Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
środa, 18 stycznia 2012

Choć robię to chyba dość często, nie przepadam za lataniem samolotem. Nie lubię nie kończącego się czekania, przepychania, upychania bagaży, rozgadanych i wystraszonych pasażerów, klaskających Włochów. W czasie lotu zwyczajowo zagłębiam się w książce, w szalu, we własnych myślach. Byle do lądowania. Lubię za to moment wysiadania bo jest zawsze początkiem czegoś nowego.

Tym razem wylądowałam w Rzymie. Choć wielokrotnie latałam już sama, to była chyba moja druga prawdziwa samotna podróż (choć tylko weekendowa) w życiu. Ciekawe doświadczenie wynająć jednoosobowy pokój, samotnie zjeść kolację, iść samej na balet. Nie, żadne tam smutki, gdy trzeba się samemu zorganizować od a do z, nie ma czasu na rozczulanie się. Grunt to idealna organizacja, sprawdzone trasy rzymskich autobusów, adresy galerii, pewny uśmiech i otwartość na przygody i ludzi.

 

Długie, niespieszne spacery po Zatybrzu, wzdłuż rzeki, wśród kolorowych liści jak gdyby to była jesień, bez konkretnej mety, bez pośpiechu, za to w towarzystwie ciepłych promieni słońca.  Wystawa prac Georgii O'Keeffe, która przenosi cię wręcz dosłownie na nowojorskie ulice, zapchana po granice wszelkiego rozsądku zakupowa via dei Condotti oddająca szaleństwo Włochów (i Rosjan) na punkcie mody, zapatrzeni w fontannę di Trevi Japończycy, ekscentryczny Rzymianin z pieskiem, który zaprasza cię na obiad do cudownej trattorii w gettcie serwującej fantastyczne carciofi alla giudia i fettucine cacio pepe e ricotta, balet Dziadek do Orzechów w zupełnie niespodziewanej interpretacji, dzieci zapatrzone w niedzielny teatrzyk z marionetkami... To był na swój sposób przepiękny weekend. Tylko te uporczliwie tłumione myśli, że nie tak miało być...

 

Tagi: Rzym Włochy
21:16, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (16) »
niedziela, 11 grudnia 2011

Spośród wystaw, które widziałam w ostatnich tygodniach, ta poświęcona fotografiom Roberta Mapplethorpe'a interesowała mnie najmniej, ba, wybrałam się na nią głównie z nadmiaru wolnego czasu. A jednak to jego twórczość, a nie obrazy Cezanne'a czy instalacje Pipilotti Rist w starym mediolańskim kinie Manzoni poruszyły mnie najbardziej.



Robert Mapplethorpe, kolejny kuglarz z artystycznego światka Nowego Jorku lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych,  kółka wzajemnej adoracji i insipiracji epatującego głównie kiczem, swobodą seksualną i kreacyjną.  Tak początkowo miałam zaszufladkowanego Mapplethorpe'a oglądając jego polaroidowe autoportety pełne erotycznych gadżetów.



 

Z czarno-białych zdjęć powoli wyłania się portet nieodrodnego dziecka kultury pop poszukującego jednak doskonałych form, idealnych kompozycji, klasycznej prostoty i estetycznego minimalizmu. Portert artysty równocześnie wspólczesnego, świetnie wpisującego się w otaczajacy go świat i niewspółczesnego, hołdującemu klasycznej rzeźbie. No właśnie, Mapplethorpe widział fotografię jako współczesną formę rzeźby, szybszą w realizacji, choć niekoniecznie prostszą w osiąganiu oczekiwanego rezultatu. Niezależnie od tego, czy fotografował męskie ciało, kwiaty czy dzieci skupiał się na kompozycji, doskonałości formy i najdrobniejszych szczegółach. W niepowtarzalny sposób udawało się mu łączyć homoerotyzm graniczący z pornografią (o co często był oskarżany w Stanach Zjednoczonych) z czystością i klasyką form.



