Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
środa, 26 stycznia 2011

Już od jakiegoś czasu podążam perskim tropem literackim i filmowym.  Usiłuję zrozumieć Iran i jego społeczeństwo, które jawi się mi jako wyjątkowe  i fascynujące w swojej złożoności.  Ciągle dotrzegam paradoksy, które rządzą tym 70 milionowym narodem. I nieustannie irytuje mnie  szufladka, w jakiej zamknęły Iran zachodnie media - szufladka z napisem terroryści, szaleńcy, bomba atomowa, ekstremiści religijni, kobiety w czadorach, brodaty facet w taniej kurtce. Nie twierdzę, że Iran nie ma poważnych problemów z przestrzeganiem praw człowieka czy demokratyczną praworządnością. Rzecz w tym,  że  traktowanie Iranu jako jeszcze jednego zacofanego kraju z Bliskiego Wschodu, w którym rządzi krwawy reżim jakichś tam talibów czy ajatollahów to bardzo grube nieporozumienie. Wszystkim, zarówno  niedowiarkom jak i tym szczególnie zainteresowanym Iranem, polecam zbiór reportaży  Marka Kęskrawca  Czwarty pożar Teheranu, który jednoznacznie rozprawia się ze stereotypami na temat Persji i cierpliwie tłumaczy zawiłości zarówno sytuacji  wewnętrznej jak i geopolitycznej Iranu. Książka jest nieprzebraną skarbnicą informacji na temat współczesnego Iranu, którą, ułożoną w krótkie, treściwe rozdziały, czyta się jednym tchem. Wyłania się z niej fascynujący obraz kraju, którego najbardziej charakterystyczną cechą nie jest wcale  religijność, a po prostu paradoks.

Weźmy na przykład sytuację kobiet, które bez zezwolenia krewnego nie mogą  opuszczać miejsca zamieszkania i muszą ściśle przestrzegać zasad ubioru. Równocześnie jednak na uniwersytetach stanowią 60% wszystkich studentów. Ciekawostką jest również, że w Teheranie istnieje korporacja taksówkowa zrzeszająca 700 kobiet. Ile kobiet jeżdżących taksówką znajdziecie w Warszawie? Antyimperializm? W Teheranie zrobicie zakupy nie gorsze niż w europejskich miastach, obecne są tam zarówno popularne sieciówki, jak i luksusowe marki. Na gigantycznych billboardach zobaczycie modelki Dolce & Gabbany, bynajmniej nie ukrywające się za czadorami. Antyamerykanizm? Fakt, za zakupy nie będziecie mogli  zapłacić amerykańskimi kartami Visa czy Mastercard, ale puszkę Coca Coli kupicie bez problemu. Ba, produkują ją spółki należące do ajatollahów. Zresztą według badań przeprowadzonych w 2008 roku społeczeństwo irańskie, chyba trochę na przekór Ahmadineżadowi, jest jednym z najbardziej proamerykańskich narodów na Bliskim Wschodzie. Restrykcyjna obyczajowość? Kraj, gdzie za homoseksualizm grozi kara śmierci, jest równocześnie rajem dla transeksualistów. Tylko w Tajlandii wykonuje się więcej zmian płci. Ba, w Iranie rząd wręcz udziela pożyczek na tego typu zabiegi. Iran to królestwo operacji plastycznych - wykonuje się tu 35 tysięczny operacji nosa rocznie (dla porównania w Wielkiej Brytanii kilkakrotnie mniej). Ekstremiści religijni? Choć w Iranie obowiązuje radykalna teokracja, według Instytytu Gallupa to jeden z najbardziej laickich krajów Bliskiego Wschodu - tylko 13% badanych opowiada się  obecnie za prawem koranicznym.  Zacofanie? W kraju, który płynie ropą, paradoksalnie brakuje rafinerii i stacji benzynowych. Za to jednak Irańczycy klonują kozy i budują elektrownie atomowe. Korzystają masowo z zakazanych anten satelitarnych,  z często inwigilowanego internetu (23 mln użytkowników!), serwisów społecznościowych, zakładają blogi. Usiłują wyjść z zamknięcia, które niejako sami sobie narzucili.

