Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
poniedziałek, 28 stycznia 2008
W sobotę tradycyjnie sprzątałam mieszkanie. Wycierając kurz z półek, zaczęłam liczyć swoje konta internetowe. (Temat dobry do przemyśleń jak każdy inny:). I aż się za głowę złapałam. Fakt, kurzu było sporo, ale tych kont to dopiero...
Aktywnych adresów mailowych doliczyłam się pięciu. Trzech na Yahoo, dwóch na Gmailu. Muszę ich mieć tyle bo każdy służy mi do czegoś innego: różnych subskrypcji, korespondencji zagranicznej, prywatnej, oficjalnej, blogowej, niewiadomojakiej. Ale to dopiero początek. Moje latające profile znajdziecie na MySpace, Facebooku, Last.fm, Stylio, Blogger'ze i oczywiście na Bloxie. Nałogowo korzystam z MSN, Skype i wszelkich dobrodziejstw Google'a. Swego czasu założyłam swoje konta również na Aktivist'ie, Biblionetce, Slide.com, MyBlogLog, Technorati. Do tego dochodzą niezliczone konta na wirtualnych zakładkowniach typu Del.icio.us czy Mister Wong. I profile na przeróżnych portalach i stronach czasopism. Nie wspominając nawet o moich dwóch blogach. Liczyliście kiedyś swoje wirtualne profile?
Zastanawiam się nad fenomenem virtual communities. Czy to po prostu znak czasów, w których niepodzielnie rządzi internet? Dziesiątki kont i profili ułatwiają zwyczajnie komunikację, utrzymywanie kontaktów, rozwijanie zainteresowań i gromadzenie istotnych informacji i materiałów?
A może ten szał to efekt marketingowych strategii, które przyciągają nas magicznymi obietnicami podróżowania w czasie i przestrzeni? Kolejne sztucznie wytworzone potrzeby, bez których można się spokojnie obejść?
Być może jednak uczestnictwo w wirtualnych społecznościach jest wynikiem naszego osamotnienia i braku satysfakcji w rzeczywistości. Internet daje nam niepowtarzalną możliwości przeżywania naszego życia tak, jak chcemy. Każdy portal pozwala nam wybierać i kolekcjonować wirtualnych przyjaciół, którzy mają podobne zainteresowania. Możemy odnaleźć ludzi, którzy dzielą nasze hobby czy doświadczenia. W internecie niejednokrotnie możemy stać się członkiem ciekawej grupy, zdobyć jej sympatię, szacunek, którego w realu nie doświadczamy. Równocześnie możemy też ukryć to, czego się wstydzimy. Schować nieciekawą przeszłość, niechlubne czyny, dzięki Wikipedii zatuszować swoją niewiedzę. Albo zgrabnie uniknąć niewygodnej odpowiedzi, zwalając winę na zerwane połączenie. W sieci można mówić, co się chce i nie musieć przy tym nikomu patrzeć w oczy. W internecie żyje się łatwiej, wygodniej, szybciej i pozornie szczęśliwiej.
A może wszyscy jesteśmy ekshibicjonistami? Dlaczego zakładamy blogi, piszemy publicznie o swoich mniej lub bardziej prywatnych sprawach? Papierowe pamiętniki nam nie wystarczają. Dlaczego tworzymy wirtualne listy ulubionych filmów, ksiażek, pokazujemy rodzinne zdjęcia. Niektórzy nawet swoje ciuchy. ;) Zakładamy fora, uczestniczymy, wypowiadamy się. Chcemy pokazać się światu. Czyżbyśmy wszyscy mieli parcie na popularność?! Własne podwórko nam nie wystarcza?
Może anonimowość dodaje nam po prostu odwagi i paradoksalnie zaufania do innych? Niewiele można stracić a tak wiele zyskać. Wszyscy obdarzamy się kredytem zaufania, którego często skąpimy obcym w realu. I to w rzeczywistości, w której wszystko może być iluzją. Opowiadam Wam o sobie, radzę się Was, pokazuję Wam swoje szmatki, traktuję Was jak przyjaciół. Przejmuję się Waszymi problemami i przeżyciami. Ufam Wam, a Wy mi, prawda? A przecież mogłabym być rosyjskim szpiegiem... A Chiara na przykład wybitnym hackerem? A Sztywniara ornitologiem? ;)
16:05, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (44) »
piątek, 25 stycznia 2008
O 8.45 rozpoczął się tradycyjny, piątkowy strajk metra. Dotarłam do bramki o 8.48. Żeby, cholera, oni zawsze byli tacy punktualni... Musiałam tłuc się do pracy autobusem.

