Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
sobota, 23 lutego 2008
Rozdanie Oscarów tuż, tuż. Od lat już nie emocjonuję się tym wydarzeniem, nie oglądam całonocnych transmisji i nie robię spisów nominowanych filmów. Nie można zaprzeczyć, że nagradzane przez Akademię obrazy są zawsze na wysokim poziomie, ale sposób ich wybierania, promocja po ogłoszeniu nominacji i hollywoodzka otoczka sprawiają, że patrzę na nie z lekkim dystansem. Poza tym konkursy artystyczne są moim zdaniem bezużyteczne bo jak można porównywać dwa dzieła sztuki? Obiektywnie da się jedynie ocenić technikę ich wykonania. Zawsze też denerwował mnie fakt, że większość nominowanych filmów nie była jeszcze nawet pokazywana w Europie. Teraz pewnie dużo sie zmieniło ale i tak we Włoszech kilku filmów wymienianych wśród kandydatów ciągle nie ma, a kilka pojawiło się dopiero wczoraj. Z niecierpliwością czekam na dzieło Schnabel'a oraz na Persepolis. Aby mieć jakiekolwiek pojęcie o tegorocznych nagrodzonych ale głównie z sentymentu do braci Cohen, wybraliśmy się na No Country for Old Men, który wczoraj pojawił się w kinach. Po dwóch falstartach, kiedy zabrakło dla nas biletów na Cous Cous i Into the Wild, tym razem kino świeciło pustkami a my byliśmy w nim zdecydowanie najmłodsi...

Moim ulubionym filmem Cohenów jest od dawna Barton Fink i raczej tak pozostanie. W najnowszym obrazie oryginalnej dwójki więcej jest krwi niż wypowiedzianych słów a klimat, choć znacznie cięższego kalibru, przypomina Fargo. Mamy przejaskrawioną amerykańską prowincję, swoisty nihililizm i cohenowski czarny humor a trup ściele się gęsto. Po ostatnich filmach stworzonych z przymrużeniem oka, tym razem jednak mamy obraz arcypoważny, gdzie absurdalne teksty Javiera Bardema podkreślają jedynie niedorzeczność sytuacji, z którą zmagają się bohaterowie. I wszystko przez to, że kogoś ruszyło sumienie i chciał zrobić dobry uczynek. W rzeczywistości przedstawionej przez Cohenów, nie istnieją już żadne tradycyjne kodeksy zachowań, każdy kieruje się własnym poczuciem moralności, które nie współgra z tym powszechnie uznawanym. Dlatego psychopata Chigurh wraca aby zabić żonę Llewelyna- dotrzymuje danej obietnicy. Kraj, w którym nie ma miejsca dla starych ludzi, odrzuca stare wzorce zachowań, moralność i wartości. Każdy rządzi się własnym ego, które pozwala okraść a potem wspomóc poszkodowanego albo pomóc rannemu a potem przyjąć od niego pieniądze i się o nie jeszcze kłócić. Nowa rzeczywistość to nie tylko powszechna anarchia ale co gorsza, straszliwa krótkowzroczność i egoizm. W filmie bohaterowie wspominają uczestnictwo w wojnie w Wietnamie. W scenie na granicy z Meksykiem te przeżycia stają się płaszczyzną porozumienia i chwilowej wspólnoty. Ale te same wspomnienia w rozmowie w szpitalu tę jedność podważają. Każdy bowiem rządzi się własnymi wartościami i innym nic do tego. A o twoim życiu może zadecydować chociażby rzut monetą.
 
Choć No Country for Old Men nie stał się moim ulubionym filmem Cohenów, to jednak zasługuje na miano ich najlepszego dzieła. A czy zostanie obsypany złotymi statuetkami, może wiedzieć Ania, która z pewnością widziała wszystkie nominowane filmy.
 
