Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
wtorek, 29 czerwca 2010

W tym roku lato wyjątkowo długo grymasiło. A to popadało, a to się zachmurzyło. Bynajmniej na te kaprysy nie narzekałam, bo upały to zdecydowanie nie moja bajka. Ale w końcu przyszło, rozsiadło się wygodnie na balkonie i męczy moje ziółka. Mięta trzyma się dzielnie, ale szałwia i oregano cienko przędą. Z promieni słońca cieszy się tylko jak szalony różowy oleander, wygląda  wręcz kwitnąco.  Trzeba jednak przyznać, takie temperatury wyciskają z roślin nieziemskie zapachy, aż się w głowie kręci od intensywnego jaśminu czy orzeźwiającej mięty.

 

 

Nie wiem, jak u Was, ale u nas wyjazd wakacyjny już zaplanowany, choć jeszcze nie dopięty na ostatni guzik. Z planem podróży jak z urlopową walizką, dopychamy i zamykamy go dopiero w ostatniej chwili. I zawsze grozi nadbagaż. Na dziś pewne jest, że lądujemy w Grenadzie, jedziemy do Kordoby, a następnie  zaszywamy się na tydzień na Cabo de Gata. Jeżeli macie jakieś sugestie, co warto  zobaczyć we wschodniej części Andaluzji (zachodnią wraz z Sewillą poznaliśmy już kilka lat temu), piszcie śmiało! Pewnie jednak nie uda się nam zobaczyć dużo więcej, zaplanowaliśmy sobie kilka solidnych dni błogiej bezczynności i czytania książek.

 

 

A propos książek,  czekam właśnie na nowy, wakacyjny stosik. Miał dojść już w zeszłym tygodniu,  ale zamiast paczki przyszedł tajemniczy list od UPS. Poinformowano mnie na piśmie, że moja przesyłka nie może być dostarczona ponieważ... nie zostało poprawnie rozpoznane miasto adresata. Podpisano: z poważaniem (gdzieś) Jaś Fasola.  Albo przynajmniej tak powinno być podpisane. Co gorsza, Jasiu odesłał moje książki z powrotem do Polski, choć miał mój numer telefonu. No jajcarz po prostu. A książki bardzo różnorodne: Kobiety i władza Magdaleny Środy, Gułag Anne Applebaum, Ostateczne wyjście Natsuo Kirino, Bękart ze Stambułu Elif Safak, Hamida z zaułka Midakk Nadżiba Mahfuza i kilka innych. Może dojdą przed urlopem...

 

 

Oj potrzebuję w tym roku wakacji! Pracuję jak szalona, mam ostatnio mnóstwo nowych wyzwań, byłam nawet na kursie zarządzania zasobami ludzkimi. Tak to się chyba przynajmniej  okrutnie nazywa w fachowym języku, bo sam kurs  całkiem mądry i pozytywny. Teraz to już na pewno dostanę tytuł Menadżera Roku, a moi podopieczni wreszcie zaczną mnie uwielbiać. A potem się obudzę.

Wspominając o pracy, muszę powiedzieć jedną rzecz: nie ma to jak pracować w firmie pełnej obcokrajowców w czasie piłkarskiego mundialu. Szczególnie we Włoszech. Szczególnie, jeżeli właśnie jest się odpowiedzialnym za projekt związany z RPA! Szef szefów udostępnił nam na czas mistrzostw salę telewizyjną.  Na ścianach zawisły flagi narodowe, w kuchni wielka tabela z wynikami meczów. Najzabawniej jest oglądać reakcje kibiców: załamanych Niemców przegrywających z Serbią i żartującego sobie z nich całego biura, albo Argentynki odbierającej co chwila rozgorączkowane telefony od mamy z Buenos Aires w czasie meczu z Koreą Południową. Albo te emocje i niedowierzanie (i totalny zastój w pracy, na który nikt nie zwrócił uwagi), kiedy odpadała Italia.

