Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
poniedziałek, 05 sierpnia 2013

fff

18:06, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (47) »
poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Jakiś czas temu Maga Mara aka Ania rozpoczęła na swoim blogu niezmiernie ciekawy cykl rozmów z osobami, które przeniosły się do innych krajów. W serii Przeprowadzki ostatnio pojawił sie wywiad z moją bardzo skromną, latającą osobą. Jeżeli macie ochotę przeczytać o moich początkach w Mediolanie zapraszam tutaj.

Tagi: Mediolan
13:49, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (39) »
poniedziałek, 25 marca 2013

Samolot podchodzi do lądowania na tokijskim lotnisku Narita. Z okienka widzę, a raczej domyślam się, że to musi byc ona,  ośnieżona góra Fudżi, jeden z symbolów Japonii. Siedzący obok mnie japoński student, który ku mojemy zdziwieniu towarzyszył mi rozmową w czasie całego lotu rzuca do mnie uśmiechnięte Welcome to Japan!

 

 

 

Pierwsze wrażenie, które utrzymuje się już do końca podróży, to poczucie bycia niewidzialną. Ogromny kontrast kulturowy, szczególnie dla mnie, która przyjeżdża z Włoch, gdzie kontakt wzrokowy jest czymś naturalnym i znaczącym. W Japonii nikt na mnie nie zwraca uwagi, nikt się nie uśmiecha, nie zerka dyskretnie. A przecież jestem samotnie podróżującą Europejką, trochę wyższą od przeciętnego Japończyka, no i mam ten gigantyczny plecak!

Ale nie! Jest jednak jedna osoba, która mnie zauważa, wręcz na mnie czeka. I to w nieprzypadkowym miejscu, ale w najpopularniejszym miejscu spotkań tokijskich nastolatków - na słynnym skrzyżowaniu Shibuya, przy malutkim pomniku psa o wielkim sercu Haichikō. To Chihiro, która od niedawna mieszka w Tokio i która będzie moim cudownym przewodnikiem po stolicy Japonii. 

 

 

 

Razem pijemy zieloną herbatę z prażonym ryżem z ceramicznych kubeczków, jeździmy rowerami po dzielnicy Harajuku i parku Yoyogi, podglądamy tradycyjne śluby w świątyniach shinto, robimy zdjęcia fascynującym nas mieszkańcom miasta, a wieczorem zdzieramy gardła w klubie karaoke, rozbijamy bank w salonach gier i robimy słodziutkie zdjęcia w budkach purikury. Nie mówiąc nawet o tokijskich restauracjach i barach, w których wizyty przynoszą niezapomniane smaki, zapachy i... znajomości.

 

 

 

 

Tokio to też wizyta w krainie bajek Hayao Miyazaki'ego, w czasie której uśmiech nie schodzi mi z twarzy nawet przez moment. Muzeum Ghibli to obowiązkowy przystanek dla wszystkich, którzy kochają Totoro i Ponyo. Ale to miasto to również spotkania służbowe, które pozwalają mi przyjrzeć się z bliska osławionemu światu japońskiego biznesu. To zaskakujące sytuacje, jak ta ze starszą panią, która zagadaje nas w metrze i płynnym angielskim (o co nie łatwo wśród Japończyków!) opowiada nam o swoich podróżach i rodzinie.

 

 

Tokio to tygiel subkultur, mieszanka finezji i kiczu, nowoczesności i tradycji. To kolory, smaki, zapachy, dźwięki. Robię setki zdjęć, stoję przez godzinę na skrzyżowaniu Shibuya zafascynowana dynamiką tego miejsca, ciągle coś mnie zaskakuje i ciągle coś odkrywam. A to, że zielona herbata w plastikowych butelkach sprzedawana w przydrożnych automatach jest ciepła, a to, że tokijscy taksówkarze noszą białe rękawiczki, a na stacji kolejowej z głośników leci muzyka Sakamoto. Nie udaje się mi nasycić wystarczająco tą fascynującą mieszanką, a już siedzę w pociągu shinkansen i ruszam dalej. Kolejne etapy mojej podróży to Takayama, Kanazawa, Kioto i Nara...

 

 Listopad 2012

Tagi: Japonia tokio
23:08, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (41) »
wtorek, 07 sierpnia 2012

 

Alex Webb. Mój guru fotografii. Kilka miesięcy temu zorganizował kilkudniowe warsztaty twórcze w Mediolanie, w galerii Spazio Forma, 20 minut spacerkiem od mojegu domu, tuż pod nosem. Warsztaty, które przegapiłam...

