Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
czwartek, 27 listopada 2008
Mój kolega lat trzydzieści kilka ma małe, przytulne mieszkanko na obrzeżach Mediolanu. Sam jednak ciągle mieszka z rodzicami, a mieszkanko świeci pustkami. Dom traktuje jak hotel z pakietem all inclusive (w cenie promocyjnej poza sezonem). W domu jedynie sypia i ogląda telewizję. Kiedy jest głodny, idzie do kuchni a tam już czeka szczęśliwa mama, aby podgrzać gotowy od godziny obiad. Kiedy zje, jak to w restauracji, mama odnosi jego talerz i z radością go zmywa. Mój kolega nie sprząta, nie odkurza, nie prasuje i nie pierze. Domyślam się, że nigdy nie włączył żelazka ani pralki. Podobno czasami tylko dokłada się do rachunków i zawozi mamę na zakupy.

Pewnie, że w tym co piszę jest sporo ironii, ale nie ma  za grosz przesady. Taki układ panuje we Włoszech od pokoleń. Dzieci mieszkają z rodzicami do oporu, używają beztroskiego życia a w dorosłość wchodzą dopiero wraz z zawarciem związku małżeńskiego (czytaj: kiedy mamisynek znajdzie nową gosposię). Z drugiej jednak strony matki z radością i oddaniem pełnią swoje role, choć często to one już potrzebują opieki. Znam tylko jednego Włocha, który wyprowadził  się od rodziców  w wieku 25 lat. Wszyscy z podziwem mówią o nim, że jest avanti. Większość młodych Włochów przed 30 po prostu dobrze się bawi, wydaje zarobione pieniądze na ciuchy i imprezy, nie zawracając sobie głowy przyszłością. To niestety coś więcej niż stereotyp, a nieliczne wyjątki tylko potwierdzają regułę.

I właśnie dlatego tak bardzo wszystkich zdumiewa to, co wydarzyło się w zeszłym miesiącu. Młodzi Włosi niespodziewanie włączyli się do życia publicznego, głośno sprzeciwiając się planowanej reformie oświaty. Codziennie przez miasto przechodziły manifestacje, wiadomości pełne były młodych ludzi, którzy jasno formułowali swoje poglądy. Tzw dekret Gelmini (od nazwiska jego autorki) zakłada ogromne ograniczenia rozwoju oświaty we Włoszech. O 9 mld euro mają zostać zmniejszone fundusze na utrzymanie uniwersytetów, o połowę ma zostać zredukowana ilość profesorów. W praktyce oznacza to między innymi zatrzymanie wszelkich projektów badawczych. Cięcia mają dotknąć również nauczycieli szkół podstawowych, a przede wszystkim tych niemianowanych (czyli najmłodszych - bez stażu pracy). Co najgorsze, uniwersytety mają zostać przekształcone w fundacje, w czego konsekwencji dostęp do nauki będą mieli tylko najbogatsi. Te decyzje nie wzięły się znikąd - instytucje publiczne we Włoszech to wielkie, czarne dziury, które często pochłaniają absurdalne sumy pieniędzy. Pomysły rządu prawicowego są jednak daleko niedemokratyczne i antyspołeczne. Oznaczają ograniczony dostęp do oświaty i zatrzymanie rozwoju nauki we Włoszech.
Protesty włoskich studentów zaskoczyły wszystkich, ponieważ nigdy dotychczas tak licznie nie brali udziału w polityce.  Zaskoczyły, choć niestety nie zatrzymały Gelmini. Los oświaty we Włoszech jest już właściwie przesądzony. Pocieszające jednak jest to, że młodzi ludzie się obudzili. Nagle dotarło do nich, że polityka dotyczy również ich samych. Może zaczną się brać do życia trochę wcześniej, żeby nastęnym razem już nie zaspać. Wspomaga ich w tym włoska MTV, która po raz kolejny podjęła wielką inicjatywę. W telewizji trwa kampania Tocca a noi (Kolej na nas), która w krótkich filmikach namawia młodzież do podejmowania inicjatyw obywatelskich. Uczy, jak przygotować projekty ustaw, zbierać pod nimi podpisy i gdzie je zanieść. Nagle bycie aktywnym i branie spraw w swoje ręce zrobiło się cool. Popieram. I jeszcze powinni przeprowadzić akcję informacyjną, jak uruchomić pralkę i żelazko. Niektórym by się przydało...

 

 

 

PS Dla właścicieli kont na Blipie: jeżeli komentując, w okienku strona www wpiszecie adres swojego Blipa (np. mój to http://pyza.blip.pl), przy Waszym komentarzu pojawi się blipowy awatarek.