Jedliśmy pizzę, kiedy padł rząd. Wiedziałam, żeby nie jeść pizzy w czwartek. To było spoza naszego schematu. To nie mogło przynieść nic dobrego. Stało się i teraz znowu żyjemy w bananowej republice. Dziś wieczorem mamy urodzinową imprezę przyjaciela. Czuję, że wyjdzie z niej stypa. Albo co najmniej zakończy się awanturą. Niedobrze się w królestwie dzieje...

Do tego wszystkiego mój odwieczny problem z uszami. Znowu nie słyszę na prawe ucho. Już od tygodnia. Żartują sobie ze mnie z pracy. Najgłośniej śmieję się ja. Na wszelki wypadek bo i tak połowy z tego, co mówią, nie słyszę. Dziś przy porannej kawie zostałem tajniakiem bo ciągle sobie ucha dotykam i coś szepczę. U lekarza byłam we środę. Siedziałam w poczekalni do dwudziestej pierwszej. Pani lekarka widziała mnie pierwszy raz w życiu. Ja ją też z resztą. Tak się jakoś złożyło... Dała mi skierowanie do laryngologa. Koszt wizyty wyniesie mnie jedynie 43 euro.

We wtorek znaleźli Heatha Ledgera. Byłyśmy tą wiadomością naprawdę wstrząśnięte. Szczególnie koleżanka, która była jego zakochaną fanką. Nie dalej jak dwa tygodnie temu podzieliłyśmy się zgodnie duetem z Brokeback Mountain. Mnie przypadł oczywiście Jake. Ech...

Co do dochodzenia w sprawie tajemniczego wielbiciela. Ten od trzech psów w ogóle na mnie uwagi nie zwraca. (Nie dziwię się mu zresztą, tyle psów mieć...) Nowego podejrzanego nie ma. To znaczy jest ale wyjechał. Do Rzymu. Stąd nie ma mi kto karteczek za wycieraczkę wkładać. Tak to sobie tłumaczę przynajmniej...

Z obejrzanych w tym tygodniu filmów najbardziej podobał mi się Finalmente Domenica (Vivement dimanche!) Truffaut. Piękna ta Fanny Ardent. A jakie ma ciuchy! Przy okazji odkryłam, że Almodovar odgapił moją ulubioną scenę z Wysokich Obcasów właśnie od Francuza. Nieładnie Pedro, nieładnie...

