|
Archiwum
Zakładki:
@
2008
2009
Czytam
Oglądam
Pomagam
|
czwartek, 19 listopada 2009
W czasie wieczornego spaceru po Wenecji kilka miesięcy temu padło pytanie: na kogo koncert najchętniej byś się wybrała? Pytanie proste jak do re mi fa sol la! Listę wymarzonych koncertów mogę wymówić jednym tchem, a na pierwszym miejscu od lat była Diana Krall. Od ponad dziesięciu lat, kiedy to po pierwszy usłyszałam ją w Trójce. Jej koncert nagrany z radia wałkowałam na dwukasetowym magnetofonie milion razy, a jej stronę internetową nawiedzałam regularnie w poszukiwaniu wieści o nowych płytach i koncertach. I nie uwierzycie, ale dokładnie na drugi dzień po powrocie z Wenecji, znalazłam informację o zbliżającym się koncercie Diany Krall w Mediolanie. A do tego data koncertu zbiegała się z jej urodzinami! Kto powiedział, że marzeń nie można wypowiadać na głos, bo się nie spełnią? Trzeba je recytować głośno i wyraźnie! W końcu nadszedł 16 listopada. Po wejściu do teatru, gdzie odbywał się koncert, zaczęłam wyciszać telefon, kiedy ni stąd ni zowąd nagle włączył się w nim Ipod. Zgadnijcie, kogo głos rozbrzmiał w korytarzu. Tak właśnie zaczął się magiczny wieczór z Dianą Krall. Zaskoczyła mnie jej charyzma i gadatliwość. Ujęły mnie jej dziewczęce ruchy, ciągłe prostowanie sukienki czy zakładanie nogi na nogę przy fortepianie. I oczywiście zupełnie powalił mnie jej głos, który na żywo brzmi jeszcze potężniej niż na płytach. I ta niewymuszona swoboda, z jaką bawi się muzyką. Uwielbiam jej interpretacje standardów jazzowych i bossa novy. Robi to w niepowtarzalny, hipnotyzujący sposób. Siedziałam jak zaczarowana... I jeszcze sobie posiedzę i posłucham...
PS Może kogoś zainteresuje informacja, że 25 listopada Diana Krall ma jeszcze zawitać do Wrocławia, na krótko przed przeniesieniem się trasy koncertowej do Australii. W czasie wieczornego spaceru po Wenecji kilka miesięcy temu padło pytanie: na kogo koncert najchętniej byś się wybrała? Pytanie proste jak do re mi fa sol la! Listę wymarzonych koncertów mogę wymówić jednym tchem, a na pierwszym miejscu od lat była Diana Krall. Od ponad dziesięciu lat! Od kiedy po raz pierwszy usłyszałam ją w Trójce. Jej koncert nagrany z radia wałkowałam na dwukasetowym magnetofonie milion razy, a jej strona internetowa to jedyna, którą sprawdzałam od czasu do czasu pod kątem wieści o koncertach. Na drugi dzień po powrocie z Wenecji
środa, 04 listopada 2009
Weekend w Barcelonie był moim prezentem urodzinowym dla eF. Na miejsce dotarliśmy w czwartek w nocy meldując się w hoteliku na przepięknym Plaça Reial, tuż przy głównym deptaku Rambla. Zupełnie nie sprawdziły się przestrogi o tabunach kieszonkowców i podejrzanych typków krążących w tej okolicy. Wystarczyło mieć się na baczności jak w każdym turystycznym miejscu i nie stwarzać okazji do stania się ofiarą. Barcelona okazała się być przyjazna nie tylko turystom, ale i mieszkańcom. Zachwyciła mnie nie tylko ilość zieleni i ścieżek rowerowych w ścisłym centrum, ale też sposób komunikacji władz miasta z mieszkańcami - za pomocą oryginalnych napisów, haseł czy obrazków. Na przykład w metrze przy okazji prowadzonych prac, widziałam wielki plakat z napisem dziękujemy za cierpliwość przedstawiający mężczyznę na fotelu, któremu fryzjer goli brzytwą brodę. Na asfalcie przy przejściu dla pieszych namalowane były ostrzeżenia o ofiarach wypadków w takich miejscach. W mieście mnóstwo też miejsc, w których można skorzystać z bike sharing i widać, że jest to środek transportu niezwykle popularny. Jedyne co się nam w Barcelonie nie spodobało to przedziwne metro. Choć dysponuje świetnie rozbudowaną siecią, wspólne stacje różnych linii połączone są tak niefortunnie, że czasami trzeba przemieszczać dusznymi tunelami przez 15 minut. Raz nawet aby przesiąść się na inną linię metra, musieliśmy wyjść na powierzchnię - szliśmy i szliśmy kierując się znakami, które nagle się skończyły, a my zmuszeni byliśmy wyciągać mapy, aby zorientować się gdzie w ogóle jesteśmy. Oczywiście Barcelona zachwyca ponad wszystko niesamowitą architekturą. Majstersztyki Gaudiego, La Manzana de la Discordia, La Perdera, Park Güell, do tego malownicze El Barrio Gótico, Palau di Musica to wszystko pozycje obowiązkowe. Ale tak naprawdę secesyjne perełki Barcelony w postaci mosiężnych, szalonych balkonów, kwiecistych malowideł na ścianach budynków czy mozaikowych zdobień starych aptek można spotkać na każdym kroku. Wystarczy zadzierać wysoko głowę i ani na chwilę nie chować aparatu fotograficznego. Pierwszy dzień (piątek) spędziliśmy na rowerach zwiedzając dzielnicę gotycką i domy zaprojektowane przez Gaudiego, tuż przed zachodem słońca docierając do Sagrada Famillia. W sobotę z zachwytem szwendaliśmy się po niesamowicie kolorowym targu La Boqueria, który podobno pamięcią sięga XVII wieku. Tego samego dnia w bardzo wolnym tempie dotarliśmy jeszcze do zatłoczonego Parku Güell, gdzie zjedliśmy późny lunch, a niedzielny poranek spędziliśmy spacerując po plaży i zwiedzając dzielnicę Barceloneta. Mimo, że mieliśmy początek listopada, w ciągu dnia towarzyszyło nam słońce, a i wieczorami na poszukiwania barów tapas spokojnie można było wybrać się w koszulce z krótkim rękawkiem. Jesień to więc idealna pora na odwiedzenie Barcelony: nie męczą już upały i tłumy turystów, a ciągle jest przyjemnie i kolorowo. Jedyny problem to wcześnie zachodzące słońce, które mocno ogranicza możliwości zwiedzania. Oglądanie po ciemku Casa Calvet okazało się w moim przypadku bardzo mało satysfakcjonujące.
