Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
środa, 27 kwietnia 2011

Eklektyzm tego obrazu nie przestaje mnie intrygować. Na pierwszy rzut oka jesteśmy w paryskiej kawiarence, ale już po dłuższej chwili przyglądania się tej niemej scenie nasze wstępne wrażenie burzą orientalne lampiony i grafitowe tło, które przywołuje skojarzenia z morzem. Jeszcze większe zamieszanie tworzą sami bohaterowie, którzy wydają się najbardziej niedorzeczną grupą zebraną na jednym płótnie w całej historii malarstwa.  Nie ma tu centralnej figury, właściwie od nas zależy, której z postaci nadamy największe znaczenie. Ja ostatnio skupiam się na  mężczyźnie przebranym za klauna. Sprawia wrażenie twardego, chłodnego, ale też zobojętniałego na otoczenie. Jakby był zniechęcony, znieczulony ciągłym noszeniem dodatkowej maski w społeczeństwie, w którym każdy przecież odgrywa jakąś rolę. Współistnienie tak różnych bohaterów na tym samym obrazie mimo wszystko nie kłóci się, nie krzyczy. Z obrazu płynie harmonia obleczona melancholią, samotnością i zadumą. I chyba właśnie to mnie w nim najbardziej pociąga.

Le Soir Bleu od dawna należy do moich ulubionych dzieł, jakiś już czas temu  miałam nawet okazję go kontemplować na wystawie prac  Hoppera w Mediolanie. Ale  właśnie ostatnio często wracam do niego myślami, dobrze wpasowuje się w towarzyszący mi nastrój.

A Wy? Macie ulubione prace, do których wracacie, które są dla Was ważne, które w jakiś sposób Was odzwierciedlają?

 

sobota, 16 kwietnia 2011

Po płycie lotniska w Fezie swobodnie biegają dzieci oczekujące wraz z rodzicami na powracających z zamorskich wojaży krewnych.  Wysiadamy z samolotu, jest pochmurne, wczesne popołudnie. W hali przylotów urzędnicy bacznie obserwowani przez wiszące na ścianie ogromne zdjęcie Muhhamada VI wbijają nam do paszportów pieczątki. Wzrok marokańskiego króla w ciągu najbliższego tygodnia będzie nam towarzyszył wszędzie - na bazarze u sprzedawcy daktyli, w riadzie u wrót Sahary, w berberyjskiej kawiarni pośród górskich serpentyn.

Jedziemy w kierunku medyny. Mijamy pasterza prowadzącego stado owiec, dzieci bawiące się  obklejoną taśmą klejącą piłką, mężczyzn gęsto zapełniających przydrożne bary. Widzę niewiele kobiet, te nieliczne skrzętnie zakrywają włosy kolorowymi chustami. Docieramy do murów nawiększej medyny na świecie, gdzie czeka na nas dziewczyna, która wąskimi uliczkami zaprowadzi nas do naszego riadu. Zanurzając się w marokański labirynt, cofamy się w czasie. Zupełnie nie pasujemy do miejsca, w którym właśnie się znaleźliśmy, ale nikt nie zwraca na nas specjalnej uwagi. Golibroda spokojnie przesuwa naostrzoną brzytwą po policzku swojego klienta, starszy pan zasypia nad górą suszonych moreli podpierając brodę pomarszczoną dłonią, kilku mężczyzn namiętnie gra w karty niechętnie odsuwając nogi, kiedy przez souk przebija się obładowany pakunkami osiołek. Cichaczem przechodzimy obok sklepiku z bielizną, którego właściciel uciął sobie drzemkę na podłodze. Zaglądam dyskretnie do warsztatów, w których młodzi chłopcy kroją skóry, przyszywają cekiny czy dłubią w drewnie. Jestem przytłoczona zapachami, gwarem, intensywnością bazaru,  równocześnie jednak to miejsce działa jak narkotyk, przyciąga, fascynuje, otumania.