Podobnie jak Steve McCurry Webb to obieżyświat, jego zdjęcia pochodzą z odległych, fascynujących krajów. Haiti, Karaiby, Meksyk, Etiopia, Costa Rica, Brazylia, Rosja. Obaj tworzą fotografię nasyconą kolorami, przybliżają nam zwyczajnych ludzi, ich bohaterami często są dzieci, obaj uwieczniają prostą codzienność. A jednak nie ma dwóch fotografów o tak odmiennych stylistykach i technikach. Pewnie gdyby wysłać ich w to samo miejsce, przywieźliby zupełnie inne zdjęcia. 

Webb to fotografia spontaniczna, niedopracowana, chaotyczna, dynamiczna. Jego zdjęcia to nie idealne obrazki jak w przypadku McCurry'ego, ale niekontrolowany żywioł pełen bohaterów i przedmiotów. Każde zdjęcia Webba to niespodzianka, ukryta zagadka, którą trzeba studiować przez kilka minut. 

Ale jest jeszcze coś. Webb to nie tylko pełne akcji, socjologiczne reportaże z odległych miejsc. Jego zdjęcia mają też dla mnie niezwykły wyraz artystyczny. Zwróccie uwagę jak niesamowicie wykorzystuje światło i kolor w swoich zdjęciach. Cienie, ostre słońce, gra świateł latarni, tęcze. Webb posiłkuje się w swojej fotografii nie tylko możliwościami technicznymi aparatu czy zastanymi sytuacjami. On szuka szalonych, optycznych kompozycji, nie wystarczają mu bohaterowie, liczy się też gra kolorów, cieni, świateł. Każde zdjęcia wydaje się przypadkowe, niewymuszone, a niesie ze sobą całą gamę uczuć i skojrzeń...

 

 

 

Więcej zdjęć

Tagi: Alex Webb
22:51, latajaca_pyza , Sztuka
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 02 lipca 2012

Jeżeli myśleliście, że Pyza już na zawsze odleciała ze swojego bloga, poważnie się myliliście.  Pyza jest, ma się dobrze i wcale nie odpuściła. Musiała po prostu solidnie popracować nad otaczajacą ją rzeczywistością, poukładać dziwnie zawiłe sprawy i na nowo odnaleźć radość pisania (i w ogóle). Nie obiecuję, że wrócę już jutro, ale mam to w bardzo poważnych planach. A jeżeli bardzo tęsknicie, to trochę częściej bywam na Twitterze, choć nie dzielę się tam przesadnie rozbudowanymi przemyśleniami. Takie rzeczy to tylko na blogu.

 

PS W imieniu Włochów przyjmuję kondolencje z okazji przegranego finału Mistrzostw Europy. Było nam bardzo smutno. ;)

20:42, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (13) »
środa, 11 kwietnia 2012

Przez jednych ostentacyjnie ignorowana, przez drugich spazmatycznie wielbiona, nie pozostawia nikogo obojętnym. Kuriozum artystyczne, kwintesencja kobiecości,  czarownica sztuki performance'u, tym razem Marina Abramović rzuciła urok na Mediolan. Jeszcze nie wpadłam w sidła jej najnowszego projektu, miałam za to okazję uczestniczyć w krótkim spotkaniu z udziałem artystki i zobaczyć film dokumentalny poświęcony retrospektywie jej twórczości, która dwa lata temu odbyła się w nowojorskiej MoMie. 

Film opowiada historię przygotowań do wystawy i dzień po dniu rejestruje jej przebieg. Oprócz odtworzonych wszystkich wcześniejszych projektów Abramović, które brutalnie i boleśnie zgłębiają temat cielesności (body art), dokument pokazuje od podszewki performance The Artist is Present.

Pomysł jest na pozór banalnie prosty. Stół, dwa krzesła. Na jednym siedzi Abramović, na drugim kto tylko chce (i odstał kilka/naście godzin w gigantycznej kolejce). Każdy ma dla siebie artystkę na kilka minut. Nie może się od niej odezwać, nie może jej dotknąć. Ale może na nią patrzeć, uśmiechnąć się i otrzymać to samo od niej. Na tych kilka minut ona koncentruje się wyłącznie na tobie, dostrzega tylko ciebie, istniejesz dla niej tylko ty.  Ludzie reagują bardzo różnie,  wielu podchodzi do tego spotkania bez słów niezwykle emocjonalnie. Ciekną łzy, puszczają nerwy,  twarze wyrażają wdzięczność, zachwyt, uniesienie...