 

Wystawa w Mediolanie (galeria Spazio Forma) zgromadziła prawie 200 fotografii, w tym słynne portety Andy Warhola i Patty Smith. Przygotowana z dbałością o najmniejszy detal, prosta i minimalistyczna w formie idealnie oddaje duch twórczości Mapplethorpe'a. Bravi!

wtorek, 29 listopada 2011

To były parszywie ciężkie dwa miesiące. I wcale nie jest powiedziane, że kolejne będą lepsze. Ale siłą człowieka jest przyzwyczajenie, które sprawia, że dziś trochę lżej się mi oddycha. I nie do przecenienia są przyjaciele, którzy na dźwięk twojego załamującego się głosu, wsiadają do samochodu i przejeżdżają pół świata, żeby cię wesprzeć. Albo którzy odstępują ci swoje łóżko, kiedy nie masz siły wrócić do domu. Zbieram się pomału do kupy. Uczę się od początku mojej teorii pozytywnego myślenia i dziś próbuję  pozbierać okruchy przyjemności z ostatnich tygodni, może ułoży się z nich jakiś pocieszający obrazek. 

- moje pierwsze w życiu brownies wg przepisu z White Plate (w mojej wersji bez przypraw piernikowych), który wyszły naprawdę nieźle, a wyrosły jeszcze lepiej;

- koncert Ryuichi Sakamoto i usłyszenie na żywo Solitude;

- każda bezinteresownie wyciągnięta dłoń i wspierający uśmiech na widok mojej niewyraźnej buzi;

- Pina Wima Wendersa, która zaczarowała mnie muzyką, a szczególnie La Prima Vez;

- nocne marsze (bo ciężko je nazwać spacerami) wzdłuż obleczonego typową mediolańską mgłą Naviglio Grande, piękne i mroźne;

- telewizja - zabija wszelkie odruchy samodzielnego myślenia!

- obserwowanie księżyca i zastanawianie się, w którym świecie się mieszka (tak, 1Q84);

- origami - zrobienie czarnego łabędzia to nie lada wyzwanie, ale jaka satysfakcja!

 

Fakt, dziś  jeszcze łatwiej przychodzi mi ułożenie listy porażek i rozczarowań. Ale następnym razem pójdzie już gładko. W końcu ile można spadać w dół.

Pozdrawiam Was serdecznie!

23:13, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (36) »
wtorek, 27 września 2011

Kino - jeszcze jeden powód aby lubić jesień. Dziś w filmowym skrócie o tym, co ostatnio  w zasypanym kolorowymi liśćmi kinie mnie poruszyło. I o tym, na co już się cieszę wyciągając z pudeł ciepłe szaliki. Moja jesień jest jak zawsze bardzo filmowa i kolorowa. A Wasza - jaka jest? Co widzieliście, co chcielibyście zobaczyć? Co polecacie, a co kategorycznie odradzacie? 

 

Top Floor Left Wing, reż.  Angelo Cianci

Festiwalowy film, który pewnie nie trafi do szerszej dystrybucji. Nagroda FIPRESCI na Berlinale. Cudownie śmieszna komedia, która w świeży, inteligentny sposób porusza niezwykle aktualny temat muzułmańskiej emigracji we Francji, ale też ponadczasowe kwestie dialogu między pokoleniami. Pięknie pokazane współczesne problemy komunikacji między nacjami, grupami społecznymi, sąsiadami i rodzinami. Mikrokosmos w malutkim, blokowym mieszkaniu - ostatnie piętro, lewe skrzydło. Dzień jak co dzień - 11 września.

 

 

Biutiful, reż. Alejandro Gonzàlez Iñárritu

Iñárritu wspiął się na szczyt własnych możliwości. Obraz ocierający się wręcz o moją definicję doskonałości filmowej. Nosisz go w sobie przez wiele dni po obejrzeniu, nie możesz się uwolnić od zapamiętanych scen, twarzy, melodii (Gustavo Santaolally), świateł i kropli deszczu. Uniwersalne i na wskroś współczesne tematy przeplatają się aby stworzyć idealnie wyważoną całość. Barcelona, jakiej nie znacie. Piękno, na które musicie się otworzyć.



