Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
poniedziałek, 23 lutego 2009

Oniemiałam z zachwytu, kiedy zobaczyłam ten film - Czerwony balonik Alberta Lamorisses z 1956 roku. To marzycielska i bardzo poetycka historia małego Pascala i jego napełnionego helem przyjaciela z cudownymi zdjęciami podparyskiego Ménilmontant w tle. Zaczarowała mnie nie tylko wizualna strona filmu (uwielbiam kolorowe baloniki i stylistykę lat 50), ale też sama opowieść, w której realizm miesza się z magią.

 

 

 

 

 

Jeżeli macie wolne pół godziny, obejrzyjcie ten film. Nie będziecie żałować.

 

 

sobota, 21 lutego 2009
Pierwsze wzmianki o weneckim karnawale pochodzą z XI wieku, a związane z nim maski i kostiumy mają swoje źródła w starożytnym teatrze. Okres poprzedzający Wielki Post wypełniony był balami maskowymi, przedstawieniami teatralnymi i występami akrobatów. Dzięki przebraniu zacierały się wszelkie różnice między mieszkańcami Wenecji - niezależnie od społecznej pozycji, płci czy religii wszyscy stawali się równi. Przez to, że nie wiadomo było, kto ukrywa się pod przebraniem, obowiązywało jedno pozdrowienie dla wszystkich - buongiorno signora maschera (witaj pani masko).
Karnawał był czasem wyzwolenia z wszelkich zasad czy konwenansów. Można było do woli żartować i przedrzeźniać innych. Karnawałową anonimowość wykorzystywano jednak również do popełniania oszustw czy morderstw. Dlatego też ta wolność nie raz ograniczana była dekretami, które zakazywały poruszania się w maskach w nocy, noszenia przy sobie broni i niebezpiecznych przedmiotów. W maskach nie można było wchodzić do miejsc kultu religijnego (przebrani za kobiety mężczyźni zbyt często przemykali się w ten sposób do żeńskich zakonów) czy do kasyna. Zakaz noszenia masek miały również prostytutki.
Najbardziej charakterystycznym weneckim kostiumem jest Bauta, która składa sie z czarnej peleryny z kapturem, trójkątnego kapelusza i białej maski. Dolna część maski jest odchylona, dzięki czemu jej właściciel nie musi jej ściągać do jedzenia czy picia. Co ciekawe, Bautę nosili zarówno mężczyźni jak i kobiety,  a i dziś nietrudno spotkać taką postać w wąskich weneckich uliczkach. Nie raz takie spotkanie może przyprawić o szybsze bicie serca.
Nie widuje się za to już dwóch pozostałych kostiumów, kiedyś bardzo charakterystycznych dla Wenecji. Gnaga to kobiece przebranie, które zakładali mężczyźni. Składało się z damskiej sukni, maski kota i koszyczka, w którym często miauczał żywy pupilek. Gnaga odgrywała rolę piastunki i często otoczona była innymi meżczyznami przebranymi za dzieci. Z kolei kobiety często korzystały z czarnej, aksamitnej maski przebierając się za Morettę. Była to figura niema, ponieważ maska trzymała się na twarzy dzięki guzikowi, który kobieta miała w ustach.
Dziś częściej można spotkać Wenecjan przebranych za tradycyjne postaci z commedia dell'arte, która stała się niezwykle popularna w XVI wieku. Jej zabawowy charakter, pełen impowizacji, błaznów i sztuczek doskonale wpisywał się w karnawałowy nastrój. Najpopularniejsze postaci z tych przedstawień to Arlecchino, Arlecchina i Colombina.
Historia karnawału weneckiego została przerwana w 1797, kiedy republika została podbita przez Napoleona. Na nowo  zabawy zostały wznowione dopiero w 1979 i bardzo szybko odzyskały swoją sławę. W tym roku na placu św. Marka w dniu otwarcia karnawału zebrało się  80 tysięcy widzów. Przez miasto przepływa rzeka turystów. Policjanci kierują ruchem pieszych i chronią jak mogą uginające się pod przechodniami weneckie mosty. Wszędzie pełno jest konfetti i przebierańców z całego świata. Ulicami spacerują turyści z maskami na twarzach i prawdziwi Wenecjanie jak żywi przeniesieni z innych epok. W kawiarniach obok zwyczajnych ludzi, siedzą osiemnastowieczne hrabiny i książęta w perukach. Przy zejściu do gondoli papierosa pali papież, a obok przechodzi Gioconda w złotej ramie. Odbywa się mnóstwo wystaw, przedstawień i koncertów od reggae po muzykę poważną. Kicz miesza się ze sztuką, a tradycja z nowoczesnością.
Taka rozbawiona i przepełniona Wenecja, choć  pełna atrakcji, jest ciężka do zniesienia. My spędzając tam  zeszły weekend uciekliśmy przed tłumami na sąsiednie wyspy Murano i Burano, które, równie urokliwe, oferowały spokój i cudowne słodycze. Do Wenecji wróciliśmy po zmierzchu, kiedy opustoszały uliczki, a w kanałach odbijało się już światło księżyca. Wtedy właśnie miasto odzyskuje swoją magię i tajemnicę, a w pałacach rozpoczynają się maskowe bale...
sobota, 07 lutego 2009
W kontekście niedawnego zaognienia konfliktu izraelsko-palestyńskiego widziałam dwa niezwykle ciekawe filmy. Choć oba obrazy to produkcje izraelskie,  nie popadają one w jednostronną demagogię polityczną. Umożliwiają zweryfikowanie swoich poglądów na temat konfliktu, co jednak ważniejsze, mają bardo uniwersalne znaczenie, który wykracza daleko poza Bliski Wschód.