 

I tak rodzą się pytania o kondycję współczesnego człowieka, o sens współczesnej sztuki...

Pytanie pierwsze. Dlaczego w dwudziestym pierwszym wieku tak ogromne emocje wywołuje coś tak prostego, pierwotnego jak spojrzenie drugiej osoby? Dlaczego w erze, gdzie nagość w sferze publicznej jest powszechna, gdzie swoboda seksualna jest synonimem nowoczesności krępuje nas proste spojrzenie w oczy? Dlaczego tak unikamy dłuższego kontaktu wzrokowego z innymi? Z iloma osobami dziennie wymieniamy pospieszne spojrzenia, ale tak naprawdę nigdy na siebie nie patrzymy? Jak często zdarza się nam spuścić wzrok rozmawiając z kimś? Boimy się siebie nawzajem? Pojedyncze spojrzenie może zadecydować o dalszych relacjach, może wyrazić coś, co chcielibyśmy zachować dla siebie, może sprowokować nieporozumienie. Nie chcemy aby inni wyczytali z naszej twarzy towarzyszące nam emocje, ale równocześnie też sami zamykamy się na innych. A równocześnie wszyscy  chcemy być zauważani, chcemy aby ktoś nam poświęcił chwilę uwagi, aby patrząc na nas dostrzegł nasze ja. Czy gigantyczny sukces tej wystawy bierze się z głodu, z naszej potrzeby uwagi, której nie zaspokaja  codzienność? A może sprawił to fakt, że ludzie poczuli się komfortowo siedząc na przeciw kogoś, kto bezinteresownie daruje im chwilę uwagi, równocześnie nie chcąc nic w zamian, nie naruszając ich otoczki bezpieczeństwa?

Pytanie drugie. A gdyby to był ktoś inny? Gdyby zwyczajna osoba usiadła sobie w parku i oferowała darmowe, szczere spojrzenie w oczy? Coś na kształt free hugs? Czy również tutaj ustawiałyby się kolejki? A może o sukcesie zadecydowała postać samej artystki, którą film wyraźnie kreuje na postać kultową. Patrząc na jej błogi, dobrotliwy wyraz twarzy przychodzą mi skojarzenia ze świętą, istotą uduchowioną, ale też z gwiazdą, która przyciąga uwagę samym nazwiskiem. I tu pojawia się...

Pytanie trzecie. Na ile ten performance to zwyczajne show artystycznej autokreacji, egoistyczna, tania celebracja własnego ja? W końcu sam tytuł performance'u wskazuje  jego główny temat - artystka, nic więcej. Rzadko mamy do czynienia  bezpośrednio z twórcami dzieł, które podziwiamy - obrazów, filmów, instalacji... Artysta zazwyczaj chowa się gdzieś za kulisami, a w projekcie Abramović jest obecny, jest w centrum uwagi, wystawia się na widok, oceny, zagrożenia. Czy artysta, który staje się sztuką, który sam uznaje się za własne dzieło, nie sięga niebezpiecznej granicy? To artystyczne dno czy artystyczny olimp?Ale też co takiego ma nam do zaoferowania dziś sztuka współczesna, która wydaje się desperacko szukać nowych tematów i form ekspresji, miota się między martwymi rekinami a dmuchanymi pudlami, pomiędzy agresywnością i  banałem. Postawić samego siebie w centrum wydaje się aktem najbardziej desperackim, ale trzeba przyznać nie pozbawionym sensu...

Mam proste kryteria, według których oceniam sztukę, filmy, książki. Cenię sobie najbardziej te, które wywołują u mnie emocje, ale przede wszystkim lawinę myśli. Ku mojemu własnemu zaskoczeniu, Marinie Abramović się to udało. Wybaczcie mi więc tę litanię nieskładnych myśli i pytań. To wszystko jej wina.

