Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
piątek, 28 grudnia 2007
Po serii postów życzeniowych na blogach pojawiły się już poświąteczne impresje depresje. Tym samym i ja robię swój bilansik:

-kilogramów przybyłych pewnie trzy
-książek tudzież gazet przeczytanych zero
-komedii romantycznych obejrzanych pięć
-łez uronionych rondelek
-omdleń jedno
-zmarłych blogów cztery
-nowych marzeń kilka
-jednostek alkoholu sporo

Myśli wyrafinowanych w czasie odkurzania dywanów (i talerzy z sernikiem) kłębiło się mi więcej niż grochu w kapuście:
Sporo marzyłam na jawie, a w czasie omdlenia śnił mi się Jake Gyllenhaal. (Czy to możliwe,żeby mieć sny w takim momencie?!).
Następnie szatkując cebulę ze łzami w oczach stwierdziłam, że cierpię na brak bratniej duszy pod ręką (czy raczej na ramieniu?) i odczuwam wysoki stopień osamotnienia i niezrozumienia...
Zastanawiałam się też intensywnie myjąc schody czy przypadkiem nie jestem snobką bądź jedzą. Bo to byłoby jakieś wytłumaczenie powyższego...Takie jakieś matowe wnioski się mi nasunęły...
Filozofowałam sobie również nad stertą brudnych naczyń, jak to nam mijają pasje, zauroczenia, miłości...
Ustaliłam sobie nawet listę noworocznych postanowień, z których i tak nic nie wyjdzie... Sport, zdrowie, gotowanie, uśmiech, elokwencja, oczytanie, oglądanie, odpowiadanie, odpisywanie, odmawianie, odchudzanie...

Ale poza tym to Święta całkiem udane. Prezenty też: komplet sztućców posrebrzanych, mikser kuchenny wielofunkcyjny, książki kucharskie... ;)
01:05, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (29) »
sobota, 22 grudnia 2007
Prawie dwadzieścia lat temu, jako mała dziewczynka spędzałam z rodzicami święta w Egipcie. 24 grudzień zastał nas w Aleksandrii. Temperatury były jesienne, nastroje bardziej turystyczne niż świąteczne ale tylko do momentu, kiedy nadszedł wieczór. Na ulicach panował ruch, całoroczne dekoracje świetlne wprowadzały bożonarodzeniową atmosferę a my biegaliśmy się po arabskich uliczkach w poszukiwaniu miejsca, w którym moglibyśmy zjeść rybę. Pamiętam, że dotarliśmy do pustawej restauracji nad brzegiem morza, w której jedynymi klientami byli starsi mężczyźni palący wodne fajki. Z darów morza szef kuchni polecał głównie kalmary i krewetki. Byliśmy święcie przekonani, że w nadmorskim kurorcie musi być miejsce, w którym można zjeść symboliczną Wigilię. Dlatego szukaliśmy dalej...
Ale robiło się coraz ciemniej, coraz zimniej, ulice pustoszały a restauracje były pozamykane. Do dziś pamiętam nasze samotne cienie odbijające się na murach nieznanych budynków. Pamiętam słabe światło latarni, gwiaździste niebo i kościół katolicki, który ku naszej rozpaczy był zamknięty. Chciało mi się płakać, byłam zmęczona ale dzielnie trzymałam tatę za rękę i dodawałam mu otuchy. Byliśmy sami w nieznanym miejscu, w tak szczególnym dniu i nikt nie mógł nam pomóc. Byliśmy jak ta rodzina z Nazaretu, która ponad dwa tysiące lat temu szukała schronienia. Pewnie i wtedy było tak chłodno, świecił taki sam księżyc i ta sama Gwiazda...
W końcu kupiliśmy do zjedzenia to, co udało nam się znaleźć: pieczone kurczaki, arabskie pity, sałatkę ziemniaczaną. W pokoju hotelowym na szybko przygotowaliśmy stół wigilijny i wyłożyliliśmy nasze dania. Była północ, kiedy zasiadaliśmy do naszej Wigilii a mama wyciągała z walizki polskie opłatki i odrobinę sianka... Pewnie wszyscy mieliśmy wtedy łzy w oczach, nie pamiętam tego jednak. Do dziś jednak wspominam emocje, jakie towarzyszyły mi przy tej kolacji. Byliśmy szczęśliwi, byliśmy razem, byliśmy prawdziwą rodziną...
To nie była najsmutniejsza Wigilia w moim życiu, ta miała miejsce dwa lata temu...
To nie była najszczęśliwsza Wigilia w moim życiu, ta, mam nadzieję, dopiero przede mną...
To była najbardziej niezwykła Wigilia w moim życiu. Przynajmniej tak ją zapamiętałam...

