Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
niedziela, 28 listopada 2010

Bohaterowie powieści Yiyun Li mieszkają w chińskim mieście  o smutnej nazwie Błotnista Rzeka, gdzie każda rodzina zajmuje identyczny domek zbudowany na planie kwadratu o boku czterech i pół metra.  Jest rok 1979, skończyła się rewolucja kulturalna, ale reżim ciągle nie zelżał. Tytułowi Włóczędzy to rozczarowany życiem nauczyciel Gu, mała, niekochana przez rodziców Nini o zniekształconej twarzy, radiowa spikerka Kai stojąca po złej stronie barykady, dobroduszne małżeństwo Hua zamiatające każdego ranka ulice miasta czy Tong z wiejskim akcentem, który chce wyrosnąć na miejskiego pioniera. Bo włóczęgą można być w rodzinnym domu,  podobnie jak można być uciekinierem we własnym kraju, czuć się obco i samotnie wśród bliskich, być zagubionym w codziennej rzeczywistości. Bohaterowie włóczą się więc własnymi ścieżkami po mapie miasta, a ich losy krzyżują się co jakiś czas za sprawą młodej kobiety o imieniu  Shan. Dziewczynę zna całe miasto, jej zdjęcie wisi na wszystkich słupach ogłoszeniowych. Shan jest kontrrewolucjonistką, która za  sprzeniewierzenie się ideom państwowym została skazana na śmierć.

Powieść chińskiej autorki, która od kilkunastu lat mieszka w Stanach Zjednoczonych, ma  wyraziste  tło polityczne. Poznajemy absurdalne mechanizmy podejmowania decyzji na szczycie władz, ale przede wszystkim wyniszczone przez reżim społeczeństwo, które boryka się z biedą, zimnem, koszmarnym głodem i bezmyślnym okrucieństwem. Yiyun Li opowiada milion ludzkich historii w jednej.  Z bliska przygląda się perypetiom głównych bohaterów, a czasami jakby unosi się nad Błotnistą Rzeką i zagląda dodatkowo do domów anonimowych mieszkańców wspominając i przepowiadając ich losy. W jej świecie urzędnicy państwowi skazują na śmierć aby przypodobać się szefom i dostać w przydziale telewizor, dzieci zabijają z głodu zwierzęta, a rodzice nie kochają swoich  córek. Nie ma tu  ludzi niewinnych, po prostu dobrych, albo po prostu złych. Autorka  żongluje naszymi uczuciami wobec bohaterów, ciągle konfrontuje nasze sympatie niespodziewanie odkrywając nowe aspekty życia mieszkańców Błotnistej Rzeki. Skłania nas do przyznania, że często żyjemy własnym wyobrażeniem innych ludzi i ich czynów i często jesteśmy bardzo dalecy od prawdy.

Pomimo że historie opisane przez Yiyun Li są dość ciężkiego kalibru, książkę świetnie się czyta. Wbrew pozorom jest lekka, swobodnie lawiruje między wątkami, nie popada w patos, ani nie paraliżuje czytelnika. Język pisarki jest barwny, ale nie przekoloryzowuje. Drażni, ale nie odpycha. Jest szorstki, ale nie pozostawia nas obojętnymi. To książka fantastycznie wyważona. Jednoznacznie ocenia chiński reżim,  ale skupia się na uniwersalnych relacjach międzyludzkich i odpowiedzialność za własne czyny przypisuje jednostkom. Yiyun Li to autorka zdecydowanie warta zapamiętania.

czwartek, 25 listopada 2010

Nasza wizyta w Rzymie zbiegła się z rozpoczęciem lokalnego festiwalu filmowego. Nie byłabym sobą, gdybym zajrzała  do programu pokazywanych filmów, po czym potrafiła odmówić sobie wieczoru w rzymskim Auditorium, gdzie stworzono festiwalowe miasteczko. Uwielbiam atmosferę festiwali filmowych, pełną oczekiwania ekscytację widzów i twórców tuż przed seansem, spontaniczne dyskusje przy kieliszku czerwonego wina po projekcji, tę witalną otoczkę, jaką takim imprezom zapewniają zakochani w kinie i sobie młodzi ludzie. Przebywanie w takich miejscach, zawsze daje mi dodatkową energię, którą wysysam niczym ekranowy wampir z niewinnych kinomaniaków.

