Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
czwartek, 29 listopada 2007

Z racji wykonywanej pracy spędzam cały dzień przy komputerze, oczywiście podłączonym do internetu. Ostatnio mój służbowy laptop zaczął szaleć a ja razem z nim. Do furii doprawadza mnie co chwila zrywane połączenie, blokujące się okna i wieczny komunikat : Indirizzo non trovato. Errore caricamento pagina. Do tego w domu przestał nam działać pilot od DVD a nam pierwszy raz udało się pożyczyć polski film. Tak bardzo chciałam go obejrzeć w języku ojczystym a nie znowu we włoskim. Nie da się. Z eF nawzajem oskarżamy się o to, kto zepsuł pilota. Do tego z racji remontu piętro niżej wysiadł nam chwilowo domofon a antena telewizyjna nawala. To się nazywa włoska robota nawiasem mówiąc.

Jednym słowem u nas mała katastrofa technologiczna a tu wczoraj ktoś przypadkowo podsunął mi link do artykułu w wirtualnym, oczywiście, wydaniu La Repubblica: Rabbia, ansia e deficit di attenzione.

I tak oto dowiedziałam się, że cierpię na technostress. Co więcej, uświadomiono mi, że należę do ogromnej społeczności „wiecznie podłączonych i zestresowanych”. I co gorsza, drodzy blogerzy, problem ten może dotyczyć i Was. ;)

Okazuje się, iż zbyt długie spędzanie czasu przy komputerze i innych wynalazkach technologii powoduje kumulację stresu i złych emocji. Efektem tego są niekontrolowane wybuchy wściekłości, napady strachu i niepokoju, koszmary senne a nawet depresja. Uzależnieni od netu i innych zdobyczy cywilizacji szybko tracimy cierpliwość i równowagę emocjonalną. Coś wam do mówi? Bo mnie niestety tak. To się nazywa technostress.

Oczywiście, przyczyn takich problemów może być całe mnóstwo a ja i bez tego artykułu wiem, że zaczynam być netdipendente. Sceptycznie podchodzę do takich teorii ale przeczytany tekst uświadomił mi jedną rzecz. Dotarło do mnie, jak bardzo przyzwyczailiśmy się do błyskawicznie działających komórek, elektronicznych kasowników, mądrzejszych od nas wyszukiwarek, tych wszystkich skrótów Ctrl + X czy Ctrl + Alt+ Del, feedów i cookies. Tak wiele funkcji życiowych, na które kiedyś traciliśmy czas: wykręcanie numeru telefonu, przeszukiwanie książki telefonicznej, pisanie listów, sprawdzanie, przekazywanie, komunikowanie odbywa się teraz błyskawicznie. Bez zbędnych formalności, ruchów, wiedzy a przede wszystkim bez tracenia czasu.

I przyzwyczajeni do tempa, w jakim działają te urządzenia wściekamy się, że mail nie doszedł po 10 minutach, że strona internetowa nie wchodzi po 2 sekundach, że DVD nie chce odtworzyć jeszcze raz tej samej sceny. Dzięki tym technologicznym ułatwieniom i gadżetom zrodziła się zupełnie nowa forma stresu. Co jednak najgorsze, te nerwy wytwarzane przez napięcie, w jakim czekamy na otworzenie się wiadomości sms, przekładają się na nasze codzienne życie. Efektem tego, nie wiedząc czemu, ciągle jesteśmy podenerwowani, łatwo się irytujemy i wychodzimy z siebie. Jesteśmy po prostu technozestresowani. No, przynajmniej ja.

Na tę przypadłość autorzy artykułu zalecają wypoczynek na świeżym powietrzu, uprawianie sportów, jogę i medytację.

A może by tak zwyczajnie wyrzucić komputer przez okno? Nigdy w życiu!

15:26, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (22) »
niedziela, 25 listopada 2007

W tym tygodniu

Na zebraniu lokatorów budynku, w którym mieszkamy, oznajmiono, że musimy się złożyć po 350 euro na przesadzenie żywopłotu odgradzającego nas od sąsiedniego domu. Okazuje się, iż liście spadające z zasadzonych 20 lat temu krzewów nagle zaczęły przeszkadzać naszemu sąsiadowi do tego stopnia, że porozumiał się w tej sprawie ze swoim prawnikiem. Żywopłot zasadzony jest o 20 cm za blisko jego posiadłości i jesteśmy prawnie zmuszeni do przesunięcia krzewów...

