Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
niedziela, 21 czerwca 2009

Dziś na chwilę przenosimy się do Peru. A to za sprawą filmu Claudii Llosy The Milk of Sorrow (La Teta Asustada), który wygrał ostatnie Berlinale. Główna bohaterka Fausta urodziła się w wyniku gwałtu - podobnie jak wiele innych peruwiańskich dzieci, których matki zostały zgwałcone w czasie wojny domowej w latach osiemdziesiątych. Dlatego właśnie wśród miejscowych kobiet panuje przekonanie, że wraz z mlekiem ich dzieci wyssały chorobę strachu, która wykrada duszę.

 

 

Fausta jest małomówna, zamknięta w sobie, przerażona otaczającym ją światem. Otwiera się tylko śpiewając, opowiada wtedy o sobie, tworzy historie i melodie, nawet z matką porozumiewa się  za pomocą piosenek. Pierwsza scena filmu, to właśnie melodyjna rozmowa matki z córką, to ostatnia rozmowa. Chwilę później matka Fausty milknie na zawsze pozostawiając zagubioną dziewczynę sam na sam z wielkim brzemieniem strachu. Strachu przed innymi, przed przyszłością, przed gwałtem. Jej najbliższa rodzina to teraz wuj, który zawodowo zajmuje się organizacją wesel i jest w trakcie przygotowań do tego najważniejszego - swojej córki. Dlatego też nie może wspomóc finansowo Fausty, która za wszelką cenę chce pochować matkę z dala od Limy, w jej rodzinnej wiosce. Dziewczyna musi więc samodzielnie zarobić pieniądze na transport ciała. Ze strachem wychodzi więc na ulice Limy i rozpoczyna pracę jako pokojówka.

 

 

Główna bohaterka w swym paraliżu emocjonalnym jest czasami irytująca - aż chciałoby się potrząsnąć nią i krzyknąć No obudź się! Jej paranoja momentami staje się wręcz absurdalna - jak w chwili, gdy uświadamiamy sobie, skąd biorą się jej zdrowotne problemy i co zrobiła, aby zabezpieczyć się przed gwałtem.  Ale jej postawa pokazuje nam skutki  piekła, przez jakie przeszły setki peruwiańskich kobiet w latach osiemdziesiątych. W wyniku walk wojska z  partyzantkami Świetlistego Szlaku ludność peruwiańska przez ponad dziesięć lat  doświadczała ciągłego łamania praw człowieka, rabunków, gwałtów. W tym czasie zginęło okołu 70 tysięcy zwyczajnych ludzi, którzy w żaden sposób nie byli uwikłani w polityczne konflikty.

 

 

Film toczy się bardzo wolnym krokiem, towarzyszą mu długie, spokojne ujęcia, piękne zdjęcia, ale ponad wszystko niepowtarzalna muzyka. The Milk of Sorrow to też możliwość wejrzenia w peruwiański sposób życia, tradycje, wierzenia, kulturę. Przede wszystkim mamy więc niezwykłe śpiewane opowieści, które brzmią przez cały film. Mamy też scenę balsamowania ciała zmarłej, której towarzyszą  rozgadane kobiety z najbliższego otoczenia. Widzimy też pełne przepychu wesela, procesje wnoszenia prezentów, kiczowate dekoracje na tle walących się budynków. Bieda, w jakiej żyją główni bohaterowie kontrastuje z ogromnym domem i jego bogatą, białą właścicielką, u której pracuje Fausta.  Co więcej, nie brakuje tu humorystycznych scen, trochę rodem z czarnej komedii, jak chociażby scena, w której Fausta szuka trumny dla swojej mamy.

 

 

Obraz Claudii Llosy to kino baaardzo niezależne. Z pewnością nie zrobi furrory i nie będzie wyświetlane co dwie godziny  w multipleksach. To obraz wyjątkowo subtelny, a równocześnie z silnym przekazem skierowanym do peruwiańskich kobiet. Choć pewnie wielu widzów film nie przekona, warto po niego sięgnąć by poznać, czym jest peruwiańska wrażliwość.

 

niedziela, 14 czerwca 2009

O przylądku Ingólfshöfði przeczytałam w przewodniku Lonely Planet, a zdjęcia, które zobaczyłam na stronie internetowej gospodarstwa Hofsnes, uświadomiły mi, że bez odwiedzenia tego miejsca moja wyprawa do Islandii będzie niepełna. I nie pomyliłam się...