Docieramy do naszego riadu. Wchodzimy na tradycyjny, marokański dziedziniec zdobiony kolorowymi mozaikami. Z tarasu na dachu domu macha do nas Laurance - Francuzka, która od lat mieszka w Fezie. Wita nas lokalną słodką specjalnością  corne de gazelle i oczywiście herbatą miętową. W Maroku wypijemy jeszcze litry tej lokalnej whisky, jak swój napopularniejszy trunek nazywają w żartach Marokańczycy, będą nią nas częstować w riadach, w sklepach, w domach, tutaj każdą nową znajomość należy przypieczętować pojednaniem nad mosiężnym dzbankiem i małymi szkaneczkami.  Laurance przezornie rysuje nam mapę labiryntu, wyjaśnia  jak dotrzeć i wrócić z  serca medyny. Niestety, kiedy wychodzimy z naszego riadu po raz pierwszy, i tak gubimy się już po 2 minutach.

Pierwsza noc w Maroku. Śpimy wykończeni dniem pełnym wrażeń. Budzi mnie donośny, hipnotyzujący jęk, do którego po kilku sekundach dołączają kolejne. Nasłuchuję lękliwie próbując wyłowić kształtujące się w ciszy słowa. W końcu dociera do mnie wyraźne Allah akbar, allah akbar... To muezini nawołują do pierwszej modlitwy o świcie. Po cichu wychodzę z pokoju i wspinam się wąskimi schodkami na taras, z którego rozchodzi się widok na budzący się powoli, ślniący zielonymi minaretami Fez...

 

Więcej zdjęć jak zawsze na www.obiektywnie.blox.pl

Tagi: Fez Maroko
14:33, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (11) »
sobota, 09 kwietnia 2011

Ousmane Sembène uważał kino za skuteczne narzędzie polityki i uzdrawiania świata. Ten senegalski pisarz i największy afrykański reżyser nie łudził się, że jeden film może cokolwiek zmienić, ale wierzył, że już kilka filmów podejmujących podobną tematykę jest w stanie w znaczący sposób zwrócić uwagę opinii publicznej na ważne problemy. A takich problemów Afryka miała i ma wiele. Stąd właśnie jego filmy, które zaczął kręcić w wieku 40 lat, poruszają głównie kwestie społeczne i religijne. Moolaadé, jedyny film Ousmane Sembène, do jakiego udało się mi dotrzeć, poświęcony jest niezwykle rzadko, jeżeli w ogóle, poruszanemu w kinie problemowi obrzezania kobiet.

Obecne głównie na terenie środkowej Afryki, mylnie interpretowane jako wymóg islamu i zakazane w większości krajów świata obrzezanie kobiet jest przekleństwem prawie 2 milionów kobiet i dziewczynek rocznie. Niesie ze sobą  ogromne cierpienie, poniżenie, komplikacje zdrowotne, a nie rzadko również śmierć. W zupełnym błędzie będzie jednak ten, kto zrezygnuje z obejrzenia Moolaadé spodziewając się ciężkiego filmu pełnego drastycznych scen.


 

Film emanuje kolorami, słońcem, ciepłem, śmiechem, radością i kobiecą solidarnością. Poznajemy mieszkanki niewielkiej wioski w Burkina Faso, które na codzień zajmują się pracami domowymi, wychowaniem dzieci, potajemnie słuchają radia, flirtują z objazdowym handlarzem i przygotowują się do wesela. Każda z nich jednak skrywa ukrytą ranę, która wiele z ich sióstr i córek pozbawiła życia. Pewnego dnia kilka dziewczynek ze strachem ucieka z obrzędu obrzezania. Nie bez powodu szukają schronienia u Collé - to właśnie ona jako pierwsza przeciwstawiła się obrzezaniu własnej córki. Tym samym zasiała ziarno rewolucji w innych kobietach, które powoli zaczęło kiełkować.

Moolaadé to film o mocy, jaką daje pierwszy, najtrudniejszy krok, ale też o potędze tradycji, która te kroki paraliżuje. Niełatwo postawić się apodyktycznym mężczyznom i wiekowej tradycji wpajanej od urodzenia. To też bardzo feministyczny film, pięknie pokazujący siłę i determinację kobiet ciekawych świata i dążących do zmian. Doskonale ilustruje to scena, w której mężczyźni postanawiają spalić wszystkie radia w wiosce jako te, które szerzą rewolucyjną zarazę w głowach kobiet.