Ech, no to byle do soboty! Wszystkim udanego weekendu życzę! :)
14:40, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (20) »
niedziela, 20 stycznia 2008
Głównym tematem tego wpisu miał być film, którego nie udało nam się wczoraj zobaczyć. :) Cous Cous grają tylko w dwóch kinach i w obu zabrakło dla nas biletów. W ciągu godziny obeszliśmy chyba pięć kin żeby wybrać coś zastępczego. W końcu zdecydowaliśmy się pozostać w orientalnych klimatach i zobaczyć libański Caramel Nadine Labaki. Znowu trafiłam na kino kobiece, ciepłe i dowcipne. Tytułowy karmel okazał się metaforą życia: słodkiego i pełnego przyjemności, ale które potrafi niespodziewanie sprawić piekielny ból. Świat kobiet w Libanie pozornie nie różni się już niczym od tego europejskiego. Jednak pod przykrywką wolności i równości, obyczajowość Libańczyków, nawet tych spoza świata muzułmańskiego, pełna jest jeszcze starych nawyków i stereotypów.
Świat islamu jest mi w jakiś sposób bardzo bliski ponieważ przez dwa lata mieszkałam w Libii. To był bardzo niezwykły okres, z którego pamiętam zaskakująco dużo. Głowę mam pełną egzotycznych obrazków: zakryte kobiety jeżdżące w przyczepach z baranami bo w samochodzie nie było dla nich miejsca, worki ze śmieciami zrzucane z drugiego piętra i lądujące niespodziewanie na chodniku, bazary pełne niezwykłych zapachów i dzikich spojrzeń sprzedających. W każdy piątek, który był dniem wolnym od pracy i szkoły, zwiedzaliśmy kraj, odkrywając dziewicze zakątki, ukryte nietknięte ludzką stopą plaże, starożytne zabytki, którymi nikt się nie zajmował. Mamy takie zdjęcie, na którym piknikujemy pod rzymskimi kolumnami. Wystarczyło trochę pogrzebać nogą w czerwonej ziemi żeby znaleźć ucho od starożytnego dzbanu albo kawałek pięknej mozaiki. Długo by tak wspominać poznanych tam ludzi, kuchnię, przygody, sytuację polityczną...
Muzułmanie uwielbiają dzieci, które są ich oczkami w głowie. Sama wiele razy byłam obdarowywana na bazarach drobnymi prezentami, gumkami do włosów, spinkami. Głównymi bohaterami książek Hosseiniego są afgańskie dzieci. Marjane Satrapi swoje komiksy o życiu w Iranie pisze z perspektywy małej dziewczynki. Do tego jeszcze filmy Majida Majidi pełne są dziecięcych historii... A jednak w muzułmańskim świecie, tak często dzieci nie mają prawa do dzieciństwa. Dzieci walczą, zabijają, stają się żonami, rodzą własne dzieci. W tym świecie dorasta się szybko i często boleśnie. Pewnie dlatego, mimo że miałam wtedy jakieś 11 lat, ten czas tak wiele mnie nauczył, zmienił i zakorzenił się we mnie na zawsze. Wspomienia szalonej logiki Arabów, chorych reguł i niepewności wracają do mnie za każdym razem, kiedy dotykam w jakiś sposób świata muzułmańskiego. Również wczoraj wieczorem.
środa, 16 stycznia 2008
Od wczoraj zasypywana jestem miłosnym spamem. Przynam, że zawsze to przyjemniejsze otrzymywać maile typu: A Rose for My Love, The Mood for Love czy Our Love Will Last (dobrze, że nie Last Will, BTW) niż propozycje przedłużenia sobie tego i owego. Ale nie dość tego. Ostatnio dostałam prawdziwy liścik miłosny! Śmiejcie się, śmiejcie. ;) Jego treść zostanie moją słodką tajemnicą bo byście dopiero rechotały. Jakby nie patrzeć mam tajemniczego adoratora. W związku z tym oczywiście prowadzę od kilku dni śledztwo. Karteczkę zalaną deszczem znalazłam za prawą wycieraczką samochodu. W ten sposób krąg podejrzanych zawęziłam do osób, które widują mnie w okolicach parkingu. To musi być ktoś, kto wie, że to nie tylko mój samochód, ale że jeżdżę nim tylko ja. (Inni się boją.) Wyłączyłam tym samym z dochodzenia wszystkich sąsiadów a włączyłam licznych rowerzystów i spacerujących z psami. Przynajmniej średnia wieku potencjalnych kandydatów się obniżyła. Mam głównego podejrzanego (psów posiada sztuk trzy, o rowerze na razie nic nie wiem) ale w związku z tym, że ciągle pada, na spacerach chyba nie bywa. Co na to psy, również mi nie wiadomo. Przyznam się, że w pierwsze dwa dni zrobiłam sobie dokładniejszy makijaż i wyprostowałam plecy ale i tak nikogo wokół nie było. A dobrze łypałam mym latającym okiem, dobrze. Chyba, że lunety używa ?! Wtedy byłaby to sprawa grubszego kalibru. I niech Was nie zmyli fakt, że we Włoszech jesteśmy. Mieszkańcom Lombardii mentalnie i geograficznie bliżej do Zurychu niż Neapolu.

