Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
środa, 22 czerwca 2011

Po dwóch latach wróciłam na weneckie biennale sztuki z tym samym entuzjazmem i ogromnymi oczekiwaniami co poprzednio. I choć atmosfera tego wydarzenia ciągle jest niepowtarzalna, a Wenecja to najbardziej niezwykłe miasto na świecie, tym razem było inaczej. Główne pytanie, jakie sobie zadawałam w ciągu tego weekendu, brzmiało co się zmieniło? Ja, moje spojrzenie na sztukę współczesną, sama sztuka? Dojrzałam artystycznie, stałam się bardziej wymagająca, czy może sztuka poszła nową, niezrozumiałą jeszcze dla mnie drogą? A może po prostu po pierwszym razie pełnym zachwytu, stałam się bardziej selektywna i krytyczna?

Na ścianie rumuńskiego pawilonu w Giardini przewrotnie wypisano powody, dla których nie powinnyśmy na biennale się zjawić: Venice biennale is a choking-on-money mercantilist fossil, Venice biennale = showroom of western hegemony, to keep off who's hot & who's not, tourist menu sucks, to make art the way we feel it, without considering its potential to succeed... Przyznam, że po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać nad negatywnymi stronami tej imprezy.  Na przykład masowość biennale - jaki sens ma nagromadzenie takiej ilości sztuki w jednym miejscu. Nie sposób zobaczyć wszystkiego, kolejne instalacje ogląda się w biegu, szybko traci się koncentrację. Albo hierarchiczność - skupiając się na głównych punktach biennale, jakimi są Giardini i Arsenale, po raz kolejny uciekły mi pewnie równie interesujące, ale rozsiane po całej Wenecji projekty mniej ważnych artystycznie krajów. W tym roku wyjątkowo przeszkadzał mi też podział na pawiliony narodowe, podkreślony dodatkowo przez temat przewodni biennale Ilumi-Nacje (Illuminazioni).  Koncept narodów nijak się ma do sztuki, co według mnie to biennale pokazało. Ba, równie dziwna wydała się mi obecna od zawsze forma konkursowa - jakby sztukę współczesną można było zmierzyć i porównać. 

To wszytko byłoby jednak zupełnie do przełknięcia, gdyby nie same prace prezentowane w Wenecji. Przede wszystkim za dużo filmów, które często były i półgodzinnymi profesjonalnymi produkcjami czy dokumentami nadającymi się bardziej na biennale filmu niż sztuki. Zbyt mało sztuki, która nawet jeżeli pozostawała dla mnie nie do końca zrozumiała, dawała satysfakcję estetyczną dzięki ciekawym kompozycjom, formie, fakturze, kolorom, grafice. Choćby dlatego zrobiłam niewiele zdjęć. W tym roku zabrakło właściwie też mojego ulubionego trendu - sztuki, która angażuje widza, która wychodzi poza kontekst, nadaje nowe znaczenie dobrze nam znanej rzeczywistości. Zamiast tego widziałam sporo prac koncepcyjnych, które było dla mnie zupełnie niezrozumiałe, a co gorsze na tyle nieatrakcyjne, że nie miałam nawet ochoty wysilać się aby je rozszyfrować. Najbardziej zdumiewający okazał się włoski pawilon, który w tym roku okazał się gniazdem chaosu i kiczu. Teoretycznie Vittorio Sgarbi wpadł na fantastyczny pomysł zapraszając ponad 200 znanych postaci świata sztuki, literatury, filmu i telewizji (między innymi Dario Fo, Giuseppe Tornatore, Ferzana Ozpetka, Hanifa Kureishi, Oliviero Toscani, Tahara Ben Jellouna) do wybrania artystów i skomentowania przygotowanych przez nich prac. Ilość ekspozycji była jednak przytłaczająca, wiele z nich zbyt dosłownie potraktowało temat przewodni biennale, który we włoskim pawilonie łaczył się z 150 rocznicą zjednoczenia Italii. A juz zupełnym nieporozumieniem było dla mnie Muzeum Mafii - pozbawione artystycznej interpretacji było po prostu... muzeum.