poniedziałek, 02 listopada 2009
Lata całe nie czytałam polskiej literatury. Na długo przesyciłam się Tokarczukami, Gretkowskimi i Masłowskimi i dopiero niedawno głodowy sygnał do powrotu dała mi Sylwia Chutnik. W mojej biblioteczce pojawili się więc równocześnie Dehnel, Kościów, Piątek oraz bohaterka dzisiejszego wpisu Anna Janko. Jej powieść sprzed dwóch lat Dziewczyna z zapałkami wytarmosiła mnie do granic możliwości. Ze dwa razy chciałam ją rzucić precz, wprawiała mnie na zmianę w złość i zachwyt. To niekonwencjonalnie napisana historia ambitnej, nie do końca spełnionej poetki, udręczonej matki, sfrustrowanej żony nieudacznego pracoholika, synowej znienawidzonej teściowej i początkującej alkoholiczki w jednym. Problemy bohaterki nie są tak fundamentalne jak te, które opisywała Sylwia Chutnik. To problemy wykształconej, świadomej kobiety, która wbrew swoim ambicjom i potrzebom znalazła się w potrzasku szarej codzienności, brudnych pieluch i niezapłaconych rachunków. Jej rzeczywistość w żaden sposób nie jest patologiczna, ot po prostu typowe problemy polskiej rodziny inteligenckiej, a jednak, a może właśnie dlatego, ta historia jest mi bardzo bliska. Po takim opisie książki większość z nas pewnie podziękowałaby - po co czytać dodatkowo o problemach, z którymi borykamy się na codzień. Ale ta powieść to nie tylko frustrująca rzeka wspomnień narratorki. To także filozoficzne morze pełne zachwycających nawiązań do literatury i poezji. To poezja zamknięta w prozie. To wyrafinowana uczta językowa pełna błyskotliwych spostrzeżeń i autoironii. To współczesna opowieść o dużej, biednej dziewczynce, która zapalając zapałki wyobraźni rozjaśnia i ociepla swój świat.
Albert Camus napisał gdzieś, że życie innych zawsze wydaje nam się ułożone i sensowne, a nasze własne przeciwnie - bezładne i nic nie warte. I że to złudzenie optyczne. No więc jeśli ja biorę dystans względem swego życia, próbując być "oną", to może usiłuję zobaczyć siebie w jakimś porządku, a nawet próbuję dowartościować własne życie? O, być częścią wyrazistego, widzialnego świata Na Zewnątrz! Marzenie, które swobodnie realizują pisarze w swych książkach... (s. 17) Życie to nastrój. Wszystko sprowadza się do samopoczucia.(s. 105) "Na świecie ma się do wyboru tylko samotność albo pospolitość” (Schopenhauer). Chcąc uniknąć samotności, wpadłam w pospolitość. Jakże odległa wydaje mi się teraz tamta porzucona młodzieńcza samotność w domu rodziców; rozmyślałam o niej nad kartką papieru, celebrowałam swą osobność, inność, chodziłam na samotne spacery, owijając się smuteczkiem jak szaliczkiem... (s. 144-145) Książki to nie są czyjeś rzeczy, to są swiadectwa rozumu. Książki, które czytasz, pozwalają zajrzeć ci do głowy i zobaczyć myśli, uczucia, intencje, potrzeby emocjonalne. Jeśli coś czytasz namiętnie, to znaczy, że tym właśnie jesteś. Jesteś autorem swoich lektur i one zawsze cię zdradzą!!! (s.181) Nie wypada oglądać seriali. Nie wypada pić piwa. Mądre kobiety tego nie robią. Jednak kwadrans po wyłączeniu telewizora i prawie godzinę po wypiciu piwa reszta świata wygląda znacznie lepiej niż przedtem, a potencjał życiowej energii, nawet jeśli się nie zwiększył, to przynajmniej napuszył, a to wystarcza, by popchnąć parę spraw do przodu. (s. 236) Anna Janko, Dziewczyna z zapałkami - Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2007
niedziela, 18 października 2009
Choć wymieniłam już wielu artystów, którzy zachwycili mnie na weneckim Biennale, koniecznie muszę jeszcze wspomnieć o tych kilku, których prace sprawiły, że przeszedł mnie dreszczyk emocji, że stałam, stałam i chłonęłam, że w lot zapamiętałam ich nazwisko i nazwę ich dzieła... Fiona Tan (Holandia)- za hipnotyzujący film Rise & Fall opowiadający wyłącznie obrazami o przemijaniu, młodości, starości, samotności; to historia pokazywana na dwóch równoległych ekranach, na jednym bohaterką jest starsza kobieta, a na drugim młoda dziewczyna; ich historie są niemym dialogiem, pełnym symboli i metafizyki; Nathalie Djurberg (Szwecja) - za pokazywany w cyklu Making Worlds surrealistyczny Experiment, za stworzenie świata pełnego gigantycznych kwiatów i przejmujących animacji; Hans Peter Feldmann (Niemcy) - za ShadowPlay (również w ramach Making Worlds), magiczny świat cieni, który przywołuje stare marzenia i wspomnienia z dzieciństwa; Valerio Berruti (Włochy) - za przepiękną animację Córka Izaaka z muzyką Paolo Conte, za fantastyczny rysunek i klimat; Teresa Margolles (Meksyk)- za performance Which other issue we could talk about polegający na myciu podłóg krwią osób zamordowanych w walkach gangów w Meksyku, którego nie widziałam; widok pustych sal, pośrodku których stały jedynie wiadra i mopy był wystarczająco sugestywny; Att Poomtangon (Tajlandia) - bo dzięki jego instalacji Keep Something for a Rainy Day i małej dziewczynce, która stworzonym przez niego urządzeniem akurat pompowała wodę, udało się mi zrobic jedne z najlepszych zdjęć w życiu;
sobota, 10 października 2009
Początkiem września kilkakrotnie odwiedziłam Milano Film Festival. Zobaczyłam kilka bardzo ciekawych filmów, ale dziś wspomnę jedynie o krótkim metrażu, który rozbawił mnie do łez i zgarnął kilka nagród, w tym laur publiczności. Instead of Abracadabra to szwedzka opowieść o młodym, bezrobotnym facecie, który mieszka z rodzicami i cały swój czas spędza na doskonaleniu czarodziejskich sztuczek. Jest w tym całkiem niezły, ale urodzinowy występ dla ojca kończy się wizytą w szpitalu. Wsadzona do magicznej skrzyni matka zostaje raniona nożem, który teoretycznie miał przebić pudło pozostawiając przymusową ochotniczkę bez szwanku. Cóż, początki są zawsze trudne, ale nasz bohater się nie zraża. Tym bardziej, że w szpitalu poznaje piękną pielęgniarkę, którą postanawia olśnić swoimi nietuzinkowymi umiejętnościami w czasie pokazu urodzinowego dla jej synka. I się zaczyna...
