Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
czwartek, 30 grudnia 2010

Ile razy w tym roku odkrywaliście Amerykę, byliście pozytywnie zaskakiwani niepozornymi okładkami książek, które otwierały nowe światy, prosto brzmiącymi nazwami dań, pod którymi kryło się niebo w gębie albo newsami, o których wszyscy już dawno wiedzieli? A ile razy zdarzyło się Wam odkryć rzeczy, które dla innych były codziennością, a dla Was okazały się zupełnie nowym lądem?  Jakie były Wasze Ameryki w tym roku?

Zacznę ja - oto moje małe odkrycia mijającego roku:

Róża - klasyczna,  dla wielu wręcz mdła i kojarząca  się ze starszymi paniami, okazała się moim przebojem roku. A dokładnie mówiąc różany smak i zapach w postaci perfum, naparów do picia, toniku do twarzy, wody różanej w słodyczach, lodów o smaku róży itd.  Kocham je wszystkie, bez różnicy.

Marynarki -  pojawiły się w mojej szafie po raz pierwszy od czasów tego czegoś przypominającego żakiet co kupiłam lata temu na egzamin maturalny. Nagle okazało się, że wystarczy znaleźć odpowiedni fason (a jest ich bez liku), żeby wyglądać w nich po ludzku.

Comptoir des Cotonniers - jak już jesteśmy przy ciuchach, to ta francuska marka, której nazwę jeszcze uczę się wymawiać, zrobiła furrorę w mojej szafie i trochę mniejszą w portfelu. Tu kupiłam moją ulubioną pasiastą koszulkę i wielką kurtkę, która chroni mnie przed tegorocznymi mrozami. J’adore.

Current TV - kanał telewizyjny założony przez Al Gora, który specjalizuje się w filmach dokumentalnych odsłaniających kulisy światowej polityki i przybliżających problemy społeczne i ekologiczne. Jego włoska wersja idzie zdecydowanie pod prąd zalewającej nas tandecie telewizyjnej.

Risotto alla trevisana e scamorza - czyli zestaw doskonały, który mogłabym jeść bez końca. Raz, że pokochałam włoskie risotta, a dwa, że trevisana i scamorza, czyli  czerwona cykoria i ser wędzony, to para idealna. Od żołądka do serca, jak to mówią.

Teterie w Grenadzie - bajkowe w wyglądzie, czarujące zapachami, zapraszające na świeżo zaparzoną marokańską herbatę i orientalne słodycze nawet przy 45 stopniach.  Zdecydowanie czuję miętę do takich miejsc.

Alterkino.org - dość kontrowersyjny serwis internetowy poświęcony alternatywnym filmom. Nie wszystko musi się podobać, ale zdecydowanie warto tam zaglądać w poszukiwaniu inspiracji i kinowych alternatyw.

The Strokes - do niedawna znałam tylko nazwę, której nie łączyłam z żadnymi konkretnymi dźwiękami. Jakoś bardzo wyrafinowanej Ameryki nie odkryłam, ale dobrze się mi ich słucha. Szczególnie You Only Live Once. Najlepiej w kółko.

Bazylia w doniczce - odkryłam, jak zrobić aby sadzonki bazylii kupowane chociażby w supermarketach przeżywały dłużej niż kilka tygodni. Otóż po latach eksperymentów z podlewaniem i nasłonecznianiem wywnioskowałam, drodzy przyjaciele ogrodnicy, że bazylii trzeba po prostu zapewnić  dużo większą doniczkę! Wtedy zaczyna kwitnąć jak szalony, odporny na wszystko perz (z całą sympatią dla perzu). Tak, tak, już mi zaproponowano napisanie książki ogrodniczej. Tytuł pierwszego rozdziału będzie brzmiał Wzrokiem Bazyliiszka, a drugiego Pomięte marzenia.

 

W Nowym Roku życzę Wam, drodzy czytelnicy, odkrycia wielu Nowych Światów. I pamiętajcie, że nie szkodzi, że ktoś tam dotarł już przed Wami. Ważne, że dotarliście i Wy. Szczęśliwej podróży!

 

PS O dacie wydania książki ogrodniczej i spotkaniach autorskich będę informować na bieżąco.