Oczywiście lojalnie poinformowałam o mym znalezisku mojego eF. A on równie lojalnie nastraszył mnie, że to może byc jakiś psychopata i obiecał ochronę własnym ciałem w czasie moich pobytów na parkingu. Na razie bodyguard z niego żaden bo jak ja wychodzę do pracy, to on się przewraca na drugi bok.

Być może mojemu adoratorowi udzieliła się romantyczna atmosfera najgorętszego romansu tej zimy czyli duetu Sarko- Bruni? Włosi dumni chodzą niesłychanie, że kolejnej Włoszce udało się odbić kolejnego Francuza. Wiadomości o postępach ich romansu (małżeństwa ponoć już!) pojawiają się w głównym wydaniu Telegiornale. Tygodniki rozpisują się o najpiękniejszych Włoszkach, które podbijają świat. Żeby tylko mój wielbiciel nie wywinął mi takiego numeru z pierścionkiem jak Sarkozy!
A tymczasem deszcz ciągle pada. Tej zimy wykończyłam już dwie parasolki. Zamiast kozaków powinnam sobie chyba kupić kalosze. I jakaś Love Boat by się przydała.

ps O (ewentualnych) postępach w śledztwie będę informować na bieżąco.
13:41, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (21) »
piątek, 11 stycznia 2008
Jakiś czas temu chciałam założyć blog, na którym mogłabym opisywać osoby, które spotykam w metrze. Oczywiście, żeby plan zrealizować musiałabym się zwolnić z pracy i w kółko siedzieć w tunelu, stąd pomysł chwilowo został zarzucony. Metro jednak ciągle mnie fascynuje, a właściwie przeróżni ludzie, których się tam codziennie spotyka. Kolejka podziemna to szczególne miejsce, przez które przewija się przekrój całego miasta, ludzie przeróżnych kultur, klas społecznych, narodowości i zainteresowań. Uwielbiam patrzeć na nich, domyślać się dokąd jadą i jakie historie w sobie noszą.
W metrze można sporo dowiedzieć się o społeczeństwie, panujących trendach w modzie, najczęściej czytanych książkach, poruszanych w rozmowach problemach. Widząc w ostatnich dniach tłumy wysokich blondynów o niesamowitych rysach i fryzurach domyśliłam się na przykład, że w Mediolanie trwa tydzień mody męskiej. Metro może też być miejscem, w którym za darmo można poznawać światowa kulturę. W praskiej kolejce można poczytać wiersze słynnych poetów. Również nowojorskie metro ma swój niepowtarzalny urok, jak całe miasto z resztą. Uwielbiam studiować mapy metra i w ten sposób poznawać geografię miejsca, w którym przebywam.
Od czasu tragedii w londyńskim metrze, przestało to być miejsce zupełnie bezpieczne. Ludzie zwracają uwagę na cudzoziemców, sami z wagoników wynoszą zapomniane papierowe torby czy podejrzane reklamówki. Metro ciągle jednak mnie fascynuje, jest w nim coś, czego nie umiem dostrzec w równie zatłoczonych tramwajach czy autobusach. Może bierze się to stąd, że w kolejce podziemnej ludzie z reguły nie siedzą do siebie plecami jak w innych środkach transportu.
