Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
niedziela, 25 maja 2008
Informacja, którą przeczytałam dziś na blogu Allure Allure, nieźle mną szarpnęła. Koncern Louis Vuitton pozwał do sądu młodą projektantkę Nadię Plesner, która wykorzystała w swoim rysunku torebkę LV. Teoretycznie dziewczyna złamała prawo autorskie wykorzystując dzieło zaprojektowane przez Marc'a Jacobs'a i Takashi Murakami'ego. Sama zainteresowana twierdzi jednak, iż torebka nawiązuje do tego modelu ale nie powiela słynnego wzoru. Powołuje się na przykład Zbigniewa Libery, który ponad 10 lat temu wykorzystał klocki podarowane przez firmę Lego do stworzenia scen z obozów koncentracyjnych. (wtedy również Lego wystąpiło na drogę prawną) Według Plesner oba przypadki są podobne, ponieważ wykorzystują powszechnie znane przedmioty w zupełnie nowym kontekście. Dzięki temu nabierają one nowego znaczenia i stają się elementem dzieła artystycznego.
Pomimo takiej tezy, można spokojnie stanąć po stronie wielkiego koncernu, oskarżając młodą artystkę o plagiat i chęć łatwego zysku i sławy. Jest jednak jedno ALE. Rysunek, o który toczy się wojna, wygląda tak:
Literki na torbie to nie słynne LV ale SL, które pochodzą od nazwy akcji Simple Living, którą Nadia Plesner wpisuje się w kampanię Designers for Darfur. Celem tego przedsięwzięcia jest szerzenie świadomości o Darfurze i zbieranie funduszy. Dochód ze sprzedaży koszulek z tym obrazkiem jest przekazywany na Divest for Darfur. Artystka, kontrastując darfurski koszmar i elementy luksusu (piesek nawiązuje do słynnego na całym świecie Tinkerbella), chciała zwrócić uwagę na absurd świata, w którym ciągle więcej uwagi poświęca się ekscesom Paris Hilton niż ludobójstwu w Sudanie. W banalnie prosty sposób pokazuje prawdziwe oblicze dzisiejszego świata, gdzie sudańskie dzieci umierają z głodu a w Europie ludzie zabijają się o najnowszy model kolorowej torebki, za której cenę można wyżywić dziesiątki osób. Ten obrazek to oblicze świata, którym rządzi egoizm, pieniądz i korzyści ekonomiczne. Gdyby tylko Darfur miał ropę albo coś, co mógłby zaproponować światowym mocarstwom...

Nieważne, jakie intencje miała Nadia Plesner tworząc ten rysunek- każdy artysta walczy o zaistnienie w świecie sztuki. Moim zdaniem wykorzystywanie ikon kultury nie jest plagiatem, ale mimo to mogłabym zrozumieć reakcję Louis Vuitton. Problem w tym, że tu nie chodzi o prawa autorskie ale o public relations. Obrazek źle przedstawia firmę, wytyka palcem zbędny luksus i ignorancję. To zakłóca dobry sen posiadaczom pięknych torebek, może obudzić wyrzuty sumienia w milionach klientów. To dlatego koncern walczy z jedną artystką a nie tysiącami fałszerzy. Lepiej jest sprzedawać, choćby podrabiane, marzenie i iluzję niż mało dochodową prawdę o świecie.
23:40, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (20) »
środa, 21 maja 2008
Giuseppina Pasqualino di Marineo to nietuzinkowa, mediolańska artystka, o której usłyszałam dopiero kilka tygodni temu. Do czasu rozpoczęcia swojego słynnego projektu znana była jedynie artystycznej bohemie Milano, była bowiem artystką prawdziwą: niezależną, idącą pod prąd, zgodnie ze swoją wrażliwością i rozumieniem sztuki. Zajmowała się fotografią, kolażem, instalacjami, bawiła się wycinankami z papieru i liści aby w końcu pójść w kierunku sztuki performance'u.


8 marca wraz z Silvią Moro rozpoczęła niezwykłą pod względem artystycznym i symbolicznym podróż z Mediolanu na wschód. Trasa prowadziła przez kraje dotknięte walkami i działaniami wojskowymi: Słowenię, Bośnię, Bułgarię, Turcję, Liban, Jordanię z metą w Izraelu i Palestynie. Misją artystek było niesienie znaku pokoju, wiary i zaufania krajom znękanym złem i nienawiścią. Wyrazem ich zaufania do ludzi i otwarcia na inne kultury był sposób podróżowania, jaki wybrały- autostop. Dzięki takiej formie, możliwe były bezpośrednie kontakty z ludźmi oparte na wzajemnym zaufaniu i bezinteresownej chęci pomocy. Nie bez znaczenia było też powolne tempo takiej podróży. Centralnym symbolem całego projektu były jednak ślubne suknie, w których podróżowały kobiety. Stąd też przedsięwzięcie nazwane zostało Brides on Tour.

