Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
niedziela, 25 stycznia 2009
Po fascynującej Opowieści o Blanche i Marie w końcu udało się mi przeczytać kolejną powieść autorstwa Per Olov Enquista. Wizyta królewskiego konsyliarza to jedna z jego wcześniejszych książek. Charakterystyczną cechą  pisarstwa Szweda wydaje się być  sięganie do autentycznych historii, niezwykłych jednostek i skupianie się na nieznanych szczegółach, wokół których tworzy własną narrację. Nie są to powieści stricte historyczne, mają urok filmów paradokumentalnych, które subiektywnie wydobywają inną, mroczną stronę mniej lub bardziej znanych postaci historycznych.

Tym razem jesteśmy na osiemnastowiecznym duńskim dworze. W Europie szerzą się oświeceniowe prądy, a na tronie w Danii zasiada nastoletni Chrystian VII. Tajemnicą poliszynela jest, że młody król jest obłąkany, miewa ataki agresji, depresji, melancholii, często śni na jawie i wierzy we własne halucynacje. W 1768 roku jego osobistym opiekunem i doradcą zostaje Niemiec Johann Friedrich von Struensee, który wkrótce przejmuje kontrolę nie tylko nad królem ale i nad całym państwem. W ciągu 16 miesięcy swojego "panowania"  przeprowadza kilkaset oświeceniowych reform, które wprowadzają między innymi wolność słowa, likwidują tortury, otwierają nowe szpitale i zmniejszają wydatki na zbrojenia. Struensee planuje również zniesienie pańszczyzny chłopów. Na gwałt wprowadzane reformy budzą oczywisty opór duńskiej arystokracji, ale również części społeczeństwa. Równocześnie niemiecki doradca nawiązuje namiętny romans z żoną Chrystiana VII Karoliną Matyldą. Ten związek staje się początkiem końca wizyty królewskiego konsyliarza...

Powieść skupia się nie tyle na faktach z tego okresu (choć te są bardzo wiernie zachowane), co na jego głównych postaciach i związkach, jakie je łączą.

Struensee przedstawiany jest przez Enquista jako Cichy, małomówny lekarz, intelektualista i idealista, który pozyskuje przyjaźń króla i za jego zgodą przejmuje rządy w kraju. Władza, którą przejmuje budzi w nim jednak wątpliwości, wyrzuty sumienia i kompleksy prowincjonalnego lekarza. Równocześnie jednak wie, że taka pozycja otwiera przed nim możliwość wcielenia w życie swoich ideałów. Jak później mówi o nim jego córka: miał dosyć ducha, ale zabrakło mu przebiegłości.
Karolina Matylda, siostra króla Anglii postrzegana początkowo jako bezwolna i czarująca okazuje się najsilniejszym ogniwem tego niezwykłego trójkąta. Nieszczęśliwa w obcym kraju, obojętna wobec męża, początkowo niechętna konsyliarzowi, wkrótce ujawnia swój silny charakter, wielką namiętność i umiejętność manipulacji.

I w końcu ten trzeci - król, wokół którego kręci się cała gra. Chrystian wśród mentalnych problemów, które otaczają go przez całe życie, szuka własnej tożsamości. Próbuje zrozumieć, czy jest zwyczajnym człowiekiem, czy też rzeczywiście Bożym wybrańcem, jak to się mówi o królu. Bez końca szuka potwierdzenia swego człowieczeństwa. Wymyśla wręcz teorię o tym, że został podmieniony i tak naprawdę jest wiejskim chłopcem, któremu przez pomyłkę powierzono władzę. Rzeczywistość postrzega jako teatr, gdzie każdy gra wyuczoną rolę. Swój dwór widzi jak jedną wielką, niekończącą się maskaradę, gdzie wszyscy udają i kłamią.  W tej sztuce jemu przypadła rola Bożego wybrańca, którą gra posługując się wyuczonymi w dzieciństwie replikami (jego edukacja nie polegała na studiach historii, prawa czy geografii, ale na tępym i bolesnym wpajaniu tzw replik, którymi miał posługiwać się w przyszłości; kasta urzędników, która tak naprawdę rządziła państwem w ten sposób upewniała się, że król nigdy nie będzie w stanie samodzielnie myśleć i rządzić). Jednak bycie wybrańcem było udręką. Król chce się pozbyć ciężaru, jaki stanowi dla niego władza.  Jego rola go męczy, szuka dla siebie ucieczki. Dlatego właśnie przekazuje władzę Struenseemu, dlatego przyzwala na jego romans z Karoliną Matyldą.  Odsuwa się od władzy i pogrąża we własnym spektaklu, w którym udział biorą on, jego pies i Murzynek Moranti. Bawią się w dwór królewski, gdzie służący jest królem, a król służącym. Christian ostatecznie zyskuje potwierdzenie swego człowieczeństwa, kiedy spektakl z reżyserii Struenseego dochodzi końca.