Wracając jeszcze do konkursów, to zdecydowanie wolę biernie obserwować zmagania innych (wybory missek to jest to!) niż stawać w szranki z innymi. Nie lubię się ścigać, udowadniać, przekrzykiwać. Wolę sobie siedzieć cichutko w kąciku i skrobać marchewkę. Pewnie powiecie, że tchórz ze mnie. Ja tam wolę słowo indywidualistka. :D

PS Dostałam bulwy krokusów. Czy ktoś wie, czym to się je? Wiem, że mam zasadzić i podlewać ale jakieś szczególne wzorce zachowań są przydatne? Z góry dziękuję. :)
12:15, latajaca_pyza , Filmy
Link Komentarze (22) »
wtorek, 19 lutego 2008
Od dłuższego czasu chciałam się z Wami podzielić moim odkryciem. Nazywa się Giovanni Allevi i jest włoskim odpowiednikiem naszego Leszka Możdżera, równie utalentowanym i ekscentrycznym, z tą różnicą, że zajmuje się głównie muzyką klasyczną. Już kiedyś wspomniałam, że na muzyce poważnej znam się jak Anglicy na jedzeniu (tylko bez obrazy ;) ale chyba nie chwaliłam się, że we wczesnym dzieciństwie słoń nadepnął mi na ucho. Bo w żaden inny sposób nie można wytłumaczyć faktu, że rodzice śpiewali zawsze pięknie i melodyjnie a małą Pyzę w przedszkolu dopuszczono jedynie do grania na trójkącie. Posiadając zwiędnięte uszy i marną wiedzę, muzyki słucham sercem. L'Orologio Degli Dei to utwór skomponowany przez Alleviego, do którego wracam od miesięcy. Ta muzyka powala mi odetchąć, wycisza po takich parszywych dniach jak wczorajszy. Oddala, wznosi, uspokoja, przywraca właściwą perspektywę. O ekscentrycznym życiu pianisty i jego oderwaniu od rzeczywistości krążą anegdoty i legendy. Z przykrością jednak stwierdzam, że we Włoszech wyrósł już na gwiazdę pierwszej wielkości. Innymi słowy zrobił się bardzo komercyjny a jego utwory pojawiły się w spotach Fiata i BMW. Miejmy nadzieję, że nie skończy jak szanowny pan Rubik.
Okazją aby w końcu wspomnieć o muzyku jest film, który widziałam niedawno. Obraz Riccardo Milani Piano, Solo nie jest filmem w żaden sposób wybitnym, choć o takiej jednostce traktuje. Powstał na podstawie książki Waltera Veltroni, wspaniałego burmistrza Rzymu, który rozpoczął właśnie walkę o fotel włoskiego premiera (Magari!). Główny bohater filmu Luca Flores, zagrany przez Kim Rossi Stuarta, był nieprzeciętnym pianistą jazzowym i kompozytorem. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam ale jego muzyka to dla mnie kolejne piękne odkrycie. Film przesycony jest jazzem, kontrastami i ciążącym nad rodziną Flores fatum. Warto go zobaczyć głównie dla muzyki i intrygującej roli Kim Rossi Stuarta, który jest bardzą ciekawą postacią we włoskim kinie. W filmie na ułamek sekundy widać Giovanni Alleviego, który siedzi na widowni słuchając Floresa. Nie znalazłam nigdzie potwierdzenia ani tej obserwacji, ani podejrzenia, że muzyka do filmu nagrana została właśnie przez niego ale idea ta bardzo mi się podoba, więc puszczam ją w świat. :)
Choć, nie wiedzieć czemu, moim ulubionym instrumentem od czasu wysłuchania na żywo tria Arilda Andersena jest kontrabas, z przyjemnością zrobię sobie listę filmów, w których główną rolę GRA fortepian a moje ukochane czytelniczki na pewno mi pomogą:
Fortepian - Jane Campion
Pianista- Roman Polański
Pianistka - Michael Haneke
Hmmm i utknęłam...
Chopin- Pragnienie miłości - Jerzy Antczak
Immortal Beloved - Bernard Rose
Amadeus- Miloš Forman
Improwizacja - James Lapine
Sonata jesienna - Ingmar Bergman
Shine- Scott Hicks
The Blue Note - Andrzej Żuławski
środa, 13 lutego 2008
W La Repubblica przeczytałam niedawno artykuł o firmie Polaroid, która postanowiła ostatecznie pożegnać się ze swoimi słynnymi aparatami. W zeszłym roku zakończono produkcję samego sprzętu a teraz również niezbędnych do ekspresowych zdjęć filmów. Tym sposobem po 60 latach od pojawienia się pierwszego modelu Swinger Polaroidy przechodzą do historii. A przecież to one wyprzedziły epokę fotografii cyfrowej dając nam magiczną możliwość natychmiastowego oglądania zdjęć. Co więcej, mam wrażenie, że od pewnego czasu polaroidowe zdjęcia święcą swój wielki powrót. Nic nie zastąpi uroku fotografii w białych ramkach, tych szczególnych barw, lekko rozmazanych i prześwietlonych widoków. Reguły rynku są jednak nieubłagane. Na pocieszenie pozostają nam niepowtarzalne zdjęcia, między innymi te wykonane i wyszukane przez Maditi. Ale i te zgromadzone przez La Repubblica: wykonane przez włoskich i światowych fotografów.
Idąc śladem Chiary i jej przepięknego wpisu o fotograficznych pamiątkach, muszę wspomnieć o jedynym polaroidowym zdjęciu, jakie posiadam ja. Zostało zrobione lata temu, w Libii, na nadmorskim deptaku, gdzie spacerowaliśmy całą rodziną. Nachalny fotograf z Polaroidem na szyi chodził za nami tak długo, aż w końcu zmusił nas do ustawienia się do zdjęcia i słonego za nie zapłacenia. Dzięki jego uporowi mam jednak jedno z nielicznych zdjęć, na którym jesteśmy wszyscy razem. W tle widać lekko wzburzone morze, a na pierwszym planie nasze uśmiechnięte, opalone twarze.