Co poza pracą? A no skończyłam kurs fotografii  i już nie mogę się doczekać kolejnego. Kupiłam sobie buty na obcasach, które są wygodniejsze niż ortopedyczne Birkenstocki. Wybieram się na koncert Norah Jones w ramach Milano Jazzin Festival. Ach, byłam też na weselu z charakterem: panna młoda tuż przed ślubem ścięła zupełnie włosy, wystąpiła bez makijażu, za to w sukni z lat 50 i ogromnym kapeluszu. Nie było rzucania bukietem, ani siedmiopiętrowego tortu, a miejsce przyjęcia było bajecznie pięknie (zerknijcie poniżej). Całe szczęście, że spóźniliśmy się tylko godzinkę.

 

 

A jak tam Wasze plany na lato? Tym, którzy już siedzą na walizkach, życzę solidnego wypoczynku. A tym, którzy, tak jak ja, jeszcze muszą trochę wytrzymać, dedykuję ten, mam nadzieję, optymistyczny, wakacyjny wpis.

21:29, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (21) »
niedziela, 20 czerwca 2010

Którą drogę byś wybrał: tę, na której rośnie trawa i kwiaty, czy tę pełną śmieci i śladów opon? Prawidłowa odpowiedź: Tam, gdzie chodzą ludzie (rzucają śmieci) i jeżdżą samochody (zostawiają ślady), zagrożenie minami jest najmniejsze.

Takie porady zawiera broszura informacyjna dla czeczeńskich dzieci w wieku szkolnym, którą w swojej książce wspomina Åsne Seierstad. Dzieci Groznego w odróżnieniu od Księgarza z Kabulu nie skupiają się na jednej rodzinie, jednym miejscu i jednym czasie.  Tym razem książka Seierstad jest wielowątkowa, ma wielu bohaterów, jest zapisem kilku podróży, które dziennikarka odbyła do Czeczenii. Mniej przypomina powieść, a bardziej typowo dziennikarski reportaż, czyta się jednak równie dobrze.

Seierstad, absolwentka rusycystyki, zafascynowana rosyjską kulturą, stawia pierwsze dziennikarskie kroki w Moskwie. Kiedy w 1994 wybucha pierwsza wojna czeczeńska, postanawia przedostać się do Groznego jako korespondent wojenny. Wraca potajemnie do Czeczenii dopiero po 12 latach, bez wymaganego zezwolenia władz rosyjskich, które uniemożliwiają obcokrajowcom swobodne poruszanie się po republice. Po raz trzeci przyjeżdża wraz z oficjalną wycieczką organizowaną dla zagranicznych dziennikarzy, w czasie której udaje się jej przeprowadzić wywiad z marionetkowym prezydentem Czeczenii Ramzanem Kadyrowem.

Po latach od pierwszej wizyty w Groznym Seierstad pisze: Kiedyś, zafascynowana Rosją, gnana niezłomną ciekawością, szukałam rosyjskiej duszy. Podróżując po imperium trzecią klasą, zachwycałam się i dziwiłam. Czyżby mój stosunek do świata zmienił się na zbyt negatywny? Czyżbym się rozczarowała? Realia rosyjskiej polityki pozbawiają ją złudzeń. Opowieści Seierstad nie pozostawiają wątpliwości, po której stronie konfliktu się opowiada. Jej reportaże nie tracą jednak na wiarygodności ponieważ autorka dokłada wszelkich starań aby poznać punkty widzenia obu stron.

Seierstad przyjaźniła się Anną Politkowską, cytuje jej wywiady w książce.  Wprost pisze o rasizmie Rosjan, którzy obywateli Federacji dzielą na prawdziwych Ruskich i resztę.   Przypomina czystki, jakich dokonywał na Czeczenach Stalin wysiedlając ich na Syberię. Dla Rosjan Czeczeni to barbarzyńcy i terroryści, zbuntowane wilki, które trzeba w końcu poskromić. Sto tysięcy Czeczenów zginęło podczas wojny. Większość z nich to cywile. Wśród nich było dużo dzieci - mówię. - Nikt nie jest tylko dzieckiem. W Czeczenii nawet dzieci wiedzą, jak się posługiwać automatem. Tam wszycy są bojownikami. (...) Wiesz, co powinniśmy zrobić? Spuścić bombę. Taką bombę, która unicestwi całą Czeczenię.