Życzę Wam aby te Święta były dla Was szczególne. A to od Was zależy, jakie będą. Od tego, czy na chwilę się zatrzymacie, czy spojrzycie na bliską osobę, uśmiechniecie się, pomożecie komuś. Po to te Święta są. Aby na chwilę było inaczej. Lepiej. Cieplej. Serdeczniej. Nie zmarnujcie tej szansy. I dajcie ją innym...

Ściskam Was wszystkich bardzo serdecznie i biegnę dokończyć ubieranie choinki.
20:51, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (20) »
czwartek, 20 grudnia 2007
Włosi chodzą dumni jak pawie, od kiedy trenerem reprezentacji Anglii został Fabio Capello. Po kilku miesiącach bezrobocia i pełnienia mało prestiżowej funkcji komentatora sportowego don Fabio zyskał posadę roku. Największym problemem świeżo upieczonego selekcjonera jest oczywiście język angielski, którego, jak każdy przyzwoity Włoch, Capello nie zna. Oświadczył jednak, że języka nauczy się w miesiąc a złośliwi dodają, że z taką pensją stać go będzie nawet na lekcje prywatne u królowej. Tymczasem na pomoc trenerowi przyszedł The Sun, który opublikował The Fabio Capello Italian to English Phrase Book. W odróżnieniu od brytyjskich złośliwców włoscy dziennikarze wspierają swoję perełkę dodając, że jak każdy Włoch Capello do dyspozycji ma niezwykle bogatą gestykulację, która zastępuje znajomość wszystkich języków świata. ;) Uśmiałam się nieziemsko oglądając bardzo autentyczny przewodnik po najpopularniejszych gestach Włochów. Angielscy kibice też będą musieli się czegoś nauczyć. :) Oby tylko Capello uniknął słynnego inglese maccheronico, który jest przekleństwem wszystkich Włochów. Czerwony Kapturek w Italian English pierwszej jakości.
Jak już jesteśmy przy włoskiej piłce nożnej: choć jestem Juventino i głęboko gdzieś mam sukcesy Milanu, nie mogę nie wspomnieć o ostatnich osiągnięciach drużyny Berlusconiego. Kaka zdobył właśnie Złotą Piłkę a AC Milan wywalczył w Japonii klubowe mistrzostwo świata, co spowodowało w mojej firmie lekkie przedświąteczne zgrzyty między Milanistami i Interistami. Jako, że miałam ekskluzywną możliwość obejrzenia ostatnio stadionu San Siro wraz z pomieszczeniami dla piłkarzy, chwalę się tymi nigdzie dotąd nie publikowanymi zdjęciami:

Widok z trybuny dla VIPów

 

Nie, to nie Gwiezdne Wojny, to szatnia piłkarzy AC Milan.

 

A to tablica z notatkami samego Ancelottiego, trenera Milanu, z meczu Ligii Mistrzów z Celtic Glasgow.

Taktyka z meczu, ustawienia piłkarzy, informacje o rozgrzewce na boisku i zbiórce piłkarzy przed wyjazdem do Tokio.

Zobaczyć muzeum San Siro i odbyć wnikliwą wycieczką po stadionie - 12 euro.
Przeżyć wizytę w szatni klubowego mistrza świata i usiąść w fotelu Paolo Maldini - bezcenne.