Tagi: Włochy
10:30, latajaca_pyza , Italia
Link Komentarze (27) »
sobota, 22 listopada 2008
Pamiętacie swoje marzenia z dzieciństwa? Te najbardziej niesamowite i bajkowe: o latających dywanach, czarodziejskich różdżkach, rybkach spełniających życzenia? Na moją wyobraźnię najbardziej działała magiczna pelerynka, pod którą człowiek stawał się niewidzialny. I nie chodziło mi o to, żeby podglądać ludzi bez ich wiedzy, ale żeby móc za darmo podróżować: wsiąść samemu do samolotu i polecieć w najbardziej egzotyczne miejsca bez pieniędzy, paszportu i opieki rodzców.
 
Czasami po głowie błądziła mi jeszcze jedna myśl, której jednak nie mogłam ogarnąć  pod względem praktycznym,  mianowice podróżowanie w czasie. Moje marzenia zawsze były bardzo dobrze zorganizowane, a tymczasem podróż w czasie moją wyobraźnię przerastała. Gubiłam się w rozmyślaniach: jeżeli człowiek wraca do swojej przeszłości, to robi coś czego w niej dotychczas nie było - tym samym zmieniając ją. Czy wobec tego po powrocie w teraźniejszość zastaję samą siebie w innej sytuacji życiowej? Może przez to omija mnie coś ważnego? Czy wiedząc,  co się stanie w przyszłości mogę zapobiegać  złym wydarzeniom informując o nich ludzi w przeszłości? A gdyby tak robili wszyscy, jakie przyniosłoby to konsekwencje? Jakoś nigdy  nie  zaprzątał mnie problem samego transportu: odpowiedniej machiny czy kapsuły. Bardziej zajmowały mnie przyczyny i skutki.

I nagle, po tylu latach znalazłam kogoś, kto skonstruował dla mnie świat, w którym można przenosić się w czasie. Audrey Niffenegger w swojej powieści Żona podróżnika w czasie (stary tytuł Miłość ponad czasem) znalazła odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie w dzieciństwie pytania. Ta książka znalazła się na mojej liście książek do kupienia dzięki wyzwaniom czytelniczym, które podejmowały jakiś czas temu znajome blogerki (tutaj można przeczytać  punkt widzenia Brahdelt :). Zaskoczyła mnie lekkość i tematyka tej powieści (marzenia marzeniami, ale książek fantasy i romansideł nie czytuję), ale najbardziej to, że mnie w ogóle wciągnęła. Że nie odrzuciła mnie niedorzeczność sytuacji a przede wszystkim tytułowa wielka miłość ponad czasem.  Oczywiście największą radochę sprawiło mi  swoiste przeniesienie się w czasie do dzieciństwa. Znalazłam w niej jednak coś więcej. 

Główny bohater - bibliotekarz z Chicago cierpi na genetyczną chorobę, która sprawia, że w sytuacjach stresu i napięcia nagle przenosi się w czasie. Nie on decyduje, gdzie się przenosi (do przeszłości, czy przyszłości) i na jak długo. Po prostu nagle znajduje się nagusieńki w innym miejscu i czasie: swoim pokoju z dzieciństwa, w którym śpi jego młodsze ja albo na ulicy, gdzie musi kogoś pobić by zdobyć ubranie i pieniądze. W czasie takich podróży regularnie spotyka swoją przyszłą żonę, dla której początkowo jest tylko tajemniczym przyjacielem. W tej książce przeszłość bez przerwy spotyka się z przyszłością, epizody mieszają się a czytelnik wraz z bohaterem ciągle podróżuje w czasie. Czasami ciężko się jest nie pogubić, powieść jest jednak na tyle dobrze napisana, że ten pozorny chaos staje się jej plusem. Mnie samą fascynowały właśnie te aspekty życia Henry'ego i Clare, które wynikały z jego podróży (kiedy szukali wspólnego domu Henry'emu wystarczał rzut oka by stwierdzić, czy to ten -  w końcu już w nim był) i to, jak sobie z nimi radzili (Clare i tak oglądała dokładnie każdy dom - znajomość przyszłości nie była dla niej powodem aby nie przeżywać teraźniejszości).
 
Wątek romantyczny zupełnie pomijam bo jest  maślany i trochę banalny.  To, co jednak mnie urzekło w powieści, to szczególna samotność, jakiej doświadczają bohaterowie.  Samotność, jaką odczuwamy będąc wśród przyjaciół i rodziny. Samotność, która wynika z naszej miłości do nich, z naszej niechęci do obarczania ich naszymi problemami i niemożliwości zrozumienia przez nich naszych problemów. Dla mnie to też historia o wiecznej tęsknocie za tymi, których z nami już nie ma, a przecież ciągle napotykamy na ich ślady: zdjęcia, prezenty, wspomnienia. Zanotowałam sobie tylko jeden cytat z powieści: nieobecność może stać się dręczącą obecnością, bardzo prawdziwy dla tych, którzy tęsknią za tymi, których już nie ma. Niffinegger zahacza też trochę o pytania dotyczące determinizmu.  Henry w żaden sposób nie mógł zmieniać toku przyszłości. Cokolwiek by zrobił w czasie swoich podróży, przyszłość już była ustalona i jego wypady nic nie mogły zmienić, jedynie dopełniały sytuację.  Powieść uświadamia, że sensem naszego życia jest możliwość podejmowania decyzji, popełniania błędów, uczenia się na porażkach.  Wróżenie z kart, prorocze sny, podróże w czasie to nikomu niepotrzebne bajki. Warto być tylko tu i teraz. 
 
