Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
sobota, 19 lutego 2011

To wręcz niewiarygodne, jak wiele potężnych uczuć i zjawisk udało się zawrzeć Jessice Hausner w swojej prostej, minimalistycznej wręcz formule filmowej. Wiara, cuda, szczęście, samotność, poszukiwanie miłości, niepełnosprawność - te wielkie i trudne słowa stanowią sedno Lourdes, ale bynajmniej nie czynią filmu mało przystępnym czy przerysowanym. Ten mały wielki obraz to absolutna perełka, odkryta przeze mnie dość późno od premiery, ale za to z niekłamanym zachwytem.

 

 

Reżyserka realistycznie oddaje atmosferę miejsc kultu maryjnego.   Mamy tu mieszankę religijności i dewocji, mistycyzmu i kiczu, żarliwości i sceptycyzmu. Wierni przybywają do Lourdes ze swoimi troskami,  problemami, prośbami, gorąco modląc się o cuda,  piją wodę z cudownej groty i uczestniczą w religjnych obrzędach.  Równie  gorliwie jednak wymieniają się plotkami o uzdrowieniach,  zawierają nowe znajomości, wdają się we flirty z opiekunami i współpielgrzymami, opowiadają sobie żarty o Matce Boskiej, która wybrała się na wakacje do Lourdes i robią sobie zdjęcia na tle kościoła. Przybywają z różnych powodów, ale każdy w potrzebie tego, czego w życiu mu brakuje: zdrowia, miłości, bliskości czy po prostu odmiany.

Hausner nie zajmuje się dogmatami wiary, nie podważa ich, ani do nich nie przekonuje. Bardziej niż samym cudom przygląda się bohaterom, którzy są ich świadkami lub bezpośrednimi uczestnikami.  W filmie ludzie patrzą na doświadczających łaski z zaciekawieniem, z zazdrością,  z zakłopotaniem. Wielu głośno bije brawo, jak gdyby cud był wygraną w konkursie, zależną od umiejętności i zaangażowania. I chyba rzeczywiście traktują pielgrzymkę trochę jak bieg o łaskę.  Przepychają się by być bliżej ołtarza, gdzie udzielane jest specjalne błogosławieństwo,  wypytują księdza o podpowiedzi, jak dojść do celu,  podejrzliwie patrzą, kiedy cud dotyka wcale nie najżarliwszych wiernych. Czasami sprawiają wręcz wrażenie, że tylko czekają na to, aż cud się cofnie, że okaże się, że to tylko chwilowa poprawa. A wtedy to już nie będzie cudowne uzdrowienie, bo niby chwilowe, niewyjaśnialne poprawy nie łapią się na definicję cudu. A już na pewno nie boskiego. Jak wiele tracimy zamykając się w sztywnych definicjach szczęścia, cudu czy normalności,  w ich racjonalnych analizach. Pędzimy przez życie pełni sceptyzmu, nieufności i wiecznego przekonania, że inni są szczęśliwsi, piękniejsi, mądrzejszy. Błądzimy w poszukiwaniu idealnych wzorców, zapominając, że to od nas samych zależy definicja naszego szczęścia, naszego życia, naszych codziennych cudów. Święte miejsca nie czynią nas bardziej świętymi tylko dlatego, że je odwiedzamy.

 

 

Siłą kameralnego Lourdes jest jego realizm i obiektywizm. Haunser udaje się podjąć emocjonujące wszystkich tematy z prostotą i szacunkiem, pokazuje je z różnych stron  i pozostawia ich interpretację widzom. To my sami dzięki naszemu prywatnemu stosunkowi do wiary i naszym życiowym doświadczeniom nadajemy poszczególnym wydarzeniom  własne znaczenie. Tak naprawdę nieważne czy Bóg jest dobry czy wszechmogący (jak zauważa jeden z pielgrzymów, gdyby był i  dobry i wszechmogący uzdrowiłby wszystkich), ważne jest, jacy jesteśmy my. Zadajcie sobie to pytanie, śledząc własne uczucia w ostatniej scenie filmu, która, nawiasem mówiąc, moim zdaniem jest genialna. Co wyczytaliście z ciemności, która zapada na końcu?

wtorek, 15 lutego 2011

O absurdalnej sytuacji politycznej i społecznej we Włoszech pisałam już niejednokrotnie. Seksistowska telewizja, reklamy pełne golizny,  premier otoczony haremem niepełnoletnich prostytutek i byłych miss noszących teki ministrów.  Jeżeli nie czytaliście o tym u mnie, to na pewno dotarły do was wiadomości z ostatnich tygodni. W każdym innym kraju takie hece już dawno skończyłyby się bolesnym upadkiem szefa rządu i nowymi wyborami. Wszędzie, tylko nie we Włoszech. Mój znajomy żartuje, że Berlusconi zabawiał się z wnuczką Mubaraka, ale do do misji wcześniej podał się ten drugi.

