Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
wtorek, 29 lipca 2008
Kiedyś na tym blogu był wpis o tym, skąd się wziął mój  przydomek Latająca. Było więc o tym, że sporo się przemieszczam, latam a także popisowo przepadam przez płyty chodnikowe. Nie macie pojęcia, ile razy w dorosłym życiu zdarzyło się mi przewrócić na prostej drodze. Ślady na kolankach mam do dziś.  W każdym bądź razie wpis był głupi jak but z lewej nogi, więc  go skasowałam już dawno temu.  Ale dziś w obliczu kolejnej podróży znowu klecę o lataniu i lotniskach.

Spałam więc już na lotniskach w Nowym Jorku, Maladze, Warszawie i Atenach. Lotnisko w Pradze znam jak własną kieszeń, podobnie jak to w Bergamo, gdzie na opóźniony lot do Polski czekałam 12 godzin.  Nigdy nie przydarzyła się mi taka przygoda jak Tomowi Hanksowi, choć gdybym znała ten film wcześniej, moje długaśne siedzenie na lotnisku JFK nie okazałoby się tak męczące i bezowocne. Mogłabym na przykład pozbierać trochę wózków i zarobić na bułkę, a tak to głodna byłam jak wilk. Oczywiście wszystkiemu były winne sklepy GAPa i karta bankomatowa, której dwa dni wcześniej skończyła się ważność (i jeszcze piankowa korona Statuły Wolności, którą w ostatniej chwili postanowiłam kupić dla pieska).  Byłam więc bez kasy i z braku laku ostatnie, bardzo długie chwile w Nowym Jorku spędziłam na lotnisku.

Oczywiście lotniska są niezwykle interesującym miejscem, jakże multikulturowym i kolorowym. Dawno jednak straciłam przyjemność przesiadywania na nich godzinami. A latania to już w ogóle nie znoszę. Nie, nie boję się, ale przyznam, że za każdym razem wyobrażam sobie wszelkie katastrofalne scenariusze. I zawsze wraca do mnie  pytanie, dlaczego nie robią samolotów z tego samego materiału, co czarne skrzynki?

Zawsze się boję, kto koło mnie zasiądzie i czy aby przypadkiem nie będzie chciał ze mną rozmawiać. Aby uniknąć tego typu problemów, jeszcze przed zapięciem pasów wyciągam książkę. Aha, i zawsze bardzo uważnie oglądam instrukcje bezpieczeństwa, sprawdzam najbliższe wyjście i denerwuję się, że nikt z pasażerów  nie słucha stewardes. Najczęściej latam sama i wolę to niż podróże z eF, który z lekka mówiąc w samolotach dostaje głupawki. 
 
Najdłuższy lot, jaki odbyłam, to pewnie ten na Kubę... Najdziwniejszy -  lokalny lot libijskimi liniami, bo leciała z nami klatka z kurami, bez przerwy częstowali nas miętowymi cukierkami a stewardesy ubrane były, jak Allah przykazał... Najbardziej nieprzyjemne były zawsze loty z Polski do Libii, bo celnicy utrudniali nam życie, jak mogli. A jedyny raz, kiedy nie przyczepili się do zawartości naszych bagaży, walizki po prostu nie doleciały na miejsce... Ostatnio kiedy lądowałam w Krakowie,  tak zapatrzyłam się na wielkiego, opalonego surfingowca i jego gigantyczne torby, że zapomniałam o swojej walizce...  A jak pójdzie nam tegoroczny lot do Aten, opowiem Wam, jak wrócę. :)
13:48, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (18) »
niedziela, 27 lipca 2008

Pamiętacie tę scenę z Niebieskiego, kiedy Julie wkłada do kawy kostkę cukru, która błyskawicznie zabarwia się na brązowo?

 

Wczoraj wieczorem (właściwie w nocy) przyszła mi ogromna ochota na obejrzenie Kieślowskiego. Włączyłam film, zgasiłam światła a pokój napełnił się błękitem. Zauważyłam tyle nowych scen, drobiazgów, których może nie pamiętałam, a może po prostu, na które kiedyś nie zwróciłam uwagi. Filmy trzeba oglądać co jakiś czas, dorastają razem z nami...