 

 

Rachel getting married, reż. Jonathan Demme

Nokaout przez zaskoczenie. Spodziewałam się lekkiego filmu o ślubnych perypetiach z piękną Anne Hathaway. Dostałam nietuzinkowy dramat rodzinny, z fantastycznymi kreacjami aktorskimi, przytłaczającym sekretem i co najważniejsze oczyszczającym katharsis. Z jednej strony dopracowana amerykańska produkcja, z drugiej alternatywny, nerwowy styl pracy kamery rodem z dogmy. Co za muzyka, co za wesele! 


 

Patang, reż. Prashant Bhargava

Kolejna festiwalowa pozycja, o którą nie będzie łatwo. Ale warto się rozejrzeć, czy przypadkiem nie pojawiła się w programie Waszego lokalnego przeglądu filmów. Debiutancki obraz, daleki od doskonałości, według mnie zbyt długi (a widziałam "skróconą" wersję), z przytłaczającą ilością efektownych zdjęć i ujęć. Ale Uttarayan, czyli święto latawców w Ahmadabad, w czasie którego rozgrywa się akcja, to bajeczny wręcz motyw i tło dla filmu. I chociażby dlatego warto ten film zobaczyć.

 

 Carnage, reż. Roman Polański

Pierwszy film Polańskiego, na który czekałam. Mam ogromną słabość do filmów nakręconych na podstawie sztuk teatralnych. Uwielbiam intymność teatru przeniesioną na ekran kina. Podoba się mi wyzwanie, jakie stawiają sobie filmowi reżyserzy podejmując takie adaptacje. A Polańskiemu wyszło to fantastycznie. Oczywiście kluczem do sukcesu jest genialna sztuka Yasminy Rezy poruszająca cały wahlarz problemów współczesności (od problemów trzeciego świata, poprzez szwindle koncernów farmaceutycznych po uzależnienie od komórek) w iskrzących komizmem i inteligencją dialogach.  Ale oczywiście nic by się nie udało bez niebanalnych (choć trochę przejaskrawionych) kreacji aktorskich, czytaj: Christoph Waltz był znowu genialny! 

 

 

A oto filmy, które bardzo chcę zobaczyć tej jesieni:

Pina, reż. Wim Wenders bo nie mogę się uwolnić od tej muzyki! 

Terraferma, reż. Emanuele Crialese bo znowu nakręcił film o Sycylii

Skóra, w której żyję, reż. Pedro Almodovar bo takiego Almodovara jeszcze nie widziałam

This must be the place, reż. Paolo Sorrentino bo takich duetów (P. Sorrentino + S. Penn)  się nie omija, oj nie

01:04, latajaca_pyza , Filmy
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 12 września 2011

Sycylia jest pachnącą migdałami esencją Italii. Jest samowolnym królestwem zachodów słońca. Oddalona o jeden krok od kontynentalnej Europy i o półtora od Afryki kryje w sobie prastarą mieszankę europejskich i afrykańskich smaków, zapachów, sztuki i historii. W porównaniu z innymi wyspami jest ciągle nieskalana brudną nowoczesnością. Tu ciągle wystarczy wyjść do ogrodu i zerwać z drzewa rozpaloną słońcem cytrynę aby napić się świeżej lemoniady. Tutaj lokalne sklepiki sprzedają pomidory, których zapach można wyczuć z daleka, a lokalna ricotta nadaje sens wyrażeniu rozpływać się w ustach. Tu nawet najbardziej obskurny bar za kwestię honoru uznaje serwowanie najlepszego espresso na świecie.  Zazwyczaj wystarczy podnieść wyżej głowę aby pośród wzgórzy dostrzec starożytną budowlę albo zerknąć w prawo by dostrzec skrawek lazurowego morza. Każde miejsce na Sycylii kryje tajemnicę, magię i niespodziankę w postaci widoku, smaku czy opowieści. Wystarczy wyciągnąć rękę, nastawić uszy i dać się ponieść. Oto moje sycylijskie impresje:

