Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
niedziela, 29 listopada 2009

Może nie wszyscy kojarzą, kim jest Steve McCurry, ale za to wszyscy znają jego nasłynniejsze zdjęcie, zrobione w 1984 w obozie dla afgańskich uchodźców w Peshawarze. Numer National Geographic z Sharbat Gula na okładce stał się już legendą. Ale to nie jedyne dzieło amerykańskiego fotografa, które zapiera dech w piersiach. Trwająca właśnie w Mediolanie wystawa prawie dwustu zdjęć przedstawia dorobek fotografa z ostatnich 30 lat, dorobek, który sprawia, że chce się rzucić wszystko precz i ruszyć z aparatem fotograficznym w nieznane.

Przez ponad trzydzieści lat McCurry wielokrotnie odwiedzał strefy konfliktów zbrojnych, klęsk żywiołowych, zapomniane przez świat zakątki walczące o wolność i przetrwanie: Afganistan, Birmę, Tybet, Cambodżę, Indie, Irak. Jego zdjęcia to uwiecznione przez obiektyw fotograficzny chwile pełne emocji: radości, smutku, spokoju i strachu, walki i odpoczynku. Wszystkie są świadectwem wydarzeń, w jakich brał udział fotograf.  Niezwykłość tych zdjęć polega na tym, że mają charakter dokumentalny, a równocześnie są niebywale wysmakowane artystycznie.

McCurry mówi, że aby zrobić dobre zdjęcie trzeba być cierpliwym i nauczyć się czekać. Wraz ze swoim aparatem należy wtopić się w tło, stać się jego niewyróżniającą się częścią. Dopiero wtedy ludzie pokazują swoje własne ja, odsłaniają na ułamek sekundy swoją duszę. Wtedy wystarczy już tylko pstryknąć i uwiecznić nieupilnowaną chwilę.

Fakt, podróżując po takich rejonach nietrudno o niezwykłe sytuacje, niesamowitych ludzi. Znacznie trudniej stworzyć takie obrazy obracając się w codziennym środowisku. Dlatego właśnie te zdjęcia dają takiego kopa. Dusza aż się rwie gdzieś daleko od jednostajnej, banalnej rzeczywistości i ludzi, którzy za wszelką cenę próbują zatrzeć na swoich twarzach znaki czasu i doświadczeń.

Ale do tego trzeba mieć też fotograficznego farta, aby znaleźć się w  odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Tak jak McCurry znalazł się Afganistanie tuż przed radziecką inwazją w 1979 roku. Tak jak 10 września 2001 wrócił do Nowego Jorku z długiej wyprawy do Chin, żeby następnego dnia zobaczyć przez okno walące się wieże WTC.

Dobry fotograf musi być farciarzem. Cierpliwym i uważnym farciarzem, takim jak Steve McCurry.

Więcej zdjęć:

www.stevemccurry.com

www.stevemccurrymilano.it

www.stevemccurry.wordpress.com

czwartek, 19 listopada 2009

W czasie wieczornego spaceru po Wenecji kilka miesięcy temu padło pytanie: na kogo koncert najchętniej byś się wybrała? Pytanie proste jak do re mi fa sol la! Listę wymarzonych koncertów mogę wymówić jednym tchem, a na pierwszym miejscu od lat była Diana Krall. Od ponad dziesięciu lat, kiedy to po pierwszy usłyszałam ją w Trójce. Jej koncert nagrany z radia wałkowałam  na dwukasetowym magnetofonie milion razy, a jej stronę internetową nawiedzałam regularnie  w poszukiwaniu wieści o nowych płytach i koncertach.

I nie uwierzycie, ale dokładnie na drugi dzień po powrocie z Wenecji, znalazłam informację o zbliżającym się koncercie Diany Krall w Mediolanie.  A do tego data koncertu zbiegała się z jej urodzinami! Kto powiedział, że marzeń nie można wypowiadać na głos, bo się nie spełnią? Trzeba je recytować głośno i wyraźnie!

W końcu nadszedł 16 listopada. Po wejściu do teatru, gdzie odbywał się koncert, zaczęłam wyciszać telefon, kiedy ni stąd ni zowąd nagle włączył się w nim Ipod. Zgadnijcie, kogo głos rozbrzmiał w korytarzu.  Tak właśnie zaczął się magiczny wieczór z Dianą Krall.

