Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
wtorek, 20 kwietnia 2010

Egon Schiele był takim austriackim Rimbaud malarstwa. Młody, zbuntowany, genialny. Jego obrazy epatują niepokojem, brudnymi kolorami, ostrym rysunkiem, ostentacyjną seksualnością i wyuzdaniem. Najbardziej fascynują mnie jednak jego autoportrety. Przedziwnie upozowane, trochę makabryczne, z niesamowitą kolorystyką. Sugerują nietuzinkową osobowość, buntownika łamiącego wszelkie tabu, narcyza.

 

Co jeszcze mówią autoportrety o Schiele? Że fascynowała go artystyczna introspekcja. Że szukał własnej tożsamości, bawił się własnym ego. Że wyrażał swoje barwne ja poprzez malarstwo. Na swoich obrazach przybierał różne postaci. Pojawia się na nich nago, jako mnich (na trzeciej reprodukcji w parze z Gustavem Klimtem), jako prorok, jako swój brat bliźniak (na czwartej reprodukcji).

To, co charakteryzuje jego autoportrety, to często nie mieszczący się na obrazie czubek głowy - tak jakby Schiele wychodził poza swoje dzieło, przerastał je. Podobnie jego dłonie równie często wychodzą poza ramy płótna - są w ruchu, w nienaturalnych pozach nadających obrazom dynamiki. Do tego jego grymasy twarzy będące być może komentarzem do współczesności, którą wyprzedzał, do codziennego życia, które przecież nie szczędziło  mu nieprzyjemności (był oskarżany o szerzenie pornografii, siedział w więzieniu). Autoportrety Schiele sugerują, że ciążyły mu ograniczenia epoki, w której żył i że nieustannie szukał dróg ucieczki.

 

 

Schiele uwielbiał również się fotografować. Na zdjęciach przybiera podobne dziwne miny, bawi się dłońmi. Ogromną rolę odgrywają tu lustra, które czasami pojawiają się i na obrazach. Odzwierciedlają tył sylwetki malarza albo jego modelki. Odbijają rzeczywistość otaczającą artystę, rozszerzają spektrum widza, nadają dodatkowy wymiar obrazowi.  Genialne ego Schiele odnalazło  więc własny sposób na wyjście poza ramy malowanej rzeczywistości. I poza ramy czasowe - w swej dynamice  i sposobie ekspresji jego dzieła stały się niezwykle nowoczesne.

 

 

 

Jeżeli przypadkiem będziecie w najbliższym czasie w Mediolanie, zajrzyjcie do Palazzo Reale, gdzie do 6 czerwca prezentowane są obrazy Egona Schiele (w tym również autoportrety).  Na wystawę składają się dzieła wypożyczone z wiedeńskiego Leopold Museum.  A jeżeli chmura wulkanicznego pyłu zatrzyma Was w miejscu zamieszkania, polecam Wam tę wirtualną kolekcję.

sobota, 17 kwietnia 2010

Wydawnictwo W.A.B. nieprzypadkowo wybrało właśnie blogi do promocji swojej najnowszej pozycji Samotność liczb pierwszych Paolo Giordano. Blogerzy to takie samotne wyspy na internetowym oceanie, które znają się i wzajemnie komentują, ale którym z rzadka udaje się bezpośrednio poznać i umówić na kawę. Akcja czytania i przekazywania sobie tej samej książki rodzi nową, namacalną więź między nami, niweluje wirtualny dystans, który pewnie w większości wypadków nigdy nie skróci się do szerokości kawiarnianego stolika. Dlatego właśnie z przyjemnością biorę w niej udział, przekazując moją książkę Butters.

Podobnie jak blogerom, również bohaterom wspomnianej powieści nigdy nie udało się zbliżyć do siebie tak, jak by chcieli. Alice i Mattia to takie dwie satelity krążące wokół siebie przez całe życie. Albo używając matematycznego języka to takie bliźniacze liczby pierwsze, które z sobą sąsiadują lub raczej prawie sąsiadują, bo między nimi stoi zawsze liczba parzysta, która nie pozwala im się stykać naprawdę. (...) Kto ma cierpliwość, by kontynuować liczenie, odkrywa, że liczby bliźniacze, im większe, tym są rzadsze. Natrafia na liczby pierwsze coraz bardziej odosobnione, zagubione w przestrzeni wypełnionej samymi tylko cyframi. (...) Pojawia się wtedy niepokojące podejrzenie, że napotkane dotąd pary były przypadkowe, a prawdziwym przeznaczeniem liczb pierwszych jest samotność. (str. 139 - 140) Alice i Mattia są właśnie takimi jednostkami skazanymi na samotność. Traumy, jakich doświadczyli w dzieciństwie, odbiły się nieodwołalnie na ich dorosłym życiu. Im są starsi, tym trudniej znaleźć  im wspólny język z innymi, nie potrafią funkcjonować w stworzonych związkach, wybierają zawody, dzięki którym mogą się ukryć przed całym światem. Mogliby stworzyć swój własny świat razem, ułożyć własną rzeczywistość z rozbitych w dzieciństwie marzeń i radości. Mogliby, gdyby między nimi zawsze nie stała ta nieszczęsna liczba parzysta...

