwo. Byłam w Islandii, Barcelonie, poznałam kolejne zakątki Włoch - Sardynię, Cinque Terre, Florencję. A do tego karnawał w Wenecji, Biennale, koncert Diany Krall, byłam nawet w hammamie! Poznałam tyle nowych smaków, doświadczyłam tylu pięknych momentów. A ile mam kolejnych pomysłów i marzeń! Nie ma co patrzeć na cyfry, na rzeczy, których nie udało się zrealizować, na porażki. Nie ma co robić bilansów, dodawać i odejmować. Trzeba patrzeć na to, co się udało, czego się nauczyło. Zmarnowany może być jedynie rok, w którym się nie zmieniliśmy, w którym nie dowiedzieliśmy się niczego nowego. A to przecież niemożliwe. Każda nowa pasja, nowa przeczytana książka, poznana osoba dają tyle możliwości. Ważne by cieszyć się z każdego dnia i korzystać z tego, co ze sobą niesie. I tego właśnie życzę sobie i Wam w nadchodzącym Nowym Roku. A co będzie się działo na blogu w 2010? Na początku opowiem Wam o wyprawie do Florencji... potem na pewno napiszę o nowych książkach, które właśnie przywiozłam z Polski... być może w końcu pojawi się okazja, aby opowiedzieć o filmie Innocence, który prawie rok temu podarowała mi Chihiro...
i być może w końcu ruszy seria wpisów o Mediolanie... a wiosną liczę na to, że na blogu pojawią się notatki z kolejnych podróży...
Ciekawe, co z tych pomysłów uda się mi zrealizować...
niedziela, 29 listopada 2009
Może nie wszyscy kojarzą, kim jest Steve McCurry, ale za to wszyscy znają jego nasłynniejsze zdjęcie, zrobione w 1984 w obozie dla afgańskich uchodźców w Peshawarze. Numer National Geographic z Sharbat Gula na okładce stał się już legendą. Ale to nie jedyne dzieło amerykańskiego fotografa, które zapiera dech w piersiach. Trwająca właśnie w Mediolanie wystawa prawie dwustu zdjęć przedstawia dorobek fotografa z ostatnich 30 lat, dorobek, który sprawia, że chce się rzucić wszystko precz i ruszyć z aparatem fotograficznym w nieznane.
Przez ponad trzydzieści lat McCurry wielokrotnie odwiedzał strefy konfliktów zbrojnych, klęsk żywiołowych, zapomniane przez świat zakątki walczące o wolność i przetrwanie: Afganistan, Birmę, Tybet, Cambodżę, Indie, Irak. Jego zdjęcia to uwiecznione przez obiektyw fotograficzny chwile pełne emocji: radości, smutku, spokoju i strachu, walki i odpoczynku. Wszystkie są świadectwem wydarzeń, w jakich brał udział fotograf. Niezwykłość tych zdjęć polega na tym, że mają charakter dokumentalny, a równocześnie są niebywale wysmakowane artystycznie.
McCurry mówi, że aby zrobić dobre zdjęcie trzeba być cierpliwym i nauczyć się czekać. Wraz ze swoim aparatem należy wtopić się w tło, stać się jego niewyróżniającą się częścią. Dopiero wtedy ludzie pokazują swoje własne ja, odsłaniają na ułamek sekundy swoją duszę. Wtedy wystarczy już tylko pstryknąć i uwiecznić nieupilnowaną chwilę. Fakt, podróżując po takich rejonach nietrudno o niezwykłe sytuacje, niesamowitych ludzi. Znacznie trudniej stworzyć takie obrazy obracając się w codziennym środowisku. Dlatego właśnie te zdjęcia dają takiego kopa. Dusza aż się rwie gdzieś daleko od jednostajnej, banalnej rzeczywistości i ludzi, którzy za wszelką cenę próbują zatrzeć na swoich twarzach znaki czasu i doświadczeń. Ale do tego trzeba mieć też fotograficznego farta, aby znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Tak jak McCurry znalazł się Afganistanie tuż przed radziecką inwazją w 1979 roku. Tak jak 10 września 2001 wrócił do Nowego Jorku z długiej wyprawy do Chin, żeby następnego dnia zobaczyć przez okno walące się wieże WTC. Dobry fotograf musi być farciarzem. Cierpliwym i uważnym farciarzem, takim jak Steve McCurry.
