Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
niedziela, 20 marca 2011

Trypolis, Benghazi, Cyrenajka, Zawia, Brega, nazwy libijskich miast, które ostatnio zajmują czołówki gazet, we mnie przywołują szczególne wspomnienia. Libia dla mnie to  nie szalony dyktator, który zawarł pakt nieśmiertelności z diabłem ani nie gniazdo terrorystów, którzy zrzucili samolot Pan Amu nad Lockerbie, ale piękny, choć krótki, okres mojego dzieciństwa, który po prawie 20 latach ciągle jest niezwykle żywy w mojej pamięci.

Libia kojarzy się mi z bezkresnymi plażami, które były tak szerokie, że czasami aby dotrzec do morza trzeba było brnąć przez parzący w stopy piasek dobrych kilkanaście minut. Na plażach libijskie rodziny rozkładały gigantyczne namioty, w piątki mężyczyźni piekli barany, a kobiety  wchodziły do morza w długich galabijach (choć to raczej męskie nakrycie) przypominając nadmuchane balony unoszące się nad taflą wzburzonej wody. Często obserwowaliśmy ich ukradkiem z daleka, wycierając słoną wodę z pokrytych gęsią skórką ramion i podjadając schłodzonego w morzu arbuza. Piątki były dniem wolnym również dla nas.

Libia kojarzy się mi z dziewiczo pięknymi miejscami, które sprawiały, że czułeś się jak odkrywca, jak pierwsza osoba na świecie, która do nich dotarła. Bo jak inaczej można było się czuć spacerując po rzymskiej Cyrenajce i znajdując w czerwonym piachu fragmenty mozaiek czy zdobień dzbanów.  Albo pływając w krystalicznej wodzie zatoczki ukrytej godzinnym marszem przez wadi pełne oleandrów i dostrzegając na dnie stare naczynia?

Libia to  dla mnie intensywne smaki i zapachy,  które zamieszkały w moich nozdrzach już na zawsze. Chociażby prosty zapach i smak świeżej hobzy prosto z małego okna piekarni, przed którym ustawiały się w kolejce wszystkie dzieci, podczas gdy ich rodzice czekali w samochodach. Zazwyczaj, kiedy dojeżdżaliśmy do domu, reklamówki, w które pakowano pieczywo, świeciły już jedynie okruszkami.  Albo cudowne lodziarnie, które serwowały wtedy lody w smakach, o których w Polsce nikomu się jeszcze nie śniło. Nie mówiąc nawet o najsłodszych słodyczach na świecie pełnych orzechów, miodu i rodzynek, takich jak kunafa czy baklava. Albo egzotyczne, wiercące w nosach mieszanki zapachów dojrzałych owoców i przypraw na lokalnym suku w Benghazi, który odwiedzaliśmy regularnie. Punktem obowiązkowym tych wizyt były sklepiki wypełnione po sufit orientalnymi zwojami, spośród których moja Mama zawsze wybierała kilka nowych, barwnych materiałów zabawnie targując się przy tym ze sprzedającym. Pamiętam też, że w pobliżu wejścia na suk mijaliśmy zawsze kawiarenkę, w której starsi panowie palili tajemnicze fajki wodne. Zawsze z trudem odwracałam od nich wzrok. 

Libia to też dla mnie oszałamiająca pustynia, na którą kiedyś chciałabym wrócić, to międzynarodowa szkoła, która ukształtowała mnie na całe życie, to niezrozumiałe wtedy widoki kobiet wożonych na pace wraz z baranami. W mojej głowie są też przedziwne posterunki policji, które zatrzymywały zagranicznych kierowców tylko po to, żeby sprawdzić, czy nie kierują  samochodem w zakazanych sandałach, jest też współpracownik Ali, który chciał kupić za żonę moją koleżankę, jest przerażające więzienie w postaci gigantycznego muru, który mijałam w drodze do szkoły. Libia to też nasz przyjaciel Kalinka, który przygotowywał dla nas tradycyjne przysmaki i któremu usiłowałam kiedyś wytłumaczyć, co to jest kałuża. Pamiętam też jak dziś kolorowe arabskie wesela,  pomalowane na zielono szkoły,  naszego kameleona Kamila, który potrafił zlać się z każdym tłem. Libia z mojego dzieciństwa to w końcu farbiąca usta na pomarańczowo lokalna Fanta, małpka mieszkająca na balkonie domu, który zawsze mijaliśmy w drodze do kościoła,  czerwona ziemia, w której z trudem coś rosło, to najnudniejsza na świecie telewizja, to pustynne gibli, które wpychało się w każdy kąt, to bezcenne  wspomnienia i doświadczenia...

Libia to też dla mnie Benghazi, w którym mieszkałam przez dwa lata, które mam bardzo głęboko w sercu, a które dziś przeżywa wielkie rozterki. Miałam wtedy raptem 11 lat, ale już wtedy doskonale wiedziałam, kim był Kaddafi. Mam nadzieję, że jego czas właśnie dobiega końca, in šāʾ Allāh!


Ten wpis dedykuję mojemu Tacie, który z ogromną troską śledzi  to, co się dzieje  aktualnie w Libii,  a który od niedawna dołączył do moich czytelników.