Wizyta królewskiego konsyliarza to fascynująca historia, niezwykła metafora świata jako teatru i studium trójkąta władzy, szaleństwa i namiętności jak z szekspirowskiego dramatu. Wszak Christian VII to osiemnastowieczny Hamlet, który w swym szaleństwie znajduje metodę na świat. Powieść Enquista pokazuje, że dobre intencje i ideały to za mało, aby zmienić świat. Że dobro nie zawsze jest białe, że obiektywna prawda nie istnieje i że normalność to pojęcie względne.
sobota, 17 stycznia 2009
Trudno, po raz kolejny wykażę się ignorancją. Przynajmniej będę miała zasługi w niebie za swoją prawdomówność. Otóż myślałam, że René Magritte, belgijski malarz to artysta bardzo współczesny, kontynuator nurtu popartowego. Ze zdziwieniem odkryłam, że pan Magritte nie tylko był jedną z inspiracji dla pana Warhola, to  jeszcze wpisuje się w nurt surrealistyczny w malarstwie pierwszej połowy XX wieku.





Tę omyłkę tłumaczę sobie dwoma motywami.

Motyw pierwszy: stylistyka Magritte wyprzedziła czas i trendy, była tak oryginalna, że nawet dziś wydaje się świeża i nowoczesna. Uświadomiłam sobie, że Rafał Olbiński, nasz malarz i twórca plakatów, którego styl do złudzenia przypomina Magritte, jest od Belga młodszy aż o 40 lat.  Równocześnie niezwykle precyzyjna technika Magritte przypomina komputerowo tworzone grafiki i stosowane w nich fotoszopowe efekty specjalne.

Motyw drugi: obrazy Magritte są reprodukowane nie rzadziej niż zupki Campbella. Charakterystyczne dla niego motywy (jabłko, melonik, głowy nakryte welonem, fajka) pojawiają się na gadżetach, okładkach płyt a nawet w grach komputerowych.  Ba, powielane są nawet jego slogany. Bycie częścią swoistej pop kultury sprawiło, że odjęłam dziełom Magritte sporo lat. Całe szczęście, że taka wpadka nie przydarzyła się mi z taką, dajmy na to, Mona Lisą. Tej też  przecież  wszędzie pełno. 