To, co od tak dawna krytykowałam na blogu, w końcu dotarło i do powszechnej świadomości włoskich kobiet. Kobiet, które są wykształcone, które pracują i zajmują się rodziną, kobiet, które chcą być szanowane za to, kim są, a nie za to, jak wyglądają.  W niedzielę Włoszki wyszły na place i ulice aby zamanifestować swój sprzeciw przeciwko seksualnej polityce partii Berlusconiego. Były nas tysiące, wszystkie z białymi szalikami na szyjach, studentki, matki, emerytki, nauczycielki i gospodynie domowe, Włoszki i emigrantki. Jakże przejmujące było przemówienie młodej Egipcjanki, która nawiązała do zwycięstwa manifestantów w Kairze, jakże jadowite było wystąpienie Dario Fo, jakże emocjonujące były słowa czytane przez znanych włoskich dziennikarzy i pisarzy. Wzruszające były starsze panie z wielkimi, uszczypliywmi napisami wypisanymi na kartonach, ci wszyscy mężczyźni, którzy przyszli by nas wesprzeć, te dzieciaki, których mamy już teraz pracują by wyrosły na mądre, niezależne kobiety. Ale najbardziej poruszające było to, że było nas tak wiele. Że zebrałyśmy się wspólnie by zaprotestować przeciwko tym, którzy usiłują odebrać nam godność i szacunek. Dobrze było tam być tego popołudnia. Wszystkie przypomniałyśmy sobie, jak wielką mamy siłę i potencjał.

 

Białe szaliki - symbol manifestacji

 

To nie jest kraj dla kobiet, ani tym bardziej dla małych dziewczynek

 

Ten pan szukał Ruby (osiemnastoletniej Marokanki, która miała kontakty seksualne z Berlusconim)

 

I ją znalazł: Ruby i jej koleżanki

 

Nawet psiaki obecne na manifestacji miały białe szaliki

 

I nasz ulubiony slogan: Lisbeth Salander, zajmij się tym ty!

 

 

O sytuacji kobiet we Włoszech pisałam chociażby w tych trzech tekstach:

One

Włoska wideokracja

Kobiety i władza

czwartek, 03 lutego 2011

Pierwszy wieczór Nowego Roku był zaskakująco ciepły i niczym nie zwiastował mglistej kołdry, jaka miała otulić zaspaną Lizbonę już o świcie. Słabo oświetlonymi uliczkami Alfamy błąkali się nieliczni turyści i mieszkańcy, którzy zdołali już odespać sylwestrową noc. Na skwerze niedaleko Casa do Fado jakaś starsza pani dawała bezpłatny koncert, a na nielicznych ławkach przysiedli zadumani słuchacze. Ciekawe, że każdy z nich wydawał się być samotny, nie dzielił tych ulotnych chwil z drugą osobą. Tak jakby wszyscy mieli w sobie ukryty jakiś smutek, jakąś nostalgię czy stratę, jakieś saudade.

 

 

W A Baiuca pojawiliśmy się punkt o dwudziestej i śmiem twierdzić, że był to jedyny lokal w Alfamie, który tego wieczoru pękał w szwach. Właściwie trudno go nazwać restauracją, przypominał bardziej chatkę lizbońskiego rybaka. Proste ławy, sieci na ścianach, zakurzone butelki wina na półkach.  Rustykalnie, bezpretensjonalnie, tradycyjnie. 30 osób siedziało ściśnięte jak te przysłowiowe portugalskie sardynki w puszce. Po lewej miałam jakiegoś kręcącego nosem Hiszpana, z którym do końca wieczora nie zamieniłam ani słowa, a po prawej łokcie obijałam z przezabawnym Rzymianinem, który na codzień mieszka w Chinach i z którym  już po kilkunastu minutach wzajemnego sondowania się wygłupialiśmy się, jakbyśmy się znali od lat. Na przeciw mnie siedział przytłoczony żeńskimi odpowiednikami moich partnerów eF.