 

Jaśminowa granita

Granita ze słodką brioche to pozycja obowiązkowa na Sycylii i to najlepiej powtórzona kilka razy. Bo spróbować trzeba i tej migdałowej, i pistacjowej, i koniecznie kawowej. A moim odkryciem okazała się zachwycająca granita jaśminowa, cudownie pachnąca, smakująca i orzeźwiająca. Znalazłam ją tylko w jednym miejscu - w pasticcerii Colocchia w Trapani. Najlepsze granity serwują właśnie rodzinne, tradycyjne cukiernie, które stosują stare przepisy, dzięki którym ich desery są delikatne i kremowe.

 

Granita w Trapani

 

Dolina świątyń w Agrigento

Zjawiskowa. To słowo najlepiej do niej pasuje. O zmierzchu dolina wypełnia się intensywnymi zapachami oleandrów, migdałowców i drzewek oliwnych. Spacer wśród doskonale zachowanych i wyeksponowanych wieczorem świątyń to niepowtarzalne przeżycie. Czaru temu miejscu dodają monumentalne rzeźby Igora Mitoraja, które wystawiane są w dolinie do końca listopada. Idealnie wpisują się w krajobraz, ich klasyczna nowoczesność jest idealnym łącznikiem między starożytnymi świątyniami i współczesnymi odwiedzającymi.

Rzeźba Igora Mitoraja na tle świątyni Konkordii

 

 

Targ Ballarò w Palermo

Najstarszy targ w Palermo, po którym spacer to istna przygoda. Nad przekrzykującymi się w lokalnym dialekcie straganiarzami, gigantycznymi głowami mieczników i suszonymi na słońcu pomidorami unosi się prawdziwa, sycylijska dusza. 

 


 Ballarò

 

Busiate al pesto di pistacchi e gamberi

Skręcana pasta charakterystyczna dla regionu Trapani, plus tradycyjne pesto z pistacji i świeże krewetki równa się niebo w gębie. Szczególnie w restauracji Tentazioni di Gusto w Trapani albo w I sapori del val di Noto w Noto. Szlagierowa i równie niebiańska alternatywa dla wegetarian - pasta alla norma ze smażonymi bakłażanami i słoną ricottą. 

 Busiata trapanese

 

Erice

To bajeczne miasteczko na szczycie góry o tej samej nazwie, do którego najlepiej dotrzec kolejką górską z Trapani. Założone w V wieku p.n.e. zachwyca dziś średniowieczną architekturą i zabójczymi widokami na leżące u jej stóp Trapani i Wyspy Egadzkie. Koniecznie trzeba je odwiedzić o zachodzie słońca, pospacerować po Giardino del Balio i spróbować lokalnych arancini z ricottą i pistacjami. Spędziliśmy tam nasz ostatni, sycylijski wieczór.

Erice o zachodzie słońca

 


22:56, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (16) »
niedziela, 28 sierpnia 2011

Jest tak gorąco, że ciągle nie mam siły na dłuższy wpis o weneckim biennale czy o Sycylii. Pozostając jednak w urlopowej atmosferze, dzielę się z Wami zdjęciami z włoskich wakacji sprzed 60 lat, które na nowo przeglądałam dziś rano i które nie przestają mnie fascynować. 

Dwie Amerykanki samotnie podróżujące po Europie spotykają się we Florencji w 1953 roku. Fotografka Ruth Orkin i malarka Ninalee Craig. Młode, piękne, niezależne, fascynujące. Wpadają na pomysł aby zilustrować zdjęciami niecodzienne sytuacje, jakie przydarzają się im we Włoszech, pokazać Italię swoimi oczami - z punktu widzenia cudzoziemek, turystek, kobiet. Wychodzi fascynująca sesja zdjęciowa,  zapis czasów pełen nieupozowanego seksapilu i autoironicznego poczucia humoru. American Girl in Italy (pierwsza fotografia poniżej) staje się jednym z najsłynniejszym zdjęć ilustrujących Włochy lat pięćdziesiątych. A twarz Ninalee Craig na tej właśnie fotografii nie przestaje mnie fascynować, wyraża obojętność pomieszaną z pewnością siebie i poczuciem wyższości, które jednak bardziej niż odpychać, przyciągają. Wyższa szkoła seksapilu? 