Dawno

Wsiadam do autobusu i proszę osobę, która siedzi na zewnętrznym siedzeniu o przepuszczenie mnie na siedzenie pod oknem, które jest wolne. Pani ta wyskakuje na mnie, że jestem upierdliwa bo przecież mogę sobie usiąść gdzie indziej a nie zawracać jej głowy...

Dziś

Jako, że mamy ostatnią niedzielę miesiąca na Navigli odbywa się targ staroci, o którym już kiedyś pisałam. Jestem w jednym ze sklepików sprzedających ciuchy vintage. Dwie dziewczyny w moim wieku pytają sprzedawczynię o cenę skórzanej torebeczki z lat 70. Kobieta patrzy na nie, po czym odpowiada im z dziwnym uśmieszkiem: Hmm, no raczej was na nią nie stać...

Się pytam, co do cholery jest z tymi ludźmi? Czy życzliwość bądź zwyczajna uprzejmość stała się luksusem dostępnym tylko dla tych, którzy coś znaczą i mogą? Kiedy grzeczna odpowiedź, chęć współpracy czy ciepły uśmiech stały się towarem niedostępnym? Gdzie przepadły ludzkie odruchy, empatia i przyzwoitość? Dlaczego tak się traktujemy? Zwyczajni, równi ludzie. Nie mówię o pomaganiu biedniejszym, zagubionym, potrzebującym. Mówię o zwykłej ludzkiej, sąsiedzkiej solidarności. Co do cholery strzeliło do głowy temu sąsiadowi? Usuwaliśmy te liście. Może ta pani w autobusie miała zły dzień ale mnie takie sceny załamują. A ta sprzedawczyni? Tak odzywać się do klientek? Nie byliśmy w sklepie na Montenapoleone ale w second handzie!

eF stwierdził, że wydrukuje temu sąsiadowi listę książek polecanych do przeczytania. Może się w końcu zajmie czymś pożytecznym zamiast zawracać głowę innym... Jak reagować w takich sytuacjach? Kłócić się czy dać spokój? Nie pamiętam, co zrobiłam w tym autobusie. Dziś w sklepie oniemiałam ale w końcu wtrąciłam swoje dwa grosze bo nie mogłam tych dziewczyn tak zostawić. Z sąsiadem negocjować już nie można. Piękny nam prezent sprawił przed świętami.

Tyle jadu, złości, gniewu, zawiści, ukrytych złych uczuć...

 

 

22:53, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 19 listopada 2007

Po dwóch miesiącach od otwarcia dotarłam w końcu na wystawę fotografii David'a Lachapelle'a. Nigdy nie byłam fanem jego twóczości ale ominęły mnie już dwie ważne fashion wystawy w Mediolanie (nie zobaczyłam wystawy sukienek Armaniego i butów Vivienne Westwood), nie chciałam więc przegapić tej trzeciej. Cudów i nawrócenia się nie spodziewałam, nic też takiego się nie wydarzyło. Opuściłam Palazzo Reale z kolorowym oczopląsem, burczeniem w brzuchu i odwiecznymi pytaniami w głowie: Gdzie przebiega granica między sztuką a kiczem? Gdzie kończy się sztuka a zaczyna manufaktura? Czy w dobie nieograniczonych możliwości obróbki zdjęć można jeszcze mówić o fotografii jako sztuce? Co by dziś robił Andy Warhol?

 

 

Lachapelle specjalizuje się w fotografowaniu sławnych, pięknych i bogatych. W ogromnej większości jego sesje pełne są przepychu, sztuczności, wściekłych kolorów i ostrej erotyki. Kicz? Trudno powiedzieć bo o tym, czy coś jest kiczowate w dużym stopniu decyduje kontekst. To samo zdjęcie zachwyca w magazynie poświęconym modzie ale na wystawie w galerii sztuki traci sens. Czasami też wystarczy dodać sprytną interpretację lub tytuł i z kiczu robi się dzieło sztuki. W tym wypadku geniuszu nie dostrzegałam, nawet czytając, czasem zabawne, tytuły fotografii. Drażnił mnie też banalny opis i uzasadnienie dziesiątek badziewnych zdjęć pop gwiazdek: “reinterpreted in glamorous way, the vices and obsessions that afflict the brilliant world of famous celebrities”.

