Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
wtorek, 29 listopada 2011

To były parszywie ciężkie dwa miesiące. I wcale nie jest powiedziane, że kolejne będą lepsze. Ale siłą człowieka jest przyzwyczajenie, które sprawia, że dziś trochę lżej się mi oddycha. I nie do przecenienia są przyjaciele, którzy na dźwięk twojego załamującego się głosu, wsiadają do samochodu i przejeżdżają pół świata, żeby cię wesprzeć. Albo którzy odstępują ci swoje łóżko, kiedy nie masz siły wrócić do domu. Zbieram się pomału do kupy. Uczę się od początku mojej teorii pozytywnego myślenia i dziś próbuję  pozbierać okruchy przyjemności z ostatnich tygodni, może ułoży się z nich jakiś pocieszający obrazek. 

- moje pierwsze w życiu brownies wg przepisu z White Plate (w mojej wersji bez przypraw piernikowych), który wyszły naprawdę nieźle, a wyrosły jeszcze lepiej;

- koncert Ryuichi Sakamoto i usłyszenie na żywo Solitude;

- każda bezinteresownie wyciągnięta dłoń i wspierający uśmiech na widok mojej niewyraźnej buzi;

- Pina Wima Wendersa, która zaczarowała mnie muzyką, a szczególnie La Prima Vez;

- nocne marsze (bo ciężko je nazwać spacerami) wzdłuż obleczonego typową mediolańską mgłą Naviglio Grande, piękne i mroźne;

- telewizja - zabija wszelkie odruchy samodzielnego myślenia!

- obserwowanie księżyca i zastanawianie się, w którym świecie się mieszka (tak, 1Q84);

- origami - zrobienie czarnego łabędzia to nie lada wyzwanie, ale jaka satysfakcja!

 

Fakt, dziś  jeszcze łatwiej przychodzi mi ułożenie listy porażek i rozczarowań. Ale następnym razem pójdzie już gładko. W końcu ile można spadać w dół.

Pozdrawiam Was serdecznie!

23:13, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (36) »