Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
wtorek, 29 kwietnia 2008
Na lotnisku w Hawanie przywitała nas kubańska służba zdrowia, która na początek zaaplikowała eF zastrzyk w pupę. Zaczęło się więc z impetem ale z ogromną troskliwością i życzliwością. Dotychczas w żadnym innym kraju nie spotkałam tak ciepłych, bezpośrednich i radosnych ludzi. Pielęgniarka, która zaopiekowała się eF na lotnisku, mężczyzna, który podarował mi plastry na obtarte pięty, para, która chciała nas wyciągnąć na lekcję salsy, starszy pan, który zaprosił nas do swojego domu na kawę i stwierdził, że przypominam mu jego żonę bo mam równie duży nos:), nauczycielka w szkole podstawowej, która podarowała mi plakaty Che Guevary i z którą wymieniłam się adresami email, starsza pani, która opowiadała nam po hiszpańsku o swojej miłości do spaghetti... :)Tu ludzie jeszcze patrzą sobie w oczy, kiedy ze sobą rozmawiają. Nie dzwonią komórki, nikt się nie śpieszy, każdy ma czas pogadać, zapalić cygaro, pośmiać się, potańczyć...
 

Tak naprawdę to oczywiście tylko pozory bo te rozmowy z cudzoziemcami kończą się najczęściej prośbą o mydło, koszulkę, czapeczkę, okulary, długopis dla dziecka. Przez cały pobyt po głowie chodził mi tekst Aggny o prawdziwym obliczu Indii, o biedzie, od której odwracają się Europejczycy, o tym, jak należy reagować... Rzecz w tym, że w przypadku Kuby narzędzia do zwalczania biedy schował rząd a pieniądze uczynił bezwartościowymi. Mało kto prosił o gotówkę, choć dzięki pesos convertibiles, którymi dysponują jedynie turyści, można zakupić lepsze rzeczy. Stąd też praca w turystyce jest wyjątkowo pożądana. Ale na co komu pieniądze na wsi, gdzie nie ma sklepów dla obcokrajowców...
 


To, co mnie najbardziej zaszokowało na Kubie, to właśnie turystyczny apartheid, zupełny paradoks w kraju komunistycznym, który ciągle jeszcze hołduje zasadom równości. Osobna dla Kubańczyków i cudzoziemców jest nie tylko waluta, ale także taksówki (dla nas tylko te lepsze), samochody w wypożyczalniach (Kubańczycy nie mają prawa do zakupu nowych samochodów, wyjątki robi się jedynie dla sławnych sportowców), hotele, do których wstęp mają jedynie turyści i obsługa. Przerażające były widoki samochodów i cieżarówek wypchanych do granic możliwości ludźmi, które na drodze wyprzedzane były przez nowoczesne, klimatyzowane autokary z turystami. Wzdłuż trasy stały dziesiątki autostopowiczów wraz z inspektorami w żółtych uniformach, którzy mają za zadanie zatrzymywać państwowe samochody - stąd te wypchane ludźmi ciężarówki wojskowe...
 


Właściwie też się wychowałam w państwie komunistycznym, wiem, co to puste półki sklepowe, reglamentowana żywność, bieda, pozorna równość i brak wolności. A jednak kubański socjalizm ma zupełnie inne barwy. No właśnie, w odróżnieniu od naszej szarości i zimna jest kolorowy, gorący i przez to dla wielu niedostrzegalny. Wielu ludzi przyjeżdża na Kubę, odwiedza kolorową Starą Hawanę, robi fotki samochodom, tańczy salsę, pije mohito, leży na przepięknych plażach i wraca zachwycona krajobrazem, kulturą i kuriozalnym skansenem, jaki stanowią olbrzymie malunki Che Guevary. Dlatego na przekór dziś zamiast kolorowych fotek, których się spodziewaliście, wklejam zdjęcia zwyczajnych ludzi z Hawany i z wiosek, których spotkałam w ciągu tych dni. Mój tata zwrócił mi dopiero uwagę, że wszyscy są smutni. Że nie ma tych zdjęciach tej radosnej, roześmianej, roztańczonej Kuby, o której się tyle słyszy. To prawda, że ona istnieje, ale to tylko gorący wierzchołek góry lodowej. Wielu sytuacjom, ludziom nie zrobiłam zdjęć z szacunku dla nich samych. Oddałam za to kosmetyki, które miałam ze sobą, ubrania, plecak, czapkę z daszkiem. Nie macie pojęcia, jak się można cieszyć otrzymując pudełko kremu kokosowego...
 