Przylądek Ingólfshöfði to historyczne miejsce, ponieważ właśnie tutaj osiedlił się Ingólfur Arnarson, norweski wiking, pierwszy osadnik Islandii. Przed nim na wyspę dotarli podobno irlandzcy mnisi (choć Islandczycy uparcie odmawiają przyjęcia tego do wiadomości), ale to właśnie Ingólfur jako pierwszy zamieszkał tu na stałe. Na przylądku spędził zimę, a następnie prowadzony przez boga Thora, dotarł do Zadymionej Zatoki czyli Reykjaviku i tam założył pierwszą osadę. Na cześć wikinga cypel nazwano Ingólfshöfði, a w 1974 roku, po 1100 latach od przybycia wikinga, postawiono mu tu pomnik.

W przeszłości Ingólfshöfði był wyspą, ale dziś tylko z jednej strony ostry klif spotyka się z wodami Oceanu Atlantyckiego. Od lądu przysypany jest wielką wydmą czarnego piasku, która rozciąga się przez 9 km tworząc często zalaną wodą lagunę. Dlatego też właściwie nie sposób dostać się tam ani pieszo, ani samochodem, ale sytuację ratuje traktor z sąsiedniego gospodarstwa. Do traktora gospodarz doczepia wóz na siano, ładuje na niego spragnionych wrażeń turystów (taką na przykład uradowaną Pyzę) i wiezie ich heeen, przez pola lęgowe wydrzyków, później przez lagunę i w końcu przez czarny piach -  pod sam przylądek. Następnie turyści muszą już o własnych siłach wspiąć się po wydmie zgodnie z techniką "na kaczkę", którą życzliwie udostępnia  młody przewodnik.

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.hofsnes.com - nam nie było dane zatrzymać się w czasie przejażdżki, choć przezornie zaopatrzyłam się nawet w gumowce.


Jak widać na szczyt dotarłam w czołówce.

 

Po wejściu na szczyt standardem jest... zaniemówienie. Widok, który maluje się przed tobą przyprawia cię o ciarki, religijne uniesienia, filozoficzne pytania o sens życia, niedowierzanie, że ciągle jesteś tu i teraz. Masz wrażenie, że stoisz na skrawku raju, samowolnie zaczynasz chodzić na palcach i rozmawiać szeptem. Za tobą lodowiec i laguna, przed tobą roztacza się zielona polana porośnięta wysoką trawą, wśród której spacerują owce i kozy. W dole o skały rozbija się ocean. Wielkie wydrzyki (great skua) wydając dziwne dźwięki jak oka w głowie strzegą  swoich gniazd ze złożonymi jajami. Jeżeli zbliżysz się zbyt blisko, w przelocie atakują cię swoimi olbrzymimi skrzydłami. Pośrodku polany stoi przepiękna latarnia a obok chatka pokryta darnią, przygotowana na przyjęcie zagubionych dusz czyli ewentualnych rozbitków (te metafory...).

 

 

Idąc cichaczem gęsiego co chwila natykasz się na puste jaja, skorupki. Idziesz i nagle widzisz je.... Papugi północy, morskie pulcinelle, islandzkie klowny, mnisi oceanu, latające pingwiny - dziesiątki maskonurów wygrzewają się w północym słońcu na zielonych klifach. Są piękne, jak myślałeś, ale nie spodziewałeś się ich zobaczyć aż tyle, z tak bliska. Onieśmielają cię. Wszyscy kładą się na trawie i czołgają się aby zbliżyć się do nich jak najbliżej, nie przeszkadzając im równocześnie. Ale one zdają się nie zwracać zupełnie uwagi na ciebie.

 

Zdjęcia maskonurów dedykuję Marcie w podziękowaniu za wszystkie rady, jakich udzieliła mi przed wyjazdem. Nie udało się jej w Islandii zobaczyć maskonurów, ale jej zdjęcia  zimowej Islandii to pozycja obowiązkowa.


Maskonury, choć są symbolem Islandii, przybywają na wyspę tylko latem - na okres lęgowy. Mają przepiękne ubarwienie, kolorowe nosy, czerwone nogi. Latają nieporadnie (przynajmniej takie sprawiają wrażenie), czasami mają problemy z lądowaniem, co jakiś czas zaliczając ostre spotkania ze skałami. Całe życie spędzają z tym samym partnerem. Są wierne swoim pisklętom, a jeżeli niespodziewanie giną rodzice innych, przejmują  nad nimi opiekę. Swoim widokiem potrafią rozczulić największego twardziela. Dlatego turystom w głowach się nie mieści, że Islandczycy serwują je sobie na obiad.

Dwie godziny na przylądku mijają jak z bicza trzasł. Spacerujemy, podglądamy gniazda w skałach, pstrykamy dziesiątki zdjęć. Niektórzy  kręcą nawet mistrzowskie opowieści filmowe z pobytu na Ingólfshöfði. Zostawiam Was z wybitną produkcją eF, ale od razu mówię, że na przylądek jeszcze na chwilę wrócę w trzeciej odsłonie opowieści o Islandii.