 

 

 

Więcej zdjęć z sesji we Florencji na stronie poświęconej Ruth Orkin

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Anish Kapoor to taki artysta, o którym można czytać, ile się chce, można bez końca oglądać albumy ze zdjęciami jego prac, ale nie pojmie się wymiaru jego sztuki, dopóki nie stanie się z nią oko w oko. No właśnie, w dużym stopniu to dosłownie kwestia wymiarów, które, jak mówi sam artysta, są podstawowym narzędziem jego sztuki balansującej gdzieś między rzeźbą a architekturą. Gigantyczne konstrukcje przypominające kosmiczne statki, instrumenty muzyczne i nierealne przestrzenie wykonane z luster, pigmentów czy wosku to charakterystyczne punkty jego twórczości. Najczęściej umieszczane w przestrzeni publicznej funkcjonują jako odrealniona część rzeczywistości. Kapoor uwielbia takie paradoksy. Delektuje się dwuznacznością tworzonych przez siebie form i ich znaczeń.

Weźmy na przykład Dirty Corner, gigantyczną rzeźbę Kapoora pokazywaną właśnie w Mediolanie. Przypominająca kształtem trąbka jest długim korytarzem ciemności, w który powoli zanurzają się odwiedzający. Stopniowe przechodzenie z jasności do ciemności, pewności do niepewności, z szybkiego kroku, który z sekundy na sekundę staje się coraz wolniejszy, to zdecydowanie ciekawe doznanie. Już w tym samym osobliwym spacerze gnieździ się całe mnóstwo kontrastujących się dualności. Analizując formę rzeźby dostrzec można przeciwstawne formy o żeńskiej (wejście tunelu przypomina waginę) i męskiej ( faliczna forma trąbki) symbolice. Dirty Corner jest systematycznie przysypywany ziemią, co przynosi kolejne dualności: pełny/pusty, ciemność/jasność, widzialny/niewidzialny... 

 

 

Wystawa w Mediolanie oferuje świetny film dokumentalny o Kapoorze, który koniecznie trzeba obejrzeć, jeżeli chce się zrozumieć  jego twórczość. Sama naczytałam się też wywiadów z artystą próbując ogarnąć  jego widzenie sztuki.   Zachwyca mnie estetyka jego prac, fantazyjne i perfekcyjnie wykonane formy i ich umiejscowienie. Kapoor urzeka mnie jako wizjoner, zdecydowanie intryguje mnie jako artysta, stawia mi jako odbiorcy wyzwania, które mam ochotę podjąć. A to już osiągnięcie bo takich odczuć absolutnie nie budzą we mnie inni czołowi artyści. Jakoś zupełnie nie intryguje mnie, co chciał przekazać swoimi rzeźbami prosto z mangi Murakami czy Hirst pływającymi w formalinie rekinami (swoją drogą Kapoor otwarcie mówi, że według niego twórczości Hirsta nie można nazwać sztuką).

A jednak rzucone przez Kapoora wyzwanie pozostawia mnie bez odpowiedzi. Nie przekonuje, nie dociera do mnie, jego sztuka nie budzi we mnie tego dreszczyku emocji, którego szukam we sztuce współczesnej.  Być może to sztuka zbyt dla mnie intelektualna, bardziej jednak skłaniam się do pozbawionej sarkazmu opinii, że to sztuka dla mnie zbyt koncepcyjna. Nie odmawiam Kapoorowi bycia artystą wielkiego kalibru (w dosłownym tego słowa znaczeniu), ale sama jego sztukę widzę jednak przede wszystkim jako utylitarną, pozbawioną celów wyższych niż upiększanie przestrzeni. W końcu wszystko jest kwestią interpretacji. Niektóre interpretacje jednak przerastają swoje fizyczne formy.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Sycylia ma kolor kandyzowanej skórki pomarańczy, której barwę przybierają ściany barokowych kościołów o zachodzie słońca. Pachnie mieszanką migdałowych, cytrynowych i oliwnych drzewek. Ulice noszą tutaj nazwy morskich bogiń, via delle sirene, largo delle ninfe. A mieszkańcy mają na twarzach wypisane wiatrem i słoną morską bryzą tysiące niezwykłych historii.