Po chaotycznej akcji składania prostych zamówień z nabazgranego długopisem menu za moimi plecami usadowili się dwaj gitarzyści, którzy zaczęli wprowadzać nas w nastrój wieczoru poświęconego muzyce fado. A Baiuca specjalizuje się, choć może nie jest to najlepsze określenie w tym przypadku, w  fado vadio', czyli fado włóczęgów, fado z ulicy, odmiennym od tego, które króluje w tradycyjnych, profesjonalnych wielkich domach muzyki i klubach. To fado amatorskie, w którym można usłyszeć kilka fałszywych nut, ale również wyłowić barwne, autentyczne uczucia i sieć perełek. Fado vadio' jest znacznie bardziej emocjonalne, prawdziwe niż to profesjonalne bo śpiewane z potrzeby serca, duszy, a przede wszystkim chwili.

Kiedy my smakowaliśmy podane na przystawkę aromatyczne sery, oliwki i świeży chleb, przed restauracją zaczęli zbierać się ochotnicy do koncertowania.  Zwyczajnie, wręcz skromnie ubrani, prosto z ulicy, z pracy, ze szkoły, młodzi, starsi, taksówkarze, nauczyciele, emeryci, studenci, gospodynie domowe,  najpierw mężczyźni, potem kobiety. Wchodzili pojedynczo, nie przedstawiali się,  szeptali kilka sekund z muzykami i zaczynali śpiewać. Niektórzy z nieśmiałości przymykali oczy i zamykali się w świecie swoich melodii, inni, bardziej charyzmatyczni, dowcipkowali z gośćmi między kolejnymi utworami.

Kiedy ci zupełnie niepozorni z wyglądu ludzie zaczynali śpiewać oświetleni jedynie przebijającym się przez kolorowe witraże światłem ulicznych latarni, ten malutki lokal nawiedzała magiczna atmosfera. Znikała ciasnota, milknęły sztućce, ludzie słuchali oniemiali,  a  mikroskopijna restauracja  przy rua de San Miguel po brzegi wypełniała jedynie muzyka i głosy śpiewających. Nie rozumieliśmy słów utworów, ale nie trudno było sobie wyobrazić, że wykonawcy śpiewali po prostu o sobie, swoich rozterkach, codziennym życiu. Gwiazdy podwórek, nieoszlifowane diamenty, samorodne talenty...

Zupełnie niespodziewanie podczas jednego z ostatnich utworów wykonywanych przez lokalną Amalię Rodriguez dołączył drugi głos. Wszyscy odwróciliśmy głowy w kierunku drzwi, spodziewając się, że  w ostatniej chwili wpadła jeszcze jedna muzyczna dusza spragniona koncertowania. Ale pomyliliśmy się! Przy wejściu nie było nikogo! Głos dochodził spomiędzy stolików, między którymi lawirowała kelnerka. To ona swoim potężnym jak dzwon głosem wtórowała głównej wykonawczyni. Na tym jednak niespodziankom nie było końca. Nagle usłyszeliśmy trzeci głos, jeszcze pięknieszy i szlachetniejszy od poprzednich. Podekscytowani rozglądaliśmy się po sali uświadomiając sobie, że ta melodia rodziła się w kuchni! Po chwili głos zaczął nabierać mocy i się do nas przybliżać. Naszym oczom ukazała się gwiazda wieczoru, odziana w biały fartuch i  kuchenną czapkę - kucharka. Przyznam, że z trudem przypominam sobie, co nam zaserwowała do jedzenia tej niezwykłej nocy, na pewno jednak nigdy nie zapomnę, jakie emocje wywołała swoim śpiewem.

Kolacja skończyła się tradycyjnym musem czekoladowym tuż po północy. Te cztery godziny upłynęły w niepowtarzalnej atmosferze i towarzystwie. To z pewnością jeden z najbardziej emocjonujących i oryginalnych wieczorów, jakich miałam okazję doświadczyć. Jego największą wartością była chyba prostota i bezpretensjonalność. Nawet jeżeli mimo wszystko było to turystyczne miejsce, to życzyłabym sobie więcej tak oryginalnych inicjatyw. Fantastyczny lokal, magiczna muzyka, jedzenie też, zdaje się, nie było najgorsze. Jeżeli kiedyś będziecie jeszcze w Lizbonie, zajrzyjcie do A Baiuca. Nigdy nie wiadomo, kto oprócz was zjawi się tam tego wieczoru...