Choć film trwa raptem dwadzieścia minut, salwy śmiechu nie ustają, a mamy nawet kilka zaskakujących zwrotów akcji. Dawno się tak nie uśmiałam! I na pewno nie na komedii! Nie przepadam za tym gatunkiem, bo zazwyczaj takie filmy składają się z głupawych gagów i operują stereotypami. Ale generalnie, żeby nie wyjść na sztywniarę i ważniarę i choć moim konikiem jest kino niezależne i artystyczne, nie stronię od filmów czysto rozrywkowych. Ba, wieczory spędzone z siostrą na oglądaniu komedii romantycznych to obowiązkowy punkt repertuaru każdej wizyty w domu. A i we Włoszech, kiedy udaje się mi wyprawić eF na piwo, którego sama nie cierpię, czasami zarzucam sobie jakiś lekki i przyjemny film. Potem dla przywrócenia równowagi emocjonalnej muszę obejrzeć kilka mądrzejszych i subtelniejszych pozycji, ale pokuta zawsze warta jest grzechu. Instead of Abracadabra nie tyle straszliwie mnie rozśmieszył, co naładował bardzo pozytywną energią. I to właśnie stanowi chyba klucz do sukcesu w moim przypadku. Od czasu do czasu puszczam sobie trailer do tego filmu i zawsze wywołuje on uśmiech na mojej twarzy. Zresztą filmowe chimay stało się już naszym sekretnym hasłem z eF (papla ze mnie). Zastanawiam się czy Wy macie takie pozytywne, rozrywkowe filmy, do których lubicie wracać i które zawsze Was relaksują i wywołują uśmiech. U mnie bez dwóch zdań rządzi pierwsza część Bridget Jones, która jest w stanie wyciągnąć mnie z największej depresji. Kiedy mieszkałam w Czechach, w łazience przy lustrze zawsze trzymałam poniższe zdjęcie. Dzięki niemu dzień w dzień, o 6.30 rano na mojej zaspanej twarzy pojawiał się uśmiech. Jakie są Wasze antydepresanty? Co polecacie na jesienną pluchę?
Chimay!
czwartek, 24 września 2009
Tylko we Włoszech ministrem w rządzie może zostać fotomodelka i show girl, wobec której kilka lat wcześniej premier publicznie zadeklarował, że gdyby nie był już żonaty, wziąłby ją czym prędzej za żonę. Żona niedawno złożyła pozew o rozwód, a Mara Carfagna, nasza pani minister, która jeszcze kilka lat temu wyglądała tak, dziś nosi eleganckie służbowe mundurki. Tylko we Włoszech jednym z najpopularniejszych celebrity jest paparazzi, który ponad wszystko kocha luksus i pieniądze. Fabrizio Corona bez skrupułów mówi o sobie jestem takim współczesnym Robin Hoodem, zabieram bogatym i... zostawiam dla siebie. Ludzie kupują gadżety, ubrania i płyty sygnowane jego nazwiskiem ponieważ fascynuje ich jego wizerunek: młodego, przystojnego, świetnie ubranego, pewnego siebie i bajecznie bogatego faceta, który trzyma w garści wszystkie włoskie gwiazdy, przez co zresztą biedak musiał siedzieć w więzieniu. Tylko we Włoszech jednym z najbardziej wpływowych i pożądanych ludzi w kraju jest agent gwiazd, który otwiera lub zamyka wszystkie furtki do kariery telewizyjnej. Lele Mora jest nietykalny, jest wielkim przyjacielem Silvio Berlusconiego i protektorem Fabrizio Corony. I z dumą obnosi się ze swoimi faszystowskimi poglądami. A największym absurdem we Włoszech jest to, że szefem rządu (mającego bezpośredni wpływ na kształt kanałów publicznych tv) i właścicielem największej telewizji prywatnej w kraju jest ta sama osoba: Silvio Berlusconi, który wprowadził w Italii dyktaturę obrazu, czyli wideokrację. O tym właśnie traktuje film dokumentalny nakręcony przez Erika Gandini, Włocha od lat mieszkającego w Szwecji. Gandini postanowił stworzyć film, który wyjaśniłby obcokrajowcom fenomen Silvio Berlusconiego, o którym ciągle głośno z racji jego wybryków na scenie politycznej i we własnej willi na Sardynii. Przede wszystkim jednak chciał przybliżyć Szwedom przyczyny włoskich absurdów. 80% włoskiego społeczeństwa czerpie informacje o świecie z telewizji, która promuje tanią, tandetną rozrywkę, głupawe teleturnieje i dużo golizny, a każde wiadomości kończy plotkami. I to właśnie medium decyduje o autorytetach, kreuje kulturę i świadomość przeciętnego Włocha. Reżim małego ekranu sprawia, że szczytem marzeń tysięcy młodych Włochów i Włoszek jest występ w telewizji i upodobnienie się do jej gwiazd. Łudzi, że każdy, jeżeli tylko trafi do telewizji, może stać się sławny, bogaty i uwielbiany. Że tv umożliwi znalezienie dziewczyny, pracy, przyjaciół, zagwarantuje upragniony sukces. Wystarczy zatańczyć, zaśpiewać, pokręcić tyłkiem, wystarczy się pokazać... Wideokracja falsyfikuje rzeczywistość, wprowadza zastępcze problemy i mydli oczy. O Videocracy przeczytałam po raz pierwszy kilka miesięcy temu w kontekście festiwalu filmowego w Wenecji, na którym miał być pokazywany. Nie spodziewałam się, że uda się mi łatwo dotrzeć do tego filmu, tym bardziej że zwiastun dokumentu nie został dopuszczony do pokazywania ani we włoskiej Rai, ani w Mediasecie Berlusconiego. Dlatego bardzo się zdziwiłam, kiedy wraz z premierą na festiwalu Videocracy trafiło do włoskich kin. W gruncie rzeczy film mnie rozczarował bo nie dowiedziałam się z niego wiele ponad to, co już wiedziałam. Zapomniałam jednak, że oryginalnie był to dokument skierowany do obcokrajowców, którzy nie mieszkają we Włoszech. Dla nas obrazki przedstawione w filmie są przykrą codziennością. Dla wielu z Was mogą być sposobem na zajrzenie do jaskini smoka bez konieczności zamieszkania w niej. Są też doskonałą ilustracją dla dwóch starszych tekstów z tego blogu: o włoskich kobietach i o Fabrizio Coronie. Dlatego chciałabym Wam ten film bardzo polecić. Liczę, że dotrze do Polski. A tymczasem zerknijcie na zakazany trailer. Wszystko zaczęło się 30 lat temu od teleturnieju, w którym za każdą prawidłową odpowiedź gracza gospodyni domowa zdejmowała jeden element swojej garderoby...
Tylko we Włoszech ministrem w rządzie może zostać fotomodelka i showgirl, wobec której kilka lat wcześniej premier publicznie zadeklarował, że gdyby nie był już żonaty, wziąłby ją za żonę. Mara Carfagna, bo o niej mowa, kilka lat temu wyglądała tak, a dziś prezentuje się tak. Tylko we Włoszech jednym z najpopularniejszych celebrity jest paparazzi, który ponad wszystko kocha luksus i pieniądze. W filmie Gandiniego Fabrizio Corona bez skrupułów mówi o sobie jestem takim współczesnym Robin Hoodem, zabieram bogatym i... zostawiam dla siebie. Ludzie kupują gadżety, ubrania i płyty sygnowane jego nazwiskiem ponieważ fascynuje go jego wizerunek: młodego, wysokiego, szczupłego, świetnie ubranego, pewnego siebie i bajecznie bogatego faceta, który trzyma w garści wszystki włoskie gwiazdy. W filmie z narcyzem daje się sfilmować nago w całej krasie. Tylko we Włoszech jednym z najbardziej wpływowych ludzi w kraju
niedziela, 13 września 2009
Na Biennale w Wenecji zauważyłam kilka projektów, które podążają tropem pomysłów Tino Sehgala, czyli aby móc całkowicie zaistnieć potrzebują pomocy widza. Tak jak u Sehgala rozprawiający o sztuce strażnik w muzeum potrzebował współrozmówcy aby stworzyć dzieło This is critique, tak samo kilku artystów w Wenecji potrzebowało publiczności aby nadać ostateczny kształt swoim ideom. Być może nie jest to sztuka współczesna najwyższych lotów (choć właściwie co nią jest - pudle z baloników i ściana ochlapana kolorową farbą? czy sztuka musi być niezrozumiała, aby stać się wielkim dziełem?), ale jestem jej wielką fanką, ponieważ taka sztuka angażuje, rodzi pozytywne emocje, bawi i daje do myślenia. Sprawia, że wiele zwyczajnych czynności takich jak robienie zdjęć czy naklejanie znaczka na widokówkę nabiera nowego, artystycznego znaczenia. Sprawia, że zaciera się różnica między szarą rzeczywistością a sztuką. Oto kilku artystów, których pomysły mnie zaskoczyły i wywołały uśmiech na mojej twarzy: Pak Sheung Chuen, Hong Kong Wchodząc za czarną kotarę, znajdujemy się w całkowicie zaciemnionym pomieszczeniu. Jedynym sposobem aby zobaczyć, co znajduje się w środku... jest zrobienie zdjęć przy użyciu aparatu z lampą błyskową. Wtedy na ułamek sekundy ukazują się nam zdjęcia wiszące na ścianach. To zdjęcia z podróży do Malezji, którą artysta odbył wraz z przyjaciółmi. Projekt nosi nazwę A Travel Without Visual Experience ponieważ Pak Sheung Chuen spędził całą podróż z zamkniętymi oczami doświadczając wszystkiego tylko słuchem, węchem i dotykiem. A zdjęcia, które można oglądać w ciemni, robili jego przyjaciele.