Lachapelle to na pewno pomysłowy i oryginalny fotograf ale nie artysta. Jego zdjęcia wg mnie mają funkcję czysto utylitarną, służą promocji przedmiotów, ludzi i samego siebie. Przy okazji tego wniosku pomyślałam o Andy Warholu, który właściwie robił podobne rzeczy, a nawiasem mówiąc, wypromował Lachapelle’a. Rzecz w tym, że to, co 30 lat temu było odkrywcze, dziś jest banalną manufakturą.

Spodobało mi się zaledwie kilka zdjęć, spośród których udało się wygrzebać w internecie te trzy:

 

 

 

 

Zdjęcia Lachapella z oficjalnej strony wystawy

Zdjęcia Lachapella na ArtNet

 

PS A jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć naprawdę piękne zdjęcia sławnych ludzi, to polecam dwa blogi: Look at me i Tylko obrazki.

sobota, 17 listopada 2007

Czekałam na ten sobotni wieczór od tygodnia. Mieliśmy się wybrać do słynnego mediolańskiego Centro Sociale Leoncavallo, w którym odbywa się bardzo szczególna impreza o nazwie Critical Book and Wine. Planowałam spędzić równie cudowny wieczór jak w zeszłym roku, popijać wytrawne wino i coraz bardziej chwiejnym wzrokiem przeglądać niekończące się półki z książkami.

Planowałam ale eF strzeliło w plecach i się nie rusza. Nakarmiłam więc biedaka polskim krupnikiem (i tu zimno jak diabli się zrobiło) i posadziłam przed telewizorem. Ogląda mecz oczywiście, bo i dla Włoch dziś ważna batalia (o 1:2!). A co to znaczy chory mężczyzna w domu, każdy wie. ;)

Centro Sociale Autogestito to autonomiczna placówka non profit, która organizuje alternatywne imprezy kulturalne. Wyglądem przypomina trochę squat, pełna jest graffiti i kolorowych ludzi. Nie ma co ukrywać, że to miejsce odwiedzane przez młodych gniewnych i idących pod prąd. Obowiązują w nim jednak niepisane zasady uczciwości, demokracji i solidarności. CSA często są na bakier z prawem ponieważ dają schronienie nielegalnym imigrantom. Trudno jednak przecenić rolę takich miejsc dla rozwoju kultury undergroundowej. To miejsce zawsze tętni życiem, pełne jest oryginalnych artystów i młodych idealistów. Gdyby ktoś był zainteresowany, znalazłam tekst, który przybliża, choć trochę subiektywnie, fenomen Centro Sociale: Italy's Cultural Underground Endures.

Z kolei Critical Book and Wine to impreza, której ideą jest promocja małych wydawnictw oraz niezależnych producentów wina. (Jak dla mnie wino plus książka to świetny zestaw, lepszy może być tylko duet książka + herbata malinowa, względnie trio książka+ herbatka+herbatniki:). Nowe i stare książki sprzedawane są tu z 30% obniżką, wino można degustować za darmo a imprezie towarzyszą spontaniczne koncerty alternatywnych artystów.

Cóż, tym razem Book and Wine Evening zrobimy sobie w dużym pokoju. Czerwone wino we włoskim domu być musi zawsze, a co do książki... Dziś skończyłam Plebanek i teraz waham się między Desai a Axelsson. Najpierw jednak trzeba wmasować FastumGel w plecy naszego kontuzjowanego pilkarza, który właśnie zaczął... śpiewać jakąś balladę. :D

21:06, latajaca_pyza , Italia
Link Komentarze (6) »
wtorek, 13 listopada 2007

Wczoraj na osobistym blogu Harel wywiązała się mała dyskusja. A wszystko przez naszą Sztywniarę, która tym razem wygrzebała pewien wojenny film.

Jestem przekonana, że takie dantejskie sceny miały miejsce we wszystkich krajach, w których wyszła firmowana przez RC nowa kolekcja Hennes&Mauritz. Te obrazki to przerażające świadectwo tego, do czego doprowadziła nas globalizacja i branding. Bo społeczeństwo XXI wieku jest ślepe i zmanipulowane, a do tego wyznaje chorą religię Marki.