Starałam się rozmawiać z ludźmi pomimo barier językowych i tematycznych, patrzeć żeby dojrzeć jak najwięcej w tak krótkim czasie.
Pewnie "łatwiej" byłoby zamieszkać w casas particulares (prywatnych kwaterach), które są popularne wśród ludzi szukających prawdziwej Kuby. Trochę przez brak czasu, a po części przez nieznajomość do końca warunków, na jakich się odbywa takie zakwaterowanie, zdecydowaliśmy się na hotelik, który do złudzenia przypominał socjalistyczny internat. Przynajmniej pod względem kuchni hotel nie ustępował w niczym często jeszcze nielegalnym paladares, które organizowane są w domach. Jedzenie było typowo kubańskie, smaczne ale skromne i mało finezyjne. Przez tydzień jadłam głównie zestaw ryż-fasola-ziemniaki przygotowywane na przeróżne sposoby...
 


Kubański socjalizm jest sztucznie podtrzymywany przy życiu legendą wielkiej rewolucji. U nas nie czuło się tego idealizmu, który towarzyszył komunizmowi na Kubie. Mit Che Guevary bohatera, idealisty, marzyciela, poety i obrońcy biednych jest wszechobecny i nie ma tak komerycjnego charakteru (choć i tu pełno koszulek, widokówek z jego podobizną) jak w Europie. Co mnie zaskoczyło, to to, że w domach nie wiszą podobizny Castro ale właśnie El Che. Tak jakby to właśnie Argentyńczyk postrzegany był jako ostatni idealista na Kubie. Drugim wielkim bohaterem, którego pomniki są w każdym mieście jest José Martí, przedrewolucyjny ideolog i piewca ruchów wyzwoleńczych, niekwestionowana ikona na wyspie. Ciężko ocenić sytuację polityczną na Kubie. Brak wolności słowa i swobód obywatelskich, torturowanie i przetrzymywanie w skrajnie złych warunkach opozycjonistów, nieudolnie kierowana gospodarka to fakty. Z drugiej strony jednak Kuba to dziś już jeden z nielicznych krajów, gdzie służba zdrowia i edukacja są ciągle całkowicie bezpłatne, powszechnie dostępne (miałam wrażenie, że na każdej ulicy jest szkoła podstawowa :) i na wysokim poziomie. Według mnie sam Castro nigdy nie był typem marzyciela, bardziej zdeklarowanym antyimperialistą i przeciwnikiem Stanów Zjednoczonych, które wykreował sobie na wroga numer jeden. Jestem ostatnią osobą, która broni polityki Stanów Zjednoczonych, ale bez sensu jest obarczać Amerykę za niepowodzenia ekonomiczne Kuby (Stany nie nałożyły embarga na żywność i leki, a i tak Coca Coli na Kubie nie uświadczysz :). Winny jest system a przede wszystkim decyzje Castro, który był marionetką komunistycznej Moskwy i na niej budował niezależność gospodarczą Kuby...
 


To nie był wakacyjny wyjazd do tropików choć udało się mi trochę poleżeć na plaży. To była przede wszystkim wielka lekcja historii i kultury. Przeprowadziliśmy dziesiątki dyskusji ale też w milczeniu przeszliśmy pół Hawany. Ten wpis musiał być pierwszy bo jest w nim to, co najważniejsze, co kłębiło się mi w głowie w ostatnich dniach. Następny post będzie już bardziej atrakcyjny, turystyczny i kolorowy. :)
Tagi: Kuba
00:04, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (20) »
piątek, 18 kwietnia 2008

Bardzo chciałam napisać o targach mebli i designu, które ruszają lada dzień w Mediolanie. Problem w tym, że w sobotę, kiedy się zaczynają, wyjeżdżam. Udało się mi jedynie dostać na FuoriSalone, cykl eventów poprzedzających tę imprezę. I wszystko byłoby fajnie, gdybym nie zapomniała aparatu i gdyby wszystko nie kończyło się o 22. W ten sposób nie zobaczyłam nawet połowy ekspozycji i nie zrobiłam żadnych zdjęć. Udało się mi przetestować tylko kilkanaście foteli, krzeseł i, co najlepsze, łóżek relaksujących z ekranami i muzyką kojącą nerwy. Zdjęcia można pooglądać tu ale to wszystko to za mało aby móc się na ten temat wypowiedzieć.