Walc z Bashirem to animacja opowiadająca historię masakry w obozach Sabra i Shatila w 1982 roku. W tym czasie toczyła się wojna libańsko-izraelska, a jednym z celów Izraela byli bojownicy OWP, którzy obozowali na terenie Libanu. Oficjalnie w masakrze nie brały udziału wojska Izraela, jednak to za przyzwoleniem i cichą pomocą Szarona libańskie oddziały maronickie wkroczyły do obozów dla uchodźców i zamordowały kilka tysięcy (dokładna liczba nie jest znana) Palestyńczyków - mężczyzn, kobiet i dzieci.

Walc z Bashirem to osobista historia wyreżyserowana przez Ari Folmana, który w czasie tej wojny był młodym, izraelskim rekrutem. Film jest jego konfrontacją z własną przeszłością, pamięcią i sumieniem. Główny bohater oraz jego przyjaciele po latach próbują przypomnieć sobie to, co zobaczyli po wejściu do zmasakrowanych obozów. Wepchnęli ten dzień w czeluści niepamięci i tylko koszmarne sny, który powracają po 20 latach, zmuszają ich do konfrontacji z dramatycznymi wspomnieniami. Dlaczego wymazali  ten dzień z pamięci? Być może to, co zobaczyli po wejściu do obozów wstrząsnęło nimi tak bardzo. A może wraz z szokującymi wspomnieniami skasowali też swoje wyrzuty sumienia.  Nie dostajemy jednoznacznej odpowiedzi na te pytania. Nie wiemy nawet, jakie mają poglądy na konflikt z Palestyną.

Przesłanie, jakie płynie dla mnie z tego filmu jest bardzo uniwersalne. To, że nie braliśmy udziału a jedynie staliśmy obok, kiedy działo się coś złego, nie zwalnia nas z odpowiedzialności moralnej. A już na pewno będąc świadkiem takich wydarzeń, nie można potem  milczeć.  Milczenie to większe tchórzostwo niż bezczynność. Moralność to trudna sztuka, a nasze sumienie jest najsurowszym sędzią.