Raczkująca dopiero, bo pięcioletnia, impreza zorganizowana została w Rzymie z wielką pompą, a ambicjami równa się czołowym festiwalom na świecie. Pierwszy raz byłam na tak  dużej imprezie, co okazało się, przyznam, ciekawym doświadczeniem. Filmy konkursowe były dość interesujące, ale  dodatkowo organizatorzy  świętowali pod egidą festiwalu wszystkie możliwe premiery, które zbiegły się w czasie z trwaniem imprezy. Najazd hollywoodzkich gwiazd przyciągał więc nie tylko miłośników kina ale i tabloidów. Śmiesznie było stać w tłumie otaczającym czerwony dywan i wsłuchiwać się w okrzyki zbieraczy autografów na widok poszczególnych osób wyskakujących z gracją z lśniących limuzyn: och, Orlando Bloom (akurat, jakiś włoski aktor...), o! Eva Mendez (aha, może dwa dni wcześniej). Jedynie, kiedy pojawił się Martin Scorsese, nie było wątpliwości, że to on. Ja sama najbardziej ucieszyłam się, kiedy w sali kinowej na projekcji swojego filmu pojawiła się osobiście Susanne Bier. O jej nowym filmie już pisałam, a później z satysfakcją zanotowałam, że In a better world zdobył na festiwalu nagrodę jury oraz  publiczności, co wróżyła owacja na stojąco, jaką na koniec seansu widzowie zgotowali  reżyserce i aktorom.

Festiwal, nad którym czuwa dobry duch Federico Felliniego,  w tym roku celebrował 50 urodziny La Dolce Vita. Nasz filmowy wieczór  nie mógł więc zakończyć się inaczej niż spacerem po pogrążonym we śnie Rzymie szlakiem Anity Ekberg i wizytą przy fontannie di Trevi. Kiedy tam dotarliśmy, pan sprzedający prażone kasztany szepnął nam w tajemnicy, że Marcello i Sylvia właśnie zniknęli za rogiem...

 

 

 

 

 

niedziela, 21 listopada 2010

Pewnie słyszeliście o fejsbukowej akcji powrotu do dzieciństwa. Moi włoscy znajomi na gwałt zmieniają swoje awatary w profilach. Trwa inwazja japońskich księżniczek, bohaterów o nadprzyrodzonych mocach i sprytnych złodziejaszków. Wszyscy cofają się w czasie do swoich ulubionych dobranocek i ich bohaterów, którzy dla mnie pozostają zupełnie anonimowi. Oni wychowali się na japońskiej mandze, ja na czechosłowackich i radzieckich kreskówkach. Ich bajki były pełne nowoczesnych, kolorowych bohaterów o nadprzyrodzonych mocach,  którzy w każdym odcinku ratowali świat, moi byli trochę szaro-burzy, z bardziej przyziemnymi przygodami, które uczyły, czym jest uczciwość, przyjaźń, mądrość i miłość do zwierząt. Nie wiem, ile dobrego w nas te dobranocki zostawiły, ale nie zamieniłabym ich na inne za żadne skarby świata.

Oglądam sobie stare dobrancki i nie mogę przestać się uśmiechać i nucić pod nosem. Ależ ten Bonifacy był antypatyczny, a Reksio rezolutny! A Miś Uszatek strasznie przemądrzały, każdą bajkę kończył morałem. A wiedzieliście, że Pszczółka Maja była japońską bajką, a Zbigniew Wodecki śpiewał tylko w naszej wersji? Ileż straciły dzieci z innych krajów! Potraficie jeszcze rozróżnić Bolka i Lolka? Ja musiałam się chwilkę zastanowić. Ale Smurfy potrafię ciągle wyliczyć co do jednego.