Chciałabym za to napisać o moim szafowaniu, czyli drugim blogu, który większość z Was zna. Ostatnio jego prowadzenie zajmuje mi sporo czasu, potrzebuję więc spisać kilka wniosków i myśli. Ten blog powstał z potrzeby posiadania miejsca, w którym mogłabym sie bawić i rozwijać kreatywnie. Nie umiem malować, rysować, nie znam żadnych technik ani programów graficznych. Wymyśliłam sobie kolaże, które miały być kompozycjami z tego, co miałam pod ręką: ubrań, ulubionych przedmiotów, pięknych widoków. Blog nazwałam Chic&Cheap aby nawiązać do przewrotnej i dowcipnej linii marki Moschino a zmieniając kolejność wyrazów, chciałam się zdystansować od mody, skupić się na zabawie, grze słowem i obrazem. To miał być pure fotoblog, bez słów, opisów, początkowo nawet moich komentarzy - jedynie kompozycje i skojarzenia odbiorcy. Dlatego też początkowo określano blog jako twórczy, co mi okropnie pochlebiało. Nigdy nie inspirowałam do etykietki blog modowy (wiem, że taki wyraz w języku polskim nie istnieje, ale może czas to zmienić? ), nie znam się specjalnie na modzie, nie uważam, że mam do zaproponowania coś więcej. Nie mam przewrócone w głowie i nie mam ambicji tworzenia nowych trendów a jedynie potrzebę kreatywnej zabawy.

Ale w ciągu pół roku strasznie dużo się zmieniło. Nagle tego typu blogi zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. Pojawiła się nowa nomenklatura: blogi modowe, szafiarskie, szafiarki, zakon szafiarek, matka przełożona zakonu, fluidy szafiarskie. Spontanicznie zrodziła się nowa internetowa społeczność, zaczęłyśmy się kontaktować dużo częściej niż dotychczas, stworzyłyśmy zamknięte forum, na którym dzielimy się problemami i przeżyciami związanymi z szafowaniem. A teraz do tego doszedł uzależniający Blip. Na moim blogu kolaże zmieniły formę, doszły opisy ciuchów a ostatnio myślę o wprowadzeniu kolejnych nowości.

Tego typu blogi to dobry trend, sprawia, że dziewczyny niesamowicie się rozwijają, rozszerzają swoją wiedzę nie tylko o modzie, ale również swoje umiejętności techniczne dotyczące obróbki zdjęć, obsługi różnych programów i ich funkcji. Uczę się jak robić zdjęcia. Odkryłam, jak trudno jest pozować, wyluzować się przed obiektywem, jak ciężko jest zrobić dobre zdjęcie żywej istocie. Dzięki zdjęciom dotarło do mnie, że np fatalnie wyglądam w golfach. :) Rozszerzamy swoją wiedzę o internecie, o możliwościach, jakie daje. Odkrywamy nowe strony, inspiracje, pomysły, ludzi, sztukę. To internetowe życie niesamowicie wciąga ale ma też oczywiście minusy takie jak złośliwe trolle czy nieustanne problemy techniczne.
 
Codziennie zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby zamknąć blog i dać sobie trochę luzu. Dopóki to była zabawa, to miało sens. Ostatnio pojawił się wokół Szafiarek szum medialny, chcą o nas pisać portale i gazetki. Dla mnie to zbędne nerwy i dylematy. Udostępniać zdjęcia? Nadstawiać się na dodatkową krytykę i ocenę? Zatracać resztki anonimowści? Przez te dylematy zrezygnowałam m.in. z obecności w słynnym gazetowym artykule o Szafiarkach. Zyskałam dzięki temu spokój i dystans do tego zjawiska. Ale w końcu zakładając blog, każdy che dotrzeć do większej liczby osób, zdobyć uznanie i poznać ciekawych ludzi. To wszystko zaczyna być męczące, zabiera za dużo czasu, angażuje za dużo emocji. Sama nie wiem, może to po prostu ja za bardzo angażuję się we wszystko, co robię w życiu. Za chwilę pasja, szum przejdą a ja wrócę do prasowania ścierek przy wieczornym filmie...