Pomimo iż w Czeczenii nie trwają już działania wojenne, sytuacja jest daleka od spokojnej i stabilnej. Krążą niezliczone opowieści o anydemokratycznym, putinowskim prezydencie Kadyrowie, jego służbach specjalnych i salach tortur. Seierstad kontaktuje się z  czeczeńskimi organizacjami praw człowieka, które umożliwiają jej spotkania z bliskimi osób, które tajemniczo zaginęły, były oskarżane o terroryzm, torturowane, zastraszane. Opowiada o wdowach i matkach, które przeżyły piekło wojny, o czeczeńskich sierotach, które włóczą się po mieście bo państwowe domy dziecka zostały zamknięte przez Kadyrowa. Jej historie pozbawione są ozdobników, są mocne, dosadne, a co gorsza wszystkie są prawdziwe.

Z drugiej strony Seierestad jasno wskazuje błędy Czeczenii, która zbytnio zbliżyła się do fundamentalizmu islamskiego. Wiele problemów społecznych, jak choćby zabójstwa honorowe, są wynikiem rozprzestrzeniającego się wahabizmu. Przywódcy grup partyzanckich zaczęli w swej retoryce nawiązywać do zasad dżihadu. Biesłan, Dubrowka to tylko dwa z wielu zamachów dokonanych przez radykalne ugrupowania,  dzięki którym Czeczenom przyklejono etykietkę terrorystów, islamskich terrorystów.

Dzieci Groznego to przede wszystkim książka odważna odwagą swoich bohaterów, którzy boją się mówić o tym, czego doświadczyli, ale mimo to podejmują ryzyko. To też książka bardzo wiarygodna mądrością i rzetelnością swojej autorki, która nie ukrywa swoich poglądów, ale też nie koloryzuje i przesadnie nie beletryzuje. Seria Terra Incognita wydawnictwa WAB, w ramach której ukazała się ta książka, jest naprawdę warta uwagi. W miarę możliwości mam zamiar sięgać po kolejne pozycje z tej listy. Czuję, że się nie zawiodę.

 

PS W poprzednim poście znajdziecie wyniki urodzinowej ankiety.

środa, 09 czerwca 2010

Witajcie na trzylatku czyli czego jeszcze nie wiecie o blogu  Latającej Pyzy i wcale nie jestem przekonana, że chcielibyście wiedzieć,  ale i tak Wam to wyznam:

1. Pierwszy bodziec do założenia bloga dała mi nijaka Carrie Bradshaw, która wieczorami odpalała swojego luksusowego Maca w swoim nowojorskim apartamencie  i  przy lampce czerwonego wina pisała artykuły  pełne bardzo głębokich myśli o kobietach, związkach i życiu w ogóle. Też tak chciałam!

2. Moja rzeczywistość okazała się mniej wykwintna. Pisząc blogowe posty rozwalam się na kanapie w pozycji półleżącej, stawiam przed sobą laptopa i zaczynam drążyć temat. W międzyczasie zazwyczaj oglądam też telewizję, słucham radia i co jakiś czas sprawdzam stan lodówki. Następnie stwierdzam, że może zacznę od wybrania zdjęć do postu. I tak uciekają godziny, zanim coś nowego pojawi się na jużtrzylatku.

3. Większość wpisów z pierwszego roku najchętniej bym skasowała. Są przerażające! I bardzo Was proszę, nie sprawdzajcie ich teraz. Naprawdę niewiele straciliście. Za to bardzo lubię wpisy z 2008 roku. Ciągle wywołują uśmiech na mojej twarzy. Grunt to najgłośniej śmiać się z własnych dowcipów, co nie?