Sembène udała się rzadka sztuka opowiedzenia ważnej, alarmującej historii bez popadania w ciężkie tony. Siłą tego obrazu są prostota i naturalność, które sprawiają, że ten film staje się po prostu niezapomniany.

 

sobota, 02 kwietnia 2011

Chihiro zaproponowała mi dokonanie publicznego striptizu. Jak każdy bloger ekshibicjonizm mam we krwi,  zaproszenie przyjęłam więc bez większego wahania. Abym jednak nie musiała ustawiać na wejściu na bloga zapytania o pełnoletność, śpieszę od razu z wyjaśnieniem, że chodzi oczywiście o roznegliżowanie własnej biblioteczki i pokazanie wdzięków jej zbiorów.

Moja biblioteczka, z pochodzenia Szwedka, jest smukła i wysoka, sięga właściwie sufitu. Liczy jakieś dziewięć pięter ciasno i równiutko ułożonych książek. Kupiłam sobie nawet mały stołeczek aby zawsze móc dosięgnąć do najwyższych półek, a kiedyś, gdy zbiory się rozrosną, z radością kupię sobię drabinę! Tytuły zawsze da się przeczytać bez zbędnego nadwyrężania szyi, wszystkie ułożone są prawoskrętnie (marzenie znaleźć taki luksus w księgarni!). Dzieła tego samego autora stoją zawsze razem, choć przyznam, że niewielu jest pisarzy, których dorobek w całości gości na moich półkach. Na pewno chlubnym wyjątkiem jest Milan Kundera,  mam też właściwie wszystkie książki wydane na rynku polskim autorstwa H. Murakamiego, J. S. Foera, B. Malmsten, P.O. Enquista, J. Egloffa, E. Kereta i P. Austera. Moje zbiory mają ambicję bycia ułożonymi według szeroko pojętych bloków tematycznych, które często pokrywają się po prostu ze strefami geograficznymi. Istny kod Leonarda da Vinci, można by rzec. W większości posiadam książki w języku polskim, sporo jest też utworów po angielsku (głównie z okresu studiów plus długaśna seria paperbacków z Penguina) i coraz więcej po włosku. W większości to powieści, trochę literatury faktu i ku mojemu ubolewaniu ciągle za mało albumów o sztuce i fotografii.

 

 

Część moich zbiorów ciągle jeszcze czeka na przeprowadzkę z Polski, zanim to jednak nastąpi muszę dla nich zorganizować odpowiednie lokum. Już teraz biblioteczka pęka w szwach, a nowe książki rosną na rozsianych po szafkach stosikach. Zakupiłam nawet dwie, nowe, długaśne półki, ale okazało się, że ciężko znoszą  większe obciążenia, chwilowo więc świecą pustkami, nie licząc moich zbiorów filmowych. Nieznośna lekkość bytu po prostu...  Kupuję książki hurtowo, ale nie kompulsywnie. W praktyce oznacza to, że nabywam je raz za kiedy, ale idę wtedy na całość.  Biblioteczkę obowiązuje żelazna zasada, że nie rozszerza swoich zapasów, dopóki nie zostanie skonsumowane to, co już się w niej znajduje. Istna doktryna szoku dla niektórych moli książkowych, prawda?  Pewnie, istnieją pozycje, które nagle przestały mnie interesować, bądź które nie wiadomo jakim cudem znalazły się w moich zbiorach, te pozostają nietknięte. Nowe książki pojawiają się jednak dopiero, kiedy zbiory do przeczytania zaczynają się ewidentnie kurczyć. Zakupuję je również bardzo uważnie korzystając z listy, na którą wciągam poszukiwane przeze mnie pozycje. Konsultuję ją przed zakupami, odrzucając te, które na przykład nic mi już nie mówią. Taka próba czasu już nie raz okazała się świetnym filtrem. Poniżej najświeższy, elektryzujący stosik.

 

A jeżeli macie ochotę jeszcze pogrzebać w mojej biblioteczce, to więcej zdjęć znajdziecie tutaj. A do odkrycia wdzięków swoich zbiorów zapraszam Małą Mi i Matyldę!

23:32, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (21) »