Tymczasem jednak na tydzień uwalniam się od blogosfery. Potrzebuję odpoczynku, dystansu i nowych emocji. Tych ostatnich pewnie mi nie zabraknie. Oby tylko Fidel się w tym czasie nie przekręcił. :)
14:39, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (20) »
sobota, 12 kwietnia 2008
Obejrzałam w końcu Persepolis. Komiks Marjane Satrapi ożył na ekranie, nabrał smaku i pozostawił zachwyt. Choć historia została mocno pocięta, jej siła i przekaz pozostały niezmienione. To, co mnie najbardziej uderzyło w tej opowieści, to charakter głównej bohaterki, stanowczy, odważny, nietuzinkowy. Niełatwo jest pisać o samej sobie, przyznając się do błędów z przeszłości i kreując się na bohatera nie do końca pozytywnego.

W kontekście Satrapi dużo mówi się o prawach kobiet w kulturze islamu. W końcu nawet jak na europejskie warunki autorka komiksu jest wyjątkowo wyzwolona. Nietrudno przypisać jej etykietkę feministki. A jednak rysowniczka mówi: Nie mogę być feministką ponieważ wybrałam bycie humanistką: świat nie dzieli się na mężczyzn i kobiety. Dzieli się na głupich i nie.

Widząc, jak swoje prawa marnują kobiety w naszej kulturze, muszę się z nią zgodzić. Walczymy o równouprawnienie i szacunek, a równocześnie same kładziemy sobie kłody pod nogi. A właściwie nie my kobiety, tylko one - te głupie, za przeproszeniem.
Oglądaliście kiedyś włoską telewizję? Każda kobieta występująca w jakimkolwiek show ma biust ściśnięty w dwa baloniki, sukienkę z działu dziecięcego albo strój kąpielowy i szpile do nieba. A do tego ten makijaż alla Paperina. Jej rola w programie najczęściej sprowadza się do wywijania nóżkami, kręcenia tyłeczkiem i uśmiechania się. Tańczą, machają, wyginają się, pokazują się w krótkich przerwach. W zależności od programu nazywają się veline, schedine, letterine, valette... Seksbomby są jak pogoda w wiadomościach: muszą być i basta. Że nie mają nic do powiedzenia, to nieistotne. Ich rola sprowadza się do przytrzymania męskiego oka na ekranie. Co ciekawsze, występ w telewizji to furtka do "kariery", showgirls zostają narzeczonymi, żonami piłkarzy, modelkami.
Narzekacie na szowinizm w polskich reklamach? Nie widzieliście włoskich. Nieważne czy sprzedajesz garnki, opony czy drukarki, biust i włosy blond muszą być, inaczej kampanię reklamową szlag trafi. O, chociażby zeszłoroczna kampania reklamowa sieci telefonów komórkowych 3 - reklamowały je trzy zera. Słowa oburzenia usłyszałam jedynie ze strony koleżanek cudzoziemek.
Jak kobiety z kultury islamu ubezwłasnowolnione przez religię i prawo mają walczyć o równość, kiedy my Europejki (no dobra, Włoszki) dajemy się manipulować, wykorzystywać i robić z siebie małpki z cyrku? Czy tym babom nikt nie powiedział, że mogą być czymś więcej niż kukiełkami i tancerkami? Że szczyt marzeń może być wyższy niż udział w Striscia la Notizia jako showgirl? Jak zmienić mentalność ludzi islamu, jeżeli sami jesteśmy ograniczeni i zniewoleni?
Tylko we Włoszech kandydat na premiera na pytanie, jak mają sobie radzić absolwentki uniwersytetów, które mają problem ze znalezieniem pracy, ośmiela się odpowiedzieć: znajdzcie sobie bogatych mężów takich, jak mój syn. Swoją drogą widzieliście kobiety, które są członkami partii Berlusconiego Forza Italia? No to sobie zerknijcie tu albo tu.
Nie wiem, co się stało z włoskim ruchem feministycznym. Przecież to właśnie feministki już w latach 70 wywalczyły legalność aborcji we Włoszech, gdzie Watykan miał i ciągle ma dużo do powiedzenia. W ostatnich miesiącach podniosły się głosy domagające się delegalizacji aborcji, poddano nawet pod wątpliwość prawną kilka przeprowadzonych zabiegów. Oczywiście odbyły się wiece, szczególnie z okazji 8 marca, w których wzięły udział setki kobiet broniących swoich praw. Obawiam się tylko, że wraz z powrotem rządów prawicowych, co jest właściwie pewne, problem aborcji powróci i wtedy będzie już za późno na demonstracje.
Italia się uwstecznia, a Włoszki w ogromnej większości są ogłupione i zmanipulowane (mężczyźni to osobna, choć równie smutna, bajka). Dlatego też niedzielne wybory wygra pewnie Berlusconi i w Italii nastanie ciemnogród z kolorową okładką...