4. Po trzech latach dalej nie wiem, ile gotuje się  pyzy drożdżowe z truskawkami i ile kalorii mają kluski śląskie. Ciągle nie posiadam informacji gdzie kupić magiczną, latajacą miotłę ani ile kosztuje namalowanie na ścianie Ostatniej Wieczerzy. Nie bardzo pomogę też paniom, które zastanawiają się jak się pozbyć z domu dorosłego syna, który nie dokłada się do utrzymania mieszkania. Biletów na koncert Sandry i Modern Talking w Czechach też nie posiadam. A takich właśnie informacji szukają internauci, którzy wpadają przelotem na mój blog.

5. Na pewno za to  to, czego szukają, znajdują tutaj amatorzy karnawału w Wenecji, mediolańskiej Ostatniej Wieczerzy i interesujący się Fabrizo Coroną i pewną Latającą Pyzą. I ci, którzy pytają filozoficznie, co jest kiczem, a co sztuką. To najpopularniejsze słowa kluczowe, po których nitce dociera się do mojego bloga.

6. Najwięcej osób wchodzi na moją stronę oczywiście z Polski, a potem z Wielkiej Brytanii, Niemiec i Włoch (ciekawe kto! ). Chlubię się też bardzo wizytami z Islandii.  Intrygują mnie odwiedziny z Iranu (nie daj, Boże, służba bezpieczeństwa). Co mnie niezwykle cieszy, to fakt, że  prawie 60% z Was używa Firefoxa do przeglądania stron internetowych. Prawdziwi ludzie postępu z Was!

A żeby dowiedzieć się o Was jeszcze więcej, bo o mnie już wiecie aż za dużo, przygotowałam króciutką ankietę. No nie dajcie się prosić! Solenizantce się nie odmawia!

 

Update: Dziękuję wszystkim za wypełnienie ankiety! Nie wiedziałam, że mam tak wielu, stałych czytelników, z których większość chyba nigdy się nie ujawniła. Najbardziej zdziwiło mnie to, że większość z Was nie prowadzi bloga! Byłam przekonana, że mimo wszystko głównie odwiedzają mnie blogerzy. Teraz dopiero przyszły mi do głowy kolejne dwa pytania, które chciałabym Wam zadać: czy komentujecie mój blog i jak go znaleźliście. Może za rok pokuszę się o kolejną ankietę? Tymczasem biorę sobie do serca wszystkie Wasze odpowiedzi i sugestie. Dziękuję!

Tutaj znajdziecie pełną analizę wyników.

22:12, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 07 czerwca 2010

Do planowanej od kilku już lat wizyty u wujka eF w Ferrarze zmobilizowała nas w końcu informacja o trwającym w tym mieście Biennale Donna. Czternasta z kolei edycja miniaturowego biennale poświęconego kobietom w tym roku dedykowana jest artystkom z Iranu. Nie mogło mnie tam zabraknąć.

Shirin Fakhin (rocznik 73, mieszka w Teheranie) przedstawiła dwie prace wykonane w podobnej technice. Pierwsza z nich zatytułowana Only Farhad przedstawia bezwładne, kobiece nogi, symbol irańskich kobiet pozbawionych praw i własnego życia. Nogi wstawione są do wielkiej, złotej wazy, która pozornie ma większą wartość niż szmaciane kończyny. Ten kontrast sugeruje przekłamanie wartości i znaczeń w irańskim społeczeństwie.

 

 

Teheran Prostitues to druga, pokazywana już wielokrotnie instalacja Shirin Fakhin. Zwraca uwagę na problem prostytucji w Teheranie, której poziom bardzo wzrósł w ostatnich latach. Prostytutkami zostają ofiary przemocy domowej, wdowy, kobiety, które straciły godność w oczach  społeczeństwa nie z własnego wyboru, ale w wyniku absurdalnego kodeksu wartości.