Więcej zdjęć:
czwartek, 19 listopada 2009
W czasie wieczornego spaceru po Wenecji kilka miesięcy temu padło pytanie: na kogo koncert najchętniej byś się wybrała? Pytanie proste jak do re mi fa sol la! Listę wymarzonych koncertów mogę wymówić jednym tchem, a na pierwszym miejscu od lat była Diana Krall. Od ponad dziesięciu lat, kiedy to po pierwszy usłyszałam ją w Trójce. Jej koncert nagrany z radia wałkowałam na dwukasetowym magnetofonie milion razy, a jej stronę internetową nawiedzałam regularnie w poszukiwaniu wieści o nowych płytach i koncertach. I nie uwierzycie, ale dokładnie na drugi dzień po powrocie z Wenecji, znalazłam informację o zbliżającym się koncercie Diany Krall w Mediolanie. A do tego data koncertu zbiegała się z jej urodzinami! Kto powiedział, że marzeń nie można wypowiadać na głos, bo się nie spełnią? Trzeba je recytować głośno i wyraźnie! W końcu nadszedł 16 listopada. Po wejściu do teatru, gdzie odbywał się koncert, zaczęłam wyciszać telefon, kiedy ni stąd ni zowąd nagle włączył się w nim Ipod. Zgadnijcie, kogo głos rozbrzmiał w korytarzu. Tak właśnie zaczął się magiczny wieczór z Dianą Krall. Zaskoczyła mnie jej charyzma i gadatliwość. Ujęły mnie jej dziewczęce ruchy, ciągłe prostowanie sukienki czy zakładanie nogi na nogę przy fortepianie. I oczywiście zupełnie powalił mnie jej głos, który na żywo brzmi jeszcze potężniej niż na płytach. I ta niewymuszona swoboda, z jaką bawi się muzyką. Uwielbiam jej interpretacje standardów jazzowych i bossa novy. Robi to w niepowtarzalny, hipnotyzujący sposób. Siedziałam jak zaczarowana... I jeszcze sobie posiedzę i posłucham...
PS Może kogoś zainteresuje informacja, że 25 listopada Diana Krall ma jeszcze zawitać do Wrocławia, na krótko przed przeniesieniem się trasy koncertowej do Australii. W czasie wieczornego spaceru po Wenecji kilka miesięcy temu padło pytanie: na kogo koncert najchętniej byś się wybrała? Pytanie proste jak do re mi fa sol la! Listę wymarzonych koncertów mogę wymówić jednym tchem, a na pierwszym miejscu od lat była Diana Krall. Od ponad dziesięciu lat! Od kiedy po raz pierwszy usłyszałam ją w Trójce. Jej koncert nagrany z radia wałkowałam na dwukasetowym magnetofonie milion razy, a jej strona internetowa to jedyna, którą sprawdzałam od czasu do czasu pod kątem wieści o koncertach. Na drugi dzień po powrocie z Wenecji
środa, 04 listopada 2009
Weekend w Barcelonie był moim prezentem urodzinowym dla eF. Na miejsce dotarliśmy w czwartek w nocy meldując się w hoteliku na przepięknym Plaça Reial, tuż przy głównym deptaku Rambla. Zupełnie nie sprawdziły się przestrogi o tabunach kieszonkowców i podejrzanych typków krążących w tej okolicy. Wystarczyło mieć się na baczności jak w każdym turystycznym miejscu i nie stwarzać okazji do stania się ofiarą. Barcelona okazała się być przyjazna nie tylko turystom, ale i mieszkańcom. Zachwyciła mnie nie tylko ilość zieleni i ścieżek rowerowych w ścisłym centrum, ale też sposób komunikacji władz miasta z mieszkańcami - za pomocą oryginalnych napisów, haseł czy obrazków. Na przykład w metrze przy okazji prowadzonych prac, widziałam wielki plakat z napisem dziękujemy za cierpliwość przedstawiający mężczyznę na fotelu, któremu fryzjer goli brzytwą brodę. Na asfalcie przy przejściu dla pieszych namalowane były ostrzeżenia o ofiarach wypadków w takich miejscach. W mieście mnóstwo też miejsc, w których można skorzystać z bike sharing i widać, że jest to środek transportu niezwykle popularny. Jedyne co się nam w Barcelonie nie spodobało to przedziwne metro. Choć dysponuje świetnie rozbudowaną siecią, wspólne stacje różnych linii połączone są tak niefortunnie, że czasami trzeba przemieszczać dusznymi tunelami przez 15 minut. Raz nawet aby przesiąść się na inną linię metra, musieliśmy wyjść na powierzchnię - szliśmy i szliśmy kierując się znakami, które nagle się skończyły, a my zmuszeni byliśmy wyciągać mapy, aby zorientować się gdzie w ogóle jesteśmy. Oczywiście Barcelona zachwyca ponad wszystko niesamowitą architekturą. Majstersztyki Gaudiego, La Manzana de la Discordia, La Perdera, Park Güell, do tego malownicze El Barrio Gótico, Palau di Musica to wszystko pozycje obowiązkowe. Ale tak naprawdę secesyjne perełki Barcelony w postaci mosiężnych, szalonych balkonów, kwiecistych malowideł na ścianach budynków czy mozaikowych zdobień starych aptek można spotkać na każdym kroku. Wystarczy zadzierać wysoko głowę i ani na chwilę nie chować aparatu fotograficznego. Pierwszy dzień (piątek) spędziliśmy na rowerach zwiedzając dzielnicę gotycką i domy zaprojektowane przez Gaudiego, tuż przed zachodem słońca docierając do Sagrada Famillia. W sobotę z zachwytem szwendaliśmy się po niesamowicie kolorowym targu La Boqueria, który podobno pamięcią sięga XVII wieku. Tego samego dnia w bardzo wolnym tempie dotarliśmy jeszcze do zatłoczonego Parku Güell, gdzie zjedliśmy późny lunch, a niedzielny poranek spędziliśmy spacerując po plaży i zwiedzając dzielnicę Barceloneta. Mimo, że mieliśmy początek listopada, w ciągu dnia towarzyszyło nam słońce, a i wieczorami na poszukiwania barów tapas spokojnie można było wybrać się w koszulce z krótkim rękawkiem. Jesień to więc idealna pora na odwiedzenie Barcelony: nie męczą już upały i tłumy turystów, a ciągle jest przyjemnie i kolorowo. Jedyny problem to wcześnie zachodzące słońce, które mocno ogranicza możliwości zwiedzania. Oglądanie po ciemku Casa Calvet okazało się w moim przypadku bardzo mało satysfakcjonujące.