U Magritte tytuły nie są  wyjaśnieniem obrazów, a obrazy nie są ilustracją tytułów. Słynna Zdradliwość obrazów, gdzie namalowana fajka podpisana jest: to nie jest fajka najlepiej wyraża filozofię malarza. Według niego namalowana fajka nie jest fajką, ponieważ nie da się jej napełnić ani zapalić. Na obrazie bowiem przedmiot staje się poezją.  Według Magritte sztuka ma nadawać rzeczywistości nowe znaczenie, ma być właśnie poezją. Stąd jego obrazy pełne są nierealnych scen: domy okryte światłem zachodzącego słońca z błękitnym niebem, tło stające się pierwszym planem, kawałki szkła rozbitego wraz z rzeczywistością. Do tego dochodzi personalizacja zwierząt (świnia w garniturze) czy zlewanie się człowieka z przyrodą (twarze w drzewie). Jego obrazy to wiszące enigmy,  które aż  proszą się o odpowiedź. I niestety tytuły nie są tu podpowiedziami.
Lubię w sztuce pomysłowość, inteligencję i poczucie humoru. Dlatego ta wystawa była frajdą, przypominała grę w rebusy: odgadniesz obraz - punkt dla ciebie, nie odgadniesz - punkt dla pana Magritte. Lubię też minimalizm i precyzję jego techniki. Jednak stylistyka wielu obrazów po prostu mnie razi. Raz, że nie przepadam za surrealizmem w stylu Salvadora Dalì, a dwa, że stylistyka Magritte często ociera się o swoisty kicz: gigantyczne róże, chmurki, gołębie. Do tego oklepane obrazki z okładek zeszytów i długopisów tracą magię.  Na oficjalnej stronie wystawy można zobaczyć galerię pokazywanych w Mediolanie obrazów oraz krótki filmik. Polecam, może też odkryjecie coś, czego o Magritte jeszcze nie wiecie.
12:49, latajaca_pyza , Sztuka
Link Komentarze (20) »
piątek, 09 stycznia 2009
Przywiozłam sobie z Polski nowy tomik Etgara Kereta, jedynego autora opowiadań, którego czytuję. Jego historie są intensywne i spójne,  nie pozostawiają we mnie takiego niedosytu jak inne krótkie formy. Ba, obawiałabym się napisanej przez niego powieści. Opowiadania Kereta są jak gilotyna - szybkie, precyzyjne i krwawe. Taka stylistyka nie sprawdziłaby się w długiej formie. Jego świat to koszmarna mieszanka makabry i  okrucieństwa rodem z Masakry piłą mechaniczną, czarnego humoru i groteski. Zaciera się tu granica między szarą rzeczywistością a światem fantastycznym. Keret personalizuje zjawiska przyrodnicze (Straszna wichura) i przedmioty (Stłuc świnkę), a ludziom nadaje niezwykłe cechy (Dziura w ścianie, Smutna opowieść o rodzinie Mrówków). Ciągle mnie zaskakuje swoją pomysłowością, niespodziewanym rozwinięciem akcji czy też jej zakończeniem. Wyobrażam sobie, jak siedzi i obserwuje pozornie zwyczajne scenki (golącego się ojca czy przedstawienie maga, który wyciąga z kapelusza królika), kiedy nagle budzi się jego pokręcona wyobraźnia i przekora...  Poprzez te chore obrazki wyłania się wizerunek współczesnego człowieka, być może mieszkańca Izraela: przerażonego, samotnego, żądnego miłości, a żyjącego w rzeczywistości pełnej nienawiści i agresji. Mało w tych opowiadaniach polityki czy bezpośrednich nawiązań to konfliktu izraelsko-palestyńskiego, ale cały czas wyczuwa się szczególne napięcie czy podenerwowanie bohaterów.

Tęskniąc za Kissingerem rozczarowało mnie tylko pod jednym względem. Reklamowany jako najnowszy, zbiór zawiera mnóstwo opowiadań już publikowanych (głównie w Gaza Blues). Nie ma o tym słowa na okładce książki, a jedynie sugestia: wydawnictwo W.A.B. publikuje kolejne tomiki, zachowując ich oryginalną, autorską kompozycję. Nie mam doświadczenia z innymi autorami opowiadań, więc może to rzecz normalna, mnie jednak zniesmaczyła. Keret przypomina mi tu trochę Bregovicia, który bez ustanku sam siebie plagiatuje sprzedając te same melodie różnym wykonawcom.