No właśnie to, co odróżnia Iran od innych krajów dręczonych terrorem władz, to fakt, że rewolucja z 1979 była decyzją narodu. Mało kto zdaje sobie dziś sprawę, że właściwie dopiero trzydzieści lat temu Iran zdobył swoistą niepodległość, wyzwalając się ze szpon interesownych mocarstw zachodnich, które raz za razem ingerowały w politykę wewnętrzną kraju, żeby wspomnieć jedynie zamach stanu z 1953 zorganizowany przez CIA. Antyamerykanizm Iranu nie wziął się znikąd, a już na pewno nie z kompleksów Ahmadineżada. Trzeba pamiętać, że w czasie wojny irańsko-irackiej Stany Zjednoczone i inne państwa Zachodu wspierały po cichu Saddama Husseina dostarczając mu komponentów służących do produkcji broni chemicznej, której ten używał na irańskiej i kurdyjskiej ludności. A samolot pasażerskich irańskich linii, który przez przypadek zestrzelili Amerykanie? A wiedzieliście, że po 11 września 2001 Iran współpracował ściśle z USA dostarczając Waszyngtonowi informacji wywiadowczych o talibach ? Szkoda tylko, że chwilę później Bush wpisał Iran na listę krajów należących do osi zła, po raz kolejny nabijając Teheran w butelkę. Nie dziw, że w 1979 Irańczycy postanowili wziąć kraj w swoje ręce zawierzając go tym najbardziej wiarygodnym - pozbawionych zakusów na władzę i dobrobyt duchownym. Rzecz w tym, że chcieli aby powstała islamska republika, z naciskiem na republikę, a wyszło, jak zauważa Kęskrawiec, dokładnie odwrotnie.

Nie sposób przedstawić wszystkich argumentów, które przytacza autor książki, tłumacząc sobie i czytelnikom zawiłą sytuację Iranu. Nic nie jest tam czarno i białe, a już na pewno nie jest takie, jak to przedstawiają nam zachodnie media. Weźmy chociażby bombę atomową, którą ostatnio regularnie straszą nas Wiadomości. Dla porządku: bombę atomową mają w pobliżu Izrael, Pakistan i Indie, które w odróżnieniu od Iranu, nigdy nie przystąpiły do układu o nierozprzestrzenianiu broni i nie wpuściły do siebie inspekcji międzynarodowych. Prace nad bombą atomową na etapie zbliżonym do Iranu prowadzą obecnie Japonia, Australia, Argentyna, Korea Południowa, Brazylia, RPA. Wiedzieliście o tym? Taką sztuczną nagonkę mieliśmy już w 2003, tuż przed atakiem na Irak, który wbrew gorliwym zapewnieniom Stanów Zjednoczonych, broni masowego rażenia nigdy nie posiadał Oby tym razem światowa opinia publiczna okazała się trochę mniej naiwna.

Wracając do książki Marka Kęskrawca, jej drugą, obok bogactwa informacji, zaletą  jest aktualność. Napisana została raptem w 2009, kiedy przez Teheran i inne perskie miasta przechodziła fala zamieszek związanych z wyborami prezydenckimi.  I właśnie fakt, że autor był w centrum wielu wydarzeń, które opisuje, przybliża go do Ryszarda Kapuścińskiego i jego Szachinszacha sprawiając poniekąd, że Czwarty pożar Teheranu można traktować jako kontynuację perskiej sagi. Muszę przyznać jednak, że nie zgadzam się  z opiniami, jakie dane mi było czytać, że obu dziennikarzy łączy podobny styl pisania, czy że Kęskrawiec jest nowym Kapuścińskim. Styl, w jakim są napisane  reportaże jest pozbawiony polotu i artystycznego zacięcia, które zachwycały u Kapuścińskiego. Choć, owszem, mam wrażenie, że Kęskrawiec próbował korzystać ze literackich sztuczek mistrza ubarwiając tu i ówdzie swoje opowieści bądź przyjmując podobny styl pisania, co zresztą  miejscami przypomina bardziej zapożyczenia niż inspiracje (vide: rozdział o szachu Pahlavim). Ciągle zastanawiało mnie też, jak to możliwe, że dziennikarzowi udawało się zawierać tak wiele znajomości, analizować filmy i programy telewizyjne przy braku znajomości farsi. Nie wątpię, że autor rzeczywiście ma całe mnóstwo przyjaciół wśród teherańskiej bohemy, ani że Irańczycy są niezwykle gościnni, a jednak niektóre opowieści momentami lekko zgrzytały.

Na koniec przytoczę motto, jakie dla swojej książki wybrał autor. Irańczycy już dawno przestali wierzyć w perskie bajki, o czym świadczą chociażby wydarzenia po ogłoszeniu wyniku wyborów prezydenckich. Teraz również my powinniśmy powoli przestać brać za pewnik to, co opowiadają nam magiczne, gadające pudełka. Nasze gadające głowy wcale nie są bardziej prawdomówne niż brodata głowa prezydenta Iranu.