 

Piękna ta pieśń libijskich powstańców, prawda?

 

23:15, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (29) »
piątek, 04 marca 2011

Chińczycy są mistrzami w zamienianiu wielkich problemów w małe, a małych - w brak problemów, jak mówi przysłowie. Ten zmysł przetrwania rozwijali przez tysiąclecia.

Główny bohater Pekińskiej komy, dwudziestoparoletni doktorant jest jednym z  organizatorów studenckich protestów w Pekinie wiosną 1989 roku, które kończą się  tragedią na placu Tian'anmen. Sam Dai Wei  w czasie tych wydarzeń zostaje ranny w głowę i zapada w śpiączkę.  Jego letarg, bezwładne ciało  pełne jednak witalnej woli wybudzenia się ze śpiączki staje się symbolem kondycji całego narodu.

Jesteś spowity w ciało, którego nie widzisz; jestem więźniem w celi, której nie możesz dotknąć.

Powieść przepełnia walka z ogarniającą bezsilnością, syzyfowe próby oparcia się choremu systemowi, który terroryzuje i paraliżuje wszelkie ruchy.  Mamy tu drobiazgowo opisaną historię ruchu studenckiego, który zostaje stłumiony w krwawy i nieludzki sposób.   Mamy walkę Dai Weia o wyjście ze śpiączki,  zabiegi jego matki o uzdrowienie syna, ale też kolejne próby wybudzenia narodu z odrętwienia - ruch Falun Gong czy  działalność Matek Tian'anmen.

Wyobrażasz sobie swoje ciało jako zawisłe w powietrzu, okrążane przez szybujące wspomnienia.

Te ostatnie walczą przede wszystkim o prawdę i o pamięć. Wspomnienia o przeszłości są bowiem głównym orężem walki z reżimem, który zamazuje i przemalowuje karty historii. Są niezbędne aby kolejne pokolenia były w stanie właściwie ocenić teraźniejszość i określić własną tożsamość. Stąd też  tak ważną rolę w historii Dai Weia odgrywa  dziennik jego ojca, który przez 20 lat więziony był w obozach reedukacyjnych i archiwa odnotowujące okrucieństwa rewolucji kulturalnej.  Sam bohater pogrążony w śpiączce walczy o zachowanie najdrobniejszych obrazów z przeszłości. Pamięć jest sposobem na uzdrowienie, na wybudzenie, na wolność.

Jakiś student zawiesił na szyi napis: Głodujący nie będą jeść demokracji z zamrażalnika!

Pekińska koma to jednak również fascynująca historia o młodości, miłości, ideałach, solidarności i przyjaźni. Przybliża nam nie tylko Chiny po rewolucji kulturalnej, ale też kulisy samego ruchu uniwersyteckiego, który w 1989 wyprowadził tysiące studentów na ulice. Wyłania się z nich bardzo uczciwy, myślę, portet młodych, zbuntowanych ludzi, którzy chcieli zmienić świat, ale nie wiedzieli jak się za to zabrać. Brakowało im zdecydowania, konkretnych planów, silnych przywódców. Manifestacjom na placu Tian'anmen towarzyszyły kłótnie o władzę, spory ideologiczne, ciągłe niezdecydowanie co robić i z każdym dniem coraz większy strach...

Powieść Ma Jiana to wymagająca lektura zarówno pod względem merytorycznym jak i emocjonalnym. Przede wszystkim to 700 stron  wielowymiarowej metafory.  Prowadzona dwutorowo historia przeplata kolejne pełne energii, młodości i nadziei dni na placu Tian'anmen  z jednostajnymi, bezsilnymi godzinami spędzonymi w zamknięciu zagraconego pokoju. Oba wątki kończy swoista apokaliptyczna wizja, a początek i koniec książki łączy poetycka klamra. Do tego dziesiątki imion, nazw ruchów studenckich, w których nie sposób się połapać. Zaczęłam nawet robić notatki spisując imiona bohaterów, szukając ich wśród rzeczywistych przywódców z placu Tian'anmen. Obejrzałam setki zdjęć z wiosny 1989 rozpoznając na nich sceny idealnie ilustrujące wydarzenia  opisywane w książce. Być może to pomogło mi przebrnąć przez irytująco drobiazgowe opisy  autora, które  mimo wszystko idealnie odzwierciedlają chaos panujący w tym czasie na placu,  ale też wzmożyło bardzo silne emocje, jakie towarzyszyły mi w czasie czytania tej książki, a przede wszystkim ostatnich stu stron.

Ma Jian stworzył dzieło niezwykłe, sagę młodości, zapis historyczny, poetycką odyseję w jednym. Znakomita książka.


1 maja 1989 - organizatorzy strajku rozmawiają z zagranicznymi dziennikarzami


 

14 maja 1989 - Strajk głodowy studentów na placu Tian'anmen

 

30 maja 1989 - Studenci sztuki przygotowują gigantyczną statuę Bogini Demokracji


6 czerwca 1989

Być może deszcz ustał. Na zewnątrz wszystko wydaje się spokojne. Słychać tylko szelest opon rowerowych, coraz głośniejszy, a potem coraz cichszy.