Zaskoczyła mnie jej charyzma i gadatliwość. Ujęły mnie jej dziewczęce ruchy, ciągłe prostowanie sukienki czy zakładanie nogi na nogę przy fortepianie. I oczywiście zupełnie powalił mnie jej głos, który na żywo brzmi jeszcze potężniej niż na płytach. I ta niewymuszona swoboda, z jaką bawi się muzyką. Uwielbiam jej interpretacje standardów jazzowych i bossa novy. Robi to w niepowtarzalny, hipnotyzujący sposób. Siedziałam jak zaczarowana... I jeszcze sobie posiedzę i posłucham...

 

PS Może kogoś zainteresuje informacja, że 25 listopada Diana Krall ma jeszcze zawitać do Wrocławia, na krótko przed przeniesieniem się trasy koncertowej do Australii.

W czasie wieczornego spaceru po Wenecji kilka miesięcy temu padło pytanie: na kogo koncert najchętniej byś się wybrała? Pytanie proste jak do re mi fa sol la! Listę wymarzonych koncertów mogę wymówić jednym tchem, a na pierwszym miejscu od lat była Diana Krall. Od ponad dziesięciu lat! Od kiedy po raz pierwszy usłyszałam ją w Trójce. Jej koncert nagrany z radia wałkowałam  na dwukasetowym magnetofonie milion razy, a jej strona internetowa to jedyna, którą sprawdzałam od czasu do czasu pod kątem wieści o koncertach.

Na drugi dzień po powrocie z Wenecji
23:59, latajaca_pyza , Muzyka
Link Komentarze (3) »
środa, 04 listopada 2009

Weekend w Barcelonie był moim prezentem urodzinowym dla eF. Na miejsce dotarliśmy w czwartek w nocy meldując się w hoteliku na przepięknym Plaça Reial, tuż przy głównym deptaku Rambla. Zupełnie nie sprawdziły się przestrogi o tabunach kieszonkowców i podejrzanych typków krążących w tej okolicy. Wystarczyło mieć się na baczności jak w każdym turystycznym miejscu i nie stwarzać okazji do stania się ofiarą.

Barcelona okazała się być przyjazna nie tylko turystom, ale i mieszkańcom. Zachwyciła mnie nie tylko ilość zieleni i ścieżek rowerowych w ścisłym centrum, ale też sposób komunikacji władz miasta z mieszkańcami - za pomocą oryginalnych napisów, haseł czy obrazków. Na przykład w metrze przy okazji prowadzonych prac, widziałam wielki plakat z napisem dziękujemy za cierpliwość przedstawiający mężczyznę na fotelu, któremu fryzjer goli brzytwą brodę. Na asfalcie przy przejściu dla pieszych namalowane były ostrzeżenia o ofiarach wypadków w takich miejscach. W mieście mnóstwo też miejsc, w których można skorzystać z bike sharing i widać, że jest to środek transportu niezwykle popularny. Jedyne co się nam w Barcelonie nie spodobało to przedziwne metro. Choć dysponuje świetnie rozbudowaną siecią, wspólne stacje różnych linii połączone są tak niefortunnie, że czasami trzeba przemieszczać dusznymi tunelami przez 15 minut. Raz nawet aby przesiąść się na inną linię metra, musieliśmy wyjść na powierzchnię - szliśmy i szliśmy kierując się znakami, które nagle się skończyły, a my zmuszeni byliśmy wyciągać mapy, aby zorientować się gdzie w ogóle jesteśmy.

Oczywiście Barcelona zachwyca ponad wszystko niesamowitą architekturą. Majstersztyki Gaudiego, La Manzana de la Discordia, La Perdera, Park Güell, do tego malownicze El Barrio Gótico, Palau di Musica to wszystko pozycje obowiązkowe. Ale tak naprawdę secesyjne perełki Barcelony w postaci  mosiężnych, szalonych balkonów, kwiecistych malowideł na ścianach budynków czy mozaikowych zdobień starych aptek  można spotkać na każdym kroku. Wystarczy zadzierać wysoko głowę i ani na chwilę nie chować aparatu fotograficznego. Pierwszy dzień (piątek) spędziliśmy na rowerach zwiedzając dzielnicę gotycką i domy zaprojektowane przez Gaudiego, tuż przed zachodem słońca docierając do Sagrada Famillia. W sobotę z zachwytem szwendaliśmy się po niesamowicie kolorowym targu La Boqueria, który podobno pamięcią sięga XVII wieku. Tego samego dnia w bardzo wolnym tempie dotarliśmy jeszcze do zatłoczonego Parku Güell, gdzie zjedliśmy późny lunch, a niedzielny poranek spędziliśmy spacerując po plaży i zwiedzając dzielnicę Barceloneta.

