Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
piątek, 19 grudnia 2008

 
Dare to look foolish; the real fools are those who never attempt anything.
Dare to make mistakes; they are the best teachers you will ever know. 
Dare to take action; there's a risk you may fail, yet if you take no action failure is a certainty.
Dare to be fully alive.
Dare to speak your mind. 
Dare to enjoy the beauty of the world. 
Dare to make a difference. 
Dare to love. 
Dare to be the person you know you can be. 
Dare to do what is right rather than what is convenient or expedient. 
You're here, with this magnificent day available to you.
Dare to make it the best you can.

 
 
 


 
 
 
Wyjeżdżam w niedzielę i czuję, że już nie znajdę wolnej chwili, żeby życzyć Wam Wesołych Świąt. :)  Te życzenia na właściwie każdy dzień roku znalazłam na jednym z moim ulubionych blogów Una Bella Vita. Wiem, są po angielsku, ale nie mam ostatnio głowy do słów, a te wyrażają wszystko, czego chciałabym Wam życzyć: odwagi w walce o siebie (w każdym tego słowa znaczeniu) i o swoich najbliższych. Ściskam Was wszystkich bardzo mocno. :)
 
16:29, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 15 grudnia 2008

Do zachwytów nad Klasą Laurenta Canteta podchodziłam ze sporą rezerwą. W końcu wątek problemów nauczycieli z trudną młodzieżą był już w kinie wałkowany nie raz, żeby wspomnieć jedynie Stowarzyszenie umarłych poetów czy  Młodych gniewnych. Wydawało się, że w tym temacie trudno o świeże spojrzenie i uniknięcie banalnego zakończenia.  Jednak Cantet postawił punkt ciężkości w zupełnie  innym miejscu, nadał klasie zupełnie inny wymiar. To nie tylko historia młodych, zbuntowanych emigrantów, z którymi próbuje rozmawiać nauczyciel francuskiego. To obraz multikulturowego społeczeństwa, w którym największym problemem okazuje się język i wzajemne zrozumienie.

Co ciekawe, to  paradokumentalna historia, która nie wychodzi poza mury szkoły. Czternastoletnich bohaterów, którzy w większości pochodzą z Afryki i Azji,  poznajemy wyłącznie na podstawie ich wypowiedzi w czasie lekcji i spotkań z nauczycielami. O ich  sytuacji rodzinnej czy problemach osobistych dowiadujemy się ze strzępów rozmów. Śledzimy kolejne lekcje francuskiego, konferencje nauczycieli, zebrania z rodzicami. Cały czas uczestniczymy w rozmowach, naradach, dyskusjach i kłótniach,  z których składa się film. François - nauczyciel francuskiego (gra tu samego siebie, jest autorem książki, na podstawie której powstał scenariusz) cały czas usiłuje dogadać się z uczniami, którzy negują wszystko, co mówi. Mają własne zdanie na każdy temat, bez przerwy zadają pytania, krytykują, prowokują. Nauczyciel nie zbywa ich belferskimi odzywkami, ale odpowiada na pytania. Zastanawia się na odpowiedziami, przyznaje się do błędów, prowadzi dialog, który czasami odwraca się przeciwko niemu. Często nawet ironizuje, prowokując młodzież do potyczek słownych. Zarówno sobie jak i im daje prawo do ataku i obrony. W takich filmach młodzież najczęściej czyta wielkie teksty, które kształtują ich osobowości (np. Walden Thoreau). Tymczasem w Klasie młodzi studiują gramatykę. Nauczyciel wskazuje niuanse języka, jak taka czy inna forma gramatyczna zmienia wydźwięk tego, co chcą powiedzieć. Non stop poprawia ich kolokwializmy, uczy poprawnego wyrażania się i tłumaczy, czym jest intuicja językowa. Dla części dzieciaków francuski to drugi język, którym ich rodzice nie władają. Domyślam się, że wielu z nich mówi z akcentem, czego jednak we włoskiej wersji nie oddano (dawno mnie tak nie frustrował dubbing, jak właśnie w tym filmie, gdzie tak ważny jest koloryt języka i umiejętności językowe bohaterów).