 


 

 

Tagi: islandia
19:09, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (13) »
niedziela, 07 czerwca 2009

Po wyjściu z lotniska w Keflaviku nie zaskoczył mnie ani księżycowy krajobraz, ani nawet brak jednego chociażby drzewa -  w końcu po tygodniach przygotowań wiedziałam, czego się spodziewać. Trochę zaniepokoiła mnie wiadomość, że właśnie przeszło niewielkie trzęsienie ziemi, ale najbardziej zdumiał mnie pierwszy mieszkaniec wyspy, którego zobaczyłam. Przy lekkiej  mżawce i panujących 9 stopniach ubrany był zupełnie na letniaka - miał koszulkę z krótkim rękawem, a na stopach sandały!

Przez kolejny tydzień takie widoki stały się normą, a mieszkańcy wyspy patrzyli na mnie opatuloną w czapkę i szal jak na przybysza z innej planety. Fakt,  nie było specjalnie zimno (9 -15 C), ale ciągle zmieniająca się pogoda (szczególnie w stolicy)  sugerowała ostrożność. Przyznam jednak, że dość szybko zrozumiałam, że naprawdę nie ma tu sensu używać parasola - ledwie zdążysz go wyciągnąć, przestaje padać. Jak żartują sami Islandczycy: Nie podoba ci się pogoda? Poczekaj pięć minut. Na pewno się zmieni.

 

 

Na zielono zaznaczyłam naszą trasę, którą przebyliśmy w ciągu 5 dni nocując kolejno w Reykjavíku, Vìku, Höfn, Egilsstaðir, Akureyri i znowuż w stolicy. Nie udało się nam zobaczyć wszystkiego - nie dotarliśmy, jak widzicie, na zachodnie fiordy, a i północ potraktowaliśmy trochę po macoszemu (marzyła się mi wyprawa na Grimsey i przekroczenie koła podbiegunowego, które podobno przechodzi przez łóżko miejscowego pastora; nie żeby mnie jakoś specjalnie interesowała jego  sypialnia, ale wiecie... tak się mi przypomniało). Mimo to widziałam wystarczająco dużo, żeby już po dwóch dniach pokochać Islandię miłością wielką  i nieroztapialną jak lodowiec Vatnajökull.

 

 

To, co mnie zdumiało, to jak różnorodny krajobraz można zobaczyć na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów: księżycowe tereny pokryte zastygłą lawą, zielone łąki pełne pasących się owiec, oszałamiające lodowce, wodospady, lazurowe jeziora,  plaże pokryte czarnym piaskiem i oczywiście parujące gorące źródła. A przy tym powietrze tak przejrzyste, że nawet nie chcę sobie wyobrażać, jaką ilością spalin oddycham na codzień. Ale czego innego oczekiwać od miejsca, w którym na drodze częściej  spotkać można owcę niż samochód. Mogliśmy przejechać kilometry bez spotkania z człowiekiem. Co innego zwierzęta: tych na trasie widzieliśmy naprawdę sporo. Prym wiodły oczywiście owce, które uwielbiają wylegiwać się na poboczach, szczególnie pod znakami drogowymi. Lubują się również w spacerach wzdłuż środkowej linii jezdni. Widzieliśmy też mnóstwo islandzkich koni, które słyną z pięciu rodzajów chodu.

 

A na deser spotkaliśmy parkę, no właśnie, reniferów?

 

Człowiekowi z wiekiem niesamowicie zmieniają się upodobania. Nie wiem, czy to kwestia dojrzałości, czy  po prostu wynik znudzenia materiałem. Kiedyś uwielbiałam gorące klimaty, egzotyczne pejzaże z błękitnem morzem i oleandrami w tle. W zeszłym roku na długo pożegnałam się z Grecją i zaczęłam na dobre marzyć o chłodnych krajobrazach, zimowym morzu i pustce wokół siebie. Szczytem szczęścia nie jest już wylegiwanie się na plaży, ale na rozgrzanej północnym słońcem, zielonej łące, która porasta atlantycki klif. Islandia okazała się spełnieniem marzeń. A tak wygląda szczęśliwy człowiek.

 

Kolejna część opowieści już wkrótce...

Po wyjściu z lotniska w Keflaviku nie zakoczył mnie ani księżycowy krajobraz, ani brak jednego chociażby drzewa - po przewertowaniu przewodników i poradników wiedziałam czego się spodziewać. Zaskoczył mnie za to Islandczyk w krótkim rękawku i sandałach, które nosił przy mżawce i 9 stopniach. Przez kolejny tydzień takie widoki były częste (krótkie spodenki królowały w Reykjaviku), a mieszkańcy wyspy patrzyli na mnie opatuloną w czapkę i szal jak na przybysza z innej planety.
Tagi: islandia
18:49, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (28) »