 

22:43, latajaca_pyza , Italia
Link Komentarze (10) »
niedziela, 16 grudnia 2007

W tym roku poszło błyskawicznie i owocnie. Trzy godziny radosnego buszowania, rozgrzanych do czerwoności myśli, dyskretnego cmokania i skrywanych uśmiechów pełnych satysfakcji. Kropki nad i postawię już w Polsce po zakupach w Empiku ;) Prezenty świąteczne wyszły mi jak marzenie!

Lubię kupować prezenty bardziej niż je otrzymywać. Zawsze otwierając podarunek boję się, że nie będę umiała ukryć ewentualnego rozczarowania albo odwrotnie, nie będę umiała wystarczająco okazać swojego zachwytu i radości. Już wolę dawać, najlepiej bez okazji, spontanicznie i od serca. Prezenty świąteczne, urodzinowe powodują we mnie niepotrzebną presję i stres. Ale jak już mam, to chcę dać jak najszybciej. Teraz, kiedy prezenty mam już gotowe, cierpię katusze. Prawda jest taka, że jeden malutki wcisnęłam eF już przed godziną. :) Nie wytrzymałam! (Prezent urodzinowy z resztą dałam mu też kilka dni na przód.) I to ja się tym faktem najbardziej cieszyłam. Jedyną osobą, która bezbłędnie rozumie mnie w tej kwestii jest moja siostra, która jest jeszcze gorsza niż ja. Noo, takie jest przynajmniej moje zdanie...

Najbardziej kuriozalne prezenty otrzymuję od mamy eF. Obdarowuje mnie nimi ciągle i bez najmniejszej okazji. Po szafkach i pudłach mam poupychane dziesiątki, czasami identycznych, drzewek szczęścia, pozłacanych szkatułek, wisiorków, parasolek czy srebrnych sweterków... Długo myślałam, że ona to ten sam gatunek co ja. Dopiero, kiedy usiłowała mi podarować dwie za duże marynarki Sisleya zrozumiałam, co jest grane. Otóż mama eF namiętnie uprawia riciclaggio dei regali, czyli recycling prezentów. Mam wrażenie, że wraz ze swoimi psiapsiółkami działa wręcz w jakimś tajnym recyclingowym towarzystwie, gdzie członkinie radośnie wymieniają się nieudanymi prezentami. Wygląda na to, że sieć została poszerzona o mnie. Tylko, że ja tak nie umiem chyba... Poza tym boję się, że kiedyś wróci do mnie prezent, który sama zakupiłam. Przy okazji więc rada dla wszystkich amatorów recyclingu: prowadzcie notatki i odczepiajcie karteczki z imieniem!

W gruncie rzeczy jednak pomysł jest dość udany. Pewnie każdy z nas otrzymał chociaż raz w życiu jakiś paskudny podarunek, którego chętnie by się pozbył. W mojej rodzinie najsłyniejszy chyba jest świąteczny prezent od cioci: mosiężny dzwon przypominający te, w które uderzają ministranci przy wejściu na mszę. Od lat myślimy, co z nim zrobić... :)

 

20:15, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (36) »
niedziela, 09 grudnia 2007

Melduję, że i u nas sezon świąteczny rozpoczęty! Sklepy już od dwóch tygodni zasypane są świątecznym panettone, po balkonach wspinają się tłumy plastikowych Mikołajów, ulice prześcigają się w ozdobach światełkowych, a na placu Duomo stoi wielgachna choinka pokryta sztucznym, oczywiście, śniegiem. Donoszę również, iż choinkę mam już ubraną od tygodnia a dodatkowo w tym roku przyznałam sobie tytuł najlepiej ozdobionych drzwi w całym budynku. Przyznam również nieskromnie, że mój wianek z bałwanem zrodził zdrową konkurencję gdyż w dwie godziny po jego zawieszeniu udekorowane były już wszystkie mieszkania a jedna sąsiadka wymieniła wręcz swą ozdobę na 3 razy większą.W kwestii ilości plastikowych Mikołajów oficjalne wyniki podam wieczorem bo sytuacja zmienia się z godziny na godzinę.

