Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
piątek, 29 maja 2009

- największy producent bananów w Europie
- populacja tego kraju równa jest ilości mieszkańców mojego rodzinnego miasta - 300 tysięcy
- do 1989 roku obowiązywała tu prohibicja
- 66% mieszkańców używa telefonów komórkowych (największy odsetek na świecie)
- nie ma tu pociągów
- 70% mieszkańców sprawdza codziennie pogodę (która przez cały rok jest mniej więcej taka sama)
- to najmniej skorumpowany kraj na świecie
- nigdzie na świecie nie pije się więcej Coca Coli
- wydaje się tu najwięcej książek i gazet w przeliczeniu na mieszkańca
- do odśnieżania chodników używa się gorącej wody

Tak, tak to właśnie Islandia. Liczę, że po powrocie będę miała takich ciekawostek do opowiedzenia jeszcze więcej. Ciepłe swetry i rękawiczki już spakowane. Nie wiem tylko, jak będę wyglądac w zimowych butach przy 25 stopniach, które mamy w Mediolanie.

A jeżeli ktoś jeszcze chciałby otrzymać widokówkę, to niech mi podeśle adres na mojego maila. Do zobaczenia!

Tagi: islandia
23:32, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (17) »
wtorek, 19 maja 2009

 

Słyszeliście najnowszą teorię niemieckich historyków sztuki, którzy twierdzą, że to nie sam van Gogh odciął sobie ucho, ale w akcie furii zrobił to jego przyjaciel Gauguin? Takie rewelacje podał ostatnio The New York Times. Ale ja tu o innym impresjoniście. Claude Monet, bo o nim mowa,  został moim ulubionym malarzem, kiedy w II klasie szkoły podstawowej po raz pierwszy zobaczyłam ten obraz. Odmieniło się mi dopiero w liceum, kiedy za geniusza uznałam Mirò, a wszelkie wschody słońca - za totalne badziewie.

Po latach odkrywam  Monet w zupełnie inny sposób - jako miłośnika i kolekcjonera japońskich drzeworytów (zebrał 276 dzieł wykonanych w tradycji ukiyo-e), ale przede wszystkim jako zapalonego ogrodnika. A wszystko dzięki wystawie Monet - Il tempo delle nifee, która kilka tygodni temu ruszyła w Mediolanie.

 

 

 

 

W 1883 roku, w wieku 40 lat, Monet przeniósł się do Giverny, miejscowości oddalonej 80 km od Paryża. Najpierw wynajmował, a potem kupił tam dom, który stał się jego oazą do końca życia. Właśnie tam przez czterdzieści lat tworzył swoje największe dzieło - wodny ogród. Zafascynowany sztuką japońskich ogrodów i grafikami Andō Hiroshige, stworzył magiczne miejsce pełne azalii, peonii, bambusów, wierzb płaczących i oczywiście lilii wodnych. Jego ogród nie do końca naśladuje japońską tradycję, ale znajduje się w nim wiele charakterystycznych elementów, jak chociażby łukowy mostek, który często malował. Monet zatrudniał 7 ogrodników, którzy realizowali jego plany rozbudowy ogrodu, kupowali,  sadzili i doglądali roślin. Sam malarz pozostawał głównym architektem swojej posiadłości, inspirowanej przez dziesiątki książek o ogrodnictwie, które posiadał.

Oprócz zajmowania się roślinami, Monet w Giverny oczywiście malował. Powstało tam ponad 200 obrazów przedstawiających jego ogród, a przede wszystkim jego nenufary. To właśnie im  poświęcona jest wystawa w Mediolanie. Monet zachwycał się grą światła na tafli wody, w której odbijało się niebo, kwiaty i płaczące wierzby. Malował o różnych porach dnia, próbując oddać zmieniające się kolory i pogodę. Dlatego też jego obrazy przedstawiają podobne miejsca uchwycone w rożnorodnych barwach. Co ciekawe, prawdopodobnie część z nich stworzona koło 1920 roku ma zaburzoną kolorystyką ze względu na chorą kataraktę, na którą cierpiał malarz. Obrazy stworzone w tym okresie mają czerwonawą poświatę, natomiast te stworzone po pierwszym zabiegu mają czasami ultrafioletowe strumienia światła, które widział malarz. Podobno po przebytych operacjach oczu,  Monet wiele obrazów namalował od początku.