poniedziałek, 02 listopada 2009
Lata całe nie czytałam polskiej literatury. Na długo przesyciłam się Tokarczukami, Gretkowskimi i Masłowskimi i dopiero niedawno głodowy sygnał do powrotu dała mi Sylwia Chutnik. W mojej biblioteczce pojawili się więc równocześnie Dehnel, Kościów, Piątek oraz bohaterka dzisiejszego wpisu Anna Janko. Jej powieść sprzed dwóch lat Dziewczyna z zapałkami wytarmosiła mnie do granic możliwości. Ze dwa razy chciałam ją rzucić precz, wprawiała mnie na zmianę w złość i zachwyt. To niekonwencjonalnie napisana historia ambitnej, nie do końca spełnionej poetki, udręczonej matki, sfrustrowanej żony nieudacznego pracoholika, synowej znienawidzonej teściowej i początkującej alkoholiczki w jednym. Problemy bohaterki nie są tak fundamentalne jak te, które opisywała Sylwia Chutnik. To problemy wykształconej, świadomej kobiety, która wbrew swoim ambicjom i potrzebom znalazła się w potrzasku szarej codzienności, brudnych pieluch i niezapłaconych rachunków. Jej rzeczywistość w żaden sposób nie jest patologiczna, ot po prostu typowe problemy polskiej rodziny inteligenckiej, a jednak, a może właśnie dlatego, ta historia jest mi bardzo bliska. Po takim opisie książki większość z nas pewnie podziękowałaby - po co czytać dodatkowo o problemach, z którymi borykamy się na codzień. Ale ta powieść to nie tylko frustrująca rzeka wspomnień narratorki. To także filozoficzne morze pełne zachwycających nawiązań do literatury i poezji. To poezja zamknięta w prozie. To wyrafinowana uczta językowa pełna błyskotliwych spostrzeżeń i autoironii. To współczesna opowieść o dużej, biednej dziewczynce, która zapalając zapałki wyobraźni rozjaśnia i ociepla swój świat.
Albert Camus napisał gdzieś, że życie innych zawsze wydaje nam się ułożone i sensowne, a nasze własne przeciwnie - bezładne i nic nie warte. I że to złudzenie optyczne. No więc jeśli ja biorę dystans względem swego życia, próbując być "oną", to może usiłuję zobaczyć siebie w jakimś porządku, a nawet próbuję dowartościować własne życie? O, być częścią wyrazistego, widzialnego świata Na Zewnątrz! Marzenie, które swobodnie realizują pisarze w swych książkach... (s. 17) Życie to nastrój. Wszystko sprowadza się do samopoczucia.(s. 105) "Na świecie ma się do wyboru tylko samotność albo pospolitość” (Schopenhauer). Chcąc uniknąć samotności, wpadłam w pospolitość. Jakże odległa wydaje mi się teraz tamta porzucona młodzieńcza samotność w domu rodziców; rozmyślałam o niej nad kartką papieru, celebrowałam swą osobność, inność, chodziłam na samotne spacery, owijając się smuteczkiem jak szaliczkiem... (s. 144-145) Książki to nie są czyjeś rzeczy, to są swiadectwa rozumu. Książki, które czytasz, pozwalają zajrzeć ci do głowy i zobaczyć myśli, uczucia, intencje, potrzeby emocjonalne. Jeśli coś czytasz namiętnie, to znaczy, że tym właśnie jesteś. Jesteś autorem swoich lektur i one zawsze cię zdradzą!!! (s.181) Nie wypada oglądać seriali. Nie wypada pić piwa. Mądre kobiety tego nie robią. Jednak kwadrans po wyłączeniu telewizora i prawie godzinę po wypiciu piwa reszta świata wygląda znacznie lepiej niż przedtem, a potencjał życiowej energii, nawet jeśli się nie zwiększył, to przynajmniej napuszył, a to wystarcza, by popchnąć parę spraw do przodu. (s. 236) Anna Janko, Dziewczyna z zapałkami - Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2007
niedziela, 18 października 2009