Przy okazji undergroundu nie mogę nie wspomnieć o mojej licelanej fascynacji musicalem Metro. Mieszkając daleko od Warszawy dokonywałam cudów żeby dostać się do Teatru Dramatycznego na kolejny spektakl. Moim największym osiągnięciem była organizacja ogólnoszkolnej wycieczki do stolicy. Z koleżanką stworzyłyśmy plakat reklamujący wyprawę i sam spektakl. Załatwiłyśmy autokar, opiekunów, zbierałyśmy pieniądze i zachęcałyśmy uczestników. Koniec końców miałyśmy autokar pełen znajomych, którzy pomogli nam spełnić kolejne marzenie. Fascynacja Metrem, muzyką i tańcem sprawiła, że zainteresowałam się musicalem, jego historią i oczywiście Broadwayem. Dziś ta pasja prawie zupełnie minęła, a musicale jakoś bardziej kojarzą się mi z kiczem niż poważną sztuką. Tak jednak już w życiu mam, że jedna pasja robi drogę innej: Metro - musicalom, musicale - teatrowi, teatr - piosence aktorskiej itd... W życiu trzeba wszystkiego spróbować, nawet jeżeli to nie trwa wiecznie. Każda pasja ma swoją końcową stację. Zawsze można jednak przesiąść się do wyruszającego z niej kolejnego pociągu.
14:25, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (23) »
niedziela, 06 stycznia 2008
Jestem wielką miłośniczką kobiet, nieustannie zachwycam się ich urodą i osobowością. Co więcej, żaden mężczyzna nie jest w stanie zrobić na mnie takiego wrażenia jak kobieta. Orientację seksualną mam jak większość z nas a na płeć piękną patrzę jak na małe dzieła sztuki. Każde zawiera w sobie jakieś ukryte piękno, ciekawe wnętrze i tajemnicę. Nieustannie mam wrażenie, że to kobiety dzięki swojej szczególnej wrażliwości i doświadczeniom najpiękniej opisują świat, który nas otacza. Dlatego też, zupełnie nie zaskoczyły mnie wnioski, do których doszłam podsumowując miniony rok. Większość książek, które mnie zachwyciły, wyszła spod pióra kobiet (długo by wymieniać, wspomnę więc tylko o Ali Smith), bądź traktowała właśnie o nich (chociażby Opowieść o Blanche i Marie autorstwa Per Olov Enquista). Tutaj należą się słowa podziękowania Padmie, która stworzyła Portrety kobiet. Chociaż oficjalnie w przedsięwzięciu nie uczestniczyłam, sięgnęłam po wiele książek z listy obowiązkowej. W muzyce największym odkryciem okazała się Madeleine Peyroux, która swoim głosem przypomina boską Ninę Simone. Feminine jazz był najczęstym, choć nie jedynym, gatunkiem muzyki, którego słuchałam. Oczarowały mnie również Lura, Amy Winehouse czy Carmen Consoli. W kinie wielkich kobiecych odkryć było niewiele, choć pięknych filmów nie mało. Dla mnie zdecydowanie był to rok pod znakiem Charlotte Gainsbourg, którą widziałam w trzech fantastycznych filmach: I'm not there, The Golden Door i The Science of Sleep. Będąc przy kinie kobiecym nie sposób nie wspomnieć o Sophii Coppoli, której smak i spojrzenie na świat nieustannie mnie zachwyca. W tym roku zobaczyłam Marię Antoninę, która wbrew kiepskim recenzjom mnie oczarowała. Dotarłam także do The Virgin Suicides ze zdumieniem odkrywając, że to film na podstawie powieści Eugenidesa. Wszystkie moje ukochane blogi, które namiętnie czytuję również wychodzą spod klawiatur niezwykłych kobiet rozsianych po całym świecie. Jak magnez przyciągają Wasze doświadczenia, przemyślenia, zdjęcia i wspomnienia. Żaden facet nie pisze tak jak kobiety. :)