Jednak ze wszystkich dobranocek najbardziej na świecie lubiłam... Partoków. Wszyscy znali ich pod nazwą Sąsiedzi, a Partokami ochrzciła ich kilkuletnia Pyza, która zawsze z niedowierzaniem patrzyła na nieporadność bohaterów bajki. Dopiero niedawno odkryłam, że nazywali się Pat i Mat, bo to, że byli największymi kretynami w historii kreskówek, wiem od lat dwudziestu. Ale też nikt inny nie odznaczał się taką kreatywnością, humorem i optymizmem. Nic nie było ich w stanie zatrzymać, ani uciekająca zakrętka od butelki, ani za wysoka choinka.

 

 

A jakie były Wasze ulubione dobranocki? Na jakiego bohatera zmienilibyście dziś wasze zdjęcie na fejsbukowym profilu?

16:05, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (30) »
poniedziałek, 15 listopada 2010

Przyznam, że znacznie bardziej niż rzymskich zabytków ciekawa byłam  samego miasta i jego mieszkańców. I nie chodziło mi po prostu o włoskość, która jest już dla mnie codziennością, ale o specyficzną rzymskość, o której tyle się nasłuchałam: żywiołowy sposób bycia południowych Włochów (tak różnych od powściągliwych Mediolańczyków), ich charakterystyczny akcent, kuchnię i całe mnóstwo innych legend. Starałam się chłonąć  miasto wszystkimi zmysłami, podsłuchiwać rozmowy, obserwować zwyczajnych ludzi, ale to wszystko za mało. Już wiem, że do Rzymu wrócę jeszcze raz, omijając klasyczne szlaki turystyczne, będę szwędać się poza centrum i pić kawę w przeciętnych barach. Wtedy dopiero będę mogła naprawdę powiedzieć, że byłam w Rzymie. Na razie opowiem Wam  o tych rzymskich mitach, które już udało się mi zweryfikować.

Ruch

Rzym przywitał nas pochmurnym niebem i niemiłosiernie zaśmieconymi poboczami dróg prowadzących z lotniska. Dodam, zakorkowanych dróg.  Tym samym potwierdziła się pierwsza legenda:  komunikacja drogowa w Rzymie to koszmar. O ile metro działa bez zarzutu (gdyby tylko nie było tak ciemne i brudne!),  o tyle komunikacja naziemna okazała się dla nas problemem. Autobusy jeżdżą bez sprecyzowanego rozkładu jazdy, mieszkańcy sprawiają wrażenie, jakby nigdy nie używali środków komunikacji miejskiej bo nie potrafili nam udzielić najprostszych wskazówek. Szczytem był pan pracujący w kiosku przy zejściu do metra, który nie wiedział czy jeździ tam linia czerwona czy niebieska.  Choć przyzwyczajona jestem do włoskiego chaosu na drogach, zaskoczył mnie brak świateł przy przejściach dla pieszych na ogromnych skrzyżowaniach. Szybko jednak zrozumiałam, że rzymscy kierowcy i tak nie zwracają uwagi na zielone światło dla pieszych, ba, trąbią na nich, kiedy  ci przechodzą przez jezdnię. Nie warto więc instalować sygnalizacji...

Kuchnia

Wyruszyliśmy zaopatrzeni w listę barów i restauracji przygotowaną przez rzymskich znajomych mieszkających w Mediolanie. Okazała się cudownym urozmaiceniem naszych wędrówek i okazją do poznania miejsc, w których bywają mieszkańcy. I tak na  mityczną, kawową granitę z bitą śmietaną wpadliśmy do Tazza d'Oro przy Panteonie, a na najlepsze espresso w mieście do baru na piazza Eustachio. Na lekki lunch najlepiej nadawała się enoteca Cul De Sac na piazza Pasquino, tuż przy piazza Navona, gdzie niezwykle trudno było o stolik. A na typową rzymską kolację wybraliśmy się do osterii (albo z rzymskiego hostarii) Da Enzo przy via Ostiense, gdzie w menu znajdziecie typowe dania cucina romana: spaghetti alla carbonara, bucatini all'amatriciana, vermicelli cacio e pepe. Niestety nie udało się mi spróbować rzymskich karczochów. Ot, jeszcze jeden powód by wrócić do Rzymu. Legendę o boskich smakach lokalnej kuchni jednak już uznaję za potwierdzoną. I znowu zgłodniałam...