Choć wymieniłam już wielu artystów, którzy zachwycili mnie na weneckim Biennale, koniecznie muszę jeszcze wspomnieć o tych kilku, których prace sprawiły, że przeszedł mnie dreszczyk emocji, że stałam, stałam i chłonęłam, że w lot zapamiętałam ich nazwisko i nazwę ich dzieła... Fiona Tan (Holandia)- za hipnotyzujący film Rise & Fall opowiadający wyłącznie obrazami o przemijaniu, młodości, starości, samotności; to historia pokazywana na dwóch równoległych ekranach, na jednym bohaterką jest starsza kobieta, a na drugim młoda dziewczyna; ich historie są niemym dialogiem, pełnym symboli i metafizyki; Nathalie Djurberg (Szwecja) - za pokazywany w cyklu Making Worlds surrealistyczny Experiment, za stworzenie świata pełnego gigantycznych kwiatów i przejmujących animacji; Hans Peter Feldmann (Niemcy) - za ShadowPlay (również w ramach Making Worlds), magiczny świat cieni, który przywołuje stare marzenia i wspomnienia z dzieciństwa; Valerio Berruti (Włochy) - za przepiękną animację Córka Izaaka z muzyką Paolo Conte, za fantastyczny rysunek i klimat; Teresa Margolles (Meksyk)- za performance Which other issue we could talk about polegający na myciu podłóg krwią osób zamordowanych w walkach gangów w Meksyku, którego nie widziałam; widok pustych sal, pośrodku których stały jedynie wiadra i mopy był wystarczająco sugestywny; Att Poomtangon (Tajlandia) - bo dzięki jego instalacji Keep Something for a Rainy Day i małej dziewczynce, która stworzonym przez niego urządzeniem akurat pompowała wodę, udało się mi zrobic jedne z najlepszych zdjęć w życiu;
sobota, 10 października 2009
Początkiem września kilkakrotnie odwiedziłam Milano Film Festival. Zobaczyłam kilka bardzo ciekawych filmów, ale dziś wspomnę jedynie o krótkim metrażu, który rozbawił mnie do łez i zgarnął kilka nagród, w tym laur publiczności. Instead of Abracadabra to szwedzka opowieść o młodym, bezrobotnym facecie, który mieszka z rodzicami i cały swój czas spędza na doskonaleniu czarodziejskich sztuczek. Jest w tym całkiem niezły, ale urodzinowy występ dla ojca kończy się wizytą w szpitalu. Wsadzona do magicznej skrzyni matka zostaje raniona nożem, który teoretycznie miał przebić pudło pozostawiając przymusową ochotniczkę bez szwanku. Cóż, początki są zawsze trudne, ale nasz bohater się nie zraża. Tym bardziej, że w szpitalu poznaje piękną pielęgniarkę, którą postanawia olśnić swoimi nietuzinkowymi umiejętnościami w czasie pokazu urodzinowego dla jej synka. I się zaczyna...
Choć film trwa raptem dwadzieścia minut, salwy śmiechu nie ustają, a mamy nawet kilka zaskakujących zwrotów akcji. Dawno się tak nie uśmiałam! I na pewno nie na komedii! Nie przepadam za tym gatunkiem, bo zazwyczaj takie filmy składają się z głupawych gagów i operują stereotypami. Ale generalnie, żeby nie wyjść na sztywniarę i ważniarę i choć moim konikiem jest kino niezależne i artystyczne, nie stronię od filmów czysto rozrywkowych. Ba, wieczory spędzone z siostrą na oglądaniu komedii romantycznych to obowiązkowy punkt repertuaru każdej wizyty w domu. A i we Włoszech, kiedy udaje się mi wyprawić eF na piwo, którego sama nie cierpię, czasami zarzucam sobie jakiś lekki i przyjemny film. Potem dla przywrócenia równowagi emocjonalnej muszę obejrzeć kilka mądrzejszych i subtelniejszych pozycji, ale pokuta zawsze warta jest grzechu. Instead of Abracadabra nie tyle straszliwie mnie rozśmieszył, co naładował bardzo pozytywną energią. I to właśnie stanowi chyba klucz do sukcesu w moim przypadku. Od czasu do czasu puszczam sobie trailer do tego filmu i zawsze wywołuje on uśmiech na mojej twarzy. Zresztą filmowe chimay stało się już naszym sekretnym hasłem z eF (papla ze mnie). Zastanawiam się czy Wy macie takie pozytywne, rozrywkowe filmy, do których lubicie wracać i które zawsze Was relaksują i wywołują uśmiech. U mnie bez dwóch zdań rządzi pierwsza część Bridget Jones, która jest w stanie wyciągnąć mnie z największej depresji. Kiedy mieszkałam w Czechach, w łazience przy lustrze zawsze trzymałam poniższe zdjęcie. Dzięki niemu dzień w dzień, o 6.30 rano na mojej zaspanej twarzy pojawiał się uśmiech. Jakie są Wasze antydepresanty? Co polecacie na jesienną pluchę?