PS Wszystkie zdjęcia w linkach pochodzą z programów włoskich stacji telewizyjnych, nie licząćc oczywiście zdjęć członkiń Forza Italia: na pierwszym są Stefania Prestigiacomo i Gloria Porcella, a na drugim Mara Carfagna. Szukając przykładowych fotogafii, natknęłam się na rewelacyjny artykuł z Financial Times, który znacznie szerzej traktuje o problemie nagości i kobietach we Włoszech. Polecam.
Update: Pamiętacie Marę Carfagnę? Teraz wygląda tak i jest ministrem w rządzie Berlusconiego.
Tagi: Włochy
12:02, latajaca_pyza , Italia
Link Komentarze (23) »
piątek, 11 kwietnia 2008

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pajęczaki podała ten link na Blipie. Kliknijcie zdjęcie aby powiększyć. Zdjęcie zostało przemycone z Tybetu, z Lhasy:

Przedstawia milicjantów chińskich na zbiórce przed akcją. Wszyscy mają ogolone glowy(jak mnisi) i mają w rękach szaty mnichów, w które ubiorą się zaraz na ową akcje, by przeistoczyć się w „tybetańskich terrorystów” wszczynających niepokoje i rozboje.

Roześlijcie to zdjęcie dalej, w świat. Brak mi słów. Zdjęcie mówi wszystko...
10:35, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 07 kwietnia 2008
Rozpoczęły się właśnie międzynarodowe targi sztuki współczesnej MiArt 2008, które poprzedził tygodniowy projekt (Con)Temporary Art. Celebrując równocześnie sztukę i zwycięstwo Expo 2012, Mediolan podarował swoim mieszkańcom możliwość (prawie) bezpłatnego obcowania z malarstwem i designem. Dzięki temu w sobotę do północy zwiedzaliśmy galerie sztuki na jednej z najbardziej twórczych ulic Mediolanu - via Tortona.

Oprócz tego wybrałam się na wystawę poświęconą malarstwu Francisa Bacona. Jego twórczość znają pewnie wszyscy, chociażby dzięki filmowi Love is the Devil - Study for a Portrait of Francis Bacon (większość obrazów Bacona nosiła tytuł: Study for a portrait). Mimo, że w filmie nie pojawia się ani jeden obraz, jego stylistyka bezbłędnie oddaje charakter twórczości malarza, która była mroczna, zagadkowa, surrealistyczna, dramatyczna i niełatwa w odbiorze.

Jego obrazy są najlepszym przykładem na to, że prawdziwa sztuka jest daleka od estetyki (w potocznym tego słowa znaczeniu). Nie ma w nich klasycznego piękna, jest za to ciemna strona naszej duszy, egzystencjalne cierpienia wyrażone w rozmazanych twarzach, postaciach znikających w ciemności, w brudnej, ciemnej kolorystyce.
O swojej twórczości Bacon mówił tak: What I want to do is to distort the thing far beyond the appearance but in the distortion to bring it back to a recording of the appearance.