Język

Potwierdziło się też, że rzymski dialekt jest dla mnie prawie niezrozumiały. Musiałam się porządnie wsłuchiwać w melodię języka, aby zrozumieć starszych panów przekrzykujących się na środku ulicy. Ale ta melodia mnie fascynuje, nie mogą się nasłuchać tych wszystkich aho i ei.  I jeszcze jedno jest pewne - Rzymianie są znacznie bardziej gadatliwi niż Mediolańczycy. I mimo tej całej  chaotycznej otoczki (jak to możliwe, że ten Rzym jeszcze stoi ?!) znacznie bardziej sympatyczni.  Choć nie rozstrzygnęłam jeszcze, czy byłabym w stanie mieszkać w tym mieście. Obawiam się, że na dłuższą metę rzymski styl życia by mnie pokonał. Chyba wolę trochę szwajcarskich w sposobie bycia Mediolańczyków.

Już postanowione. W przyszłym roku na pewno wrócę do Rzymu. Muszę zajrzeć do żydowskiej dzielnicy, policzyć kłódki na moście Milvio, spróbować karczochów alla romana, pobuszować w sklepikach w okolicach piazza Navona i pospacerować po Zatybrzu. Dziękuję Wam za wszystkie sugestie, jakie dostałam w mailach i proszę o więcej. Gdzie jeszcze muszę się zjawić, gdzie i co zjeść? Piszcie!

 

 

 

 

 

Tagi: Rzym Włochy
22:20, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (25) »
sobota, 06 listopada 2010

 

 

Z trzech filmów duńskiej reżyserki Susanne Bier, które miałam dotychczas okazję zobaczyć, wyłania się bardzo szczególna wizja świata. Świat Bier jest dychotomiczny, przedzielony wyraźnym rowem  ekonomicznym i kulturalnym, gdzie każdy brzeg  charakteryzuje się odmienną paletą kolorystyczną.  Bohaterowie poruszają się między dwoma przestrzeniami, usiłując znaleźć swoje miejsce. Są idealistami, którzy próbują naprawiać ten gorszy, w ich mniemaniu, świat, zapominając o usterkach we własnym życiu.  Najnowszy film reżyserki In a better world (Hævnen) po raz kolejny udowadnia, że lepszego świata nie ma - powierzchowne różnice nie zmieniają faktu, że ludzie potrafią cierpieć, kochać i być równie okrutni w każdym zakątku globu - w Azji,  Afryce czy Europie.

In a better world to historia dwóch duńskich rodzin, w których relacje są nie tylko napięte, ale też obarczone błędami i wyrzutami sumienia. Rodzice Eliasa są w separacji, ojciec jeździ regularnie do Afryki, gdzie pracuje w szpitalu dla uchodźców. Christian wraca do Danii wraz z ojcem po śmierci matki, która zmarła w Londynie. Losy obu rodzin splatają się i dodatkowo komplikują w momencie, gdy chłopcy zasiadają  w tej samej szkolnej ławie. Wkrótce Christian bierze w obronę Eliasa  grożąc jednemu z  ich agresywnych kolegów nożem. Chłopiec przekonany jest, iż jedyną słuszną reakcją na agresję jest kontratak. Jest pełen buntu i specyficznego poczucia sprawiedliwości, którym będzie próbował zarazić  spokojnego i wrażliwego Eliasa.


Christian z ojcem

 

Charakterystyczną i według mnie największą wartością kina Susanne Bier jest jego  społeczny  i moralny aspekt pokazywany na różnych płaszczyznach (rodzinnej, zawodowej, etnicznej). Bier często stawia swoich bohaterów i widzów przed dylematami. Nie szczędzi ich również w In a better world, którego jądrem stają się problemy agresji, okrucieństwa i zemsty, ale też litości, wyrozumiałości i przebaczenia. Nie pyta tylko jak reagować na fizyczną, nieuzasadnioną siłę, ale też czy i kiedy można jej użyć. Czy istnieją granice  litości i wyrozumiałości? Film aż kipi od skomplikowanych relacji między bohaterami,  które dodatkowo utrudniają znalezienie odpowiedzi i sprawiają, że ich problemy stają się bardzo relatywne. Im lepiej jednak ich poznajemy, tym bardziej ich reakcje i decyzje stają się dla nas zrozumiałe. 