Aleksandra Mir, Polska Przed kawiarnią na terenie ogrodów Biennale stały niepozorne stojaki z widokówkami, na które początkowo tylko rzuciłam okiem. Pocztówki wydały się mi strasznie brzydkie i banalne. Dopiero, kiedy przechodziłam koło kawiarni po raz drugi, zauważyłam, że było coś z nimi nie tak. Bo widział ktoś pocztówki z Wenecji przedstawiające drapacze chmur, dzikie kaczki i skandynawskie domki? Okazało się, że to projekt polskiej artystki, która na weneckie Biennale przygotowała milion bezpłatnych widokówek. Tuż obok stojaków zostały umieszczone prawdziwe skrzynki pocztowe, dzięki którym papierowe dzieła sztuki mogły opuścić Biennale i dotrzeć poza granice Włoch. Tak właśnie dotarły one do niektórych z Was. ;) Choć widokówki przedstawiają różne miejsca na świecie, projekt nosi nazwę Venezia. To, co łączy wszystkie te miejsca to woda - weneckie kanały łączą się w ten sposób z morzami, rzekami, wodospadami, jeziorami bo all places contain all others. Wenecja staje się uniwersalnym miejscem, symbolem globalnej wioski. A akt słania widokówek we wszystkie strony świata, tę ideę podkreśla.
Miranda July, Stany Zjednoczone To bardzo ciekawa artystka, która zajmuje się różnorodnymi formami sztuki: kręci filmy, pisze książki, lubi też performance i instalacje. W Wenecji prezentuje Eleven Heavy Things, jedenaście rzeźb, które aż się proszą o wspólne zdjęcie. Zabawne podpisy pod rzeźbami stanowią niezłą zabawę na koniec długiego dnia w weneckim Arsenale. Według idei autorki rzeźby nabierają pełnego kształtu dopiero, kiedy zrobi się z nimi zdjęcie, a następnie pośle się je w świat. Można je przesłać znajomym drogą mailową albo opublikować na własnym blogu, co właśnie czynię. Oto właśnie jak po raz kolejny stałam się dziełem sztuki:
sobota, 05 września 2009
Po obejrzeniu Płaczącej Łąki obiecałam sobie jak najszybciej zdobyć pozostałe filmy Theo Angelopoulosa. Trochę czasu jednak zleciało, zanim udało się mi dotrzeć do kolejnej pozycji. Znalazłam ją dopiero w katolickiej księgarni, która oprócz szerokiego wyboru dewocjonaliów i hagiografii, posiada też mnóstwo filmów. I to jakich filmów! Szalej dusza, piekła nie ma! Choć może to nie najlepsze określenie w kontekście religijnej księgarni. Szczególnie, że tytuł filmu może budzić skojarzenia... Ale do rzeczy. Chcę Wam opowiedzieć o jednym z najpiękniejszych filmów, jakie dane mi było kiedykolwiek obejrzeć.
Śni się Wam czasami muzyka? Mnie się śni często, a po tym filmie przewodni motyw muzyczny Eleni Karaindrou towarzyszył mi całą noc. Magiczna muzyka to tło dla poetyckich obrazów ilustrujących historię umierającego pisarza. Aleksandros mieszka samotnie w zamglonych, deszczowych Salonikach. Spędzamy z nim ostatni dzień przed pójściem do kliniki, z której prawdopodobnie już nie wyjdzie. Spędzamy ten dzień, równocześnie uciekając z nim przed jutrem, wracając do wspomnień z przeszłości. Ile trwa jutro? Wieczność i jeden dzień...
Tego dnia Aleksandros wraca myślami do letniego dnia sprzed wielu lat, kiedy urodziła się mu córka. Do domku nad morzem przybyła cała rodzina, wszyscy ubrani byli na biało, świeciło słońce, wspólnie jedli obiad na plaży, dobrze się bawili. Aleksandros w tych scenach nie młodnieje, ubrany w czarny płaszcz, który nosi w czasie całego filmu, zupełnie nie pasuje do idealnego obrazka, podobnie jak burza, która pojawia się ni stąd ni zowąd. Aleksandros zawsze był nieobecny, nieuczestniczący w otaczającej go rzeczywistości. Zanurzony w niematerialnym świecie słów, książek i poezji żył oderwany od swojej żony. Jej list, który czyta, wyraża ogromną miłość ale i obawy, ciągłą tęsknotę za mężem, który jest niedostępny. Aleksandors umiłował słowa ponad wszystko, swojej twórczości poświęcił całe życie, zaniedbując swoją rodzinę i kontakty międzyludzkie. U schyłku życia uświadamia sobie, że najbliższą mu istotą jest pies, że z nieznanym sobie sąsiadem komunikuje się za pomocą odtwarzanej muzyki, że z własną, chorą matką nie uda się mu już nigdy porozmawiać, że letni domek na plaży został sprzedany.