Pewien mułła beszta dwóch wieśniaków bijących pokłony przed urną do głosowania: - Dlaczego wielbicie tę skrzynkę, niedowiarki? -Czcigodny mułło, ona dokonała cudu: cała wieś wrzuciła do środka Qasema, a wyszedł z niej Jusuf.

środa, 12 stycznia 2011

Było już po zachodzie słońca, siąpił drobny, uparty deszcz, przez piazzetta di Palazzo Reale ciągnęła się kilkusetmetrowa kolejka kolorowych parasoli czekających na wejście na wystawę  dzieł Salvadora Dalì. Obeszłam ją z ulgą, wchodząc bocznym wejściem do pustych, ciepłych, czerwonych pomieszczeń, które goszczą retrospektywę prac Mikalojusa Konstantinasa Čiurlionisa.

Čiurlionis to prawdopodobnie najwybitniejszy artysta pochodzenia litewskiego przełomu XIX i XX wieku. Jego pracami inspirowali się Kandinsky i Rothko. Określa się go jako przedstawiciela symbolizmu i prekursora abstrakcjonizmu. Najbardziej intrygująca w jego twórczości jest oniryczność światów, które maluje. Mgły, chmury, przeźroczystości, momenty przejścia nocy w dzień, pastelowa kolorystyka to charakterystyczne elementy jego obrazów. To przenikanie się światów wychodzi jednak poza samą technikę malowania. Rozprzestrzenia się na ogólne pojęcie sztuki. Według Čiurlionisa nie ma granic pomiędzy sztukami. Muzyka łączy poezję i malarstwo, ma swoją architektonikę. Malarstwo może posiadać także takąż architektonikę jak muzyka i w farbach wyrażać dźwięki.

Artysta urodził się jako cudowne dziecko... muzyki. W wieku trzech lat potrafił już grać ze słuchu, a rok później czytać nuty. Skończył warszawskie konserwatorium, stworzył ponad dwieście utworów muzycznych. Potrzeba nowej formy ekspresji przyszła przed trzydziestką, kiedy zaczął naukę rysunku i malarstwa. W czasie studiów zainteresował się ezoteryką i astrologią. I ciągle zajmował się muzyką. Te wszystkie pasje znalazły swoje ucieleśnienie w jego twórczości.  Muzyka Čiurlionisa była pełna poezji, malarstwo pełne muzyki i mistyki. Dla swoich obrazów często zapożyczał muzyczne nazewnictwo. Namalował wiele sonat, preludiów, symfonii. Jego obrazy to cykle muzyczne, astrologiczne, biblijne. Wszystkie żyjące gdzieś na granicy gatunków sztuki, na granicy snu i rzeczywistości, magiczne,  tajemnicze, eklektyczne. Dokładnie takie jak ich autor.

Kiedy wychodziłam z wystawy, wężyk kolorowych parasoli był krótszy. Deszcz jednak ciągle siąpił. Na chodniku z kostek brukowych lśniły kałuże oświetlane słabym światłem latarni.  Odbijały się w nich stłumione zmierzchem kolory parasoli i plakatów. W jednej kałuży swojego wąsa  skubał Dalì, w drugiej skrzydłami delikatnie ruszał anioł Čiurlionisa. Ciekawe, dokąd doleciałby, gdyby litewski artysta nie zmarł w wieku 35 lat. Jakie światy próbowałby jeszcze odkryć, dokąd zawędrowałaby jego sztuka?

 

Cmentarz litewski

 

Stworzenie świata

 

 

Adoracja słońca

 

Anioły (Raj)

 

Sonata nr 3 Andante

 

Preludium Anioła

piątek, 07 stycznia 2011

Do Lizbony udało się nam dotrzeć dopiero za drugim podejściem i to zaledwie na kilka godzin przed końcem 2010. Sylwestrowy wieczór upłynął nam spokojnie na kolacji w małej knajpce i spacerach w dzielnicy Bairro Alto, która słynie z nocnego życia. Nie uraczyłam jednak legendarnych tłumów młodych ludzi, którzy w Bairro Alto imprezują zazwyczaj przed barami, a nie w  ich wnętrzach. Pewnie zatrzymały ich w domach te straszne zimowe temperatury - w końcu było jedynie 15 stopni na plusie. Lizbona w tych dniach wydała się mi wyjątkowo opustoszała i senna.  Puste były uliczki Bairro Alto czy Alfamy, puste było metro, sklepy pozamykane,  tylko w cukierni w Belém tłumy zajadały się lokalnymi słodyczami. Ale po kolei.