Być może dlatego, że mieszkam ze zdeklarowanym antyglobalistą, który przy każdej możliwej okazji karmi mnie swoimi oryginalnymi teoriami, patrzę na świat trochę inaczej. Z zasady nie noszę koszulek z logo firmy, która je wyprodukowała. Drażni mnie, że reklamówki i torby, w które pakuję zakupy opatrzone są nazwą sklepu, w którym je kupiłam. Czuję się wtedy jak naiwniak, który robi komuś darmową reklamę. Wielkie torby z rozmnożonym logo LV uważam za kicz. Od czasu, kiedy przeczytałam No Logo, bojkotuję Nike i Gap a Naomi Klein jest się moją prywatną boginią. Dopiero ona otworzyła mi oczy na wiele spraw, a przede wszystkim na to, jak jesteśmy koszmarnie zmanipulowani. Że w XXI wieku, w krajach teoretycznie demokratycznych nie istnieje wolność wyboru. Że to nie my decydujemy o tym, co jemy, co oglądamy, co kupujemy, co myślimy. Robią to za nas specjaliści od marketingu i brandingu, wielkie korporacje oraz monopole. A my, jak te łosie (nie obrażając łosi), ustawiamy się przed świtem w kolejkach żeby rzucić się na majtki w panterkę sygnowane przez Roberto Cavalli.

Najgorsze w tym jest to, że konstrukcja dzisiejszego świata nie pozwala nam wyrwać się z tego błędnego koła.Tak, jak Naomi Klein oskarżano o to, że NO LOGO stało się marką, tak sama siebie powinnam nazwać hipokrytką. Próbowałam bojkotować wszystko, co produkowane w Chinach, nie kupować ubrań w sieciówkach czy wielkich supermarketach. Ale po prostu się nie da. Ta machina jest już tak nakręcona, że, nie chcąc zbankrutować, jesteśmy skazani na tańsze produkty wytwarzane tam, gdzie nie istnieją związki zawodowe i nie są respektowane prawa obywatelskie. Ale przynajmniej staram się nie kupować rzeczy tylko i wyłącznie ze względu na logo, jakie na nich jest umieszczone.

Przypomniała mi się teraz Ucieczka od wolności Ericha Fromma... Żyjemy w iluzorycznej wolności i ślepym konformizmie. Ciągle przymykamy oczy bo globalizacja nam pasuje. Ale tylko nam.

ps A 23 Listopada odbędzie się znowu International Buy Nothing Day. To kto się skusi? ;)

14:10, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (27) »
niedziela, 11 listopada 2007

Lubię kalejdoskopowe filmy, w których bohaterowie żyjąc blisko siebie nie mają o sobie nawzajem pojęcia i tylko przypadek sprawia, że nagle ich losy się spotykają. Filmy, w których główną rolę odgrywa przypadek lub zbieg okoliczności.

Uparcie rozgłaszam, że prototypem takich obrazów jest Przypadek Kieślowskiego, choć nie jestem tego wcale pewna. W końcu w filmie, jak w literaturze i modzie, wszystko już gdzieś było... Mistrzem takich filmów jest Iñárritu i jego 21 gramów oraz Amores Perros. Cenię sobie też Crash Haggisa. Do tych ulubionych wczoraj dołączył norweski film Hawaje, Oslo Erika Poppe. Obraz niezwykle liryczny, pomimo skandynawskiej aury, bardzo ciepły, powiedziałabym wręcz z hawajskimi temperaturami. W kalejdoskopowym świecie mieszkańców Oslo przypadek zostaje zastąpiony przez przeznaczenie, które uparcie dąży do pokrzyżowania planów głównych bohaterów. A jednak i przeznaczenie może zmienić swój bieg. Wystarczy mieć kogoś, kto stanie się naszym niewidzialnym aniołem stróżem... Film pełen metafor, zaskakujących zwrotów akcji, zadający wiele pytań.

Przypadek, zbiegi okoliczności czy jednak przeznaczenie i losy zapisane gdzieś na górze? A może to kwestia naszych życiowych wyborów i, bardziej lub mniej, sprzyjających okoliczności? Co decyduje o naszych losach? Sama nie wierzę ani w przypadki, ani w przeznaczenie. Zbiegi okoliczności przydarzają się mi często ale nie przypominam sobie, żeby któryś z nich miał znaczący wpływ na moje życie. Nie uznaję też wiary w przeznaczenie bo jest w niej coś konformistycznego i zwalniającego z obowiązku walki o siebie.

Wierzę, że moje losy są konsekwencją decyzji, jakie podejmuję w życiu ja ale też i inni. Nie wiedząc o tym, często mamy wpływ na życie osób, których nie znamy. A przypadki? To taka namiastka magii w naszym życiu...