Tyle mojej krytyki, która bynajmniej nie oznacza, że nie było projektów, które mnie nie zaskoczyły i nie zaintrygowały. Było ich po prostu mniej. Nie oznacza ona również, że się do biennale zraziłam. Być może wrócę jeszcze jesienią do Wenecji. Oznacza ona, że nabrałam dystansu do prezentowanych na biennale prac,  że znowu nauczyłam się czegoś nowego o sztuce współczesnej i o sobie. A to wcale nie mało. 

 

Wejście do głównego pawilonu w weneckich Giardini. Gołębie na na gzymsie to część instalacji Maurizo Cattelana. 

środa, 15 czerwca 2011

Każda wizyta na blogu Butters zaraża mnie pozytywną energią. Tym razem przyszła mi wręcz ochota na pójście śladem autorki i rozpoczęcie kolekcjonowania... przyjemności. Bo spisywanie wszystkich chwil, które wywołały uśmiech na naszej twarzy i sprawiły, że zapomnieliśmy o ciążących nam problemach, to doskonały sposób na przedłużenie i uwiecznienie małych radości.  Zbieram więc ze smakiem swoje okruchy przyjemności z ostatnich tygodni i zachęcam Was do zrobienia tego samego:

- popołudniowa drzemka w cudownym agriturismo gdzieś na granicy Ligurii i Toskanii, którego właścicielami jest zakręcona para wegetarian (a propos urocza anegdota: swego czasu posiadali krówkę o imieniu Jezus, która urodziła się 24 grudnia)

- moja crostata al limone, za którą sama przyznałam sobie mistrzostwo świata (dla zainteresowanych, którzy chcieliby stanąć ze mną w szranki, przepis po włosku tutaj)

- wieczór na piazza Duomo, kiedy ogłoszono nowego burmistrza Mediolanu, moc pozytywnej energii i szczerej radości

- obejrzenie Zapachu zielonej papai Anh Hung Trana, małego arcydzieła, który pobudza wszystkie zmysły; dla takich odkryć warto być kinomaniakiem

- niedzielna Siesta Marcina Kydryńskiego i odkrycie strony fan clubu programu, gdzie publikowane są tytuły wszystkich utworów puszczanych w czasie audycji (serdeczne pozdrowienia dla pana Chyrczakowskiego!)

- nowy odcinek Grey's Anatomy choć wyjątkowo smutny; moja godzina telewizji tygodniowo, na którą czekam w każdy poniedziałek

- wyjście z pracy o 18 pierwszy raz od niepamiętnych czasów uczczone bardzo udanymi zakupami w Mango; niespodziewanie przy kasie otrzymałam 40% zniżki na wszystkie rzeczy!

- bita godzina przesiedziana w księgarni Feltrinelli na małym stołeczku, spędzona na oglądaniu albumów o sztuce i liczeniu, ilu ze  stu najważniejszych współczesnych artystów znam

- gałązka jaśminu, którą przyniosłam ze spaceru i którą pachnie cały pokój

 

Doskonałe lekarstwo na chandrę,  spróbujcie! 

21:42, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (20) »
sobota, 11 czerwca 2011

Dobre wieści, coś się zmienia we włoskiej polityce! Dwa tygodnie temu w wyborach samorządowych partia Berlusconiego poniosła pierwszą klęskę. Poprzedziła ją bezpardonowa batalia ideologiczna, która w ostatnich dniach przed drugą turą wyborów przybrała wręcz formę niekończącej się parodii. Wszystko przez strategię strachu jaką przybrała partia prawicowa strasząc mediolańczyków między innymi zalewem komunistów, imigrantów, muzułmanów i meczetów. Szalały serwisy społecznościowe, dyskusje na Facebooku osiągały po 50 komentarzy.  Na Twitterze ktoś zadał Letizii Moratti (dotyczasowej burmistrz Mediolanu z partii Berlusconiego) niewinne pytanie o plany budowy meczetu w dzielnicy Sucate przy via Puppa. W odpowiedzi jej sztab kategorycznie skrytykował tę inicjatywę. Rzecz w tym, że dzielnica Sucate ani via Puppa, nie mówiąc nawet o planach budowy meczetu nie istnieją! Była to czysta prowokacja przeciwnika Moratti, który w oryginalny sposób nie tylko podważył kompetencje urzędników, ale też ostro nabił ich w butelkę (sucate w slangu to dość niecenzuralny czasownik). Oczywiście już na drugi dzień internet zaroił się zdjęciami z wyimaginowanej dzielnicy Sucate, ba, powstał nawet przewodnik Lonely Planet!