Ale to dopiero początek, moi Państwo. Wraz z konkursami osiedlowymi ruszają zawody w poszukiwaniu prezentów. Konkurencja łatwa bo okazji jest bez liku, same się wręcz do rąk pchają. Mamy więc wielkie, międzynarodowe targi rękodzieła L’Artigiano in Fiera. Choć podzielone są wg kontynentów, proporcje z lekka zostały zaburzone bo same południowe Włochy wielkością przypominają Azję. Polowanie jest bardzo z reguły owocne, jako że sprzedawcy namiętnie częstują kawałkami serów, ciasteczek i kremów a w chętne rączki wciskają kubeczki wytrawnych win. A tak, co poniektórzy opuszczają Fierę chwiejnym krokiem i z szerokimi uśmiechami. Zabawa jednak jest fantastyczna bo w jednym miejscu można spotkać cały świat, kupić wszystko od sycylijskich pomarańczy, poprzez rosyjskie matrioszki, polskie bursztyny, chińskie gadżety high definition po afrykańskie stroje ludowe. Impreza idealna na przedświateczne zakupy a także na podróż w czasie i przestrzeni. W tym roku więc wpadliśmy po wino i salsiny do Toskanii, następnie w Prowansji zakupiłam lawendowe mydełka, chłopaki wypiły piwo w Bawarii a ja w tymczasie polowałam w Finlandii (zdobycz: aniołek 1), Chorwacji (zdobycz: aniołek 2) i Węgrzech (zdobycz: muchomorkowe filiżanki). W Nepalu nabyłam prezenty świąteczne, o których jednak sza! Tradycyjnie wsunęłam genialne lody pistacjowe (najdłuższa kolejka, konkurencja dla profesjonalistów, dodam) a na deser słynne rurki cannoli z Sycylii. Ogłoszenie wyników tych zawodów oczywiście w Wigilię.

Kolejne zawody odbywają sie 7 grudnia, kiedy to stary Mediolan obchodzi imieniny pod bardzo ładną nazwą Oh bej! Oh, bej!, co, jak wyczytałam (bo żaden rodowity Mediolańczyk nie był w stanie mi tego wytłumaczyć), pochodzi od słów Oh, che belli! Oh, che belli! Nie trzeba chyba dodawać, że jesteśmy we Włoszech, gdzie każda okazja na zrobienie ustawowo wolnego dnia mieszkańcom chociażby jednego miasta jest chętnie realizowana;) Konkurencje mamy tutaj jarmarczno– straganowe z mocnym akcentem regionalnym. Polowanie odbywa się od niedawna w okolicach zamku rodziny Sforzów (tak, tak, tej od naszej Bony i jej włoszczyzny) w oparach przypiekanych żywcem kasztanów. Przyznam, że w tej zabawie w tym roku udziału nie brałam, wykończyła mnie bowiem Fiera i jej pistacjowe przysmaki.

Z kolei dla tych z wyższych szczebli, snobistyczną konkurencję kilkufazową oferuje sama La Scala:

Faza I: zdobyć bilet na inaugurację sezonu (W tym roku premiera opery Tristan i Izolda Wagnera odbyła się 7 grudnia, we Włoszech biletów właściwie nie było, na zachodnich portalach chodziły w cenie około 740 dolarów.)

Faza II: przeżyć wejście do teatru i nie dostać w futro jajkiem (Tradycyjne manifestacje obrońców praw zwierząt i antykapitalistów odbyły się i w tym roku, co Pyza widziała na własne oczy.)

Faza III: nie zasnąć w czasie opery i nie przegapić takiego skandalu jak w zeszłym roku (Kiedy to w czasie Aidy wygwizdali Radamesa, który następnie obraził się i zszedł ze sceny. Potem na placu teatralnym dał koncert żeby udowodnić, że jednak umie śpiewać. :)

Faza IV: bezpiecznie wrócić do domu (patrz Faza II)

Tym sposobem, brakuje nam tyko jednej, arcyważnej do tego, konkurencji. Co gorsza, nie wiem, do kogo z pretensjami powinnami się udać. List z reklamacją do burmistrza wysłać? Do Babo Natale? Do św. Ambrożego, patrona Mediolanu? Zadzwonić w w tej sprawie do premiera Prodiego? A może do Bendykta?