Chimay!
czwartek, 24 września 2009
Tylko we Włoszech ministrem w rządzie może zostać fotomodelka i show girl, wobec której kilka lat wcześniej premier publicznie zadeklarował, że gdyby nie był już żonaty, wziąłby ją czym prędzej za żonę. Żona niedawno złożyła pozew o rozwód, a Mara Carfagna, nasza pani minister, która jeszcze kilka lat temu wyglądała tak, dziś nosi eleganckie służbowe mundurki. Tylko we Włoszech jednym z najpopularniejszych celebrity jest paparazzi, który ponad wszystko kocha luksus i pieniądze. Fabrizio Corona bez skrupułów mówi o sobie jestem takim współczesnym Robin Hoodem, zabieram bogatym i... zostawiam dla siebie. Ludzie kupują gadżety, ubrania i płyty sygnowane jego nazwiskiem ponieważ fascynuje ich jego wizerunek: młodego, przystojnego, świetnie ubranego, pewnego siebie i bajecznie bogatego faceta, który trzyma w garści wszystkie włoskie gwiazdy, przez co zresztą biedak musiał siedzieć w więzieniu. Tylko we Włoszech jednym z najbardziej wpływowych i pożądanych ludzi w kraju jest agent gwiazd, który otwiera lub zamyka wszystkie furtki do kariery telewizyjnej. Lele Mora jest nietykalny, jest wielkim przyjacielem Silvio Berlusconiego i protektorem Fabrizio Corony. I z dumą obnosi się ze swoimi faszystowskimi poglądami. A największym absurdem we Włoszech jest to, że szefem rządu (mającego bezpośredni wpływ na kształt kanałów publicznych tv) i właścicielem największej telewizji prywatnej w kraju jest ta sama osoba: Silvio Berlusconi, który wprowadził w Italii dyktaturę obrazu, czyli wideokrację. O tym właśnie traktuje film dokumentalny nakręcony przez Erika Gandini, Włocha od lat mieszkającego w Szwecji. Gandini postanowił stworzyć film, który wyjaśniłby obcokrajowcom fenomen Silvio Berlusconiego, o którym ciągle głośno z racji jego wybryków na scenie politycznej i we własnej willi na Sardynii. Przede wszystkim jednak chciał przybliżyć Szwedom przyczyny włoskich absurdów. 80% włoskiego społeczeństwa czerpie informacje o świecie z telewizji, która promuje tanią, tandetną rozrywkę, głupawe teleturnieje i dużo golizny, a każde wiadomości kończy plotkami. I to właśnie medium decyduje o autorytetach, kreuje kulturę i świadomość przeciętnego Włocha. Reżim małego ekranu sprawia, że szczytem marzeń tysięcy młodych Włochów i Włoszek jest występ w telewizji i upodobnienie się do jej gwiazd. Łudzi, że każdy, jeżeli tylko trafi do telewizji, może stać się sławny, bogaty i uwielbiany. Że tv umożliwi znalezienie dziewczyny, pracy, przyjaciół, zagwarantuje upragniony sukces. Wystarczy zatańczyć, zaśpiewać, pokręcić tyłkiem, wystarczy się pokazać... Wideokracja falsyfikuje rzeczywistość, wprowadza zastępcze problemy i mydli oczy. O Videocracy przeczytałam po raz pierwszy kilka miesięcy temu w kontekście festiwalu filmowego w Wenecji, na którym miał być pokazywany. Nie spodziewałam się, że uda się mi łatwo dotrzeć do tego filmu, tym bardziej że zwiastun dokumentu nie został dopuszczony do pokazywania ani we włoskiej Rai, ani w Mediasecie Berlusconiego. Dlatego bardzo się zdziwiłam, kiedy wraz z premierą na festiwalu Videocracy trafiło do włoskich kin. W gruncie rzeczy film mnie rozczarował bo nie dowiedziałam się z niego wiele ponad to, co już wiedziałam. Zapomniałam jednak, że oryginalnie był to dokument skierowany do obcokrajowców, którzy nie mieszkają we Włoszech. Dla nas obrazki przedstawione w filmie są przykrą codziennością. Dla wielu z Was mogą być sposobem na zajrzenie do jaskini smoka bez konieczności zamieszkania w niej. Są też doskonałą ilustracją dla dwóch starszych tekstów z tego blogu: o włoskich kobietach i o Fabrizio Coronie. Dlatego chciałabym Wam ten film bardzo polecić. Liczę, że dotrze do Polski. A tymczasem zerknijcie na zakazany trailer. Wszystko zaczęło się 30 lat temu od teleturnieju, w którym za każdą prawidłową odpowiedź gracza gospodyni domowa zdejmowała jeden element swojej garderoby...
