Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
piątek, 15 stycznia 2010

Ostatnio coraz bardziej fascynuje mnie kultura muzułmańska. Przede wszystkim pogłębiam wiedzę o zasadach i podziałach religii wyznawców Allaha. Fascynujące wydają się mi podobieństwa między islamem, chrześcijaństwem i judaizmem, i ich wspólne korzenie w perskim zaratusztrianizmie. Podczytuję historię arabskich podbojów i podbitych krajów. Ale właściwie interesuje mnie wszystko związane z krajami Bliskiego Wschodu i Afryki: wspólna religia, ale też sztuka, kino, kuchnia. A do tego muzyka, teatr, taniec... To obszary zupełnie niehomogeniczne, każdy z tych krajów jest tak inny, zrodził się z odmiennej kultury, ma odrębną historię, nawet ta sama religia w każdym z tych miejsc ma inne oblicze.

Jestem dopiero na początku tej egzotycznej podróży, a mam wrażenie, że jestem w niej od tak dawna. Odświeżam więc wspomnienia z Libii i Egiptu, czytam powieści z krajami islamu w tle, jak i interesujące pozycje literatury faktu. Nie mogłam przeboleć, że dopiero po powrocie z Florencji dowiedziałam się o trwającej tam wystawie prac artystek z Afganistanu. Byłam niedawno w libańskiej restauracji i marokańskiej kawiarni, gdzie jadłam wspaniałe słodycze. Doprowadzam do perfekcji hummus własnej roboty, uczę się parzyć herbatę miętową. Planuję ponowną wizytę w hammamie. Po latach wracam do irańskiego kina, którego w czasach studenckich byłam wielką fanką. Interesuję się znacznie głębiej sytuacją polityczną w tej części świata, zwracam szczególną uwagę na życie kobiet w muzułmańskim świecie. No i, nie muszę Wam nawet pisać, marzy się mi wyprawa do Afganistanu i Iranu.

Przeczytałam właśnie książkę hiszpańskiej podróżniczki Any Maríi Briongos, która jeszcze przed rewolucją w 1979 studiowała na uniwerystecie w Teheranie literaturę perską i od tego czasu regularnie odwiedza Iran. Jej książka Iran. W jaskinii Ali Baby konceptem przypomina Księgarza z Kabulu Asne Seierstad. Ale właściwie na tym podobieństwa się kończą. Briongos zamieszkała z zaprzyjaźnioną irańską rodziną w Isfahanie, ale nie poświęca jej w książce wiele miejsca. Najwięcej czasu spędza na lokalnym bazarze, w sklepiku, w którym sprzedaje się słynne perskie dywany. To właśnie to miejsca nazywa jaskinią Ali Baby, wielkim skarbcem pełnym latających dywanów.

Wracam, bo wiem, że znów dam się oczarować. Fascynuje mnie myśl o zagubieniu się w labiryncie dywanów, spędzeniu czasu ze sprzedawcami i klientami, podawaniu parującej herbaty i smakowaniu jej pośród alkatifów, kilimów, sofre, dżadżamów i namakdanów.

Tak właśnie rozpoczyna się piękna opowieść o Iranie, która rodzi się z niekończących się rozmów Any ze sprzedawcami i turystami odwiedzającymi bazar. Ich głównym tematem są oczywiście perskie kobierce, ale często to tylko punkty wyjściowe dla dyskusji  o historii, tradycjach i obyczajach. W jaskini Ali Baby rozprawia się o zakazanych gwiazdach lokalnej muzyki rozrywkowej czy irańskiej emigracji w Stanach Zjednoczonych, zajadając przy tym aromatyczne ghorme sabzi i pijąc hektolitry herbaty nalewanej do specjalnych czarek.

Ana zwiedza również świat poza bazarem. Odwiedza licznych przyjaciół, ogląda z nimi nielegalną telewizję satelitarną, przegląda z koleżanką liczne sklepy w poszukiwaniu czarnego płaszcza, bierze udział w świętach religijnych (niezwykle ciekawie opisuje obchody święta aszura, w czasie którego na ulicach gotuje się i rozdaje za darmo jedzenie każdemu, kto ma na to ochotę). Odwiedza również obóz koczowników i szkołę dla ich dzieci. Dociera do cmentarza Beheszt-e-Zahra, na którym pochowani  są  młodzi basidżowie, którzy ginęli w wojnie iracko-irańskiej, a także do strefy przypominającej bardziej ugór niż miejsce pochówku, gdzie leżą anonimowe ofiary reżimu.

Narratorka korzysta z każdej nadarzającej się okazji aby rozmawiać z Irańczykami, a przede wszystkim z kobietami. Zresztą te ostatnie wykazują zawsze ogromne zainteresowanie Hiszpanką wypytując ją o życie w Europie i sytuację kobiet. Ana w całej książce jawi się jako osoba niezwykle dyplomatyczna, bardzo ostrożnie wyraża się o sytuacji politycznej w Iranie, szanuje reguły obowiązujące w tym kraju. Mając możliwość rozmowy z ajatollahem Montazerim, który odsunięty od władzy przez imama przebywał w areszcie domowym, zrezygnowała z sekretnego spotkania ponieważ nie chciała narażać na ewentualne szykany rodziny, u której się zatrzymała.

Właśnie to, że narratorka jest niezwykle dyplomatyczna i unika radykalnych czy negatywnych opinii na jakikolwiek temat, jest trochę irytujące. Dowiedziałam się mnóstwa interesujących rzeczy o Iranie, a równocześnie miałam wrażenie, że poruszam się cały czas po powierzchni. Hiszpanka mówi z dystansem o polityce, a o wszystkich spotkanych ludziach wypowiada się niezwykle życzliwie, moim zdaniem, nadużywając przymiotnika miły.  Zdecydowanie przemawia przez nią fascynacja Iranem, do którego ma zamiar ciągle wracać.