22:44, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (15) »
sobota, 11 grudnia 2010

Film zaczyna się niewinnie - ot, młoda matka z synem Akirą właśnie wprowadziła się do nowego mieszkania i przedstawia się sąsiadom. Chwilę później następuje komiczny moment zaskoczenia - z walizek, które nowi mieszkańcy z wysiłkiem wnoszą do domu, wśród tłumionych chichotów wyskakuje kilkuletni chłopczyk i jego młodsza siostrzyczka.  Wieczorem cichaczem pojawia się jeszcze jedna dziewczynka. Zaczynamy się przyglądać tej tajemniczej rodzinie. Poznajemy motywy, dla których  trójka młodszych dzieci się ukrywa, dlaczego nie chodzą do szkoły ani nawet nie mogą wyjść pobawić się przed domem. Nie wyglądają jednak na nieszczęśliwe, radośnie witają mamę, która wraca z pracy późnymi wieczorami, czekają na nią z kolacją i odrobionymi ćwiczeniami. W miarę jak poznajemy tę nietuzinkową rodzinę, układanka zaczyna się jednak burzyć. Niewinna i lekka  historia zaczyna nabierać zupełnie innych barw...

 

 

Film Hirokazu Kore-edy, doskonale znanego miłośnikom japońskiego kina, powstał na podstawie prawdziwej historii, której główne wydarzenia miały miejsce w Tokio w 1988 roku.  Ekranowa wersja jest jednak znacznie złagodzona i pomija niektóre, mocne wątki. Reżyser świadomie odrzuca sensacyjność tych zdarzeń, skupiając się na dzieciach, a przede wszystkim na najstarszym synu, któremu przypada szczególna rola w tej historii. Podglądamy jego dojrzałość i poczucie odpowiedzialności za rodzeństwo, ale równocześnie poznajemy go jako nastolatka, który che przebywać z rówieśnikami, być taki jak oni. Świat dzieci potrafi być jednak brutalny i bezkompromisowy: albo grasz według naszych reguł albo jesteś sam. Widzimy to na przykładzie Akiry i jego kolegów, ale również ich koleżanki, która zaprzyjaźnia się z rodziną.  Wewnętrzne rozterki dzieci, a przede wszystkim Akiry, pokazane są niezwykle subtelnie, bez zbytecznych gestów, słów czy podnoszenia głosu. Nie bez powodu Yûya Yagira odebrał nagrodę za najlepszą rolę męską na festiwalu w Cannes.

 

 

Ta historia to metafora japońskiego społeczeństwa, którą łatwo jednak przypisać wszystkim nowoczesnym krajom. Nobody knows, nikt nie wie, co się dzieje w tym niewielkim mieszkaniu ponieważ zamknięci na swoich metrach kwadratowych, zajęci własnymi sprawami i w imię poszanowania prywatności nie zaglądamy do sąsiadów obok. To obraz o byciu samotnym i wyalienowanym w przepełnionym ludźmi mieście, o społecznej obojętności, przerażającym braku solidarności. Standardem jest być niewidocznym, nie wchodzić sobie w drogę, co sugerują już pierwsze minuty filmu, kiedy matko Akiro przedstawia syna sąsiadom: na pewno nie będzie nikomu przeszkadzać, zapewnia. Należy żyć tak, aby nikt nie wiedział, że tu jesteśmy. Wyróżnianie się, proszenie o pomoc może przynieść tylko negatywne skutki. Nie bez przyczyny pewnie jedyną osobą, która w filmie pomaga rodzinie jest niepełnosprawna dziewczyna pracująca w supermarkecie.  Jej niepełnosprawność, inność, empatia i wrażliwość odróżnia ją od pełnosprawnego, zimnego, obojętnego społeczeństwa. Kore-eda krytykuje nowoczesne społeczeństwa i  przypomina ważne pytania o poczucie odpowiedzialności - tej rodzicielskiej, braterskiej, obywatelskiej, które we współczesnym świecie zupełnie straciły znaczenie.

 

 

Ta historia ma wielki melodramatyczny potencjał, ale w najmniejszy sposób o tani  melodramat się nie ociera. Scena, w której mała, przeszczęśliwa Yuki wychodzi z domu w dniu urodzin w piszczących sandałkach nie przyprawia o łzy, ale  porusza na tyle, że zapamiętamy ją na długo. Kore-eda genialnie buduje emocje w tym filmie. Przedstawia sceny, jakby były najnormalniejsze w świecie i widz dopiero po chwili łapie się na tym, że przecież to, co widzi normalne nie jest. Reżyser prowadzi opowieść w bardzo oszczędny, subtelny i wyważony sposób, nie posiłkuje się  tanimi zabiegi aby podkreślić dramatyzm tej historii.  Nie musi tego robić bo jego metoda działa jeszcze lepiej.

Nobody knows (w polskiej wersji Dziecięcy świat) to  jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w tym roku (nie jest to jednak film nowy - pochodzi sprzed 5 lat). Może jest trochę za długi, czasami jednak warto zwolnić nasz codzienny pęd. Takiemu artyście jak  Hirokazu Kore-eda zdecydowanie warto poświęcić swój czas.