Tylko we Włoszech ministrem w rządzie może zostać fotomodelka i showgirl, wobec której kilka lat wcześniej premier publicznie zadeklarował, że gdyby nie był już żonaty, wziąłby ją za żonę. Mara Carfagna, bo o niej mowa, kilka lat temu wyglądała tak, a dziś prezentuje się tak. Tylko we Włoszech jednym z najpopularniejszych celebrity jest paparazzi, który ponad wszystko kocha luksus i pieniądze. W filmie Gandiniego Fabrizio Corona bez skrupułów mówi o sobie jestem takim współczesnym Robin Hoodem, zabieram bogatym i... zostawiam dla siebie. Ludzie kupują gadżety, ubrania i płyty sygnowane jego nazwiskiem ponieważ fascynuje go jego wizerunek: młodego, wysokiego, szczupłego, świetnie ubranego, pewnego siebie i bajecznie bogatego faceta, który trzyma w garści wszystki włoskie gwiazdy. W filmie z narcyzem daje się sfilmować nago w całej krasie. Tylko we Włoszech jednym z najbardziej wpływowych ludzi w kraju
niedziela, 13 września 2009
Na Biennale w Wenecji zauważyłam kilka projektów, które podążają tropem pomysłów Tino Sehgala, czyli aby móc całkowicie zaistnieć potrzebują pomocy widza. Tak jak u Sehgala rozprawiający o sztuce strażnik w muzeum potrzebował współrozmówcy aby stworzyć dzieło This is critique, tak samo kilku artystów w Wenecji potrzebowało publiczności aby nadać ostateczny kształt swoim ideom. Być może nie jest to sztuka współczesna najwyższych lotów (choć właściwie co nią jest - pudle z baloników i ściana ochlapana kolorową farbą? czy sztuka musi być niezrozumiała, aby stać się wielkim dziełem?), ale jestem jej wielką fanką, ponieważ taka sztuka angażuje, rodzi pozytywne emocje, bawi i daje do myślenia. Sprawia, że wiele zwyczajnych czynności takich jak robienie zdjęć czy naklejanie znaczka na widokówkę nabiera nowego, artystycznego znaczenia. Sprawia, że zaciera się różnica między szarą rzeczywistością a sztuką. Oto kilku artystów, których pomysły mnie zaskoczyły i wywołały uśmiech na mojej twarzy: Pak Sheung Chuen, Hong Kong Wchodząc za czarną kotarę, znajdujemy się w całkowicie zaciemnionym pomieszczeniu. Jedynym sposobem aby zobaczyć, co znajduje się w środku... jest zrobienie zdjęć przy użyciu aparatu z lampą błyskową. Wtedy na ułamek sekundy ukazują się nam zdjęcia wiszące na ścianach. To zdjęcia z podróży do Malezji, którą artysta odbył wraz z przyjaciółmi. Projekt nosi nazwę A Travel Without Visual Experience ponieważ Pak Sheung Chuen spędził całą podróż z zamkniętymi oczami doświadczając wszystkiego tylko słuchem, węchem i dotykiem. A zdjęcia, które można oglądać w ciemni, robili jego przyjaciele.
Aleksandra Mir, Polska Przed kawiarnią na terenie ogrodów Biennale stały niepozorne stojaki z widokówkami, na które początkowo tylko rzuciłam okiem. Pocztówki wydały się mi strasznie brzydkie i banalne. Dopiero, kiedy przechodziłam koło kawiarni po raz drugi, zauważyłam, że było coś z nimi nie tak. Bo widział ktoś pocztówki z Wenecji przedstawiające drapacze chmur, dzikie kaczki i skandynawskie domki? Okazało się, że to projekt polskiej artystki, która na weneckie Biennale przygotowała milion bezpłatnych widokówek. Tuż obok stojaków zostały umieszczone prawdziwe skrzynki pocztowe, dzięki którym papierowe dzieła sztuki mogły opuścić Biennale i dotrzeć poza granice Włoch. Tak właśnie dotarły one do niektórych z Was. ;) Choć widokówki przedstawiają różne miejsca na świecie, projekt nosi nazwę Venezia. To, co łączy wszystkie te miejsca to woda - weneckie kanały łączą się w ten sposób z morzami, rzekami, wodospadami, jeziorami bo all places contain all others. Wenecja staje się uniwersalnym miejscem, symbolem globalnej wioski. A akt słania widokówek we wszystkie strony świata, tę ideę podkreśla.
Miranda July, Stany Zjednoczone To bardzo ciekawa artystka, która zajmuje się różnorodnymi formami sztuki: kręci filmy, pisze książki, lubi też performance i instalacje. W Wenecji prezentuje Eleven Heavy Things, jedenaście rzeźb, które aż się proszą o wspólne zdjęcie. Zabawne podpisy pod rzeźbami stanowią niezłą zabawę na koniec długiego dnia w weneckim Arsenale. Według idei autorki rzeźby nabierają pełnego kształtu dopiero, kiedy zrobi się z nimi zdjęcie, a następnie pośle się je w świat. Można je przesłać znajomym drogą mailową albo opublikować na własnym blogu, co właśnie czynię. Oto właśnie jak po raz kolejny stałam się dziełem sztuki:
sobota, 05 września 2009
Po obejrzeniu Płaczącej Łąki obiecałam sobie jak najszybciej zdobyć pozostałe filmy Theo Angelopoulosa. Trochę czasu jednak zleciało, zanim udało się mi dotrzeć do kolejnej pozycji. Znalazłam ją dopiero w katolickiej księgarni, która oprócz szerokiego wyboru dewocjonaliów i hagiografii, posiada też mnóstwo filmów. I to jakich filmów! Szalej dusza, piekła nie ma! Choć może to nie najlepsze określenie w kontekście religijnej księgarni. Szczególnie, że tytuł filmu może budzić skojarzenia... Ale do rzeczy. Chcę Wam opowiedzieć o jednym z najpiękniejszych filmów, jakie dane mi było kiedykolwiek obejrzeć.