Ukoronowaniem a właściwie rozpoczęciem kolejnego roku pod znakiem kobiet była retrospektywa malarstwa, na którą udałam się wczoraj. Z lekka zniesmaczona szałem wyprzedaży, który wczoraj opętał Mediolan (oczywiście małe zakupy zrobiłam i ja, kobietą w końcu jestem, nie?;) z wielką ciekawością obejrzałam wystawę poświęconą sztuce kobiecej L'arte delle donne dal Rinascimento al Surrealismo. Przyznam, że nigdy nie zastanawiałam się nad tym, że w zamierzchłych czasach kobiety też zajmowały się sztuką, malowały, tworzyły. Prawdopodobnie zmarginalizowane w męskim świecie nie zdołały przebić się do śmietanki, chociażby, renesansowych malarzy. A malowały całkiem nieźle, głównie żeńskie i dziecięce portrety, martwą naturę i pejzaże. Najsłynniejsze malarki, które pojawiły się na wystawie to Tamara Lempicka (ogromna retrospektywa jej twórczości miała miejsce w Mediolanie na początku zeszłego roku) i oczywiście Frida Kahlo (ilość zaprezentowanych obrazów: sztuk jeden).

I pewnie można by tak jeszcze długo analizować świat z kobiecego punktu widzenia ale niestety czas goni. Dziś popołudniu czeka mnie autentyczny szabat czarownic z okazji święta Befany. Trzeba więc jeszcze koszyczek ze słodyczami przygotować i miotłę naoliwić. A potem fruuu lecę. Wstęp na imprezę tylko dla kobiet. ;)
13:23, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (22) »
wtorek, 01 stycznia 2008
Na odchodnym Stary Rok sprawił mi magiczną niespodziankę: pokój na poddaszu w centrum Wenecji na trzy dni plus niezwykłą noc św. Sylwestra. Właścicielką mieszkanka z tarasem na spadzistym dachu była nieśmiała Francuzka wyglądem przypominająca Charlotte Gainsbourg. Za "grosze" wynajęła nam cudowny pokój pełen francuskich książek, jazzowych płyt i kolekcji filmowych mistrzów: Loach, Fassbinder, Antonioni, Kurosawa... Siedzieliśmy na łóżku pełnym starych, ciepłych koców i nie mogliśmy wyjść z zachwytu. A kiedy okazało się, że tuż za rogiem mamy plac św. Marka długo przecieraliśmy oczy ze zdumienia.

Po latach odkryłam Wenecję w zupełnie inny sposób. Wystarczyło zejść z utartych ścieżek by zderzyć się sam na sam z historią, tajemnicą i ciszą. Najbardziej czarująca Wenecja okazała się nocą, kiedy w świetle latarni i księżyca odbijającego się w wodzie przemierzaliśmy dziesiątki opustoszałych mostów. W mroku tak łatwo było się przenieść w przeszłość, zachłysnąć się magią zakamarków i przypominać sobie tajemnicze opowieści związane z tym miejscem. Błądziliśmy zaczarowani, spowici lekką mgłą, rozglądając się ostrożnie. Może sprawiła to wszystko nietypowa, mroźna temperatura, a może zbliżający się wenecki karnawał i spowite czarnymi płaszczami postaci z białymi maskami na twarzach, które zaczęły się pojawiać w sylwestrową noc... Zimno jak diabli ale magicznie było...
W Nowym Roku życzę więc i Wam spełnionych marzeń i wielu magicznych momentów. Miłości, wielu przyjemności i trochę czarów. ;)

 

PS Zaczęłam robić listę diabelskich (nie romantycznych) filmów z Wenecją w tle bądź tytule, które należy jak najszybciej odświeżyć. Pomóżcie drodzy filmomaniacy! :)

Śmierć w Wenecji - L. Visconti
Miłość i śmierć w Wenecji - I. Softely
Kupiec wenecki - M. Radford
Wszyscy mówią: kocham cię - W. Allen
Nie oglądaj się teraz - N. Roeg
Rodzina Połanieckich - J. Rybkowski
Oczy szeroko zamknięte - S. Kubrick
James Bond - Casino Royale - M. Campbell
Indiana Jones i ostatnia krucjata-  S. Spielberg
Casanova -  L. Hallström
23:06, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (30) »