W jednym zdecydowanie zgadzam się z Brahdelt. Z książki  powstaje (powstało?) pewnie nic więcej tylko hollywoodzkie kino: atrakcyjne, sentymentalne, z pięknymi bohaterami.  Na tapecie będzie głównie wielka, nieskończona miłość ponad czasem, a moje dywagacje scenarzysta pewnie już dawno wyrzucił do kosza. 
10:48, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (16) »
niedziela, 16 listopada 2008
Dawno z taką niecierpliwością nie czekałam na wystawę! Tino Sehgal to artysta, który nigdy nie namalował obrazu, nie stworzył żadnej rzeźby, instalacji, nie zajmuje się sztuką video ani fotografią. Wystawia jednak na całym świecie, brał udział w weneckim biennale, ostatnio jego dzieło kupiła MOMA, a coraz częściej wydają na niego pieniądze prywatni kolekcjonerzy.  Jest  jedną z największych obietnic współczesnej sztuki, świeżą alternatywą dla pompatycznych dzieł Jeffa Koonsa czy Damiena Hirsta (to tak a propos tekstów, jakie ostatnio napisały Chihiro i Shyja :).

Fondazione Nicola Trussardi, która zorganizowała wystawę celowo nie ma swojej siedziby. Dla każdej ekspozycji wybiera odpowiednie tło nadając jej zawsze niepowtarzalny klimat. Wejście na ich wystawy jest zawsze bezpłatne (a fundacja wystawiała chociażby Cattelana czy Althamera) ponieważ, jak twierdzą, sztuka powinna być dostępna dla każdego. Wystawa poświęcona Tino Sehgalowi odbywa się w mediolańskiej Villa Reale, która równocześnie gości kilka ekspozycji. Przy wejściu strażniczka upewniła się, że wiem, czego się mam spodziewać.  Odpowiedziałam niepewnie, że tak i ruszyłam do pierwszej sali (byłam sama bo eF się rozchorował).

Ze zdumieniem odkryłam, że pałac mieści dzieła Picassa, Renoir, Mattisa, Bali. Przechadzałam się między rzeźbami Canovy, zachwycając się przepięknie udekorowanymi komnatami willi. Równocześnie jednak zaczynałam mieć wątpliwości, czy trafiłam na odpowiednią wystawę: sale świeciły pustkami, nie licząc znudzonych strażników opartych o ramy drzwi. I nagle trzech z nich ruszyło w pląs! Zaczęli tańczyć, wywijać nogami, rękami,  otoczyli mnie łańcuszkiem wykrzykując This is so contemporary, contemporary, contemporary! This is so contemporary, contemporary, contemporary! This is so contemporary, contemporary, contemporary! Tino Shegal, 2005. Po czym zmachani, jakby nigdy nic wrócili na swoje miejsca czekając na kolejnych zwiedzających. Stałam tak na środku sali z gębą uśmiechniętą od ucha do ucha, nie wiedząc, czy mam  klaskać czy po prostu przejść dalej. No bo, wybaczcie, takie sytuacje nie zdarzają się na codzień. W życiu nie zdarzyło się mi w taki sposób (dosłownie!) obcować ze sztuką współczesną. Przy tym tańcu te wszystkie wiszące obrazy, pejzaże, rzeźby wydały się mi takie bez życia, martwe, nudne, wtórne. Spojrzałam za okno, gdzie w ogrodzie jakaś rodzina urządzała sobie piknik. W jesiennym słońcu biegały dzieciaki, starsi przekomarzali się. Pomyślałam, że może oni też coś odgrywają, że to kolejna scenka...  Życie to sztuka,  sztuka to życie? ;)

Do przejścia miałam jeszcze trzy piętra pałacu, a w każdej sali stał strażnik! Wyobrażacie sobie? Na każdego łypałam okiem, bojąc się, żeby na mnie zaraz nie wyskoczył z jakimś kolejnym pomysłem Sehgala. W kolejnych salach znowu dopadła mnie jednak nuda malarstwa z poprzednich wieków, aż w końcu w jednej z nich zauważyłam wijącą się w hipnotycznym tańcu po podłodze kobietę. Chyba nie bez przyczyny w tej samej sali wisiały obrazy Venus i Magdaleny (Instead of allowing some thing to rise up to your face dancing bruce and dan and other things, 2000).  Później niepozorny strażnik w równie niepozornej sali nagle stanął przede mną i zaśpiewał melancholijną pieśń (This is propaganda, 2002). Z każdym krokiem ten labirynt sztuki stawał się coraz bardziej niesamowity i pasjonujący.