 

 

czwartek, 02 grudnia 2010

 

 

Filmy nakręcone na podstawie powieści zawsze rozczarowują rozbieżnością  wyobrażeń czytelnika i wizji reżysera. Historie zostają pozbawione naszych ulubionych smaczków i ważnych dla nas wątków, aktorzy w niczym nie przypominają naszych bohaterów, wszystko zgrzyta i  denerwuje. Tego samego spodziewałam się po adaptacji ekranowej Samotności liczb pierwszych Paolo Giordano, ale mimo wszystko bardzo chciałam zobaczyć ten film ze względu na reżysera. Saverio Costanzo to młody włoski twórca, który przed Samotnością nakręcił zaledwie dwa filmy fabularne, ale już swoim pierwszym dziełem, bardzo intymną historią o palestyńskiej rodzinie zatytułowanym Private podbił moje serce. Jego spotkanie z prozą Paolo Giordano zaintrygowało mnie od chwili, kiedy o nim usłyszałam. Nic dziwnego więc, że jak tylko film pojawił się we wrześniu we włoskich kinach, ruszyłam na konfrontację.

Tym, którzy nie mieli okazji czytać powieści ani mojego wpisu o niej, śpieszę wyjaśnić, że książka to historia Mattii i Alice, którzy po traumach przeżytych w dzieciństwie wyrastają na wyalienowanych i zagubionych ludzi. Choć łączy ich wieloletnia przyjaźń, nie potrafią się do siebie zbliżyć. Przypominają liczby pierwsze, które choć bliskie sobie, nigdy nie spotkają się w jednym szeregu ramię w ramię.

Samotność liczb pierwszych to pierwsza adaptacja filmowa, która mnie nie rozczarowała. Owszem, jest zupełnie inna niż książka, inna niż wyobrażenia, jakie o niej miałam, ale nie zgrzyta.  Film  jest bardzo autorską interpretacją reżysera, który inteligentnie ingeruje w scenariusz (napisany wspólnie z autorem książki), zupełnie wywracając do góry nogami charakter i atmosferę tej historii. Powieść napisana jest bardzo minimalistycznym, precyzyjnym językiem, bije od niej chłód i melancholia. Film za to kipi  pop-rockową muzyką z lat 80,  zdecydowanymi, mrocznymi barwami, mocnymi emocjami. Miejscami manierą przypomina wręcz sentymentalny horror z muzyką, która sugeruje mrożące krew sceny (zerknijcie na zwiastun filmu). Ta formuła nieźle się sprawdza podkreślając dramatyczne przeżycia bohaterów, ale przede wszystkim kotłujące się w nich emocje, przeżyte upokorzenia i wyrzuty sumienia, które przez całe życie usiłują ukryć i zapomnieć. Ten kontrast wirującego,  głośnego świata i ich zagubionych, jakby zastygłych w czasie sylwetek, uderza przez cały film i zapada w pamięć.

Costanzo skupia się w filmie na cielesności bohaterów, która odzwierciedla ich wewnętrzne problemy. Podobnie jak w książce, Alice walczy z anoreksją (Alba Rohwacher, fenomenalna włoska aktorka, jest filmie naprawdę przerażająco wychudzona), podczas gdy Mattia, który w dzieciństwie kaleczył ciało nożem,  z wiekiem coraz bardziej przybiera na wadze (brak tego motywu w powieści).  Ten prosty zabieg pokazuje jak tych dwoje zamiast przybliżać się do siebie, coraz bardziej się od siebie oddala. Przede wszystkim jednak sugeruje, jak bardzo  oboje nienawidzą swojej powłoki, jak źle czują się w swojej skórze, nie akceptują siebie. Próbują uciec od samych siebie.

Film Costanzo to bardzo odważna konfrontacja z bestsellerową we Włoszech powieścią, konfrontacja, która większość widzów solidnie rozczarowała. Mnie ten obraz również miejscami irytował intensywnością,  zbyt głośną muzyką, pustymi dialogami, brakiem chronologii, swoistym chaosem i krzykliwością.  Ale przyznam, że ta adaptacja również zupełnie mnie zaskoczyła i zelektryzowała.  Zachwyciła mnie stroną wizualną. Zmiany w scenariuszu  przesunęły w tej historii akcenty, wydobywając dodatkową dramaturgię, przekaz powieści jednak się nie zmienił. Liczb pierwszych jest nieskończenie dużo.  Świadomość, że nie jesteśmy jedyni, wzmacnia, ale nie pomaga zbliżyć się do innych.