Książka ma jeszcze dwa małe minusy. Po pierwsze nie porywa tłumaczenie, a po drugie Jaskinia została napisana w 2001 roku, kiedy prezydentem był jeszcze Chatami, czyli prawie 10 lat temu. W obliczu zmian, które zachodzą w Iranie w ostatnim czasie, wydaje się trochę nieaktualna. Dla mnie jednak, zgodnie z tytułem, okazała się wielkim skarbcem wiedzy o Iranie i jego kulturze.

 

Tagi: Iran islam
00:11, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (13) »
czwartek, 07 stycznia 2010

Decyzja o weekendzie we Florencji zapadła dość spontanicznie, a plan wycieczki zaczęłam przygotowywać dopiero w piątkowy wieczór poprzedzający wyjazd. Z góry założyłam, że w niecałe dwa dni, w ciągu których chcieliśmy też zwolnić tempo i odpocząć, uda się nam zobaczyć tylko najważniejsze obiekty. Początek grudnia gwarantował też zniechęcające do zwiedzania temperatury i mało światła, nie było więc co się rzucać z motyką na prawie niewidoczne słońce. Ostatecznie nasza trasa objęła Katedrę Santa Maria del Fiore, Piazza della Signoria z Palazzo Vecchio, Galerię Uffizi, Most Złotników, Palazzo Pitti i Ogrody Boboli.

Ciekawostki, jakie znalazłam na blogu Małgorzaty Matyjaszczyk i skrzętnie zanotowałam w Moleskinie, sprawiły, że nasza wycieczka nabrała niezwykłych smaczków. Nie będę więc rozpisywać się o Medyceuszach i renesansowych arcydziełach, o których możecie przeczytać nawet w Wikipedii. Pokażę Wam za to kilka detali, obok których turyści z nosami utkwionymi w przewodnikach przechodzili obojętnie, a nam samo ich szukanie sprawiało wielką radochę:

Złota kula z kopuły Katerdy Santa Maria del Fiore W czasie wielkiej wichury, gdzieś na początku siedemnastego wieku, kula została strącona przez wiatr i wybiła dziurę w chodniku za Katedrą. Po jakimś czasie kulę na nowo przytwierdzono, a dziurę przykryto okrągłą, marmurową płytą, o której pochodzeniu mało kto ma dziś pojęcie.

Głowa rogacza na Katedrze To jedyne takie zdobienie na tym obiekcie. Mówi się, że zostało umieszczone w podzięce zwierzętom, które brały udział w budowie katedry. Istnieje jednak też inna legenda. Cieśla, który ją tam umieścił, miał romans z żoną piekarza. Afera miłosna została odkryta przez zdradzanego męża i kochankom zakazano się widywać. Cieśla zemścił się na piekarzu umieszczając symbol rogacza dokładnie na przeciw jego piekarni.

Niepozorny profil wyżłobiony przy wejściu do Palazzo Vecchio Legenda głosi, że jego autorem jest sam Michał Anioł, który wykonał go stojąc tyłem do ściany. Portret podobno przedstawia jego dłużnika, który w ten sposób uwieczniony, pozostał na cenzurowanym na wieki wieków. Nie dziwi więc etykietka złośliwca, którą przyczepiono Michałowi Aniołowi.

Nie udało się nam dotrzeć do opisanego na wspomnianym blogu, tajemniczego Korytarza Vasariego, który udostępniany jest tylko kilka razy w tygodniu i to bardzo ograniczonej ilości zwiedzających. Wizytę z obowiązkowym przewodnikiem trzeba zamówić kilka miesięcy naprzód, a od lutego 2010 będzie to wręcz niemożliwe ponieważ cały korytarz idzie do remontu. Korytarz to tajemne przejście z Palazzo Vecchio do Palazzo Pitti, które zamówił Cosimo de Medici w 1565 roku aby bezpiecznie przemieszczać się przez miasto i zatłoczony Most Złotników nad rzeką Arno. Dziś Korytarz mieści galerię portretów, a wśród nich obrazy uszkodzone w czasie zamachu bombowego przy galerii Uffizi w 1993 roku. Nie dane nam było przejść korytarzem, ale jego trasę prześledziliślimy dokładnie dochodząc do przepięknych ogrodów Boboli, w których mieści się wyjście z korytarza.

Grudniowe spacery po Florencji pomimo nieciekawej aury miały swoją magię. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na gorącą czekoladę, po czym ruszaliśmy  dalej aby odkrywać niewykłe miejsca: a to dom, w którym Dostojewski napisał Idiotę, a to tabliczkę znaczącą wysokość wód  rzeki Arno, która w 1966 roku zalała Florencję. Przyprawiający o ciarki był też widok drzewka oliwnego zasadzonego w miejscu, w którym w 1993 wybuchła bomba. Ogromnie spodobał się mi niepozorny kościółek tuż obok domu Dantego, w którym podobno poeta po raz pierwszy zobaczył swoją Beatrycze. I ogromne wrażenie zrobiła na mnie fontanna Neptuna autorstwa Ammannatiego, pełna magicznych, morskich stworzeń, które wydają się być w ciągłym ruchu.

Chyba każda uliczka w starej Florencji nosi w sobie jakąś niezwykłą opowieść lub tajemnicę. Bardzo chciałabym tam wrócić chociażby po to aby zwiedzić przejście Vasariego. Dwa dni pozwoliły  nam ledwie zorientować się w geografii miasta, pozostawiając tyle nieodkrytych miejsc. Zaopatrzyłam się już w książkę o Toskanii napisaną przez Małgorzatę Matyjaszczyk.  Nie ma więc bata, do Florencji  i Toskanii na pewno będę wracać.