PS Może ktoś zna jeszcze filmy o takiej kalejdoskopowej budowie? Filmy, gdzie rządzi przypadek? Do głowy przychodzą mi jeszcze Biegnij Lola, biegnij i Sliding Doors.

11:30, latajaca_pyza , Filmy
Link Komentarze (14) »
środa, 07 listopada 2007
Podczas pobytu w rodzinnym mieście pozwiedzałam sobie stare śmieci. Odwiedziłam ulubione księgarnie, ciucholandy i kawiarnie. Dotarłam nawet do swojego liceum i do pewnej ławeczki, która obudziła we mnie bardzo romantyczne wspomnienia. Nie, nikt mnie na niej nie pocałował, nie oświadczył mi się ani nie wyznał dozgonnej miłości :) Ta ławeczka to był obiekt o znaczeniu bardzo strategicznym.
W pierwszej klasie liceum założyłyśmy wraz z koleżankami nieformalne stowarzyszenie Krążowniki. Miałyśmy specjalną Kronikę, w której opisywałyśmy różne przypadki i wypadki miłosne, prowadziłyśmy słownik slangu licealnego oraz encyklopedię najważniejszych postaci naszej szkoły. Nazwa grupy wywodziła się od określenia krążyć, bo tym głównie zajmowałyśmy się w czasie przerw międzylekcyjnych. Krążyłyśmy głównie wokół ulubionych męskich obiektów z wyższych klas. Starałyśmy się zawsze zachowywać bardzo dyskretnie i nie rzucać się w oczy, wychodziłyśmy bowiem z bardzo racjonalnego założenia, że pierwszoklasistkom nic do maturzystów. Prowadziłyśmy za to bardzo szeroko zakrojony kontrwywiad zdobywając przeróżne informacje na temat naszych ulubieńców. Moim obiektem marzeń na odległość był chłopak o pseudonimie Aniołek. W moich pamiętnikach wyznawałam mu dozgonną miłość, choć patrząc z perspektywy czasu, myślę, że to zainteresowanie wynikało głównie z presji środowiska ;). Dziś pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi (teraz to tylko Michael Scofield ;), ale wtedy wydawał się ucieleśnieniem niebiańskiej istoty. Zachwycał mnie nie tylko urodą, ale przede wszystkim intelektem (był najlepszym uczniem w klasie, a wiem to z jego dziennika klasowego), znajomością francuskiego i tym, że wybierał się na studia do Marsylii. Dzięki niemu do dziś wiem sporo o tym mieście, a także o włoskich Fiatach (numery rejestracyjne jego samochodu znałam na pamięć). Dzięki wrodzonemu sprytowi poznałam również jego kartę zdrowotną a na pamiątkę do dziś trzymam szkolny odcisk jego stóp (pamiętacie jak robili takie badania w podstawówce?). Nie pytajcie skąd mam te rzeczy, bo zdobyłam je w sposób nie do końca legalny. Zupełnie legalnie zakupiłam za to jego zdjęcie klasowe. Po prostu poprosiłam fotografa o zdrobienie dodatkowej kopii:) Ale największym osiągnięciem w krążeniu była jego studniówka. Tego wieczora powiedziałam rodzicom, że idę do kina. Do dziś pamiętam, że miałam być na filmie "Brzdąc w opałach" bo jeszcze przez długie late drżałam  żeby się nie wydało, że go nigdy nie widziałam. Wraz z towarzyszącym mi drugim Krążownikiem założyłyśmy ciepłe i czarne ubrania oraz zaopatrzyłyśmy się w suchy prowiant. Drugi Krążownik przywiózł ze sobą nawet teatralną lornetkę i tak przygotowane zainstalowałyśmy się na strategicznej ławeczce. Z tej to ławeczki można było dyskretnie oglądać przyjeżdżających na bal a następnie zaglądać przez okna wprost na tańczących. To był naprawdę niezwykły wieczór. Nasza eskapada została okrzyknięta Wydarzeniem Roku i dokładnie opisana w Kronice. Pięknie się mój Aniołek w garniturze prezentował... Na pamiątkę zdobyłam nawet oficjalny film z tej Studniówki... Gdzieś tam sobie teraz leży w pudle z figurkami w kształcie aniołków, kasetami z piosenkami o aniołach i słynną Kroniką Krążowników...  :)
14:41, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (26) »