Pisząc o Kerecie, muszę też wspomnieć o wyreżyserowanym przez niego filmie, który widziałam miesiąc temu. Meduzy okazały się subtelnym i poetyckim obrazem w niczym nie przypominającym wystrzałowych opowiadań. Wyjaśnia to fakt, że autorką scenariusza i współreżyserem filmu jest Shira Geffen, żona Kereta.  To zdecydowanie jej wizja świata.
Meduzy składają się z trzech przeplatających się ze sobą opowiadań, których głównymi bohaterkami są kobiety, mieszkanki Tel Awiwu. Najpiękniejsza jest historia małej, rudej dziewczynki, która ma na sobie jedynie nadmuchiwane koło do pływania. Wyłania się z morza, jest sama, naga i nie mówi (taka Wenus albo syrenka). Znajduje ją młoda kelnerka - równie samotna i zagubiona, której mieszkanie tonie w kapiącej z sufitu wodzie.
Druga historia opowiada o nieszczęśliwej pannie młodej, która łamie nogę i zamiast na Hawajach, miesiąc miodowy spędza w hotelu  w Tel Awiwie.  Spotyka tam poetkę, którą traktuje jak rywalkę, dzięki której jednak udaje się jej zamieszkać w pokoju z widokiem na morze.
Trzecia opowieść to historia starszej kobiety i jej filipińskiej opiekunki, którą zatrudnia wbrew woli matki córka-aktorka. Marzeniem opiekunki jest wielki okręt zabawka dla synka.
Na film można spojrzeć poprzez pryzmat duetów, związków między kobietami: matek z córkami, przyjaciółek, rywalek. Bohaterki jak meduzy popychane przez fale poruszają się po sennym Tel Awiwie nieśpiesznie, nieskładnie, bez przekonania, bez celu. Są kwintesencją kobiecości: dobroci, troski, opieki, jak meduzy mają ochronne parasole, którymi  otaczają innych. Równocześnie jednak mają też parzydełka, potrafią być pełne jadu, ranić i osłabiać innych. Również ukochane osoby.
Mimo, że twórcy Meduz nie są zawodowymi filmowcami, ich obraz ujął mnie subtelnością i pięknymi zdjęciami. Spodobał się mi zimny, pustawy Tel Awiw przypominający spokojne, zimowe morze. A wracając jeszcze do Tęskniąc za Kissingerem - jedynym opowiadaniem, które wpisuje się w senną poetykę filmu, jest Samotność na lodówce. Bo każda kobieta ma swoją historię.
poniedziałek, 05 stycznia 2009
Obserwacje są mało odkrywcze bo zza suto zastawionego stołu mało widać a i mój mózg w czasie pobytu w domu zupełnie się rozleniwia. Bo moje święta polegają głównie na nasiedzeniu się za wszystkie czasy w domu, nasiąknięciu zwyczajną, domową atmosferą i zapachami. Ani nie są specjalnie uroczyste, ani rozrywkowe, ani przesłodzone, ani  naburmuszone. Po prostu funkcjonuję jak za starych czasów: sprzątam, gotuję (tu trochę ściemniam), obrażam się, myję gary, rozsypuję po schodach ciasto, dyskutuję z Tatą, uciekam przed psem Siostry i oglądam filmy. Przez te święta obejrzałam ich z 15, najbardziej ambitny z nich to chyba Batman. Ale czasem warto wygłodnieć intelektualnie. I nie ma jak wieczór spędzony w towarzystwie Siostry, jej sernika, wegańskich krokietów (i zahipnotyzowanym nimi psem) z kilkoma komediami romantycznymi.

Ale miały być obserwacje, miałki grunt, na jakim wyrosły, już znacie:

- zauważyłam na przykład, że prawie zupełnie wyszły z użycia otwieracze do konserw (no wpadlibyście na to?),
- odkryłam, że ciągle/znowu istnieje Świerszczyk - moja ukochana gazeta z dzieciństwa (pamiętajcie, rebusy i krzyżówki podstawą wychowania samodzielnie myślącego dziecka - patrzcie jaka Pyza mądra),
- dowiedziałam się, że ten pan dzień dobry jest z Kobry, a nie skobry,
- w przypływie geniuszu wpadłam na to, że nazwa groszek ptysiowy pochodzi od ptysiów (to zresztą nie jedyne tak wybitne odkrycie, ale nie będę Was zawstydzać),
- doszłam do wniosku, że Sarah Jessica Parker jest fatalną aktorką, chyba że to Carrie Bradshaw w założeniu jest tak strasznie infantylna,
- postanowiłam adoptować wirtualnie krówkę i konia z Przystani Ocalenie - popłakałam się nad ich kalendarzem,
- dowiedziałam się, że dentyści wpadli wreszcie na pomysł, aby na sufitach montować telewizory (powinnam była to opatentować)
- włoskie buty nie nadają się na polskie zimy (tak, znowu się przewróciłam i  artystycznie straciłam przytomność, nie, tym razem nie przyśnił się mi Jake Gyllenhaal)
 
Bogata o nowe doświadczenia i przemyślenia wróciłam z ziemi polskiej do włoskiej. Rzuciłam się na nowe książki niczym sęp na martwe ciało.  Na pierwszy kęs poszedł świeżutki Keret, który trochę mnie rozczarował bo mięsko okazało się częściowo wtórne, choć jak zawsze smakowite. Namiętnie wsłuchuję się w związki frazeologiczne Marii Awarii (mówcie mi Pyza Remiza) i zdążyłam już zobaczyć dwie ciekawe wystawy, o których lada dzień (tydzień...). A nowy sezon filmowy rozpoczęłam projekcją filmu wszechczasów (na okładce tak było) Obywatel Kane i kilkoma krótkimi metrażami. I oby tak dalej. Do następnych świąt. 
16:44, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (27) »