Pozdrowienia z Sycylii przesyła Pyza

 

 

 

 

 

 

 

 

 

01:28, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (17) »
piątek, 22 lipca 2011

Ten film jest równie prosty i bezpretensjonalny jak jego tytuł. I choć to cecha charakterystyczna dla wszystkich obrazów braci Dardenne, w Chłopaku z rowerem nabiera wyjątkowego smaku. Skromna, harmonijna  historia chłopca usiłującego odzyskać zaniedbującego go ojca w odróżnieniu od wcześniejszych filmów braci Dardenne jest ciepła, bardziej optymistyczna, wręcz kojąca. Tym razem akcja filmu umiejscowiona jest gdzieś między wiosną a latem. Nowością są też okruchy muzyki, która zazwyczaj w ich filmach nie istnieje. Tutaj pojawia się w postaci  mocnych akcentów pieczętujących momenty łagodności i wytchnienia małego Cyrila.

Bohaterowie braci Dardenne jak zawsze pochodzą z niższych warstw społecznych, borykają się z codziennymi problemami, żyją często na granicy prawa, na marginesie. Doświadczają życiowych klęsk, mniejszych i większych osobistych tragedii, ale wobec chaosu, który ich otacza potrafią odnaleźć w sobie człowieczeństwo i dobro. Te zimne, paradokumentalne wręcz filmy belgijskiego duetu zawsze dają nadzieję. 

Tydzień wcześniej widziałam Tree of Life Malicka, monumentalne, metafizyczne dzieło, które traktuje o wszystkim, co najważniejsze w życiu używając wielkich słów, wyidealizowanych obrazów i wysokich dźwięków. W porównaniu z nim Chłopak z rowerem, który również opowiada historię o sile rodziny, o wierze, miłości i nadziei, zadaje pytania o istotę człowieczeństwa jest filmem miniaturką. Pytanie tylko czy o ważnych kwestiach trzeba rzeczywiście opowiadać wielkimi słowami i dosłownymi metaforami? A może lepiej użyć prostej, minimalistycznej stylistyki, która nie kreuje dystansu i wrażenia nieosiągalności czegoś co powinno być dla nas naturalne?  Niby to tylko kwestia języka opowieści, ale jakże istotna. Do mnie zdecydowanie bardziej przemawia język braci Dardenne.

 

środa, 06 lipca 2011

Suk w Fezie. Ustawiam się w ogonku po wypłukaną w misce szklankę truskawkowego napoju. eF patrzy na mnie ze zgrozą, ale jakoś nie śmie mnie powstrzymać. Za rogiem znowu przyłączam się do grupki otaczającej starszego pana, który sprzedaje z wielkiego gara zupę z cieciorki. Potrawa jest bez smaku, posypuję ją harisą łapiąc kątem oka rozbawiony wzrok obserwujących mnie dzieciaków. Piekielną próbę przechodzę jednak bohatersko.  Robimy sobie nawet razem zdjęcie.

Zatrzymuję się przy każdym stoisku ze słodyczami, daktylami, orzechami. Przez godzinę wybieram ręcznie malowane talerzyki z fezkiej, najlepszej marokańskiej gliny. Nie negocjuję cen, nie umiem się przełamać i wejść w przypisaną mi rolę. Płacę horendalną cenę za litr wody różanej, która w niczym nie przypomina tej od Robertsa, którą kupuję w drogerii. Ma tak intensywny zapach, że kręci się w głowie, zamknięta w oldskulowej butelce z korkiem i ręcznie wypisaną etykietą jest dla mnie bezcenna. 