14:33, latajaca_pyza , Sztuka
Link Komentarze (16) »
niedziela, 12 lutego 2012

Początkowo Mediolan wydawał się mi pozbawiony włoskiej duszy, za którą tak wielu obcokrajowców kocha Italię. Równocześnie drażniła mnie jego udawana europejskość, podkreślanie swojej światowości, której brak zawsze obnażały typowe włoskie przyzwyczajenia. Długo nie umieliśmy się dogadać. Dopiero po kilku latach zaczęłam doceniać szczególny charakter tego miasta. Jest włoskie i światowe w idealnych teraz dla mnie proporcjach, a co ważniejsze, to miasto ambitne, które stawia sobie konkretne cele i je konsekwentnie realizuje. I fajnie być tego świadkiem każdego dnia, kibicować planom i na własne oczy dostrzegać zmiany. Szczególnie od kiedy burmistrzem został Giuliano Pisapia (pisałam o tym w czerwcu).  Pierwsze z brzegu przykłady: w styczniu rozszerzono strefę ograniczonego ruchu i właściwie z dnia na dzień ruch w centrum miasta zmniejszył się o 40%, a od lutego ma się pojawić 1200 bezpłatnych punktów wi-fi. 

Mediolan to nie jest najłatwiejsze miasto do mieszkania, daleko mu ciągle  chociażby do geograficznie bliskiego Zurichu, ale prze ciągle do przodu. Rozbudowywana jest linia metra (która według mnie i tak jest już dobrze rozwinięta), od kilku lat istnieje sieć bike sharingu BikeMi, doskonale funkcjonują dwa pobliskie lotniska. To włoskie centrum mody (za tydzień rusza Milano Fashion Week), designu (najważniejsze wydarzenia Salone del Mobile i Fuori Salone odbywa się zawsze wczesną wiosną),  oczywiście piłki nożnej (AC Milan jest na szczycie klasyfikacji Serie A) i muzyki (Hasło La Scala mówi wszystko!). Mediolan to miasto Leonardo da Vinci, który właśnie tutaj namalował Ostatnią Wieczerzę (pamiętajcie, że jeżeli chcecie ją zobaczyć odwiedzając Milano, musicie zamówić bilety z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem), ale niestety i Silvio Berlusconiego.

O Mediolanie często wspominam w swoich postach, ale chyba nigdy jeszcze to miasto nie było głównym bohaterem wpisu. Dziś trochę przypadkowa lista rzeczy, za które Milano lubię. W przyszłości może wpisy lepiej skategoryzowane o lokalnej kuchni, ciekawostkach turystycznych, zakupach i sztuce.

 

Luini Legendarna już piekarnia serwująca najlepsze w Mediolanie panzerotti nadziewane rozpływającą się w ustach mozzarellą i sosem pomidorowym. Niech was nie zniechęci długaśna kolejka przed wejściem, posuwa się szybko, a naprawdę warto poświęcić tych kilka minut aby na chwilę znaleźć się w kulinarnym niebie.

Gdzie? tuż przy Duomo, via S. Radegonda 16

 

Cioccolati Italiani Po solidnym posiłku każdy szanujący się Włoch musi spożyć porządne espresso. A jeżeli właśnie jesteście przy Luini, to macie szczęście, bo na przeciwko niedawno otwarto nową filię fantastycznej sieci Cioccolati Italiani (posiadają 3 lokale, w tym dwa w Mediolanie), która sprawi, że zrozumiecie, dlaczego Włosi uważają się za kulinarnych geniuszy. Espresso z gorącą czekoladą i orzechami laskowymi czy różane lody z płatkami białej czekolady mówią wszystko.

Gdzie? przy Duomo, via San Raffaele 6, albo w pobliżu Colonne di San Lorenzo, via De Amicis 25. 

 

Triennale Muzeum designu, w którym zawsze odbywa się kilka wystaw, a do tego fantastyczna księgarnia pełna książek o architekturze i sztuce. W ciągu dnia warto też posilić się w tutejszej kawiarni, której wystrój jak i podawane dania idą w parze z konceptem muzeum. A latem koniecznie zatrzymajcie się na aperitivo w ogrodzie na tyłach muzeum, wśród zieleni Parco Sempione, wszystko wysmakowane estetycznie, ale pozbawione snobizmu.

Gdzie? tuż przy Castello i Parco Sempione, viale Alemagna 6

 

Lo Spritz Jeżeli już zdecydowaliście się na aperitivo, zamówcie koniecznie lo Spritz, koktail charakterystyczny dla północnych Włoch, molto milanese. Ile barów, tyle jego wersji, ale najlepszy to ten na bazie prosecco z dodatkiem Aperolu lub Campari i odrobiny wody sodowej.  