W Przypadkowej Ali Smith dom głównych bohaterów- rodziny Smart'ów został doszczętnie splądrowany. Złodzieje zabrali wszystko łącznie z klamkami i kurkami znad umywalek. Ten fragment książki przypomniał mi się ostatnio na wieść o tym, że mieszkanie sąsiadów na parterze zostało okradzione. Włamywacze wynieśli wszelkie sprzęty elektroniczne, zegary, obrazy, pierścionki, pamiątki rodzinne. W tym dniu wpadliśmy trochę w panikę zastaniając się nad dodatkowym zabezpieczeniem mieszkania. Po jakimś czasie dotarło do nas, że utrata kilku wartościowych rzeczy byłaby niczym w porównaniu z kradzieżą naszych pamiątek sentymentalnych. Nasze zdjęcia ze wszystkich wspólnych podróży są tak naprawdę jedyną wartością, której nie dałoby się odzyskać/odkupić/odtworzyć. (No dobra, plus moje lumpeksowe torebki ;) Fotografie są ważne, pozwalają pamiętać, zatrzymują najpiękniejsze chwile, uczą i dają siłę. A przy tym są jak wino: im starsze, tym piękniejsze.
Aha! Zapomniałam Wam puścić stosowną do okazji piosenkę! :D
Tagi: fotografia
23:21, latajaca_pyza , Sztuka
Link Komentarze (19) »
niedziela, 10 lutego 2008
W dniu, kiedy wsiadłam do metra a na siedzenie obok mnie wdrapał się niewysoki Zorro, polubiłam Mediolan. Pamiętam, że szłam ulicą i nie mogłam przestać się uśmiechać na widok miniaturowych księżniczek, biegających biedronek i kurczaków. Mediolan wreszcie pokazał sympatyczne i radosne oblicze.
W tutejszym karnawale biorą udział głównie dzieci, choć zdarzają się chlubne wyjątki w postaci rodziców i pomysłowej młodzieży. W zeszłym roku moim numerem jeden były żywe doniczki: jedna z pelargonią singlem, a druga z dwoma męskimi kwiatami w środku. :) W tym roku panowała moda na tygryski i niedźwiadki, choć widziałam również chodzącego kaktusa, rzeźnika i yeti. Swoją drogą, przypominając sobie swoje zabawy karnawałowe, najlepiej wspominam tę z Libii, kiedy przebrałam się za jaskiniowca. Odziana byłam w kawałek futra a w ręce dzierżyłam maczetę z morskiej gąbki. Przyznam, że zrobiłam wtedy furorę. :)
Najciekawsze w mediolańskim karnawale jest to, że odbywa się już w czasie Postu. Wszystko przez to, że w tutejszych kościołach obowiązuje nie rzymski a ambrozjański kalendarz. W związku z tym Quaresima zaczyna się w niedzielę i wtedy dopiero odbywa się Popielec. Legenda głosi, iż św. Ambroży- biskup Mediolanu wracał z Rzymu na nogach, przez co nie zdążył oficjalnie rozpocząć Postu w środę. Mieszkańcy miasta cierpliwie czekali na swojego duszpasterza przedłużając sobie tym samym karnawał o kilka dni.