Zachwyciła mnie symbolika tego projektu, która wykracza daleko poza sens podróży i autostopu. Suknia ślubna, jak tłumaczyła Moro, jest symbolem zaślubin Ziemi i Nieba, ludzi, kultur, odmienności. To także synonim miłości i niewinności. Artystki podróżowały razem jako dwie panny młode. Dwójka to symbol kobiecości, kontynuacji, spotkania z kimś, z czymś, z odmiennością, z nieznanym. To zaprzeczenie samotności. Dwie panny młode wyruszyły w obcy sobie świat szukając uniwersalnych aspektów kobiecości w różnych kulturach, krajach i religiach. Panna młoda to przecież też symbol kobiecości i czystości, która potrafi dać nowe życie.


Dlatego też Pippa Bacca (pseudonim artystyczny Giuseppiny) w czasie tej podróży spotykała się z położnymi poznając ich doświadczenia i uczucia związane z ich zawodem. Wysłuchiwała opowieści, nagrywała głosy, filmowała, fotografowała, robiła notatki. Ale przede wszystkim w hołdzie jednemu z najstarszych zawodów świata, który daje życie, obmywała nieznanym kobietom stopy. Z kolei Silvia Moro wybrała kobiety zajmujące się hafciarstwem. Ta technika dekoracyjna to forma sztuki bardzo kobiecej, z ogromnymi tradycjami, istniejąca w każdej kulturze. Każda napotkana hafciarka ozdabiała fragment jej sukni, która zmieniała się z dnia na dzień, tworząc niezwykłe, multikulturowe dzieło. Podróż uwieńczona miała być wielką wystawą pokazywaną w różnych miastach. Miały się na niej znaleźć wszystkie wspomnienia z tej niezwykłej podróży: zdjęcia, filmy, zapiski i oczywiście ślubne suknie.

Artystki mieszkały u zwyczajnych ludzi, artystów, emerytów, marzycieli. Z położnymi i hafciarkami spotykały się w lokalnych galeriach, szpitalach, prywatnych domach. Kierowcy, którzy się zatrzymywali, brali je za anioły, uciekające panny młode albo zdawali się nie zauważać ich nietypowego ubioru.

Pewnie część z Was słyszała, jak zakończyła się ta niezwykła wyprawa. Pippa i Silvia rozłączyły się w Istambule aby spotkać się na nowo w Bejrucie. 31 marca Pippa zaginęła, nie było od niej żadnych wiadomości, jej telefon nie działał. Dwa tygodnie później znaleziono ją martwą. Została zgwałcona i uduszona przez tureckiego kierowcę.

Wymowa tej historii jest tak gorzka i pesymistyczna, że wraca do mnie każdego dnia, od kiedy o niej usłyszałam. Pech, ironia losu czy cyniczna rzeczywistość? Naiwność, idealizm, na który nie ma miejsca w dzisiejszych czasach? Co znaczy jedna ofiara w obliczu tysięcy zabitych w Chinach czy Birmie? A jednak symbolika podróży dodaje szczególnego tragizmu tej śmierci.
Silvia Moro twierdzi, że mimo wszystko wystawa się odbędzie. Być może nawet samotnie dokończy podróż...
Fotografie pochodzą z:
-galerii zdjęć Corriere della Sera (3)
-galerii zdjęć Brides on Tour (2, 4)
-strony internetowej Pippy (1)
14:47, latajaca_pyza , Sztuka
Link Komentarze (25) »
czwartek, 08 maja 2008
Kubą należy rozkoszować się bez pośpiechu, trzeba ją sączyć jak mojito, ze spokojem i przymrużonymi oczami. Prażące słońce nie pozwala na zbyt gwałtowne ruchy i bieganie.Wszystko robi się w zwolnionym tempie... Pewnie dlatego po Hawanie włóczyliśmy się aż cztery dni a i tak nie zobaczyliśmy wszystkiego. W upale i spalinach zagłębialiśmy się w najwęższe uliczki, zaglądaliśmy na liczne dziedzińce, siedzieliśmy w parkach podglądając grających w domino albo w barach popijając zimną lemoniadę (tak, tak lemoniadę :). Często schodziliśmy ze szlaków turystycznych, gubiliśmy się wśród slumsów a jednak zawsze czuliśmy się bezpiecznie.
 