 

 

Parastou Forouhar (rocznik 62, od 1991 roku mieszka w Niemczech) prezentuje z kolei  Freitag, ogromne zdjęcie podzielone na cztery panele. Jest to zbliżenie fragmentu przepięknego czadoru, spod którego nieśmiało wychyla się kobieca dłoń. Dzieło bardziej niż pokazywać, pobudza do wyobrażania sobie tego, co jest za zasłoną. To również symbol Iranu, gdzie to, co najważniejsze  i prawdziwe, jest zakazane i niedostępne.

 

 

Drugim projektem Parastou Forouhar jest Written Room, pokój od podłogi do sufitu zapisany perskim pismem. Pismem, które niezrozumiałe jest dla Europejczyków, ale  również dla posiadających umiejętność pisania w farsi. Pokój jest zapisany pojedynczymi, przypadkowymi sylabami bez szczególnego sensu, które stają się bardziej pięknym ornamentem niż formą komunikacji. Po raz kolejny więc słowa tracą znaczenie, są pustą zbieraniną znaków, fasadą, za którą nic się nie kryje.

 

 

Ghazel (rocznik 66, mieszka w Teheranie i Paryżu) pokazuje na wystawie instalację składającą się z trzech równocześnie odtwarzanych filmów. Ich bohaterką jest kobieta w czadorze, która występuje w króciutkich scenkach obyczajowych. Scenki są kapitalnym, często ironicznym  i pełnym humoru komentarzem do codziennego życia irańskich kobiet, ale i kondycji świata ogólnie. Na przykład w jednej ze scenek bohaterka wychodząc z łazienki podnosi specjalnie deskę klozetową do góry, z czym zazwyczaj wszystkie kobiety walczą.

Poniższe zdjęcie jako jedyne w tym poście pochodzi z materiałów prasowych, pozostałe są mojego autorstwa.

 

Shadi Ghadirian (rocznik 74, mieszka w Teheranie) prezentuje między innymi serię zdjęć przedstawiających kobiety w kwiecistych, kolorowych czadorach, które zamiast twarzy mają przyrządy kuchenne. Zdjęcia ilustrują instrumentalizację irańskich kobiet, ale również poprzez użycie nowoczesnych tkanin i narzędzi sugerują, że prawdziwa  modernizacja nastąpi dopiero  ze zmianą zasad i wartości.

 

Firouzeh Khosrovani (rocznik 71, pracuje w Iranie, Hiszpanii i we Włoszech) przedstawia z kolei zaskakujący film dokumentalny o sklepowych manekinach, które również są na bakier z zasadami rewolucji religijnej. Kobiece kształty nie mogą być swobodnie prezentowane nawet w postaci plastikowych kukieł w witrynach sklepowych. Szczególnie w witrynach sklepowych, które przykłuwają uwagę. Dlatego też sprzedawcy sklepowi zmuszeni są gipsować dołek między piersiami, zupełnie je odcinać albo drastycznie spłaszczać. Niektórzy sprzedawcy zrezygnowali zupełnie z manekinów wieszając sukienki na przeźroczystych żyłkach. Ale i to wzbudziło obiekcje religjnej policji. Sukienki na ramiączkach powinny mieć zakryte niewidoczne ramiona...

 

 

Prace pokazywane na wystawie dają bardzo jednoznaczny komentarz na temat sytuacji kobiet  w Iranie. Właściwie wystawa zawiera różnorodne interpretacje tej samej myśli. Aż prosi się o jakiś kontrowersyjny głos pokazujący odmienną wizję. Na pewno ciekawie byłoby zobaczyć dzieła irańskich artystek wykraczające poza tematykę feministyczną, chociażby komentarze do różnych aspektów życia we współczesnym Iranie.  Zamysł autorów biennale był jednak jednoznaczny, a wystawa mimo wszystko  była warta zobaczenia i pokonania 200 km.   Oczywiście wujka eF również odwiedziliśmy, okazał się przemiłym i niezwykle oczytanym starszym panem. A samą Ferrarę bardzo polecam bo to przepiękne miasteczko pełne rowerzystów. I bardzo dziękuję Paradoksalnie za podsunięcie mi informacji o biennale!