Lubię książki o samotności, lubię ich intymną atmosferę pozbawioną sztucznego szczęścia i happy endów. Autorowi Samotności liczb pierwszych temu wyzwaniu udaje się sprostać. W powieści jest  też dodatkowy pierwiastek, który zaskakuje i w pewnym sensie tworzy nową jakość. Powieść Paolo Giordano, który z wykształcenia jest fizykiem, to w gruncie rzeczy prosta historia nieszczęśliwej miłości, która jednak uderza naukowym chłodem i matematyczną wręcz precyzją. Ma bardzo przemyślaną konstrukcję, która sprowadza się do przedstawiania pojedynczych epizodów z życia głównych bohaterów. Epizodów, które dowodzą postawionej tezy o samotności liczb pierwszych. Książka jest jednym wielkim równaniem, w którym kilka obliczeń bym chętnie pominęła, prawdopodobnie jednak ostateczny wynik nie byłby wtedy tak oczywisty. A jestem przekonana, że autor na ostatniej stronie rękopisu z satysfakcją napisał c.n.d. - czego należało dowieść - tak, jak robią wszycy matematycy kończąc każdy dowód twierdzenia.

 

sobota, 10 kwietnia 2010

Kiedy obudziłam się dziś rano, przywitał mnie przepiękny, słoneczny dzień. Zamiast, jak w każdy sobotni ranek, włączyć komputer, postanowiłam wyjść i pobiegać. Telefon od koleżanki, którą widziałam raptem w poprzedni wieczór, zastał mnie zziajaną na polnej drodze. Pomyślałam, że  dzwoni bo pewnie czegoś u nas zapomniała. A ona chciała się ze mną podzielić hiobową wiadomością, którą usłyszała właśnie w radiu.

Wiadomość zwaliła mnie z nóg, zabrzmiała jak durny żart albo szalony scenariusz holywoodzkiego reżysera filmów klasy B. Ciągle do mnie nie dociera, że coś takiego mogło się w ogóle wydarzyć, a do tego przydarzyć właśnie nam - Polakom. Nie mogę otrząsnąć się z pełnego patosu wrażenia, że ta nasza polska martyrologia jest naprawdę głęboko uzadniona, że, do cholery, naprawdę jesteśmy jakimś mickiewiczowskim Chrystusem Narodów. A już fakt, że ta tragedia wydarza się właśnie w tym, a nie innym miejscu, jest ironicznym kuksańcem w bok od Pana Boga.  Oczywiście, za kilka dni po tym romantycznym mniemaniu nie będzie już śladu, ale  trwająca w tym tygodniu żałoba rządzi się swoimi prawami.

Snuję się cały dzień po mieszkaniu,  odbieram kolejne telefony, słucham  radiowej Trójki, przeglądam  strony internetowe. Nigdy nie byłam zwolenniczką Lecha Kaczyńskiego i  również dziś daleka jestem od kreowania na jego temat mitologii, ale burzy się we mnie, kiedy czytam na włoskich portalach o antyunijnym prezydencie homofobie, który w dzieciństwie zagrał w filmie ze swoim bratem bliźniakiem. Odrobina klasy i wyczucia, signori! Polskie media uświadamiają mi, że przecież politycy, którzy na codzień obrzucają się błotem, i których sami na codzień obrzucamy niewybrednymi epitetami, mimo wszystko są elitą, elitą intelektualną tego kraju. Że w przerwach między błotnymi rundami, ciężko pracują, a w sobotni poranek, kiedy my idziemy pobiegać albo zrobić zakupy, oni tłuką się gruchotami aby być w miejscach, o których wszyscy powinniśmy pamiętać. I tłucze się ich wielu.

Polska już raz zatrzymała się i zadumała, wszyscy przeżyliśmy wielkie katharsis po śmierci Papieża. I  nauczyliśmy się, że trwa ono krótko i nic na dłuższą metę nie zmienia. Wszycy czekają już na moment, kiedy politycy wrócą na ring aby walczyć o puste stołki. Ale póki co, zatrzymajmy się jeszcze raz. Schowajmy nasz cynizm do kieszeni. Rozejrzyjmy się. Popukajmy w głowy. Tak, codziennie umierają ludzie. Tak, samoloty rozbijają się regularnie, w katastrofach giną setki ludzi. Ale nigdy słysząc listy ofiar wypadków, nie mamy przed oczami ich twarzy. Znamy ich, niektórych lubimy, innych nie, ale wszyscy są nam bliscy. Pomyślmy o prezydencie, o parlamentarzystach, o wojskowych  nie jako o państwowych dostojnikach, bez których kraj zachwiał się w posadach, ale jako o naszych bliskich, którzy kochali ten sponiewierany przez historię kraj i próbowali robić dla niego to, co w ich mniemaniu było najlepsze. Mnie szczególnie bliskie były Izabela Jaruga-Nowacka i Jolanta Szymanek-Deresz, ich miejsca, podobnie jak  miejsca wszystkich kobiet, które zginęły w tej katastrofie,  na polskiej scenie politycznej będzie szczególnie ciężko wypełnić.

Nie mam we Włoszech polskiej flagi, którą mogłabym wywiesić. Nie mam też za bardzo miejsca w którym mogłabym zapalić znicz. Niech więc ten wpis będzie moim prywatnym kirem.

 

Tagi: Smoleńsk
19:02, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (41) »