Sztuka Bacona jest wyjątkowo trudna w odbiorze, groteskowe dzieła rodem z sennego koszmaru są wymagające i pozostawia niezapomniane uczucia. Obrazy ale także słowa Bacona na ścianach, ogromne zdjęcia malarza a nawet gigantyczne slajdy z jego studia sprawiają, że jego obecność w salach z ekspozycją jest obezwładniająca. Na wystawie znalazły się nawet makabryczne artykuły z gazet, przedziwne zdjęcia wyrwane z czasopism, pochlapane farbą książki o egzystencjalizmie, które były inspiracją dla jego obrazów. Wszystkie te rzeczy pochodzą z jego studia, które z South Kensigton zostało żywcem przeniesione do The Hugh Lane City Gallery w Dublinie.
A jednak pomimo tej bliskości malarza czujemy jego niedostępność i dystans. Większość obrazów Bacona prezentowana jest bowiem za szkłem, podobnie jak wszystkie rzeczy osobiste są zamknięte w gablotach. Bacon twierdził, że lubił stwarzać dystans między swoimi dziełami a ich odbiorcą: The glass helps to unify the picture. I also like the distance between what has been done and the onlooker. A ja myślę, że chciał, abyśmy patrząc na jego mroczne obrazy widzieli w nich swoje odbicie - ciemną, pogmatwaną stronę własnej duszy... Geniusz czy szarlatan?
14:30, latajaca_pyza , Sztuka
Link Komentarze (15) »
wtorek, 01 kwietnia 2008
Dowiedziałam się dzisiaj, że:
-odebrano nam Euro 2012
-słynny balkon Julii w Weronie został wystawiony na sprzedaż
-Carla Bruni została ministrem w rządzie Gordona Browna
-odkryto latające pingwiny
-już niedługo możliwe będą pochówki na Księżycu
-powstała strona rządu włoskiego w esperanto
-Fabio Capello zdecydował, że ma dość nauki angielskiego i jego piłkarze muszą zacząć studiować włoski
-Sarkozy podda się operacji aby dodać sobie kilka centymetrów wzrostu

Zrobił Wam ktoś dziś psikusa? Mnie na szczęście nie. Nie lubię takich żartów tak, jak nie przepadam za zakładami i diabelskim młynem. Co to ma do rzeczy? No ma, ma. A mianowicie zbędne emocje. Za dużo ich mamy. Strach i przemoc towarzyszą nam codziennie. Przeraża mnie agresja na drogach, w kolejkach, w polityce, w filmach, w kreskówkach. Włoskie wiadomości przepełnione są każdego dnia doniesieniami o koszmarnych morderstwach dokonywanych przez zwyczajnych ludzi na sąsiadach, rodzicach, dzieciach. Co tydzień pojawia się informacja o kolejnym pijanym, który potrącił pieszych i uciekł z miejsca wypadku. A do tego niekończące się tragedie w Iraku, Tybecie, Birmie. Giną niewinni ludzie, rodzą się nowe konflikty a zakładamy kolejne zamki w drzwiach, alarmy, kraty. Mam wrażenie, że w mediach trwa kampania strachu, która ma na celu wzbudzenia nieufności, podejrzliwości i braku solidarności. Może przesadzam ale to, co ostatnio słyszę we włoskich mediach, wzbudza we mnie autentyczny terror.
Czasem mam wrażenie, że Prima Aprilis trwa cały rok. Codziennie pojawiają się absurdalne wiadomości, które wydają się równie niewiarygodne jak latające pingwiny, a jednak okazują się prawdziwe. Żeby wspomnieć jedynie hipnotyzerów z Neapolu, którzy wykorzystując swoje umiejętności wyciągali od zahipnotyzowanych kasjerów grubą gotówkę. Niewybrednymi żartami raczą nas też codziennie politycy jak chociażby Berlusconi, który młodym kobietom poradził znaleźć sobie bogatych mężów, takich jak jego syn. O wypowiedziach naszego byłego premiera na temat internautów wolę nie pamiętać.

Prima Aprilis może jednak jest potrzebny, żeby na chwilę się uśmiechnąć, odetchnąć, oderwać się? Oby tylko te żarty były rzeczywiście śmieszne a nie szokujące. Emocji i nerwów mamy już za dużo. Swoją drogą to niesamowite, że tak atrakcyjne, globalne święto nie zostało jeszcze przejęte przez specjalistów od marketingu. I oby tak zostało.

PS Z uwagi na to, że znowu nie mogłam dostać się na bloxa, wpis pojawia się dopiero teraz. Jeżeli to miał byc kolejny żart bloxa, to ktoś tu ma mało oryginalne poczucie humoru. Ciągle ten sam żart! To już panowie dawno przestało być śmieszne!!!!!!!
15:27, latajacy_pingwin , Książki
Link Komentarze (29) »