Tego ostatniego, wypełnionego wspomnieniami dnia Aleksandros spotyka albańskiego chłopca, który myje szyby samochodów zatrzymujących się na skrzyżowaniu. Pomaga mu uciec przed nagonką policji, wyrywa z rąk handlarzy ludzkim towarem i usiłuje odstawić do granicy grecko-albańskiej. Między dwoma samotnikami zawiązuje się przyjaźń. To właśnie małemu Albańczykowi Aleksandros opowiada historię poety, który wraca do ojczyzny z wieloletniego wygnania nie pamiętając już własnego języka. Poeta zaczyna więc kupować od wieśniaków słowa i z nich układa swój wielki poemat o narodzie greckim. Mały Albańczyk zaczyna przynosić pisarzowi podsłyszane słowa, jak gdyby wyczuwając niezdolność Aleksandrosa to komunikacji ze światem, który go otacza. Najważniejsze słowa, które pieczętują film to korfulamu, xenitis i argathini. Pierwsze wyraża bliskość i miłość, drugie oznacza wygnańca, obcego, a trzecie późną porę na granicy nocy i dnia. Trzy słowa, które stanowią esencję życia Aleksandrosa, a przede wszystkim tego ostatniego dnia, przed którego końcem pisarz ucieka. To jeden z najbardziej poetyckich i magicznych filmów, jakie kiedykolwiek widziałam. Scena na granicy grecko-albańskiej, gdzie na płocie wiszą niedoszli uciekinierzy, rozczarowane nadzieje, marzyciele, którym nie udało się uciec do raju na długo zapada w pamięci. Albo ta, kiedy pisarz z chłopcem jadą nocnym autobusem, do którego wsiadają przeróżne postaci, muzycy, romantyczny poeta, kłócąca się para. I jeszcze scena z tańcem młodożeńców, który przerywa przyjście Aleksandrosa... Przepiękne zdjęcia, niezwykła muzyka, poetyckie obrazy, historia pełna metafor i ta kusząca melancholia, której nie umiem się oprzeć. To sztuka filmowa w najlepszym wydaniu. Szkoda, że, jak to kiedyś napisał Jerzy Płażewski, wśród najpopularniejszych filmowców współczesności tak mało pojawia się nazwisk prawdziwych autorów. Takich autorów jak Theo Angelopoulos.
niedziela, 30 sierpnia 2009
Dziś chciałabym krótko wyrazić mój absolutny zachwyt nad debiutancką książką Sylwii Chutnik, która dopiero teraz trafiła w moje ręce. Pewnie już wszystko zostało na ten temat powiedziane i wszelkie chwalebne peany wyśpiewane, ale nie mogę się powstrzymać przed dorzuceniem swojego grosika do góry złotych monet, którymi obsypany został Kieszonkowy atlas kobiet. Chciałabym tak umieć pisać, mieć tak cięty język i tak sokoli wzrok. Wzrok, który dostrzega poezję na bazarze oraz język, który bohaterów z marginesu potrafi zmienić w magiczne postaci. Każde zdanie w tej książce jest nieprzypadkowe, przemyślane, na swój sposób wysublimowane. A równocześnie opisywana rzeczywistość i jej bohaterki są do bólu prawdziwe i nieszczęśliwe.
środa, 26 sierpnia 2009
Minęły czasy, kiedy weneckie Biennale Sztuki dało się zobaczyć w dwa dni. Impreza niesamowicie się rozrosła poza Arsenal i Giardini, w których mieści się większość pawilonów narodowych. Potrzeba kolejnych dwóch dni aby zobaczyć poszczególne prezentacje ukryte wzdłuż Canale Grande, po całej Wenecji i przyległych wysepkach. A wszystko i tak w błyskawicznym tempie i z wywieszonym językiem. Do tego jeszcze nowa obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników sztuki. Druga po Palazzo Grasso siedziba kolekcji Francois Pinault z największymi dziełami sztuki współczesnej - Punta della Dogana. Lista artystów zapiera dech w piersiach, żeby wspomnieć tylko Takashi Murakamiego, Jeffa Koonsa, a z naszych artystów Uklańskiego i Sasnala. Innymi słowy weneckiego Biennale nie da się zobaczyć w całości, o ile nie ma się na to... jakiegoś miesiąca. Nam (wybrałam się z dwoma koleżankami Niemką i Argentynką, co właściwie zasługuje na osobną opowieść) udało się zobaczyć raptem Giardini (w pierwszy dzień) oraz Arsenal, prezentację Meksyku w pobliżu placu św. Marka i Punta della Dogana (w drugi dzień). Nie dotarłam do wystaw artystów z Bliskiego Wschodu, o których czytałam dużo dobrego, kolejnej po Ostatniej Wieczerzy instalacji Greenawaya czy prezentacji Bruce'a Naumana znajdującej się poza parkiem. Ale i tak wróciłam z notesem pełnym nowych nazwisk i mnóstwem zdjęć.
Wchodzimy do jego przestrzennego, przeszklonego domu i rozpoczynamy prywatne śledztwo. Chodzimy po pokojach, zaglądamy do kuchni, łazienki. Odkrywamy, że Mr. B był pisarzem, gejem, kolekcjonerem. Na ścianie wisi gablotka z jego największymi trofeami - kąpielówkami swoich kochanków, podpisanymi imionami właścicieli. Do tego mnóstwo tu malarstwa erotycznego z wielkimi penisami na pierwszym planie. Dowiadujemy się, że B. pisał właśnie książkę o pisarzu, który pisze książkę o pisarzu, który pisze książkę o pisarzu... Książka miała być początkowo autobiografią, która później staje się powieścią. Możliwe, że skumulowane wspomnienia, namiętności, pasje doprowadziły pana B. na skraj... basenu.
Przed drugim pawilonem wita nas tablica z napisem For Sale. Podobno w dniu otwarcia Biennale po willi oprowadzał agent nieruchomości opowiadając o rodzinie, która zamieszkiwała ten dom. Dziś można się tylko domyśla Chodząc z pokoju dowiadujemy się, że Państwo A byli architektami, ekscentrykami, miłośnikami porządku i symetrii, kolekcjonerami. Dom pełen jest wysmakowanych obiektów i kolekcji owadów, porcelany, książek, sztuki. Na ścianie w ogromnej jadalni wisi też niezwykła kolekcja obrazów. W złotych ramkach umieszczone są kartki z prośbami o pomoc, jakie trzymają żebracy i bezdomni w różnych zakątkach świata. Każdy obraz opatrzony jest nazwą miasta, z którego pochodzi.
I chyba mało kto zagląda do pokoju na końcu korytarza, ukrytego za niepozornymi białymi drzwiami. Otwiera się je opornie, z niepewnością, czy w ogóle stanowią część projektu. Kiedy w końcu udaje się je uchylić zauważa się sznurek przewieszony wzdłuż ramy drzwi, na którego końcu dynda sobie siekiera. Okazuje się, że trafiliśmy do rodzinnej komnaty tortur... Projekt The Collectors, gdzie każdy element został stworzony przez innego artystę, sam w sobie jest jedną wielką kolekcją. Do tego jeżeli pomyślimy, że znajduje się wśród innych pawilonów pełnych dzieł sztuki, okazuje się, że sam wychodzi poza swoje ramy. W niezwykle interesujący sposób analizuje pasje gromadzenia, zbierania, kolekcjonowania, która jest manifestacją własnej osobowości i wyznawanych wartości a także samego życia. O ile życie Mr B pełne było pasji i namiętności, o tyle Family B szaleńczo poszukiwała w życiu porządku i stabilizacji. Zbieranie próśb o pomoc było ich własnym niemym krzykiem. W kolejnych odcinkach cyklu o Biennale opowiem Wam o najciekawszych moim zdaniem projektach, o moim ulubionym trendzie w sztuce współczesnej, a na koniec pokażę najlepsze zdjęcia, jakie się mi udało zrobić. A tymczasem zostawiam Was jeszcze z Panem B i jego sąsiadami.