Gdzie? w każdym barze, nawet jeżeli nie znajduje się w menu!

 

Pomarańczowe tramwaje Po Mediolanie krąży kilka typów tramwajów, ale najfajniejsze są te najstarsze (na przykład numer 2, którym codziennie dojeżdżam do pracy). Do złudzenia przypominają te z Lizbony, mają często tylko dwie ławy ustawione wzdłuż długości tramwaju i okropnie hałasują. Ciekawostką jest tram ATMosfera, który jest jeżdżącą najbardziej widokową trasą... restauracją.

Gdzie? Wszędzie, na przykład spod Duomo możecie złapać "14" aby dojechać w okolice Colonne di San Lorenzo i Naviglio Grande


Okolice Naviglio Grande  Mediolan to nie Amsterdam, ale swoje kanały, po których swego czasu odbywała się  żegluga, ma. Najpięknieszy to fragment Naviglio Grande, wzdłuż którego powstało moje ulubione miejsce w Mediolanie pełne restauracji (włoskich, tylko włoskich), barów, antykwariatów, sklepów vintage. W podwórkach ukryte są sklepiki młodych projektantów i warsztaty mediolańskich malarzy. Tłoczno tu tylko wieczorami i w czasie targu staroci, który odbywa się raz w miesiącu. Zazwyczaj to cudownie spokojne miejsce, które funduje gratis przepiękne zachody słońca. A wzdłuż kanału można jechać i jechać, hen za miasto.

Gdzie? Okolice Porta Genova (zielona linia metra)

 

Libraccio Sieć anykwariatów (mój ulubiony znajduje się właśnie wzdłuż Naviglio), gdzie co jakiś czas udaje się mi wyłowić fantastyczne perełki w postaci albumów fotografii czy malarstwa. Tu często znajduję też pięknie wydane książki dla dzieci, które, jak zdałam sobie  niedawno sprawę, kolekcjonuję.

Gdzie? Na przykład róg via Corsico i Alzaia di Naviglio Grande

 

Uświadamiam sobie właśnie, że właściwie nie mam zdjęć Mediolanu. Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby robić zdjęcia... w domu. Ale to się zmieni. Do następnego wpisu! 

15:01, latajaca_pyza , Italia
Link Komentarze (34) »
środa, 18 stycznia 2012

Choć robię to chyba dość często, nie przepadam za lataniem samolotem. Nie lubię nie kończącego się czekania, przepychania, upychania bagaży, rozgadanych i wystraszonych pasażerów, klaskających Włochów. W czasie lotu zwyczajowo zagłębiam się w książce, w szalu, we własnych myślach. Byle do lądowania. Lubię za to moment wysiadania bo jest zawsze początkiem czegoś nowego.

Tym razem wylądowałam w Rzymie. Choć wielokrotnie latałam już sama, to była chyba moja druga prawdziwa samotna podróż (choć tylko weekendowa) w życiu. Ciekawe doświadczenie wynająć jednoosobowy pokój, samotnie zjeść kolację, iść samej na balet. Nie, żadne tam smutki, gdy trzeba się samemu zorganizować od a do z, nie ma czasu na rozczulanie się. Grunt to idealna organizacja, sprawdzone trasy rzymskich autobusów, adresy galerii, pewny uśmiech i otwartość na przygody i ludzi.

 

Długie, niespieszne spacery po Zatybrzu, wzdłuż rzeki, wśród kolorowych liści jak gdyby to była jesień, bez konkretnej mety, bez pośpiechu, za to w towarzystwie ciepłych promieni słońca.  Wystawa prac Georgii O'Keeffe, która przenosi cię wręcz dosłownie na nowojorskie ulice, zapchana po granice wszelkiego rozsądku zakupowa via dei Condotti oddająca szaleństwo Włochów (i Rosjan) na punkcie mody, zapatrzeni w fontannę di Trevi Japończycy, ekscentryczny Rzymianin z pieskiem, który zaprasza cię na obiad do cudownej trattorii w gettcie serwującej fantastyczne carciofi alla giudia i fettucine cacio pepe e ricotta, balet Dziadek do Orzechów w zupełnie niespodziewanej interpretacji, dzieci zapatrzone w niedzielny teatrzyk z marionetkami... To był na swój sposób przepiękny weekend. Tylko te uporczliwie tłumione myśli, że nie tak miało być...

