Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
środa, 11 kwietnia 2012

Przez jednych ostentacyjnie ignorowana, przez drugich spazmatycznie wielbiona, nie pozostawia nikogo obojętnym. Kuriozum artystyczne, kwintesencja kobiecości,  czarownica sztuki performance'u, tym razem Marina Abramović rzuciła urok na Mediolan. Jeszcze nie wpadłam w sidła jej najnowszego projektu, miałam za to okazję uczestniczyć w krótkim spotkaniu z udziałem artystki i zobaczyć film dokumentalny poświęcony retrospektywie jej twórczości, która dwa lata temu odbyła się w nowojorskiej MoMie. 

Film opowiada historię przygotowań do wystawy i dzień po dniu rejestruje jej przebieg. Oprócz odtworzonych wszystkich wcześniejszych projektów Abramović, które brutalnie i boleśnie zgłębiają temat cielesności (body art), dokument pokazuje od podszewki performance The Artist is Present.

Pomysł jest na pozór banalnie prosty. Stół, dwa krzesła. Na jednym siedzi Abramović, na drugim kto tylko chce (i odstał kilka/naście godzin w gigantycznej kolejce). Każdy ma dla siebie artystkę na kilka minut. Nie może się od niej odezwać, nie może jej dotknąć. Ale może na nią patrzeć, uśmiechnąć się i otrzymać to samo od niej. Na tych kilka minut ona koncentruje się wyłącznie na tobie, dostrzega tylko ciebie, istniejesz dla niej tylko ty.  Ludzie reagują bardzo różnie,  wielu podchodzi do tego spotkania bez słów niezwykle emocjonalnie. Ciekną łzy, puszczają nerwy,  twarze wyrażają wdzięczność, zachwyt, uniesienie...

 

I tak rodzą się pytania o kondycję współczesnego człowieka, o sens współczesnej sztuki...

Pytanie pierwsze. Dlaczego w dwudziestym pierwszym wieku tak ogromne emocje wywołuje coś tak prostego, pierwotnego jak spojrzenie drugiej osoby? Dlaczego w erze, gdzie nagość w sferze publicznej jest powszechna, gdzie swoboda seksualna jest synonimem nowoczesności krępuje nas proste spojrzenie w oczy? Dlaczego tak unikamy dłuższego kontaktu wzrokowego z innymi? Z iloma osobami dziennie wymieniamy pospieszne spojrzenia, ale tak naprawdę nigdy na siebie nie patrzymy? Jak często zdarza się nam spuścić wzrok rozmawiając z kimś? Boimy się siebie nawzajem? Pojedyncze spojrzenie może zadecydować o dalszych relacjach, może wyrazić coś, co chcielibyśmy zachować dla siebie, może sprowokować nieporozumienie. Nie chcemy aby inni wyczytali z naszej twarzy towarzyszące nam emocje, ale równocześnie też sami zamykamy się na innych. A równocześnie wszyscy  chcemy być zauważani, chcemy aby ktoś nam poświęcił chwilę uwagi, aby patrząc na nas dostrzegł nasze ja. Czy gigantyczny sukces tej wystawy bierze się z głodu, z naszej potrzeby uwagi, której nie zaspokaja  codzienność? A może sprawił to fakt, że ludzie poczuli się komfortowo siedząc na przeciw kogoś, kto bezinteresownie daruje im chwilę uwagi, równocześnie nie chcąc nic w zamian, nie naruszając ich otoczki bezpieczeństwa?

Pytanie drugie. A gdyby to był ktoś inny? Gdyby zwyczajna osoba usiadła sobie w parku i oferowała darmowe, szczere spojrzenie w oczy? Coś na kształt free hugs? Czy również tutaj ustawiałyby się kolejki? A może o sukcesie zadecydowała postać samej artystki, którą film wyraźnie kreuje na postać kultową. Patrząc na jej błogi, dobrotliwy wyraz twarzy przychodzą mi skojarzenia ze świętą, istotą uduchowioną, ale też z gwiazdą, która przyciąga uwagę samym nazwiskiem. I tu pojawia się...

Pytanie trzecie. Na ile ten performance to zwyczajne show artystycznej autokreacji, egoistyczna, tania celebracja własnego ja? W końcu sam tytuł performance'u wskazuje  jego główny temat - artystka, nic więcej. Rzadko mamy do czynienia  bezpośrednio z twórcami dzieł, które podziwiamy - obrazów, filmów, instalacji... Artysta zazwyczaj chowa się gdzieś za kulisami, a w projekcie Abramović jest obecny, jest w centrum uwagi, wystawia się na widok, oceny, zagrożenia. Czy artysta, który staje się sztuką, który sam uznaje się za własne dzieło, nie sięga niebezpiecznej granicy? To artystyczne dno czy artystyczny olimp?Ale też co takiego ma nam do zaoferowania dziś sztuka współczesna, która wydaje się desperacko szukać nowych tematów i form ekspresji, miota się między martwymi rekinami a dmuchanymi pudlami, pomiędzy agresywnością i  banałem. Postawić samego siebie w centrum wydaje się aktem najbardziej desperackim, ale trzeba przyznać nie pozbawionym sensu...

Mam proste kryteria, według których oceniam sztukę, filmy, książki. Cenię sobie najbardziej te, które wywołują u mnie emocje, ale przede wszystkim lawinę myśli. Ku mojemu własnemu zaskoczeniu, Marinie Abramović się to udało. Wybaczcie mi więc tę litanię nieskładnych myśli i pytań. To wszystko jej wina.

14:33, latajaca_pyza , Sztuka
Link Komentarze (16) »