Śni się Wam czasami muzyka? Mnie się śni często, a po tym filmie przewodni motyw muzyczny Eleni Karaindrou towarzyszył mi całą noc. Magiczna muzyka to tło dla poetyckich obrazów ilustrujących historię umierającego pisarza. Aleksandros mieszka samotnie w zamglonych, deszczowych Salonikach. Spędzamy z nim ostatni dzień przed pójściem do kliniki, z której prawdopodobnie już nie wyjdzie. Spędzamy ten dzień, równocześnie uciekając z nim przed jutrem, wracając do wspomnień z przeszłości. Ile trwa jutro? Wieczność i jeden dzień...
Tego dnia Aleksandros wraca myślami do letniego dnia sprzed wielu lat, kiedy urodziła się mu córka. Do domku nad morzem przybyła cała rodzina, wszyscy ubrani byli na biało, świeciło słońce, wspólnie jedli obiad na plaży, dobrze się bawili. Aleksandros w tych scenach nie młodnieje, ubrany w czarny płaszcz, który nosi w czasie całego filmu, zupełnie nie pasuje do idealnego obrazka, podobnie jak burza, która pojawia się ni stąd ni zowąd. Aleksandros zawsze był nieobecny, nieuczestniczący w otaczającej go rzeczywistości. Zanurzony w niematerialnym świecie słów, książek i poezji żył oderwany od swojej żony. Jej list, który czyta, wyraża ogromną miłość ale i obawy, ciągłą tęsknotę za mężem, który jest niedostępny. Aleksandors umiłował słowa ponad wszystko, swojej twórczości poświęcił całe życie, zaniedbując swoją rodzinę i kontakty międzyludzkie. U schyłku życia uświadamia sobie, że najbliższą mu istotą jest pies, że z nieznanym sobie sąsiadem komunikuje się za pomocą odtwarzanej muzyki, że z własną, chorą matką nie uda się mu już nigdy porozmawiać, że letni domek na plaży został sprzedany.
Tego ostatniego, wypełnionego wspomnieniami dnia Aleksandros spotyka albańskiego chłopca, który myje szyby samochodów zatrzymujących się na skrzyżowaniu. Pomaga mu uciec przed nagonką policji, wyrywa z rąk handlarzy ludzkim towarem i usiłuje odstawić do granicy grecko-albańskiej. Między dwoma samotnikami zawiązuje się przyjaźń. To właśnie małemu Albańczykowi Aleksandros opowiada historię poety, który wraca do ojczyzny z wieloletniego wygnania nie pamiętając już własnego języka. Poeta zaczyna więc kupować od wieśniaków słowa i z nich układa swój wielki poemat o narodzie greckim. Mały Albańczyk zaczyna przynosić pisarzowi podsłyszane słowa, jak gdyby wyczuwając niezdolność Aleksandrosa to komunikacji ze światem, który go otacza. Najważniejsze słowa, które pieczętują film to korfulamu, xenitis i argathini. Pierwsze wyraża bliskość i miłość, drugie oznacza wygnańca, obcego, a trzecie późną porę na granicy nocy i dnia. Trzy słowa, które stanowią esencję życia Aleksandrosa, a przede wszystkim tego ostatniego dnia, przed którego końcem pisarz ucieka. To jeden z najbardziej poetyckich i magicznych filmów, jakie kiedykolwiek widziałam. Scena na granicy grecko-albańskiej, gdzie na płocie wiszą niedoszli uciekinierzy, rozczarowane nadzieje, marzyciele, którym nie udało się uciec do raju na długo zapada w pamięci. Albo ta, kiedy pisarz z chłopcem jadą nocnym autobusem, do którego wsiadają przeróżne postaci, muzycy, romantyczny poeta, kłócąca się para. I jeszcze scena z tańcem młodożeńców, który przerywa przyjście Aleksandrosa... Przepiękne zdjęcia, niezwykła muzyka, poetyckie obrazy, historia pełna metafor i ta kusząca melancholia, której nie umiem się oprzeć. To sztuka filmowa w najlepszym wydaniu. Szkoda, że, jak to kiedyś napisał Jerzy Płażewski, wśród najpopularniejszych filmowców współczesności tak mało pojawia się nazwisk prawdziwych autorów. Takich autorów jak Theo Angelopoulos.
niedziela, 30 sierpnia 2009
Dziś chciałabym krótko wyrazić mój absolutny zachwyt nad debiutancką książką Sylwii Chutnik, która dopiero teraz trafiła w moje ręce. Pewnie już wszystko zostało na ten temat powiedziane i wszelkie chwalebne peany wyśpiewane, ale nie mogę się powstrzymać przed dorzuceniem swojego grosika do góry złotych monet, którymi obsypany został Kieszonkowy atlas kobiet. Chciałabym tak umieć pisać, mieć tak cięty język i tak sokoli wzrok. Wzrok, który dostrzega poezję na bazarze oraz język, który bohaterów z marginesu potrafi zmienić w magiczne postaci. Każde zdanie w tej książce jest nieprzypadkowe, przemyślane, na swój sposób wysublimowane. A równocześnie opisywana rzeczywistość i jej bohaterki są do bólu prawdziwe i nieszczęśliwe.