Mimo, że mieliśmy początek listopada, w ciągu dnia towarzyszyło nam słońce, a i wieczorami na poszukiwania barów tapas spokojnie można było wybrać się w koszulce z krótkim rękawkiem. Jesień to więc idealna pora na odwiedzenie Barcelony: nie męczą już upały i tłumy turystów, a ciągle jest przyjemnie i kolorowo. Jedyny problem to wcześnie zachodzące słońce, które mocno ogranicza możliwości zwiedzania. Oglądanie po ciemku Casa Calvet okazało się w moim przypadku  bardzo mało satysfakcjonujące.

 

Casa Batlló

Casa Batlló

El Barrio Gótico

Barcelona

Casa Batlló

Barcelona

La Boqueria

Park Guell

La Boqueria

Casa Batlló

Plaça de Catalunya

poniedziałek, 02 listopada 2009

Lata całe nie czytałam polskiej literatury. Na długo przesyciłam się Tokarczukami, Gretkowskimi i Masłowskimi i dopiero niedawno głodowy sygnał do powrotu dała mi Sylwia Chutnik. W mojej biblioteczce pojawili się więc równocześnie Dehnel, Kościów, Piątek oraz bohaterka dzisiejszego wpisu Anna Janko.

Jej powieść sprzed dwóch lat Dziewczyna z zapałkami wytarmosiła mnie do granic możliwości. Ze dwa razy chciałam ją rzucić precz, wprawiała mnie na zmianę w złość i zachwyt. To niekonwencjonalnie napisana historia ambitnej, nie do końca spełnionej poetki, udręczonej matki, sfrustrowanej żony nieudacznego pracoholika, synowej znienawidzonej teściowej i początkującej alkoholiczki w jednym. Problemy bohaterki nie są tak fundamentalne jak te, które opisywała Sylwia Chutnik. To problemy wykształconej, świadomej kobiety, która wbrew swoim ambicjom i potrzebom znalazła się w potrzasku szarej codzienności, brudnych pieluch i niezapłaconych rachunków. Jej rzeczywistość w żaden sposób nie jest patologiczna, ot po prostu typowe problemy polskiej rodziny inteligenckiej, a jednak, a może właśnie dlatego, ta historia jest mi bardzo bliska.

Po takim opisie książki większość z nas pewnie podziękowałaby - po co czytać dodatkowo o problemach, z którymi borykamy się na codzień. Ale ta powieść to nie tylko frustrująca rzeka wspomnień narratorki. To także filozoficzne morze pełne zachwycających nawiązań do literatury i poezji. To poezja zamknięta w prozie. To wyrafinowana uczta językowa pełna błyskotliwych spostrzeżeń i autoironii. To współczesna opowieść o dużej, biednej dziewczynce, która zapalając zapałki wyobraźni rozjaśnia i ociepla swój świat.

 

Albert Camus napisał gdzieś, że życie innych zawsze wydaje nam się ułożone i sensowne, a nasze własne przeciwnie - bezładne i nic nie warte. I że to złudzenie optyczne. No więc jeśli ja biorę dystans względem swego życia, próbując być "oną", to może usiłuję zobaczyć siebie w jakimś porządku, a nawet próbuję dowartościować własne życie? O, być częścią wyrazistego, widzialnego świata Na Zewnątrz! Marzenie, które swobodnie realizują pisarze w swych książkach...  (s. 17)

Życie to nastrój. Wszystko sprowadza się do samopoczucia.(s. 105)

"Na świecie ma się do wyboru tylko samotność albo pospolitość” (Schopenhauer). Chcąc uniknąć samotności, wpadłam w pospolitość. Jakże odległa wydaje mi się teraz tamta porzucona młodzieńcza samotność w domu rodziców; rozmyślałam o niej nad kartką papieru, celebrowałam swą osobność, inność, chodziłam na samotne spacery, owijając się smuteczkiem jak szaliczkiem... (s. 144-145)

Książki to nie są czyjeś rzeczy, to są swiadectwa rozumu. Książki, które czytasz, pozwalają zajrzeć ci do głowy i zobaczyć myśli, uczucia, intencje, potrzeby emocjonalne. Jeśli coś czytasz namiętnie, to znaczy, że tym właśnie jesteś. Jesteś autorem swoich lektur i one zawsze cię zdradzą!!! (s.181)

Nie wypada oglądać seriali. Nie wypada pić piwa. Mądre kobiety tego nie robią. Jednak kwadrans po wyłączeniu telewizora i prawie godzinę po wypiciu piwa reszta świata wygląda znacznie lepiej niż przedtem, a potencjał życiowej energii, nawet jeśli się nie zwiększył, to przynajmniej napuszył, a to wystarcza, by popchnąć parę spraw do przodu. (s. 236)

Anna Janko, Dziewczyna z zapałkami - Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2007