Dzień, w którym ogłoszono wyniki, w Mediolanie oddychało się nową, lepszą atmosferą, festa przy Duomo trwała do północy, a po placu przechadzał się kolejny kpiarz z napisem Grazie Allah!  Na drugi dzień wszędzie pojawiły się pomarańczowe plakaty nowego burmistrza Giuliano Pisapii z napisem Milano Buon Giorno. Oby rzeczywiście był to początek nowych lepszych dni.

 

 Giuliano Pisapia - nowy burmistrz Mediolanu

 

W niedzielę Włosi stają do kolejnej batalii. Tym razem odbywa się narodowe referendum, które porusza trzy niezwykle ważne kwestie: prywatyzację wody pitnej, plany budowy elektrowni jądrowych oraz prawo polityków do niestawianiu się na procesach sądowych ze względu na obowiązki służbowe. Choć w moim otoczeniu właściwie nie mówi się o niczym innym, w środkach masowego przekazu panuje zmowa milczenia. Berlusconiemu, który kontroluje zarówno media publiczne (z racji urzędu) jak i prywatne (jest ich właścicielem), na rękę jest aby Włosi w referendum udziału nie  brali. Nawet jeżeli wyrażą sprzeciw przeciwko planowanym ustawom prywatyzacji wody czy budowy elektrowni, ale nie zagłosuje 51% społeczeństwa, wyniki nie będą prawomocne. Berlusconi zamiast przekonywać do swoich racji i ryzykować przegraną, po prostu siedzi po cichu.

Wśród moich znajomych mobilizacja do pójścia na referendum jest ogromna, w poniedziałek  okaże się, czy wystarczyła. Sama niezmiernie ubolewam nad faktem, że nie mogę głosować. Mieszkając od dobrych kilku lat we Włoszech, podlegając tutejszemu systemowi prawnemu, płacąc podatki jak wszyscy, chciałabym współdecydować o dotyczących również mnie kwestiach. Poważnie rozważam możliwość (już mi przysługującą) wystąpienia o obywatelstwo włoskie. Ciągle jeszcze jednak  nie podjęłam ostatecznej decyzji. Rozważaliście kiedyś podobną możliwość?

Trzymajcie kciuki za referendum!

Update1: Do 22.00 w niedzielę frekwencja wyniosła 41%. Głosowanie trwa do 15.00 w poniedziałek.

Update2: Pierwsze informacje po zamknięciu urn: frekwencja wyniosła 55%, czyli referendum jest ważne!

Update3: Kolejne projekty ustaw obalone 90% głosów. Buon giorno Italia!

czwartek, 02 czerwca 2011

 

 

Zielona papaja w obrazie Anh Hung Trana pachnie dzieciństwem i niewinną ciekawością świata. Debiut wietnamskiego reżysera to zmysłowa podróż nie tylko w świat zapomnianych zapachów, ale też uczta dla oka i ucha. Każde ujęcie jest tu idealnie harmonijną kompozycją, każda nuta jest bezbłędnie wkomponowana w obraz. Najmniej ważna jest tu sama historia, zresztą z bardzo oszczędnymi dialogami, gdyż to, co chce nam przekazać reżyser, wyczuwamy wszystkimi innymi zmysłami. Ten obraz jest poezją zapisaną na taśmie filmowej, powrotem w świat dzieciństwa i dorastania, próbą rejestracji niewinności. Wiele tu scen filmowanych jak gdyby z ukrycia, zza okna, poprzez kraty. Wiele też sytuacji, w których obserwują się dyskretnie bohaterowie. Tak jakby nie każdemu dane było wejść ponownie do świata, który już przeminął. A może odwrotnie, w ten sposób po raz kolejny stajemy się dziećmi, które, choć niezwykle ciekawe świata, dostrzegają i rozumieją tylko skrawki rzeczywistości bo często zasłaniają ją zamknięte drzwi i ściszone głosy. 

Celowo nie streszczam Wam kanwy Zapachu zielonej papai. Jeżeli kochacie subtelne kino romansujące z poezją, sztuką i muzyką, myślę, że już Was przekonałam.