Ale największe odkrycie stanowiła wypowiedź Kieślowskiego w ramach Leçon de cinéma dołączona do filmu (chyba we wszystkich wersjach językowych), w której opowiada właśnie o scenie z kostką cukru. Kamera w Niebieskim często skupia się na przedmiotach, sporo tam krótkich dystansów, zbliżeń. Scena z zatapianą w kawie kostką trwa pięć sekund. Te zbliżenia, zatrzymywanie się kamery,  skupianie się na najbliższym punkcie,  to odzwierciedlenie stanu duszy Julie, która zamyka się na świat, która nie chce patrzeć dalej ani wstecz, ani w przyszłość. Skupia się na tym, co tu i teraz bo boi się cierpienia, wspomnień, nowych rozczarowań.

Kieślowski w wywiadzie opowiada, jak ta pozornie nieistotna scena, była trudna do zrealizowania. Zwykła kostka cukru nasiąka kawą przez 8 sekund, co reżyserowi wydawało się za długie. Co nas obchodzi jakaś idiotyczna kostka cukru, która nasiąka w jakiejś kretyńskiej kawie? Ta scena nie mogła trwać za długo, ale też nie mogła być za krótka aby nie stracić swojego znaczenia. Asystent Kieślowskiego przez pół dnia testował przeróżne typy kostek aby w końcu znaleźć tę, która nasiąkała w optymalnym tempie. Zachwycająca jest nawet nie troska reżysera o detale ale o samego widza. Kieślowski wierzył w mądrość i wrażliwość swojego widza, któremu nie trzeba wszystkiego pisać wielkimi wołami. Dlatego w jego filmach często obrazy mówią więcej niż słowa.

Robiłem filmy, żeby porozmawiać z ludźmi... Sztuka dla sztuki, forma dla formy, porażanie swoją przenikliwością czy talentem w ogóle mnie nie interesuje. Moim celem jest opowiedzenie historii, która zajmuje ludzi. Zajmuje ich dlatego, bo jest im w jakiś sposób bliska...

Musiałam sobie o tej scenie napisać. Takie historie warto pamiętać.

czwartek, 24 lipca 2008
Przez całe studia mieszkałam na stancjach  i wynajmowałam mieszkania. Obawiając się moich antyspołecznych nastrojów, nigdy nawet nie pomyślałam o akademiku. Wiem, że dużo straciłam z życia studenckiego, ale to, co z niego miałam, w zupełności mi wystarczało.

Na drugim roku wynajęłam pokój u Pani Babci, która po jakimś czasie przeniosła się do sanatorium, co  jednak naprawdę nie było moją winą. Właściciel mieszkania pozwolił mi tam mieszkać dalej za dotychczasowy czynsz czyli 300 zł. Miałam więc dla siebie wszystkie trzy pokoje, całą wnękę kuchenną a nawet balkon z pralką atrapą, w której mieszkały gołębie.

Pewnego dnia do mieszkania wprowadziła się A. Naszym pierwszym wspólnym przedsięwzięciem był remont generalny dużego pokoju. Wpadłyśmy na ten pomysł gdzieś o 3 nad ranem i postanowiłyśmy go od razu wcielić w życie. Zaczęłyśmy od zerwania wykładziny, której nienawidziłyśmy. Co  z nią zrobiłyśmy, boję się Wam powiedzieć. Dla oddania sprawiedliwości wyznam tylko, że to był mój pomysł, nie A. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy pod wykładziną znalazłyśmy prezent od Pana Dziadka, męża Pani Babci (dziś już nie pamiętam skąd ta pewność). Pewne jest to, że na podłodze leżała równiutka kupka pieniędzy - jakieś 900 zł. Nie bardzo mogę sobie przypomnieć, czy powiadomiłyśmy o tym właściciela, ale całość pieniędzy wydałyśmy na remont mieszkania. Okna pomalowałyśmy na kolor groszkowy. A. zawiesiła piękne, niebieskie firanki, które potem wędrowały z nami po kolejnych mieszkaniach. W lumpeksie kupiłyśmy narzuty na kanapę a meble obkleiłyśmy zieloną tapetą. Znakiem rozpoznawczym naszych kolejnych mieszkań były drzwi oblepione kolażami z naszych zdjęć (choć moim najwyższym osiągnięciem był kibel w mieszkaniu na Bobrzej, istny majstersztyk).  
 
Mam wrażenie, że całymi dniami nic nie robiłyśmy, tylko jadłyśmy i oglądałyśmy AllyMc Beal/ SATC obłożone książkami do literatury angielskiej i... śpiewałyśmy. Nasz repertuar był bardzo szeroki: od Robiego Williamsa po operę (śpiewałyśmy na głosy: ja Godlewską, A. Jose Curę). Miałyśmy nawet jednego fana. Nazywałyśmy go (pieszczotliwie) Psychopatą.