No bo sprawa jest poważna!

No bo co to za święta bez śniegu?!!!

 

źródło zdjęcia: http://crazyphoto.iobloggo.com/

 

13:59, latajaca_pyza , Italia
Link Komentarze (33) »
wtorek, 04 grudnia 2007

Mam ostatnio problem z kinem azjatyckim. Nie wiem, czy to kwestia odmiennej kultury, innego sposobu myślenia czy form ekspresji. Dziwi mnie to tym bardziej, że dotychczas kino chińskie reprezentowane (dla mnie) przez Wong Kar Waia powalało mnie swym artyzmem i liryką. Jednak ostatnio obejrzane przeze mnie obrazy Still Life chińskiego reżysera Jia Zhang-Ke i Time Koreańczyka Kim Ki Duka pozostawiły we mnie sporo niezrozumienia i wątpliwości. Filmy są na pozór zupełnie odmienne i bez wspólnego mianownika: Still Life bardzo nostalgiczny i liryczny, Time histeryczny i malowniczy. Zasiały we mnie jednak to samo uczucie głębokiego rozdarcia i chaosu.

To jednak nic w porównaniu z moją konsternacją, jaka towarzyszyła mi w czasie oglądania chińskiego filmu La guerra dei fiori rossi (Little Red Flowers, polskiego tytułu nie znalazłam) autorstwa Zhang Yuana. Akcja filmu toczy się w chińskim przedszkolu, które tak naprawdę przypomina więzienie. Tytułowa wojna między dziećmi toczy się o czerwone kwiatuszki przyznawane za dobre sprawowanie. Mam wrażenie, że cały film to wielka metafora chińskiego reżimu, który tłamsi kreatywność, wolność i indywidualność. Tak bowiem zachowują się wychowaczynie przypominające policjantów, pilnują, wystawiają na pośmiewisko i straszą a dzieciom kojarzą sie z potworami. Przedszkole to zamknięty obiekt, z którego nie da się uciec i prawie nikt oprócz dygnitarzy nie ma tam wstępu.

Wymowa filmu odczytanego jako metafora reżimu jest oczywista. Moja konsternacja wynika z moich przemyśleń dotyczących samego przedszkola w tym filmie i tego z moich wspomnień.

Tak naprawdę nie umiem powiedzieć czy dzieci w filmowej instytucji są krzywdzone czy nie. Czy wychowaczynie przekraczają granice czy tylko mi się tak wydaje? Gniecie mnie w środku uczucie niesprawiedliwości i krzywdy dotykające dzieci w tej instytucji. Ale czy to uzasadnione? Jaka bowiem jest rola przedszkola? Ma być przedłużeniem dzieciństwa, miejscem radosnych i beztroskich pląsów z elementami nauki? A może wstępem do brutalnego życia, pierwszą lekcją dyscypliny, zasad i rywalizacji? Może świat biegnie w takim tempie, że dzieciaki należy od malutkiego przyzwyczajać do tego, że świat nie jest dobry.

Sama mam dość dobre wspomnienia z przedszkola. Grałam na trójkącie, tańczyłam z grubym Maćkiem i zajadałam się bułkami z pomidorem. :) Do dziś jednak pamiętam koleżankę, która każdego ranka wpadała w histerię i płacz bo nie chciała zostać na cały dzień bez babci. Czy działa się jej krzywda? Czy powinna była zostać w domu? Czy popełniono błąd a jej zadano psychiczny uraz? Ona tego miejsca nienawidziła i się go bała.

Mój jedyny uraz przedszkolny to książka Bracia Lwie Serce, którą nam czytały wychowawczynie. Koszmarnie bałam się tej historii, śniła mi się po nocach. Czy dzieciom powinno się obowiadać baśnie o smokach, potworach i baba jagach? Czy w ten sposób uczy się maluchy prawdy o świecie? Czy bajki o pieknym świecie byłyby zbyt nudne? Te koszmary gdzieś w nas przecież zostają...

14:59, latajaca_pyza , Filmy
Link Komentarze (21) »