Dzięki formie nowoczesnej animacji, którą wybrał Folman, film  dodatkowo nabiera niesamowitego charakteru. Użyta kolorystyka i rysunek to zdecydowanie nie moja estetyka,  kilka ujęć jest jednak łudząco realnych, w inne wplecione są zaś autentyczne zdjęcia. Kilka scen, w tym tytułowy walc (na drugim obrazku), na długo zapada w pamięć.
Z kolei Lemon Tree to najnowszy film Erana Riklisa, niezwykła historia palestyńskiej wdowy, właścicielki sadu z cytrynowymi drzewkami. Kiedy jej sąsiadem zostaje izraelski minister obrony, jego służby specjalne żądają zniszczenia sadu ze względów bezpieczeństwa. Salma (grana przez Hiam Abbas) rozpoczyna nierówną batalię przypominającą walkę Dawida z Goliatem o swoją ziemię, o swoje drzewka, które nie tylko są dla niej sposobem na życie, ale przede wszystkim rodzinną spuścizną. W tej batalii cichym sojusznikiem Salmy zostaje żona ministra - Mira.

Lemon Tree to metafora nierównego konfliktu, w którym każdy ma swoje racje, ale gdzie brakuje skutecznego dialogu. Próba zagarnięcia sadu przypomina setki podobnych historii, kiedy wojsko izraelskie zajmowało palestyńskie ziemie i domy. Betonowy mur, który wyrósł wzdłuż Strefy Gazy, w filmie staje się metaforą wszystkich barier zarówno tych fizycznych jak i mentalnych, jakie istnieją w tym konflikcie. Mur, który oddziela od innych, daje poczucie bezpieczeństwa, ale również zamyka możliwość porozumienia.
Tę trudność dialogu pokazują stosunki między Salmą a Mirą. Choć skłonne do porozumienia i wzajemnej pomocy, w ciągu całego filmu kobiety nie zamieniają ze sobą ani słowa. Ta trudność jest rezultatem zarówno odmiennych kultur, jak i statusów. Żona  ministra, podobnie jak bohaterowie Walca z Bashirem, będąc świadkiem dziejącej się niesprawiedliwości, nie może zrobić tego, co uważa za słuszne. W końcu jednak konfrontuje się z własnym sumieniem i podejmuje decyzję. Poprzez  samotne walki bohaterów z własnym ja, z przyjętymi obyczajami czy nierównym rywalem, Lemon Tree staje się też opowieścią o samotności, która dotyka wszystkich:  kobiety, mężczyzn, biednych, bogatych, słabych i silnych. Pokazuje, że w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy tacy sami, a mury, które wokół siebie budujemy naszą samotność tylko pogłębiają.

To, co mnie najbardziej ujęło w filmie Riklisa, to jego autentyczność. Film nie kończy się happy endem, którego się obawiałam. Co więcej, polityka nie przesłania samej opowieści, w której widać nie tylko  zdrowy dystans reżysera, ale też jego poczucie humoru. O ile Walc z Bashirem jest dość ciężki w odbiorze (animacja, paradokumentalna narracja), o tyle Lemon Tree ogląda się doskonale. Oba filmy bardzo polecam.
Jako że Hiam Abbas (na trzecim zdjęciu) widziałam ostatnio również w Spotkaniu (The Visitor) Thomasa McCarthy'ego (świetny temat, ale film trochę odrealniony) prześledziłam dokładniej jej karierę. Odkryłam, że widziałam ją już w kilku filmach. Stąd też wziął się mój pomysł na listę filmów z konfliktem palestyńsko-izraelskim w tle:
Paradise Now  - Hany Abu-Assad
The Syrian Bride - Eran Riklis
Free Zone - Amos Gitai
Munich - Steven Spielberg
Walz with Bashir - Ari Folman
Private - Saverio Costanzo
Lemon Tree - Eran Riklis
niedziela, 01 lutego 2009
Ostatnio co weekend bywamy w kinie. Dziś wybraliśmy się do maleńkiego kina, w którym jeszcze nigdy nie byliśmy. Tylko tam puszczano film, który chcieliśmy zobaczyć.  Kino okazało się dość  starej daty, choć  zupełnie pozbawione uroku. Mały ekran, prawie pozioma podłoga, nienumerowane miejsca i twarde, niewygodne fotele. Nie widzieliśmy, że takie kina jeszcze istnieją. To, co nas jednak najbardziej zdziwiło, to sami widzowie - starsi niż samo kino. Byliśmy tam najmłodsi. Oprócz nas trochę pięćdziesięciolatków, ale przede wszystkim cała rzesza osób po siedemdziesiątce. Wiem, że we Włoszech do kina chodzi sporo starszych osób, ale ten seans zdziwił mnie niesłychanie. Wyobraźcie sobie kino pełne dziadków i babć kinomanów. Niezwykłe! Towarzystwo było dość  wyluzowane, rozgadane i, co zrozumiałe, opieszałe, dlatego film rozpoczął się z dwudziestominutowym opóźnieniem.  Przede mną siedziała pani w berecie, który przemieszczał się mi bez przerwy po ekranie: z prawej do lewej, z lewej do prawej,  a eF został (niechcący) zaatakowany laską przez starszego pana. Do tego te telefony komórkowe! Towarzystwo nie nauczyło się ich jeszcze wyłączać. Dzwoniły przez cały film. O ciągłych podróżach do toalety nie będę nawet wspominać. To cudowne, że starsi ludzie chodzą do kina. Ale, proszę państwa, zasady obowiązują wszystkich! Chyba że to był seans specjalny dla seniorów, o czym nikt nas nie raczył poinformować...