Psychopata mieszkał piętro niżej. Miał Żonę i Syna Psychopaty, który był metalem. Psychopata nas nienawidził, ponieważ za głośno śpiewałyśmy i śmiałyśmy się. Do tego bez końca szurałyśmy krzesłami i zapraszałyśmy gości (raz, na spaghetti). Uprzykrzał nam życie jak mógł, z czego najgorsze były poranne, głuche telefony... A my naprawdę chciałyśmy wysłać Walentynkę jego synowi...

Studia jakoś głównie kojarzą się mi z jedzeniem (co jest o tyle dziwne, że nigdy wcześniej ani później     nie byłam taka chuda): rogale z Biedronki z Kubusiem malinowym, barszcz ukraiński w Vedze, zupa ogórkowa M., makaron ze szpinakiem, zupki chińskie, desery w Mc Donaldzie, gorąca czekolada z automatu na pierwszym piętrze, pierogi w Misiu, kawa w Wanii, draże z Biedronki, paluszki z sezamem i lody,  gigantyczne ilości lodów... Bez przerwy jadłam, zmieniałam mieszkania a w międzyczasie  udało się mi  skończyć dwa kierunki.
 
 
No tak mnie sentymentalnie ostatnio naszło... A wpis ten dedykuję A. i M, które przechodzą obecnie wielkie zmiany w życiu...  :)
13:38, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (19) »
niedziela, 20 lipca 2008
Choć czarne chmury zbierały się nad My Blueberry Nights od początku, przekonana byłam, że z wielkiej chmury będzie mały deszcz.
Pierwszym niepokojącym znakiem na niebie była wiadomość, że Kar Wai kręci w Ameryce. Uznałam to jednak za chęć konfrontacji z kinem amerykańskim (światowym/komercyjnym/masowym) i podniesienie sobie poprzeczki. Co więcej, była to dla mnie próba udowodnienia, że poetyczność jego filmów nie wynika z egzotyki miejsca i aktorów ale leży w umiejętnościach reżysera. Źle wróżyła również hollywodzka obsada. Jude Law i Natalie Portman u Kar Waia? W pierwszej chwili zdębiałam, ale potem przypomniałam sobie Closer Mike'a Nicholsa.  Norah Jones była chyba najbardziej ryzykownym posunięciem, ale też dodawała smaczku całemu przedsięwzięciu. W końcu przywiało wiadomość, że włoski tytuł nowego filmu Kar Waia to Un bacio romantico (Romantyczny pocałunek). W gazetach panowała cisza przed burzą. Ze strachu nie poszłam do kina i czekałam aż film wyjdzie na DVD. I wyszedł.