 


Hawana pozostawała kolonialną perełką do czasu rewolucji, przez którą została wzgardzona i porzucona podobnie jak amerykańska kochanka. Castro wszystkie pieniądze pompował w wieś, w likwidację różnic społecznych i zacofania. Tymczasem stolica przez pięćdziesiąt lat popadała w ruinę. Dziś, oprócz ścisłego centrum Starej Hawany (wschodniej dzielnicy miasta) wspomaganego przez UNESCO, najstarsza część stolicy to sypiące się domy, odrapane ściany, pustostany i slumsy. Pozostałe dzielnice to kolonialna architektura wymieszana z socjalistyczną stylistyką i amerykańskimi wpływami. W Hawanie stoją nie tylko betonowe bloki ale też Kapitol żywcem przeniesiony z Waszyngtonu, a dzielnica Vedado podzielona jest jak Manhattan na aleje i numerowane ulice. Hawana ma na nawet swoje China Town zwane Barrio Chino.
 

Ścisłe centrum Starej Hawany z placem katedralnym i przyległymi ulicami jest kolorowe, odnowione, pełne atrakcji jak chociażby miejsca związane z Hemingwayem, który na Kubie spędził ponad 20 lat. Mamy więc słynną El Bodeguita del Medio, gdzie serwują najlepsze w mieście mojito oraz hotel Ambos Mundos, gdzie pisarz tworzył Komu bije dzwon. W jego pokoju, którego zwiedzanie kosztuje tyle, co wejście do Muzeum Rewolucji stoją sprzęty, których używał. We wszystkich przewodnikach napisane jest, że jedynie maszyna do pisania nie jest oryginalna, na miejscu jednak powiedziano mi, że jest jak najbardziej prawdziwa. Ależ oczywiście! A Ernest skoczył tylko po fajki do baru! ;)
 
 
Im dalej na zachód, tym robi się mniej turystycznie. Na ulicach jedynie zajęci mieszkańcy, dzieciaki, które wybiegają ze szkół, starsi ludzi siedzący na schodach. I samochody. W Hawanie jest ich sporo, choć nie mam pojęcia na jakim paliwie jeżdżą. Nad głównymi ulicami unoszą się tumany spalin podejrzanego pochodzenia, jeżdżą stare fordy, wypucowane chevrolety, inne syrenkopodobne okazy. A do tego dziesiątki przedziwnych pojazdów: coco taxi, tricykle, rowerowe taksówki i dziesiątki rowerów, które Fidel sprowadził z Chin. Takie obrazki to wynik niedoborów paliwa, z którymi Kuba boryka się od czasu rozpadu Związku Radzieckiego.
 

 

Podobno najczęściej fotografowanym budynkiem w Hawanie jest ministerstwo spraw wewnętrznych z gigantycznym wizerunkiem Che Guevary na fasadzie. Piszę podobno, ponieważ Plac Rewolucji, do którego dotarliśmy po dwóch godzinach marszu przez pół Hawany świecił pustkami. A to właśnie tu miały miejsce niekończące się wystąpienia Fidela, to tu znajduje się siedziba rządu kubańskiego i najgroźniejsze ministerstwo w kraju, do którego w książce telefonicznej widnieje tylko jeden numer. Oczywiście nikt pod nim nie odbiera.

 


 

Wybraliśmy się też do Museo Nacional de Bellas Artes, w którym prezentowane są dokonania artystów z wyspy od czasów kolonialnych do współczesności. Budynek muzeum znajdujący się pomiędzy byłą siedzibą Bacardi a najpiękniejszym w Hawanie hotelem Sevilla zaskoczył mnie swoją przeszkloną nowoczesnością. Wnętrze jednak zdecydowanie rozczarowało. Najbardziej interesowała mnia twórczość współczesna ale zarówno ta sprzed jak i po rewolucji nie zachwyciła. Pewnie, że okazy do muzeum wybierane są według oczywistego klucza i sztuka niezgodna z ideologią nie ma tam wstępu ale i tak spodziewałam się więcej. Sztuka jest pojęciem szerokim, może sięgać daleko poza politykę, czerpać z tylu innych źródeł. A tymczasem zobaczyłam masę banału, kolorowych obrazków z afrykańskimi i kwiatowymi motywami. Tak naprawdę moją uwagę zwróciły nie zachwalane wszędzie prace Wifredo Lama ale szkice i obrazy artysty Rafaelle Blanco. Zdjęć nie mam. Artysta w Google nie istnieje a Pyzę paraliżowały muzealne strażniczki, które bacznie obserwowały nielicznych zwiedzających. Zaryzykowałabym tezę, że pań w mundurkach było tam więcej niż turystów. A to i tak pustki w porównaniu z tłumami strażniczek w Muzeum Rewolucji. Wszak na Kubie bezrobocie nie istnieje.