sobota, 15 sierpnia 2009
Wróciłam właśnie z wakacji, które spędziłam bardzo leniwie, nie robiąc właściwie nic oprócz czytania książek i zanurzenia się w zaskakujących wspomnieniach. Czasami wystarczy jedno przeczytane zdanie, wyczuty w ustach smak albo zapach uchwycony w powietrzu aby ruszyła lawina wspomnień i skojarzeń. Szczególnie kiedy głowa wolna jest od miliona pilnych i pilniejszych obowiązków do wypełnienia. Lody o smaku mango, które pochłaniałam dwa razy dziennie, przywiodły mi na myśl zupełnie zapomniane wizyty w lodziarni w Benghazi. W każdą niedzielę jedliśmy tam kilka gałek z kolorowych kubeczków. Pamiętam, że tylko na urodziny mogłam wybrać sobie ten największy. Intensywny zapach przypraw i dojrzałych owoców przypomina mi zawsze o popołudniowych zakupach na arabskich sukach, z których wynosiliśmy całe reklamówki pachnących, podłużnych pomidorów i innych warzyw. Wypady na plażę przypomniały mi o naszych libijskich eskapadach do ukrytych, dziewiczych zakątków. W każdy piątek wyruszaliśmy na nową wycieczkę, po drodze kupowaliśmy pieczonego kurczaka, świeżą hobzę i obowiązkowo wielkiego arbuza, który później chłodził się przy brzegu morza... I tak leżąc niedawno na plaży zauważyłam kolonię wakacyjną, gdzie opiekunami byli bardzo młodzi ludzie. Całe popołudnie spędziłam na wspominaniu mojego pobytu w Stanach, gdzie pełniłam podobną funkcję. Wróciły do mnie nasze nocne biwaki w lesie, smażenie w ognisku wegetariańskich burgerów, ale też szalone, weekendowe wypady do Nowego Jorku. I tydzień spędzony na waleta w akademiku New York University... W upalne dni, jakie mamy ostatnio, kiedy przechodzę obok sklepu, z którego bucha klimatyzowane, lodowate powietrze, przypomina się mi Paryż. Byłam tam raptem raz, wiele lat temu... A zapach świeżo skrojonej pietruszki przyprawia mnie prawie o nostalgiczne łzy, ponieważ kojarzy się mi z domem, z Mamą, ze spokojem. Przypomniało się mi też moje licealne życie, a przede wszystkim dawno niewidziana koleżanka, z którą można było kraść przysłowiowe konie. Nasz wspólny pobyt w Pradze to jedno z najpiękniejszych wspomnień, jakie mam z tego okresu. Godzinami włóczyłyśmy się magicznymi uliczkami, gubiłyśmy na żydowskich cmentarzach, siedziałyśmy w malowniczych knajpkach a wieczorami czytałyśmy Kunderę. Nazbierało się tych okruchów, każdy rodzi kolejne wspomnienia, uśmiechy a czasami wyrzuty sumienia. Dopiero teraz uświadomiłam sobie wiele błędnych decyzji, jakie podjęłam, szans, których nie wykorzystałam, głupot, które zrobiłam (jaki rozsądny człowiek wydaje ostatnią kasę na golf z Gapa i przymiera głodem przez kilka dni?). Nastąpiło chyba pojubileuszowe katharsis, zupełnie niewymuszone i bez ostatecznego bilansu. Wybaczcie ten nostalgiczny i z lekka chaotyczny wywód, chciałam sobie po prostu spisać te uciekające, pokruszone chwile...
poniedziałek, 20 lipca 2009
Długo zastanawiałam się, czy i jak obchodzić trzydzieste urodziny (wiem, wiem, nie wyglądam ;). Ostatnie miesiące były dla mnie dość ciężkie, więc i perspektywa zmiany prefiksu malowała się w czarnych barwach. Na szczęście dwa tygodnie temu się pozbierałam i w piątek dziarsko weszłam w czwartą dziesiątkę. Wzięłam sobie dzień wolny od pracy i wybrałam się do... hammamu w celu odnowy ciała i ukojenia duszy. W tym pomieszczeniu tradycyjnie rozpoczyna się wędrówkę po tureckiej łaźni. Gorące, lekko wilgotne pomieszczenie wyłożone jest białym marmurem, a wzdłuż ścian ciągną się podgrzewane, kamienne ławy. Usiadłam, zawinięta w ręcznik, a koło mnie postawiono mosiężny dzbanek z gorącą, miętową herbatą, tacę z tradycyjnymi ciasteczkami z sezamem i paterę z owocami. Przez wysoko umieszczone, kolorowe okna sączyło się światło, a muzyka mieszała się z dźwiękami szemrzącej fontanny. Idealna temperatura, spokój i cudowna herbata zaczynały działać - stres ostatnich tygodni się ulotnił, udało się mi w końcu zwolnić tempo i nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Mój błogostan przerwała dyskretnie kobieta, która przyniosła miskę z oczyszczającą glinką. Nałożyła mi ją na plecy, a resztę ciała wysmarowałam sobie już sama. Oblepiona zieloną gliną od szyi do stóp udałam się do następnego pomieszczenia caldaium, czyli parowej sauny, w której oprócz wysokiej temperatury czuć było woń olejków aromatycznych. Po prysznicu wróciłam do tepidarium, aby wyłożyć się wygodnie na marmurowej ławie i ponownie zanurzyć w relaksie (prawie że się mi zasnęło). Po wstępnym oczyszczeniu i pozbyciu się toksyn, przystąpiono do mycia. W osobnym pomieszczeniu wymyto mnie przy pomocy kassy, umyto włosy i wymasowano pianą z mydła na bazie oślego mleka. Najprzyjemniejsze było jednak polewanie ciepłą wodą przy pomocy niewielkich naczyń. Później jeszcze relaks w baseniku z lekkim hydromasażem i w końcu najprzyjemniejsza część pobytu w hammamie - aromatyczny masaż w zaciemnionym pomieszczeniu, przy świetle świec. Masaż całego ciała z uwzględnieniem stóp, dłoni i twarzy, na którą nałożono mi peeling, a następnie odżywczą maseczkę na bazie miodu i oślego mleka. To była godzina pobytu w niebie pełnym niezwykłych zapachów róży i jaśminu, tak intensywnych, że pachnę jeszcze dziś, chociaż brałam prysznic kilka razy. Czuję się jak bohaterki książek Marshy Mehran, które nieustannie pachniały wodą różaną. Pobyt w hammamie kończy się zawsze w sali przeznaczonej na relaks, w której wypoczywa się i pomału wraca się do niższych temperatur i... rzeczywistości. To pomieszczenie pełne wygodnych poduch, leżaków, łóżek, w których można znowu napić się miętowej herbaty i coś zjeść. Wyszłam z hammamu cudownie zrelaksowana, wypoczęta, z ukojoną duszą. Myślę, że po intensywnie i pracowicie przeżytych trzydziestu latach taki relaks się mi należał. Na kolejny etap życia mam tylko jedno postanowienie - cenić bardziej samą siebie - swoje ciało, swój umysł, swoje dokonania. Życzcie mi powodzenia bo to trudne zobowiązanie.
Polecam Wam obejrzenie magicznych zdjęcia z hammamów całego świata autorstwa Pascala Meunier.