 

Tagi: Rzym Włochy
21:16, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (24) »
niedziela, 11 grudnia 2011

Spośród wystaw, które widziałam w ostatnich tygodniach, ta poświęcona fotografiom Roberta Mapplethorpe'a interesowała mnie najmniej, ba, wybrałam się na nią głównie z nadmiaru wolnego czasu. A jednak to jego twórczość, a nie obrazy Cezanne'a czy instalacje Pipilotti Rist w starym mediolańskim kinie Manzoni poruszyły mnie najbardziej.



Robert Mapplethorpe, kolejny kuglarz z artystycznego światka Nowego Jorku lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych,  kółka wzajemnej adoracji i insipiracji epatującego głównie kiczem, swobodą seksualną i kreacyjną.  Tak początkowo miałam zaszufladkowanego Mapplethorpe'a oglądając jego polaroidowe autoportety pełne erotycznych gadżetów.



 

Z czarno-białych zdjęć powoli wyłania się portet nieodrodnego dziecka kultury pop poszukującego jednak doskonałych form, idealnych kompozycji, klasycznej prostoty i estetycznego minimalizmu. Portert artysty równocześnie wspólczesnego, świetnie wpisującego się w otaczajacy go świat i niewspółczesnego, hołdującemu klasycznej rzeźbie. No właśnie, Mapplethorpe widział fotografię jako współczesną formę rzeźby, szybszą w realizacji, choć niekoniecznie prostszą w osiąganiu oczekiwanego rezultatu. Niezależnie od tego, czy fotografował męskie ciało, kwiaty czy dzieci skupiał się na kompozycji, doskonałości formy i najdrobniejszych szczegółach. W niepowtarzalny sposób udawało się mu łączyć homoerotyzm graniczący z pornografią (o co często był oskarżany w Stanach Zjednoczonych) z czystością i klasyką form.



 

Wystawa w Mediolanie (galeria Spazio Forma) zgromadziła prawie 200 fotografii, w tym słynne portety Andy Warhola i Patty Smith. Przygotowana z dbałością o najmniejszy detal, prosta i minimalistyczna w formie idealnie oddaje duch twórczości Mapplethorpe'a. Bravi!

wtorek, 29 listopada 2011

To były parszywie ciężkie dwa miesiące. I wcale nie jest powiedziane, że kolejne będą lepsze. Ale siłą człowieka jest przyzwyczajenie, które sprawia, że dziś trochę lżej się mi oddycha. I nie do przecenienia są przyjaciele, którzy na dźwięk twojego załamującego się głosu, wsiadają do samochodu i przejeżdżają pół świata, żeby cię wesprzeć. Albo którzy odstępują ci swoje łóżko, kiedy nie masz siły wrócić do domu. Zbieram się pomału do kupy. Uczę się od początku mojej teorii pozytywnego myślenia i dziś próbuję  pozbierać okruchy przyjemności z ostatnich tygodni, może ułoży się z nich jakiś pocieszający obrazek. 

- moje pierwsze w życiu brownies wg przepisu z White Plate (w mojej wersji bez przypraw piernikowych), który wyszły naprawdę nieźle, a wyrosły jeszcze lepiej;

- koncert Ryuichi Sakamoto i usłyszenie na żywo Solitude;

- każda bezinteresownie wyciągnięta dłoń i wspierający uśmiech na widok mojej niewyraźnej buzi;

- Pina Wima Wendersa, która zaczarowała mnie muzyką, a szczególnie La Prima Vez;

- nocne marsze (bo ciężko je nazwać spacerami) wzdłuż obleczonego typową mediolańską mgłą Naviglio Grande, piękne i mroźne;

- telewizja - zabija wszelkie odruchy samodzielnego myślenia!

- obserwowanie księżyca i zastanawianie się, w którym świecie się mieszka (tak, 1Q84);

- origami - zrobienie czarnego łabędzia to nie lada wyzwanie, ale jaka satysfakcja!

 

Fakt, dziś  jeszcze łatwiej przychodzi mi ułożenie listy porażek i rozczarowań. Ale następnym razem pójdzie już gładko. W końcu ile można spadać w dół.

Pozdrawiam Was serdecznie!

23:13, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (36) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25