sobota, 05 czerwca 2010

Od  kilku lat podróżuję prawie wyłącznie tanimi liniami lotniczymi. Odzwyczaiłam się od numerowanych siedzeń, ulgowo traktowanego bagażu podręcznego, serwowanego lunchu i życzliwości obsługi samolotu. Ryan Air i spółka wychowało sobie pokolenie klientów, którzy nauczyli się płacić nawet za przysłowiowy uśmiech. Nie dziwią już nas ani bezdymowe papierosy oferowane na pokładach samolotów, ani pogłoski, że niedługo będzie można wykupić miejsca stojące. Uświadomiłam sobie, jak bardzo zdziczałam lecąc niedawno do Amsterdamu liniami KLM. Zresztą cały wyjazd odbył się pod znakiem odkrywania nowej jakości życia, która powinna być codziennością dla nas wszystkich.

Mówię o nas, mieszkańcach średnich i dużych miast, którzy ciągle gdzieś się spieszą albo usiłują odpocząć od codziennych zmagań. Sama mieszkam w drugim co do wielkości włoskim mieście, mającym o połowę więcej mieszkańców niż Amsterdam. A po powrocie do Mediolanu mam wrażenie, że mieszkam w zapyziałej (co za okropne określenie!) dziurze, gdzie władze miasta myślą o wszystkim tylko nie o swoich mieszkańcach. I jak sobie pomyślę, że Amsterdam nie jest  ujęty nawet w pierwszej dziesiątce najlepszych miast do życia, to zastanawiam się w jakiej to miejskiej dżungli mieszkam ja, jeżeli zachwyca mnie przeciętne miasto!

Ogromnym plusem Amsterdamu jest oczywiście doskonale rozwinięty system komunikacji miejskiej. W tym mieście nie ma korków! W moim 300 tysięcznym rodzinnym mieście są bez przerwy, a w Mediolanie nawet o drugiej w nocy można przestać  w centrum długie minuty. W tak zwanych godzinach szczytu na amsterdamskich ulicach samochodów jak na lekarstwo. Za to co kilka minut, świątek czy piątek, jeżdżą tramwaje, autobusy, a działa nawet linia metra. Nie mogło też ujść mojej uwadze udogodnienie w postaci budek biletowych w tramwajach, w których o każdej porze można kupić bilet.

Ale oczywiście, jak wszystkim wiadomo, głównym środkiem transportu w Amsterdamie są rowery. Tabuny rowerów! Nie miałam pojęcia, że jest ich tak dużo, że są używane tak gminnie! Swoich rowerów nie mają chyba tylko niemowlaki, co nie oznacza, że nie są wożone przez mamy w specjalnych wózkach doczepianych na przedzie roweru. Ilość ścieżek rowerowych równa jest chyba ilości dróg miejskich. Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić przyjemności wycieczek wzdłuż niekończących się kanałów, nie było miejsca, do którego nie moglibyśmy dotrzeć sprawnie i bezpiecznie.

Niezmiernie zazdroszczę Holendrom tej fantastycznej kultury, którą inne miasta próbują sztucznie przeszczepić swoim mieszkańcom, zapominając, że bez ścieżek rowerowych nawet milion rowerów nie zmieni nawyków ludzi. Po czym poznać turystę w Amsterdamie? Po tym że nie zauważa ścieżek i łazi po nich jak po swoim. Albo że jeździ rowerem tam, gdzie mu nie wolno. Oczywiście pędzący rowerzyści bez ogródek pohukują na zabłąkane na ich trasach owieczki i twardo przestrzegają zasad. Tu nie reszta świata, gdzie zamiast ścieżek rowerowych tworzy się parkingi, a rowerzyści jeżdżą po chodnikach.