Wysmarowana od szyi po stopy udałam się do następnego pomieszczenia caldaium, czyli parowej sauny, w której oprócz wysokiej temperatury czuć było woń olejków aromatycznych. Po prysznicu wróciłam do tepidarium, aby wyłożyć się wygodnie na marmurowej ławie i ponownie zanurzyć się w relaksie (prawie że się mi zasnęło). Po wstępnym oczyszczeniu i pozbyciu się toksyn, przystąpiono do mycia. W osobnym pomieszczeniu wymyto mnie przy pomocy kassy, umyto włosy i wymasowano pianą z mydła na bazie oślego mleka. Najprzyjemniejsze było jednak polewanie ciepłą wodą przy pomocy niewielkich naczyń. Później jeszcze relaks w baseniku z lekkim hydromasażem i w końcu najprzyjemniejsza część pobytu w hammamie - aromatyczny masaż przy świetle świec. Godzina pobytu w niebie pełnym niezwykłych zapachów róży i jaśminu, tak intensywnych, że pachnę jeszcze dziś, chociaż brałam prysznic kilka razy. A do tego masaż całego ciała z uwzględnieniem stóp, dłoni i twarzy, na którą nałożono mi peeling a następnie maseczkę na bazie miodu i oślego mleka.
środa, 08 lipca 2009
Ten wpis to zapis różnych smaczków, zapamiętanych cytatów i samodzielnych obserwacji dotyczących mieszkańców Islandii. W żaden sposób nie jest to próba scharakteryzowania narodu, bo nie podjęłabym się takiej ani w stosunku do Włochów ani Polaków. Szczególnie że na wyspie więcej widziałam owiec i maskonurów niż ludzi. Ale do rzeczy. Zacznijmy od kostek cukru, które najwidoczniej Islandczycy uwielbiają. Nawet jeden z nasłynniejszych islandzkich zespołów nosił nazwę The Sugarcubes. W całej Islandii nie znalazłam kawiarnii czy baru, gdzie by podawano sypki, biały cukier. Nie dociekałam, skąd takie uwielbienie dla białych sześcianów. Po Niebieskim zwyczajne kostki cukru stały się dla mnie przedmiotem mistyczynym i zawsze zwracam na nie uwagę. W Xenophobe's Guide to the Icelanders wyczytałam, że wielu starszych Isladczyków nie słodzi kawy rozpuszczając w niej cukier, ale wkłada kostki do ust i zalewa je kawą. To zresztą wyjaśniałoby wieczne milczenie bywalców barów. Druga rzecz - okna. Ogromne, nisko osadzone, z szerokimi parapetami. Wpada przez nie mnóstwo światła, którego z pewnością Isladczycy są spragnieni. Nie zasłaniają ich nawet latem, kiedy panują białe noce. Widocznie ich potrzeba słońca jest tak duża, że nie chcą tracić ani odrobiny. Wyobraźcie sobie jednak jakie katusze przeżywał eF, który przyzwyczajony do włoskich okiennic umie spać jedynie w idealnych ciemnościach. Nie będę Wam nawet opowiadać, jakie eksperymenty przeprowadzał aby zakryć okna, w których wisiały jedynie delikatne firanki bez zasłon. Swoją drogą okna to fascynujący aspekt kulturowy warty zgłębienia. W Islandii stanowią również element dekoracyjny, ponieważ na parapetach stawia się różne ozdoby, książki czy świeczniki. Islandzki język nie zmienił się od stuleci. Dzisiejsi mieszkańcy wyspy mogą bez problemów czytać archaiczne teksty. Co więcej, bardzo dbają o czystość języka. Zauważyłam to już pierwszego dnia - na samochodach dostawczych czy ulotkach wszędzie pojawiał się wyraz simmel, po którym następował rząd numerów. Na całym świecie słowo telefon brzmi podobnie. Na całym świecie oprócz Islandii. Za każdym razem, gdy pojawia się nowy produkt czy zjawisko, w Islandii zbiera się specjalna rada, która przeszukuje archaiczne sagi i zapisy w celu znalezienia nowego starego słowa. I tak na przykład komputer tölva pochodzi od słów tala i völva, które kolejno oznaczają numer i proroka. W Islandczykach fascynująca wydała się mi mieszanka przywiązania do tradycji i obsesji na punkcie nowych technologii. Z jednej strony umiłowanie języka, ale też wiara w istnienie baśniowych istot - elfów, troli, skrzatów zwanych huldufolk (podobno wierzy w nie 70 % wyspiarzy, a wielu przyznaje, że je widziało bądź doświadczyło ich obecności). Z drugiej strony Islandyczycy uwielbiają wszelkie nowinki techniczne poczynając od gigantycznych samochodów poprzez śnieżne skutery na telefonach i tosterach skończywszy. W Islandii mamy największą ilość komórek na mieszkańca, najwyższy odsetek korzystających z internetów i przez żadną inną stolicę nie przejeżdżają procesje wypasionych samochodów terenowych (takie widoki pomagają zresztą zrozumieć, dlaczego kraj przeżywa największy w historii kryzys gospodarczy). Obrazu Islandczyków dopełnia już tylko autoironiczne poczucie humoru, które udało się mi dostrzec we wszystkich osobach, z którymi dłużej rozmawiałam. Dobrze ilustruje je ta koszulka. Zafascynowana tajemniczymi mieszkańcami wyspy skusiłam się na album Icelanders autorstwa duetu Sigurgeir Sigurjónsson i Unnur Jökulsdóttir. Zawiera on zdjęcia i opowieści o mieszkańcach różnych ukrytych zakątków, z których wyłaniają się fascynujące osobowości. Poznajemy między innymi samotnika mieszkającego w jednej z najpiękniejszych islandzkich dolin, któremu nie raz pomagały elfy. Zaglądamy też do Brigitty Halldordottir, która w ciągu dnia dogląda swoich krów i świń, a nocami pisze słynne na całą Islandię dreszczowce. Poznajemy też historię właściciela gospodarstwa Hofsnes, tego samego, który organizuje wyprawy traktorem na przylądek Ingólfshöfði. Islandia jest mała, ale jej mieszkańcy niesamowici.
niedziela, 21 czerwca 2009
Dziś na chwilę przenosimy się do Peru. A to za sprawą filmu Claudii Llosy The Milk of Sorrow (La Teta Asustada), który wygrał ostatnie Berlinale. Główna bohaterka Fausta urodziła się w wyniku gwałtu - podobnie jak wiele innych peruwiańskich dzieci, których matki zostały zgwałcone w czasie wojny domowej w latach osiemdziesiątych. Dlatego właśnie wśród miejscowych kobiet panuje przekonanie, że wraz z mlekiem ich dzieci wyssały chorobę strachu, która wykrada duszę.
Fausta jest małomówna, zamknięta w sobie, przerażona otaczającym ją światem. Otwiera się tylko śpiewając, opowiada wtedy o sobie, tworzy historie i melodie, nawet z matką porozumiewa się za pomocą piosenek. Pierwsza scena filmu, to właśnie melodyjna rozmowa matki z córką, to ostatnia rozmowa. Chwilę później matka Fausty milknie na zawsze pozostawiając zagubioną dziewczynę sam na sam z wielkim brzemieniem strachu. Strachu przed innymi, przed przyszłością, przed gwałtem. Jej najbliższa rodzina to teraz wuj, który zawodowo zajmuje się organizacją wesel i jest w trakcie przygotowań do tego najważniejszego - swojej córki. Dlatego też nie może wspomóc finansowo Fausty, która za wszelką cenę chce pochować matkę z dala od Limy, w jej rodzinnej wiosce. Dziewczyna musi więc samodzielnie zarobić pieniądze na transport ciała. Ze strachem wychodzi więc na ulice Limy i rozpoczyna pracę jako pokojówka.