Z dnia na dzień zaczynam jednak rozumieć i przyswajać rządzące tutejszym rynkiem zasady. W Marakeszu, gdzie zakończymy naszą tygodniową wyprawę po Maroku będę już wytrawnym negocjatorem cen i postrachem wszystkich taksówkarzy. Tymczasem jednak wielka szkoła negocjacji trwa.

Jesteśmy w tak zwanej nowszej części Fezu. Przyglądam się usypanym w stożki przyprawom, kiedy zagaduje do nas krzątający się w pobliżu młody Marokańczyk. Mówi nieźle po włosku, okazuje się, że mieszkał w Mediolanie. Zaprasza nas na zaplecze swojego sklepu. Wiemy, czym to pachnie, ale rzucamy się w wir przygody. Pierwsze pół godziny to pogaduszki przy dzbanku miętowej herbaty. Potem przenosimy się do przysłowiowej jaskini Ali Baby, pełnej orientalnych dywanów. Rozpoczyna się żmudne oglądanie, wymienianie komplementów, padają pierwsze kwoty, którym towarzyszą grymasy, cmokanie i przewracanie oczami. Ostatecznie wychodzimy z wełnianą narzutą w tradycyjne marokańskie wzory farbowane naturalnymi barwnikami. W cenie zawarta jest też darmowa reklama sklepu na moim blogu. Pech chce, że gubię wizytówkę.

Przebijamy się przez pętle Atlasu Wysokiego, gdzieś między Ourzazate a Marakeszem. Zatrzymujemy się w przydrożnym barze, w którym gości tylko para staruszków w tradycyjnych strojach. Po dziesięciu minutach pojawia się właściciel i przyjmuje nasze zamówienie: kawa i herbata miętowa. Chyba i tak nie ma nic innego w karcie. Wraca z napojami po kolejnym kwadransie i postanawia zrekompensować nam oczekiwanie własnym towarzystwem. Chyba przypadamy mu do gustu bo w pewnym momencie oferuje nam drugą kolejkę kawy i herbaty, zapraszając nas na tyły swojego domu. Nie umiemy odmówić ani jemu ani sobie. Znowu rzucamy się w nieznane.

Jesteśmy w małym pokoju wyłożonym dywanami i kolorowymi poduszkami. Siadamy po turecku, próbujemy orzeszków ziemnych, dyskretnie się rozglądamy po ciemnym pomieszczeniu. Nasz berberyjski gospodarz ma pewnie czterdziestkę, kilka brakujących zębów i spracowane ręce. Opowiada nam, że opiekuje się mieszkającą w górach komuną rozwiedzionych kobiet. Zaprasza nas abyśmy się do niej wybrali - raptem trzy godziny górskim szlakiem. Tymczasem wyciąga ze szkatułek wyrabiane prze nie przedmioty: bogato zdobione bransoletki i tradycyjne sztylety. Ta godzina to wielka lekcja marokańskiej kultury. Uczę się, jak powiedzieć nie, mówiąc tak. Jak odmówić, nie obrażając gospodarza. Jak zbijać cenę, nie urażając sprzedającego. Jak znaleźć kompromis pod presją. I jak w tym wszystkim odnaleźć przyjemność. Wyruszam w dalszą drogę biedniejsza o kilka koszulek, które nasz gospodarz podaruje kobietom i bogatsza o niezwykłe doświadczenie.

Później już jest dużo łatwiej. Po suku w Marakeszu poruszam się z pewnością starej wygi. Instynktownie wyczuwam, gdzie należy negocjować, a gdzie dać sobie spokój. Nie daję się oskubać taksówkarzom, ale chętnie płacę trochę wygórowaną cenę za domowe kuskus. Zaczynam grać zgodnie z zasadami. Rzecz tylko w tym, że te zasady są wyczerpujące. Nie mogę się doczekać powrotu do domu aby kupić sobie kanapkę za z góry ustaloną cenę. Cenę europejskiej kultury, której jestem niewolnikiem.

 

Moje ulubione zdjęcie z Marakeszu

22:12, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25