 

Tramwajowa winda w kierunku położonej na wzgórzu dzielnicy Bairro Alto

 


Wieczór sylwestrowy w Bairro Alto. Spokojnie, prawda?

 

Nowy Rok rozpoczęliśmy śniadaniem  w parku Jardim da Estrela, w kawiarni otoczonej jeziorkami pełnymi ptactwa. W południe temperatura osiągnęła 18 stopni, a przez gęste  chmury przebijały się promienie słońca. Jak na styczeń, przyznacie, doskonałe warunki do siedzenia w parku. Po raz pierwszy i nie ostatni spróbowaliśmy portugalskiego espresso bica, które od razu zdobyło uznanie eF (o co bardzo trudno w jego przypadku - ci Włosi...) i ruszyliśmy dalej.

Nie bez przypadku za początek naszej Lisbon Story wybrałam okolice placu da Estrela. To właśnie stąd rusza tramwaj legendarnej linii 28, która przejeżdża przez najbardziej malownicze zakątki Lizbony, pnąc się po stromych i wąskich uliczkach najstarszych dzielnic miasta. Nie raz przejeżdża tak blisko murów, że można zajrzeć komuś do domu albo ściągnąć wiszące w oknie pranie. Albo powiesić swoje.

 

Najstarsze tramwaje w Lizbonie pochodzą z 1910 roku.


Tramwaje nie zawsze są żółte - często obklejone są kolorowymi reklamami.

 

No właśnie, oprócz starych, żółtych tramwajów wiszące w oknach pranie to chyba najbardziej kuriozalna i równocześnie fascynująca cecha starej Lizbony. W lekko powiewającej na wietrze  bieliźnie  ukryta jest jakaś apoteoza prostoty, jakaś amatorska poezja przysłonięta  prozaicznym życiem. Może czyni to światło, które przebija przez suszącą się bawełnę, a może kolory, które ożywiają szare mury, a może zapach świeżego prania, który roznosi wiatr. Jest w tym praniu coś fascynującego, nie bez powodu uwielbiam je fotografować. Nagłówkowaliśmy się nad tym lizbońskim fenomenem  z eF. Zaskakujące było zobaczyć tyle sznurów z praniem w zimie, przy mało słonecznej pogodzie, w pobliżu głównych skrzyżowań. Widocznie Lizbończycy nie mają kaloryferów ani suszarni, za to strasznie dużo piorą.

 

Dzielnica Alfama

 

Dzielnica Alfama (Sant Apolonia)

 

Z tramwaju 28 wyskoczyliśmy na wysokości punktu widokowego przy zamku Sao Jorge, skąd roztaczała się przepiękna panorama na całe miasto. Stąd rozpoczęliśmy spacer  w dół w kierunku rzeki Tag. Uliczki najstarszej dzielnicy Lizbony Alfamy są jedyne w swoim rodzaju. Zamieszkane kiedyś głównie przez rybaków, cudem nietknięte w czasie słynnego trzęsienia ziemi w osiemnastym wieku,  dziś odrapane, o spłowiałych kolorach mają niepowtarzalne piękno i światło.

 

 

 

W ukrytych zaułkach, gdzie ściany ciągle wyłożone są niebieskimi azulejos kryją się rodzinne restauracje, do których jedynym sposobem na dotarcie jest kierowanie się zapachem grillowanych sardynek. Niezwykle proste w wystroju,  serwują tradycyjne rybne dania, głównie na bazie sardynek i dorsza. W jednej z nich zatrzymaliśmy się na lunch (Calçada di São Vicente 25 albo obok). Prowadzona była przez trzy starsze panie, które nie dysponowały ani menu, ani znajmością angielskiego, a jedynie  doskonałymi umiejętnościami kulinarnymi. Ich mus z mango wyciągnięty na koniec obiadu ze zwyczajnej lodówki stojącej w rogu restauracji był wyśmienity! Początkowo mieliśmy zamiar wrócić tam jeszcze raz na wieczorną kolację, która zakończona miała być koncertem muzyki fado. Ale po południu zarezerwowaliśmy stolik w innym miejscu, które miałam na tajemnej liście miejsc wartych odwiedzenia w Alfamie. Nie wiem, jak udał się wieczór u trzech pań, ale na pewno nasz nie był gorszy. Ba, śmiem twierdzić, że nie miał sobie równych! Kolacja w A Baiuca okazała się jednym z najbardziej niesamowitych wieczorów w moim życiu. Ale o tym następnym razem...

 

A tymczasem, jeżeli macie ochotę na więcej zdjęć, zapraszam na mój drugi blog.