Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
niedziela, 11 grudnia 2011

Spośród wystaw, które widziałam w ostatnich tygodniach, ta poświęcona fotografiom Roberta Mapplethorpe'a interesowała mnie najmniej, ba, wybrałam się na nią głównie z nadmiaru wolnego czasu. A jednak to jego twórczość, a nie obrazy Cezanne'a czy instalacje Pipilotti Rist w starym mediolańskim kinie Manzoni poruszyły mnie najbardziej.



Robert Mapplethorpe, kolejny kuglarz z artystycznego światka Nowego Jorku lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych,  kółka wzajemnej adoracji i insipiracji epatującego głównie kiczem, swobodą seksualną i kreacyjną.  Tak początkowo miałam zaszufladkowanego Mapplethorpe'a oglądając jego polaroidowe autoportety pełne erotycznych gadżetów.



 

Z czarno-białych zdjęć powoli wyłania się portet nieodrodnego dziecka kultury pop poszukującego jednak doskonałych form, idealnych kompozycji, klasycznej prostoty i estetycznego minimalizmu. Portert artysty równocześnie wspólczesnego, świetnie wpisującego się w otaczajacy go świat i niewspółczesnego, hołdującemu klasycznej rzeźbie. No właśnie, Mapplethorpe widział fotografię jako współczesną formę rzeźby, szybszą w realizacji, choć niekoniecznie prostszą w osiąganiu oczekiwanego rezultatu. Niezależnie od tego, czy fotografował męskie ciało, kwiaty czy dzieci skupiał się na kompozycji, doskonałości formy i najdrobniejszych szczegółach. W niepowtarzalny sposób udawało się mu łączyć homoerotyzm graniczący z pornografią (o co często był oskarżany w Stanach Zjednoczonych) z czystością i klasyką form.



 

Wystawa w Mediolanie (galeria Spazio Forma) zgromadziła prawie 200 fotografii, w tym słynne portety Andy Warhola i Patty Smith. Przygotowana z dbałością o najmniejszy detal, prosta i minimalistyczna w formie idealnie oddaje duch twórczości Mapplethorpe'a. Bravi!