 


 

Poza Hawaną prawie zupełnie znikają samochody. Sześciopasmową (w teorii) autostradą poruszają się głównie zaprzęgi konne i zdyzelowane, państwowe ciężarówki. Na polach widać woły, które wróciły do pracy wskutek problemów z paliwem. Im bardziej na południe, w kierunku serca wyspy, tym mniejszy ruch i tym więcej plantacji trzciny cukrowej i bananowców. Wnętrze Kuby jest soczyście zielone, przebogate w niezwykłą roślinność, góry, jeziora, wodospady. W jej samym sercu znajduje się Santa Clara nazywana miastem Che Guevary, które słynnie z mauzoleum poświęconego Argentyńczykowi. To tu w 1997 złożono jego znalezione w Boliwii szczątki. Muzeum pełne jest zdjęć, osobistych przedmiotów i piosenek o El Commandante. Samo miasteczko jest kolorowe, choć trochę senne. I serwują tam niezbyt smaczne mojito. Za to magiczne okazała się Sancti Spiritus, mieścina otoczona plantacjami trzciny cukrowej. Zaczarowały nas pustawe, neoklasycystyczne uliczki i duszna, przedburzowa atmosfera, która panowała w mieście.
 

Największą obok Hawany perełką Kuby jest miasto Trinidad, zupełnie inne od stolicy, zapierające dech w piersiach swoim położeniem, kolorami i światłem. Skąpane w słońcu brukowane uliczki, kolorowe domy z ogromnymi oknami, mahoniowe balkony, czerwone dachówki sprawiają, że miasteczko wygląda jak z bajki. To tu na kawę zaprosił nas starszy pan, o którym wspominałam w pierwszym tekście. Kiedy dowiedział się, że jestem z Polski, zatrzasnął drzwi i pokazał mi zdjęcie swojego polskiego przyjaciela - naszego papieża. Nie wiem dlaczego ubzdurałam sobie, że Kuba to kraj na wskroś katolicki. Raz, że religie były przez Castro źle widziane i właściwie zakazane, a dwa, że niezwykle popularna jest tu tzw Santeria, mieszanka katolicyzmu i religii afrykańskich, która wywodzi się jeszcze z czasów niewolnictwa. Właśnie w Trinidad udało się mi zajrzeć do lokalnego kościółka, gdzie pod posągiem ciemnoskórego bóstwa złożone były dary: woda, cygara i banany.

 

 


 


 


 


Tydzień to za mało żeby zobaczyć całą wyspę, podobnie jak jeden wpis nie wystarcza aby zawrzeć w nim wszystkie kolory i odcienie wyspy. W tej i tak przydługawej opowieści pomijam wiele miejsc, zdarzeń i szczegółów, które jednak na długo pozostaną w mojej pamięci. Kuba zafascynowała mnie swoim bogactwem, żywiołowością i siłą ludzi. Turyści śpieszą na Kubę żeby zobaczyć czas, który zatrzymał się w miejscu. Żeby pooglądać stare samochody i złapać ducha świata, którego już nie ma. Kuba jest na swój sposób dziewicza, nieskalana komercją, reklamami i nowoczesnym wizerunkiem, dzięki któremu wszystkie miasta świata wyglądają tak samo. To naprawdę niezwykłe doświadczenie przez tydzień nie widzieć MiniCooperów, facetów w krawatach i dzieci przyklejonych do komórek. Jednak właśnie dla dobra tych dzieci Kuba Castro musi zniknąć. Wierzę, że nawet kiedy sytuacja polityczna na Kubie się zmieni, wyspa zachowa swój naturalny urok i wewnętrzne bogactwa. Fidel przeminie ale Kubańczycy pozostaną sobą.

 

 

 

Tagi: Kuba
13:55, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (25) »