Dzisiaj znowu sobie obiecałam, że za rok to się już na pewno przebiorę! Wymyślę coś między tygryskiem a doniczką. Zobaczycie.:)
Carnevale Ambrosiano 2008 z Corriere della Sera
I kilka mniej profesjonalnych fotek: raz i dwa.
01:21, latajaca_pyza , Italia
Link Komentarze (18) »
sobota, 09 lutego 2008
Mój eF wypożyczył wieczorem film ze specjalną dedykacją dla mnie. Podał mi płytę uśmiechając się przy tym swoim słynnym uśmiechem Jacka Nicholsona z The Shining: Kobiety na skraju załamania nerwowego Almodovara.

Czasami mam wrażenie, że nasz związek przypomina rodzinę Adamsów. Mamy dość specyficzne poczucie romantyczności. Nie obchodzimy rocznicy poznania się bo nie pamiętamy, kiedy to dokładnie było. Nie dostaję od niego kwiatów, nie dajemy sobie buziaków na dzień dobry i nigdy prawie nie trzymamy się za ręce. Nie jedne święta spędziliśmy osobno a eF znowu wybiera się w samotną podróż na Capo Verde. Że nie znosimy Walentynek, nie muszę chyba dodawać. Wbrew pozorom nasz związek jest bardzo głęboki i intensywny. Opiera się na bezgranicznym zaufaniu i szczerości. Wspólna niechęć do utartych schematów i przymusu społecznego bardzo wzbogaca nasz świat. Nieustannie poszukujemy własnych form okazywania sobie uczuć, romantyczność dostrzegamy w niepozornych gestach i miejscach, w spontaniczności i drobiazgach. Razem idziemy pod prąd, coraz niechętniej myśląc o tradycyjnym ślubie. Nie jesteśmy niedojrzałymi odludkmi czy czubkami zbuntowanymi przeciw światu. Chcemy stworzyć rodzinę, mieć dzieci, żyć w formalnym związku. Nie wyobrażamy sobie jednak tradycyjnego wesela, mnóstwa kompromisów, na które musiała chociażby ostatnio iść Mała Mi. Może do tego się dojrzewa, ale ja z wiekiem jestem coraz bardziej pewna, że nie dam rady. Marzymy o cichym, nieformalnym ślubie na łonie natury z garstką ukochanych osób i zwierząt. Choć pewnie i tak skończy się imprezą z pompą w lokalnej strażnicy...