Kontynuując ciekawie rozpoczęte popołudnie, po filmie wybraliśmy się do muzeum designu... na gorącą czekoladę. Bo kto powiedział, że do muzeum to tylko na zwiedzanie? A poważnie mówiąc - akurat nie było nic ciekawego do zobaczenia, a Triennale  zawsze warto odwiedzić chociażby ze względu na świetną kawiarnię (gdzie każde krzesło to małe dzieło sztuki) oraz księgarnię pełną albumów o sztuce, architekturze, designie i modzie. Zbiory księgarni można przeglądać godzinami, a mnie zazwyczaj najbardziej przyciąga stół z książkami... dla dzieci. Zachwycam się nieszablonowo wydanymi bajkami i grami dla najmłodszych.
 
Podświadomie szukam też zawsze nowości autorstwa Koreanki Suzy Lee. Odkryłam ją właśnie w tej księgarni kilka lat temu. Zachwyca mnie jej pomysłowość i rysunek. Pierwsza książeczka, którą kupiłam nosi tytuł Mirror. To rysunkowa opowieść o dziewczynce, która odkrywa swoje odbicie w lustrze i się z nim zaprzyjaźnia. Nagle samotna dziewczynka znajduje przyjaciółkę, która ją naśladuje i się z nią śmieje. Kiedy jednak odbicie zaczyna żyć własnym życiem, dziewczynka obraża się i rozbija lustro. Historyjka kończy się tak, jak się zaczęła: dziewczynka jest sama jak palec.
 


I jakaż była moja radość, kiedy wśród bajek znalazłam najnowszą książeczkę Suzy Lee - Wave! Tym razem pomysł nie był już tak oryginalny, za to wykonanie znowu fantastyczne. To historia dziewczynki, która zaprzyjaźnia się z falą morską. Początkowo zarówno dziewczynka jak i morze są spokojne, wręcz znudzone. Nagle fala zaczepia dziewczynkę i zaprasza do zabawy. Zaczynają się chlapać, kiedy nagle przychodzi wielka fala i zalewa dziewczynkę. Widzimy zdezorientowanego, mokrego malucha, który po chwila odkrywa skarby, jakie zostawiła dla niego fala: muszelki... 
 

 
 
 
 
 
Niby zwyczajna niedziela, a pełna nieoczywistych oczywistości. Kino pełne staruszków, wizyta w muzealnej księgarni, bajki wśród albumów o sztuce... Najdziwniejsza jednak była ta gorąca czekolada. Była gorzka. I nie osłodziły jej nawet trzy torebki cukru. Nie mówiąc już o śniegu, który padał cały dzień, a ani na chwilę nie zrobiło się biało...
23:12, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (14) »