Wspięłam się na drugie piętro. Tutaj było już więcej zwiedzających. Wszyscy podejrzliwie na siebie zerkali. Przez dłuższą chwilę obserwowałam grupkę kobiet z przewodnikiem, podejrzewając ich o realizowanie kolejnego pomysłu Sehgela. Ale to była zwyczajna wycieczka! :) I w tym momencie strażniczka zaczęła śpiewać operowym głosem. W następnej ogromnej sali całowała się para młodych ludzi. Odgrywali różne pozy, tańczyli kładąc się na ziemi i podnosząc z niej na zmianę. Później wyczytałam, że interpretowali dzieła malarskie z pocałunkiem w roli głównej - od Canovy po Koonsa (Kiss, 2002).
Przed jedną z kolejnych sal stało ostrzeżenie dla szczególnie wrażliwych. Weszłam do ogromnej sali, która była... pusta! Już zaczęłam się sama z siebie śmiać (Żartowniś - pomyślałam), kiedy nagle w rogu dostrzegłam młodą strażniczkę. Nie spuszczała ze mnie wzroku i nagle zaczęła się seksownie poruszać i rozbierać! Nikt, nigdy nie odstawił przede mną striptizu, szczególnie w galerii sztuki. Wrażenie było piorunujące tym bardziej, że dziewczyna nie spuszczała ze mnie wzroku! Występ zakończyła w samych majtkach, podając tytuł dzieła: Selling Out, 2002.
Założę się, że po tym występie już nikt nie zwracał uwagi na kolejne obrazy, ale na strażników. Miałam wrażenie, że oni bawią się lepiej od nas, obserwując nasze reakcje. Może to też zamierzenie Sehgala? Nagle zaczęłam się przysłuchiwać rozmowie zwiedzającego z jednym ze strażników. Rozmawiali o sztuce, o tym, że nagle wszystkie inne dzieła w pałacu straciły znaczenie, że wszystko tu postawione jest do góry nogami. Nie uwierzycie! Przyłączyłam się do ich rozmowy, a za mną para młodych ludzi. To było niesamowite tym bardziej, że takie rzeczy NIGDY się mi nie zdarzają. Choć fakt, gadał głównie strażnik... I nagle mówi:  i tak oto staliście się częścią dzieła Sehgala. This is critique. 2008. Zostałam zmanipulowana! Samowolnie! Stałam się dziełem sztuki! Śmiejcie się, ale to było niezwykłe uczucie.
Bałam się zrobić następny krok, wszystko w tym pałacu stało się nagle sztuką. I co zrobiłam? Podeszłam do następnej strażniczki i zaczęłam ją wypytywać. Ja! Zapytałam, czy odgrywający dzieła to prawdziwy strażnicy. Odpowiedziała, że nie. Nie wszyscy tu jesteśmy tacy szurnięci. To specjalnie wybrani aktorzy z castingów, zmieniają się co dwie godziny... A ten pan, który z nami rozmawiał to historyk sztuki... Do naszej rozmowy znowu dołączyło się parę osób, wymieniliśmy się wrażeniami, emocjami. Sama nie mogę uwierzyć, że tam to byłam ja.

Wyszłam z galerii nie tylko oczarowana, ale też pełna energii, entuzjazmu, optymizmu. Nigdy w tak intensywny sposób nie obcowałam ze sztuką, nie czułam jej. Nigdy nie rozmawiałam z nieznanymi ludźmi w galerii. A najbardziej niezwykłe jest to, że to sztuka niematerialna, ulotna, pozostająca jedynie w naszej pamięci. Sehgal nie uznaje dokumentacji, katalogów, kamer, zdjęć. To sztuka naprawdę współczesna - dzieje się tylko tu i teraz, w twojej obecności i to ty nadajesz jej znaczenie. To sztuka, która jest dialogiem: z teraźniejszością, z odbiorcą, ale również z przeszłością i klasyką.
Nie umiem sobie teraz wyobrazić lepszego sposobu na sztukę nowoczesną. Sztukę,  która wpisuje się w teraźniejszość, ale równocześnie nadaje jej nowy wymiar. To nie stojące krzesło ani nadmuchany pudel, do których trzeba dopisać sobie znaczenie. To sztuka, która żyje, zaskakuje, budzi w nas spontaniczność i emocje, o które byśmy się nie podejrzewali...
Tino Sehgal (drugi od lewej) w czasie przygotowań do This is so contemporary
wystawianego na Biennale w Wenecji w  2005.