Nasza fascynacja Almodovarem bierze się właśnie z takiego spojrzenia na świat. Bohaterowie jego filmów wolni są od społecznych uprzedzeń i ograniczeń wynikających z religii. Nie kierują się utartymi schematami i konwencjonalym myśleniem. Ich życie nie jest przez to łatwiejsze ani idealne ale wbrew pozorom czystsze i uczciwsze. Liczą się w nim emocje, empatia, solidarność i bezinteresowność. Almodovar zaludniając swoje filmy tranwestytami, gejami, drag queens wyciąga na światło codzienne naszą hipokryzję. Udowadnia, że patrzymy na ludzi przez pryzmat przypisanych im etykietek a nie ich życia. A równocześnie nikogo nie poucza. Przez często groteskową formę swoich filmów trzyma dystans od swoich bohaterów i widzów. Obrazy Almodovara są tak barokowe, obfite, intesywne, przesycone emocjami, pełne możliwych interpretacji, że tylko od nas zależy, co z jego filmów wyciągniemy i czy w nich zasmakujemy.
Kiedy tuż po północy skończyliśmy oglądać Kobiety na skraju załamania nerwowego, w telewizji zaczynało się właśnie Drżące ciało. To była długa noc... A o poranku puściłam sobie tę oto piosenkę z mojego ulubionego filmu Almodovara.
 
 
 
PS Dziękuję wszystkim jeszcze raz za troskę i przemiłe słowa po ostatnim wpisie. Czuję się już prawie dobrze, pastylki i mandolinę odstawiłam w kąt.
12:19, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (24) »
niedziela, 03 lutego 2008
Jestem jakby z lekka walnięta mandoliną. Pakuję w siebie chore ilości miodowych herbatek, musujących lekarstw i kolorowych tabletek, byle tylko przestało mi kapać z nosa i oczu. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam przeziębiona, w środę wzięłam pierwsze w zawodowym życiu chorobowe. (Jednodniowe, oczywiście. I pracowałam w domu, żebyście sobie nie myśleli...)

Nie czytam, nie oglądam. Prawie całą sobotę przespałam. W nocy śniła mi się zabiegana Ekolożka a rano obudziłam się z mocnym przeświadczeniem, że muszę kupić... nowe talerze. Mocno zasmarkana i opatulona w dwa szale wsiadłam do samochodu i pojechałam do IKEI. Zakupiłam nową zastawę stołową i kieliszki na czerwone wino. W drodze powrotnej w pięknym stylu wymusiłam pierwszeństwo na drodze. Widać, że byłam na prochach bo nawet mi serce ze strachu nie skoczyło. Facet trąbił i wymachiwał rękami a ja zimna jak ryba podniosłam jedynie rękę na przeprosiny.

Po drugiej dawce lekarstw, ze względu na bezpieczeństwo innych, miałam zamiar zakopać się pod koc i bezmyślnie oglądać piłkę nożnę. Ale zadzwonili znajomi. Tym sposobem po południu zamiast w łóżku znalazłam się w chińskiej dzielnicy, która z lekkim wyprzedzeniem świętowała wejście w Rok Szczura. Obchody Nowego Roku były dość psychodeliczne, co doskonale wpisywało się w mój nastrój. Kolorowa procesja miała do dyspozycji dwie ulice na krzyż, przez co głównie stała w korkach lub robiła niespodziewane zwroty w tył. Po ulicy goniły kolorowe smoki, psy, księżniczki i kilka biedronek. Imprezie i mojemu zdrowiu zupełnie nie sprzyjała pogoda. Nie dość, że było zimno i szaro, to w końcu zaczął padać deszcz wymieszany z kolorowym confetti.

Zmoknięty chiński smok pozostał na polu walki do końca a my uciekliśmy do akwarium. Pooglądaliśmy dzieci przyklejone do szyb i rozmawiające z rybami. Ostatecznie jednak wylądowaliśmy na niedzielnym aperitivo, gdzie rozmowa zeszła na domowe sposoby radzenia sobie z przeziębieniem. Mój umysł na chwilę odżył i zaczął wspominać. Opowiedziałam towarzystwu o syropach z cebuli (oni mają z suszonych fig), mleku z miodem i czosnkiem (oni dodają jeszcze szafran) i stawianiu baniek (tu ich zagięłam ;). A piliście tran? Swoją drogą ile człowiek się wycierpiał jako dziecko...
 
A na koniec puszczę Wam piosenkę. Czy ja w tle słyszę mandolinę?
 
23:46, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (36) »