I właściwie byłby to film wręcz doskonale skrojony i wyważony, gdyby nie  zbyt natrętne odpowiedzi, które podsuwa nam reżyserka w ostatnich scenach filmu. Zupełnie niepotrzebnie popada w demagogię i dosłowność, co niezbyt dobrze służy tej pięknej paraboli. Przyznam jednak, że film robi wrażenie swoją intensywnością i równoczesną prostotą przekazu, które zawierają się nie tylko w samej historii, ale także w muzyce i zdjęciach. W porównaniu z Tuż po weselu i Braćmi, dwoma filmami reżyserki, które widziałam wcześniej, In a better world, zdecydowanie trzyma poziom i jest kontynuacją pięknej odysei kinomatograficznej. W końcu jej bohaterowie po zawiłych podróżach zawsze wracają do domu.

 

Elias z matką

poniedziałek, 01 listopada 2010

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, niektóre tylko są bardziej kręte. Czasami wcześniej dojeżdża się do tak egzotycznych zakątków jak Hawana czy Reykjavik, ale koniec końców  do Wiecznego Miasta docierają wszycy zapaleni podróżnicy. Do szczęściarzy, którzy widzieli Rzym i teraz mogą już spokojnie umrzeć, wreszcie dołączyłam i ja. Koloseum, Bazylika św. Piotra, fontanna di Trevi, Schody Hiszpańskie, Forum Romanum, Usta Prawdy... Ach... Tym bajecznym szlakiem podróżowałam przez trzy dni,  a ze mną tysiące innych szczęściarzy z całego świata. Nie sposób było nie dzielić z nimi tych wszystkich wzniosłych chwil, ot byłby to czysty egoizm,  postanowiłam więc uznać ich za dodatkową atrakcję turystyczną, przyglądać się im równie uważnie co zwiedzanym obiektom, a wielu z nich uczynić nawet bohaterami  swoich zdjęć na równi z Markiem Aureliuszem.

 

Forum Romanum

 

Watykan


Fontanna di Trevi


Turyści do kuriozalny gatunek, który charakteryzuje się takimi samymi przyzwyczajeniami niezależnie od zakątka świata, z którego pochodzi. Na przykład zakaz robienia zdjęć i głośnych rozmów nigdy nie dotyczy akurat ich, tylko tych państwa obok. Jeżeli jesteś przy fontannie di Trevi, musisz sobie obowiązkowo zrobić zdjęcie z wyciągniętą prawą ręką, która wrzuca do wody monetę. Jeżeli jesteś przy Ustach Prawdy, musisz włożyć do nich dłoń i odegrać scenkę z Rzymskich Wakacji nawet za cenę półgodzinnego stania w kolejce. No właśnie, stanie w kolejkach też zresztą należy do kuriozalnego sposobu celebrowania rzymskich wycieczek. Bo co to byłaby za wyprawa, gdyby tak wejść do Koloseum czy na Palatyn z pominięciem stumetrowego wężyka. Bilety kupione w internecie są najwidoczniej dla cienkich graczy.  Cały czas zastanawiało mnie również, jak wychodzą zdjęcia robione w przelocie z objazdowych autokarów, których dziesiątki krążą po Rzymie.  I co jest fascynującego w autoportrecie z sufitem w Bazylice św. Piotra albo palcem jakiegoś świętego. Ale największym curiosum romanum, jakie dane mi było dostrzec była para turystów, którzy robili sobie zdjęcie na tle Forum Romanum z pozłacaną, nieruchomą... mumią.  Świat się kończy, ale Rzym jest wieczny. Nie takie dziwy już widział,  jeszcze długo postoi...

 

Fontanna di Trevi


Forum Romanum


Forum Romanum

 

To pisałam ja, Pyza. W Rzymie byłam, fotkę z Koloseum w tle też sobie zrobiłam.

Tagi: Rzym Włochy
21:23, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (12) »