I właśnie z tych językowych nieporozumień  rodzą się problemy między François i jego klasą. W czasie konferencji, na której obecne są przedstawicielki klasy, François określa  pochodzącego z Mali Soulaymana jako ograniczonego naukowo. Dziewczynki jednak zapamiętują jedynie, że naczyciel nazwał ich kolegę ograniczonym i  przekazują to dalej. Tak rozpoczyna się konflikt, który ma mało optymistyczne zakończenie. Problem Soulaymana wychodzi jednak daleko poza problemy lingwistyczne. Jest przykładem niedostosowania jednostki do życia w demokratycznym, multietnicznym społeczeństwie. Chłopak kieruje się własnymi zasadami i chorą godnością, która dyktuje mu opaczną interpretację tego, co mówi nauczyciel. To  problem multikulturowego społeczeństwa o różnorodnych religiach, kodeksach wartości i postępowania. W takiej społeczności trzeba umieć nastawić się na otwartość i wzajemne zrozumienie bardziej niż w grupach homogenicznych. A podstawą porozumienia jest wspólny język.

To może moja nadinterpretacja, ale zauważyłam, że większość rozmów w filmie odbywa się przy otwartych drzwiach: kiedy François ląduje na dywaniku u dyrektora, czy kiedy rozmawia po lekcji z krnąbrną uczennicą. Nawet zebranie nauczycieli, którzy oceniają postępy uczniów jest dostępne dla przedstawicieli klasy. Niekończące się rozmowy, narady i głosowania odbywają się w demokratycznej atmosferze pełnej otwartości. Każdy ma prawo do wypowiedzi.  Trzeba jednak umieć z  niego korzystać. A film pokazuje, że to wcale nie jest takie proste.

 

piątek, 12 grudnia 2008
Pomyślałam o stworzeniu tego wpisu kilka tygodni temu, kiedy siedziałam w poczekalni Włoskiej Ligii do Walki z Nowotworami (LILT). Czekałam na rutynowe badanie piersi. Byłam tam po raz pierwszy i od wejścia uderzyła mnie niezwykła atmosfera tego miejsca: takie miasto kobiet w kilku pomieszczeniach. Przemiłe, uśmiechnięte panie w rejestracji, starsza pani, która częstowała je wyciągniętymi z torebki cukierkami. Ale też przejęta kobieta po 40, która wyszła z gabinetu ze skierowaniem na dalsze badania. Poczułam, że wreszcie znalazłam miejsce, gdzie bezinteresowanie (wizyty są bezpłatne, choć datki miło widziane) i profesjonalnie dba się o zdrowie kobiet. Broszurki, ankiety, wykaz obowiązkowych badań otrzymuje każda pacjentka.

To miejsce okazało się dla mnie ważne bo ciągle szukam swojego ginekologa we Włoszech. Jestem pod tym względem strasznie krytyczna i nie wracam do tych, którzy nie wzbudzają we mnie zaufania, którzy nie zadają mi konkretnych pytań, którzy się mną nie interesują. Kiedyś w Twoim Stylu przeczytałam radę, że jeżeli ginekolog nie bada ci piersi, należy zwiewać od niego, gdzie pieprz rośnie. Niestety niewielu lekarzy robi to z własnej inicjatywy. Ten sam magazyn przyznawał dobrym lekarzom certyfikaty z różową wstążeczką. Ale i ten klucz okazał się dla mnie nieskuteczny. Lekarz mojej mamy, który dostał tę nagrodę, okazał się największym konowałem pod słońcem i jeżeli kiedyś go spotkam, to nie ręczę za siebie. Czym Wy  kierujecie się przy wyborze lekarza?

Mam obsesję na punkcie nowotworów kobiecych. Z jednej strony powtarzałabym badania co kilka miesięcy, a z drugiej boję się ich panicznie. Nie ufam sobie, nie ufam lekarzom. W tym roku oczekiwanie na wyniki to była męka. Najchętniej wszelkie badania wykonywałabym u dwóch lekarzy, w dwóch różnych laboratoriach. Po kilku latach takich fanaberii, teraz robię je po prostu regularnie, raz w roku: cytologia i usg ginekologiczne, co miesiąc badanie piersi. W instytucie LILT miałam profesjonalne badanie palpacyjne, które podobno wystarcza. Dopiero w razie najmniejszych podejrzeń wysyłają na dalsze badania. Postanowiłam jednak, że  w najbliższym czasie zrobię sobie USG. 