środa, 26 sierpnia 2009
Minęły czasy, kiedy weneckie Biennale Sztuki dało się zobaczyć w dwa dni. Impreza niesamowicie się rozrosła poza Arsenal i Giardini, w których mieści się większość pawilonów narodowych. Potrzeba kolejnych dwóch dni aby zobaczyć poszczególne prezentacje ukryte wzdłuż Canale Grande, po całej Wenecji i przyległych wysepkach. A wszystko i tak w błyskawicznym tempie i z wywieszonym językiem. Do tego jeszcze nowa obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników sztuki. Druga po Palazzo Grasso siedziba kolekcji Francois Pinault z największymi dziełami sztuki współczesnej - Punta della Dogana. Lista artystów zapiera dech w piersiach, żeby wspomnieć tylko Takashi Murakamiego, Jeffa Koonsa, a z naszych artystów Uklańskiego i Sasnala. Innymi słowy weneckiego Biennale nie da się zobaczyć w całości, o ile nie ma się na to... jakiegoś miesiąca. Nam (wybrałam się z dwoma koleżankami Niemką i Argentynką, co właściwie zasługuje na osobną opowieść) udało się zobaczyć raptem Giardini (w pierwszy dzień) oraz Arsenal, prezentację Meksyku w pobliżu placu św. Marka i Punta della Dogana (w drugi dzień). Nie dotarłam do wystaw artystów z Bliskiego Wschodu, o których czytałam dużo dobrego, kolejnej po Ostatniej Wieczerzy instalacji Greenawaya czy prezentacji Bruce'a Naumana znajdującej się poza parkiem. Ale i tak wróciłam z notesem pełnym nowych nazwisk i mnóstwem zdjęć.
Wchodzimy do jego przestrzennego, przeszklonego domu i rozpoczynamy prywatne śledztwo. Chodzimy po pokojach, zaglądamy do kuchni, łazienki. Odkrywamy, że Mr. B był pisarzem, gejem, kolekcjonerem. Na ścianie wisi gablotka z jego największymi trofeami - kąpielówkami swoich kochanków, podpisanymi imionami właścicieli. Do tego mnóstwo tu malarstwa erotycznego z wielkimi penisami na pierwszym planie. Dowiadujemy się, że B. pisał właśnie książkę o pisarzu, który pisze książkę o pisarzu, który pisze książkę o pisarzu... Książka miała być początkowo autobiografią, która później staje się powieścią. Możliwe, że skumulowane wspomnienia, namiętności, pasje doprowadziły pana B. na skraj... basenu.
Przed drugim pawilonem wita nas tablica z napisem For Sale. Podobno w dniu otwarcia Biennale po willi oprowadzał agent nieruchomości opowiadając o rodzinie, która zamieszkiwała ten dom. Dziś można się tylko domyśla Chodząc z pokoju dowiadujemy się, że Państwo A byli architektami, ekscentrykami, miłośnikami porządku i symetrii, kolekcjonerami. Dom pełen jest wysmakowanych obiektów i kolekcji owadów, porcelany, książek, sztuki. Na ścianie w ogromnej jadalni wisi też niezwykła kolekcja obrazów. W złotych ramkach umieszczone są kartki z prośbami o pomoc, jakie trzymają żebracy i bezdomni w różnych zakątkach świata. Każdy obraz opatrzony jest nazwą miasta, z którego pochodzi.
I chyba mało kto zagląda do pokoju na końcu korytarza, ukrytego za niepozornymi białymi drzwiami. Otwiera się je opornie, z niepewnością, czy w ogóle stanowią część projektu. Kiedy w końcu udaje się je uchylić zauważa się sznurek przewieszony wzdłuż ramy drzwi, na którego końcu dynda sobie siekiera. Okazuje się, że trafiliśmy do rodzinnej komnaty tortur... Projekt The Collectors, gdzie każdy element został stworzony przez innego artystę, sam w sobie jest jedną wielką kolekcją. Do tego jeżeli pomyślimy, że znajduje się wśród innych pawilonów pełnych dzieł sztuki, okazuje się, że sam wychodzi poza swoje ramy. W niezwykle interesujący sposób analizuje pasje gromadzenia, zbierania, kolekcjonowania, która jest manifestacją własnej osobowości i wyznawanych wartości a także samego życia. O ile życie Mr B pełne było pasji i namiętności, o tyle Family B szaleńczo poszukiwała w życiu porządku i stabilizacji. Zbieranie próśb o pomoc było ich własnym niemym krzykiem. W kolejnych odcinkach cyklu o Biennale opowiem Wam o najciekawszych moim zdaniem projektach, o moim ulubionym trendzie w sztuce współczesnej, a na koniec pokażę najlepsze zdjęcia, jakie się mi udało zrobić. A tymczasem zostawiam Was jeszcze z Panem B i jego sąsiadami. |