Jeszcze w tym roku planujemy wyprawę do Prowansji, ale po tej wystawie zaczęłam się zastanawiać, czy nie uderzyć bardziej na północ i  nie odwiedzić ogrodu pana Monet - ogrodnika, który całkiem nieźle malował...

 

niedziela, 10 maja 2009
To oślepiające, nieobecne światło Tahar Ben Jellouna to historia marokańskich żołnierzy, którzy w 1971 brali udział w nieudanym zamachu na króla Hassana II. Ich karą stało się osiemnaście lat spędzonych w ciemności, zimnie i wilgoci, w celach wielkości grobów, wśród karaluchów i skorpionów. Osiemnaście lat przeżytych na suchym chlebie i pozbawionym smaku makaronie, bez lekarstw, ruchu, ubrań i wiadomości ze świata. Na zewnątrz wychodzili jedynie aby pochować swoich towarzyszy, którzy umierali raz po raz z wycieńczenia, głodu, chorób,  szaleństwa i braku nadziei.

Czytałam tę książkę, początkowo nie mogąc zrozumieć, dlaczego brnę przez kolejne strony opisujące katusze i śmierć.  Ta powieść to nie tylko zapis niewiarygodnej historii, to nawet nie polityczny manifest przeciwko łamaniu podstawowych praw człowieka. Ba - wobec okrucieństwa i niesprawiedliwości jakie spotkały więźniów, ta powieść przepełniona jest łagodnością i spokojem. Główny bohater odsuwa od siebie, jak może, negatywne uczucia, które go osłabiają, odbierają możliwość koncentracji i walki o siebie. Ta książka to przede wszystkim mistyczna podróż w głąb człowieka, który skazany na powolne umieranie... zaczyna się odradzać. Wobec mroku, w którym przychodzi mu przebywać, zaczyna szukać wewnętrznego oświecenia, które przynosi mu islam. Długo szukałem Czarnego Kamienia oczyszczającego duszę ze śmierci. Mówiąc "długo", myślę o studni bez dna, tunelu, który drążyłem palcami i zębami, z niezmordowaną nadzieją, że dostrzegę - choćby tylko na minutę - promień światła, iskrę, która odciśnie mi się na dnie oka i której moje ciało będzie strzegło jak tajemnicy.
I choć religia staje się dla wielu więźniów sposobem na przeżycie, równie ważnym elementem okazuje się wyobraźnia i książki. Salim, który jest narratorem, recytuje towarzyszom poezję, cytuje całe fragmenty ukochanych książek, opowiada powieści i filmy. Więźniowie trzymają się tych historii jak ostatniej deski ratunku, pozwalają im one zapomnieć na chwilę o swoich cierpieniach i przenieść się gdzie indziej.  Marzę o tym, by usłyszeć słowa, wpuścić je do mojej głowy, ubrać w obrazy, obracać  je jak na karuzeli, trzymać  w cieple i znów przewijać  ten film, kiedy jest mi źle, kiedy boję się, że pogrążam się w szaleństwie.
Rozkwita ich wyobraźnia, sny stają się długie i intensywne. Grają w wyimaginowane karty, uczą się Koranu i angielskiego. Życie w ciemności wyostrza zmysły zapachu i słuchu. Wsłuchują się w śpiew ptaka, który zwiastuje zmiany pogody, nadejście strażnika czy nawet śmierć  jednego z więźniów. Zamknięcie i cierpienia paradoksalnie otwierają ich na życie i jego prawdziwe wartości. Życie duchowe, które się w nich rozbudza, ocala ich nadzieję i wolę przetrwania. Cena, którą jednak  płacą, jest niewyobrażalna. Tak, jak niewyobrażalnie silny i okrutny potrafi być człowiek.
PS Jestem, jestem. ;)