Kilka dni temu dowiedziałam się, że znajoma blogerka jest chora. Jest wspaniałą, mądrą, młodą kobietą. Choroba dzięki regularnie wykonywanym badaniom została wykryta na czas. Pomyślałam, że to znak, żeby jednak o tym napisać. Wierzę, że większość z Was dba o swoje zdrowie i bada się regularnie. Ale upewnijcie się, czy robią to również Wasze mamy, siostry, przyjaciółki. Namówcie swoje  czytelniczki na zrobienie cytologii i usg piersi.
 
Jutro mijają trzy lata, od kiedy zabrakło mojej Mamy. Nie piszę tego, żeby zakończyć ten wpis pompatycznym akcentem. Piszę to po to, żeby postraszyć obiboki. Nie dajcie się baby.
20:14, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (20) »
wtorek, 02 grudnia 2008
Pamiętacie odznaki wzorowego ucznia (kto miał, to miał ;), Misia Uszatka  z oklapniętym uszkiem i zespół Modern Talking? Jeżeli tak, to znaczy, że jesteśmy w podobnym wieku i tak samo jak mnie wzruszy(ł) Was ten teledysk: Born in da PRL - grupy Snake Charmers:

 

 

Co Wam zostało w głowach z dzieciństwa w PRL-u? Ja pamiętam, że nauczycielka w szkole podstawowej zlecała  najlepszym uczniom (czyli również rezolutnej Pyzie) tajne misje. Zamiast świecić przykładem na lekcjach, wystawaliśmy w długaśnych kolejkach po ziarnistą kawę i szorstki papier toaletowy. Ależ mieliśmy z tego radochę! Sklepy świeciły pustkami, ale czasami pojawiało się w Społem takie kakaowe mleko  w malutkich, szklanych butelkach.  Do dziś pamiętam jego smak. I to zielone szkło. A świeże  mleko podstawiane każdego ranka pod drzwi? Co to był za luksus! Uwielbiałam trudno dostępną oranżadę w woreczkach (z rureczką!), watę cukrową i gumy Donaldy. Namiętnie zbierałam opakowania po czekoladach i zagranicznych słodyczach. Miałam wielką kolekcję opakowań z Milki, choć po raz pierwszy spróbowałam jej dużo później.

Pamiętam sąsiada, który miał syrenkę i wszyscy się z niego wyśmiewali. Pamiętam też, że moja najlepsza przyjaciółka miała magnetofon Kasprzaka a ja  taki malutki Emilia. Zdobyła go dla mnie moja Babcia, czego do końca życia jej nie zapomnę. Jakimś cudem kupiła nawet  kilka kaset magnetofonowych, na które nagrywałam w kółko kawałki utworów z  Trójki.  Czego tam nie było?! Sandra, Samantha Fox, Europe, Kim Wilde i oczywiście Modern Talking!
Jakoś złych rzeczy związanych z polityką nie pamiętam, może starano się je przede mną ukrywać. Pamiętam,  że Tata zakazał mi pewnego wieczoru obejrzeć koncert Republiki. Pewnie po prostu było późno, ale przez całe lata ich muzyka kojarzyła się mi z czymś zakazanym i niezrozumiałym. Co innego Lady Pank! I Krzysiu Antkowiak. A Puszek Okruszek Natalii Kukulskiej? I Akademia Pana Kleksa - moje pierwsze przeżycia kinowe. Nie pamiętam poranka, w którym zamiast Teleranka pojawił się w telewizji Jaruzelski, ale wszystkie programy dla dzieci pamiętam wybitnie. Moje ukochane Tik Taki i ciocię Klocię, piątki z  Pankracym czy porannych Przybyszy z Matplanety. I   sobotnie 5-10-15! A Domowe Przedszkole?! Patrzcie, co wygrzebałam:
Uwierzycie, że ja ciągle pamiętam słowa tych piosenek?

Mylą się mi trochę lata i kolejność wydarzeń. Ważne jednak, żeby pamiętać jak najwięcej. Pomożecie? Przypomnicie coś jeszcze?
22:13, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (54) »