Jeżeli czegoś jest równie dużo, co rowerów w Amsterdamie, to są to restauracje. Dziesiątki restauracji, wśród których prym wiedzie kuchnia azjatycka  (indonezyjska uznawana jest przez Holendów za kuchnię narodową) i argentyńska. Do tego dalsze dziesiątki fantastycznych barów, w których o każdej porze można zjeść coś smacznego i ciepłego (oczywiście w coffee shopach można również się fachowo zrelaksować). Naprawdę na żadnym dotychczas wyjeździe nie jedliśmy tak dobrze i tak dużo. Może jedynie tradycyjne frytki z majonezem w najstarszej frytkarni w Amsterdamie - Vlaams Frites Huis nie były takie znowu dobre. Za to dania kuchni indyjskiej, tajlandzkiej albo barowe lunche z ciemnym pieczywem radowały moje podniebienie. Zrobiliśmy sobie też rajd po cukierniach przy Warmoesstraat zajadając się boskimi brownies i tortami czekoladowymi. Do naszej ulubionej piekarni wracaliśmy aż dwa razy!

I jeszcze o sztuce, którą Amsterdam aż kipi. Ze wszystkich muzeów, które odwiedziliśmy, najbardziej zachwyciło mnie Rijksmuseum, które zawiera najważniejsze dzieła holenderskich twórców, żeby wspomieć tylko Straż nocną Rembrandta czy Mleczarkę Vermeera. Muzeum jest znacznie mniej zatłoczone niż to z pracami van Gogha, dzięki czemu wizyta jest znacznie bardziej kameralna. Za bardzo udany uważam pomysł dodawania przy każdym obrazie krótkiego opisu, który wyjaśnia nie tylko kiedy i jak powstało dane dzieło, ale zwraca uwagę na szczegóły lub ciekawostki niewidoczne dla niewprawnego oka. Dodatkowo niektóre obrazy, nie należące do stałej ekspozycji, są wybierane i opatrzane osobistymi komentarzami dyrektora muzuem. Takie drobne zabiegi sprawiają, że muzeum narodowe przestaje być sztywną instytucją, a staje się komunikatywnym i pasjonującym źródłem wiedzy. Drugim ciekawym miejscem, które odwiedziliśmy była wystawa World Press Photo, którego siedziba mieści się właśnie w Amsterdamie. W Oude Kerk otoczonym czerwonymi witrynami trwał pokaz zdjęć nagrodzonych w tym roku. Ze zdjęć, których jeszcze nie znałam, najbardziej poruszyło mnie to autorstwa Michaela Wolfa.

Właściwie mogłabym tak opowiadać bez końca. Widzieliśmy naprawdę sporo, naspacerowaliśmy się w deszczu, naszukaliśmy ukrytych hofje, nasiedziliśmy w knajpkach przy kanałach. Mogłabym dalej pisać o multietniczności Holandii, o panującym tu duchu tolerancji, o zielonych parkach, o powszechnej znajomości angielskiego, o prostych rozwizązaniach ułatwiajacych  życie mieszkańcom... Nie miałabym nic przeciwko zamieszkaniu w Amsterdamie przez jakiś czas. Odpowiada mi i kultura, i klimat, i cudowna architektura. Jeżeli pozostaje we mnie jakiś ułamek niepewności, to ten dotyczący samych Holendrów. Sprawiali na mnie wrażenie gwałtownych, niecierpliwych. Choć trudno się wypowiadać na taki temat po spędzeniu zaledwie kilku dni w Holandii i znajomości z kilkoma Holendrami. Ciekawa jestem Waszego zdania, szczególnie tych z czytelniczek i czytelników, którzy mieszkają w Holandii.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Więcej zdjęć z Amsterdamu znajdziecie na moim fotoblogu. Zapraszam!