Główna bohaterka w swym paraliżu emocjonalnym jest czasami irytująca - aż chciałoby się potrząsnąć nią i krzyknąć No obudź się! Jej paranoja momentami staje się wręcz absurdalna - jak w chwili, gdy uświadamiamy sobie, skąd biorą się jej zdrowotne problemy i co zrobiła, aby zabezpieczyć się przed gwałtem. Ale jej postawa pokazuje nam skutki piekła, przez jakie przeszły setki peruwiańskich kobiet w latach osiemdziesiątych. W wyniku walk wojska z partyzantkami Świetlistego Szlaku ludność peruwiańska przez ponad dziesięć lat doświadczała ciągłego łamania praw człowieka, rabunków, gwałtów. W tym czasie zginęło okołu 70 tysięcy zwyczajnych ludzi, którzy w żaden sposób nie byli uwikłani w polityczne konflikty.
Film toczy się bardzo wolnym krokiem, towarzyszą mu długie, spokojne ujęcia, piękne zdjęcia, ale ponad wszystko niepowtarzalna muzyka. The Milk of Sorrow to też możliwość wejrzenia w peruwiański sposób życia, tradycje, wierzenia, kulturę. Przede wszystkim mamy więc niezwykłe śpiewane opowieści, które brzmią przez cały film. Mamy też scenę balsamowania ciała zmarłej, której towarzyszą rozgadane kobiety z najbliższego otoczenia. Widzimy też pełne przepychu wesela, procesje wnoszenia prezentów, kiczowate dekoracje na tle walących się budynków. Bieda, w jakiej żyją główni bohaterowie kontrastuje z ogromnym domem i jego bogatą, białą właścicielką, u której pracuje Fausta. Co więcej, nie brakuje tu humorystycznych scen, trochę rodem z czarnej komedii, jak chociażby scena, w której Fausta szuka trumny dla swojej mamy.
Obraz Claudii Llosy to kino baaardzo niezależne. Z pewnością nie zrobi furrory i nie będzie wyświetlane co dwie godziny w multipleksach. To obraz wyjątkowo subtelny, a równocześnie z silnym przekazem skierowanym do peruwiańskich kobiet. Choć pewnie wielu widzów film nie przekona, warto po niego sięgnąć by poznać, czym jest peruwiańska wrażliwość.
niedziela, 14 czerwca 2009
O przylądku Ingólfshöfði przeczytałam w przewodniku Lonely Planet, a zdjęcia, które zobaczyłam na stronie internetowej gospodarstwa Hofsnes, uświadomiły mi, że bez odwiedzenia tego miejsca moja wyprawa do Islandii będzie niepełna. I nie pomyliłam się... W przeszłości Ingólfshöfði był wyspą, ale dziś tylko z jednej strony ostry klif spotyka się z wodami Oceanu Atlantyckiego. Od lądu przysypany jest wielką wydmą czarnego piasku, która rozciąga się przez 9 km tworząc często zalaną wodą lagunę. Dlatego też właściwie nie sposób dostać się tam ani pieszo, ani samochodem, ale sytuację ratuje traktor z sąsiedniego gospodarstwa. Do traktora gospodarz doczepia wóz na siano, ładuje na niego spragnionych wrażeń turystów (taką na przykład uradowaną Pyzę) i wiezie ich heeen, przez pola lęgowe wydrzyków, później przez lagunę i w końcu przez czarny piach - pod sam przylądek. Następnie turyści muszą już o własnych siłach wspiąć się po wydmie zgodnie z techniką "na kaczkę", którą życzliwie udostępnia młody przewodnik.
Zdjęcie pochodzi ze strony www.hofsnes.com - nam nie było dane zatrzymać się w czasie przejażdżki, choć przezornie zaopatrzyłam się nawet w gumowce.
Jak widać na szczyt dotarłam w czołówce.
Po wejściu na szczyt standardem jest... zaniemówienie. Widok, który maluje się przed tobą przyprawia cię o ciarki, religijne uniesienia, filozoficzne pytania o sens życia, niedowierzanie, że ciągle jesteś tu i teraz. Masz wrażenie, że stoisz na skrawku raju, samowolnie zaczynasz chodzić na palcach i rozmawiać szeptem. Za tobą lodowiec i laguna, przed tobą roztacza się zielona polana porośnięta wysoką trawą, wśród której spacerują owce i kozy. W dole o skały rozbija się ocean. Wielkie wydrzyki (great skua) wydając dziwne dźwięki jak oka w głowie strzegą swoich gniazd ze złożonymi jajami. Jeżeli zbliżysz się zbyt blisko, w przelocie atakują cię swoimi olbrzymimi skrzydłami. Pośrodku polany stoi przepiękna latarnia a obok chatka pokryta darnią, przygotowana na przyjęcie zagubionych dusz czyli ewentualnych rozbitków (te metafory...).
Idąc cichaczem gęsiego co chwila natykasz się na puste jaja, skorupki. Idziesz i nagle widzisz je.... Papugi północy, morskie pulcinelle, islandzkie klowny, mnisi oceanu, latające pingwiny - dziesiątki maskonurów wygrzewają się w północym słońcu na zielonych klifach. Są piękne, jak myślałeś, ale nie spodziewałeś się ich zobaczyć aż tyle, z tak bliska. Onieśmielają cię. Wszyscy kładą się na trawie i czołgają się aby zbliżyć się do nich jak najbliżej, nie przeszkadzając im równocześnie. Ale one zdają się nie zwracać zupełnie uwagi na ciebie.
Zdjęcia maskonurów dedykuję Marcie w podziękowaniu za wszystkie rady, jakich udzieliła mi przed wyjazdem. Nie udało się jej w Islandii zobaczyć maskonurów, ale jej zdjęcia zimowej Islandii to pozycja obowiązkowa. Maskonury, choć są symbolem Islandii, przybywają na wyspę tylko latem - na okres lęgowy. Mają przepiękne ubarwienie, kolorowe nosy, czerwone nogi. Latają nieporadnie (przynajmniej takie sprawiają wrażenie), czasami mają problemy z lądowaniem, co jakiś czas zaliczając ostre spotkania ze skałami. Całe życie spędzają z tym samym partnerem. Są wierne swoim pisklętom, a jeżeli niespodziewanie giną rodzice innych, przejmują nad nimi opiekę. Swoim widokiem potrafią rozczulić największego twardziela. Dlatego turystom w głowach się nie mieści, że Islandczycy serwują je sobie na obiad. Dwie godziny na przylądku mijają jak z bicza trzasł. Spacerujemy, podglądamy gniazda w skałach, pstrykamy dziesiątki zdjęć. Niektórzy kręcą nawet mistrzowskie opowieści filmowe z pobytu na Ingólfshöfði. Zostawiam Was z wybitną produkcją eF, ale od razu mówię, że na przylądek jeszcze na chwilę wrócę w trzeciej odsłonie opowieści o Islandii.
|