Mam wrażenie, że wszyscy byli tak przejęci tym przedsięwzięciem (wielkie nazwiska, niecodzienne debiuty, ogromne oczekiwania), że nie umieli się skupić na swoich zadaniach. Każdy próbował zadowolić towarzystwo, przez co nikt tu nie jest sobą, od filmu wieje nudą i brakiem wiarygodności. Jude Law sprawia wrażenie, że nie bardzo wie, o co chodzi w jego roli, Norah Jones jest piękna choć naiwna do bólu a Natalie Portman gra brawurowo ale jej postać  nie ma czasu się rozwinąć. Najgorzej chyba jednak wypadł sam Kar Wai, którego nie poznaję w tej fabule. Nie licząc ujęć pędzących pociągów, które przypominały mi 2046, nie ma tu jego charakterystycznej stylistyki. Nie mówię jedynie o egzotycznych (dla nas) miejscach, aktorach czy nawet strojach. Mówię o kolorach, świetle i sposobie patrzenia na bohaterów. Nie było tu charakterystycznej intymności, duszącej atmosfery ukrytej miłości i poczucia osamotnienia w świecie. Były za to amerykańskie knajpki i Las Vegas, dwa elementy, których w kinie nie znoszę. Strona wizualna filmu jest przejaskrawiona, kolory buchają z każdego ujęcia, przytłaczają i nie pozwalają się skupić. A do tego co ujęcie to wielka gwiazda. To było miejscami krępujące.
Nie będę też największym obrońcą scenariusza. Podobał się mi pomysł głównej bohaterki, która raz po raz przyjmowała inną wersję swojego imienia. W ten sposób za każdym razem była kimś innym, równocześnie pozostając sobą.  Podobała się mi metafora kolejnych kawałków ciasta, jako podróży, odwiedzanych miejsc, nowych doświadczeń.  Bardzo podobał się mi angielski tytuł.  Kiedy zaczęłam oglądać film, myślałam, że wszystkie sceny będą kręcone w nocy, co wydało się mi zniewalającym pomysłem. Pomyliłam się.
Scenariusz nawiązuje do filmów drogi, podróży młodych zbuntowanych w poszukiwaniu własnego ja i miłości. Jednak nie  jest to ani film przygodowy, ani romantyczny. Taka zabawa gatunkami filmowymi mogła dać naprawdę dobry efekt.  Gdyby tylko reżyser (i autor scenariusza) skupił się bardziej na bohaterach, pogłębił ich charaktery, nadał  im niecodzienne rysy. Gdyby skoncentrował się na związkach między ludźmi, zachował tę intymność, tak charakterystyczną dla innych filmów. Wtedy historia nabrałaby przynajmniej klimatu karwaiowskich filmów.
Tym razem Kar Wai'owi wyszedł amerykański zakalec z jagodami. Pewnie, w życiu trzeba spróbować wszystkiego. Każdy artysta ma prawo (i obowiązek) szukać nowych rozwiązań, doznań, doświadczeń. W filmie jednak czasami jak w kuchni: najlepsze są  sprawdzone przepisy. Zresztą rozumiał to chyba i sam Kar Wai, bo jego kolejny film The Lady from Shanghai nakręcony został na podstawie dzieła Orsona Wellesa.
11:25, latajaca_pyza , Filmy
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 lipca 2008
Tak, jak niektórzy z Państwa wiedzą, miałam wczoraj urodziny. W tym roku wypadły niezwykle przyjemnie, choć niestety musiałam być w pracy. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło bo szanowni koledzy sprawili mi kilka przemiłych niespodzianek. Dostałam drobne prezenciki i kartki zrobione specjalnie dla mnie w photoshopie. Zjedliśmy wspólnie pyszny lunch, a atmosfera (pod nieobecność głównych szefów) była bardzo wakacyjna i urodzinowa.  Do tego doszły życzenia od znajomych, blogerów, blipków i forumowiczek, za które szczególnie dziękuję Aisog. ;)

Urodzinowe przyjemności rozpoczęłam już wieczór wcześniej, wybierając sie na fantastyczny koncert w ramach Milano Jazzin' Festival. Zagrał dla mnie Gary Burton Quartet, w którego skład wchodził sam Pat Metheny. Dwie godziny muzyki największych kompozytorów (Chick Corea, Keith Jarret i oczywiście Metheny) w niezwykłej wersji instrumentalnej. Burton wymiatał na wibrafonie, a Metheny zmieniał gitary co drugi utwór. Ech, przypomniały się mi nocne koncerty, które nagrywałam z Trójki na kasety magnetofonowe. Uwierzycie, że to było 15 lat temu?!  Wieczór w centrum Mediolanu był wyjątkowo rześki a komary, które w zeszłym roku dały nam w kość, w tym roku się nie pojawiły. Idealnie.

Po pracy oczywiście nastąpiła kulminacja wieczoru, czyli prezenty od eF (strzały w dziesiątkę ;) oraz kolacja w wegetariańskiej restauracji - niespodziance. Wystroiłam się jak gwiazda filmowa,  wsiadłam na skuter i pojechaliśmy.  Miejsce okazało się przeurocze, obsługa przemiła a jedzenie przepyszne. Tak się najadłam, że chyba pierwszy raz w urodziny nie zjadłam nic słodkiego! Na deser zafundowałam sobie  jedynie dzbanuszek z wywarem z liści mięty i limetki. Przynajmniej dobrze się mi spało. :)
poniedziałek, 14 lipca 2008
Czy to efektem niedawnych Mistrzostw Europy, czy też zwyczajnym przypadkiem mój eF zaczął ostatnio regularnie grywać w piłkę nożną. Pierwszy mecz jego drużyna wygrała 12 - 3, a on sam strzelił 5 bramek. Po tak rewelacyjnym początku nabrał ochoty na cotygodniowe spotkania. Ciągle ćwiczy, a w domu pełno piłkarskich koszulek i płynów z elektrolitami.

Ostatnio kilka godzin przed meczem zadzwonił jego kolega z drużyny aby omówić wieczorne spotkanie. Przy okazji T. chciał zamienić kilka słów ze mną. Okazało się, że jego dziewczyna tego wieczora wybierała się na "jakiś jazzowy koncert, czy podobne klimaty, niedaleko i to za darmo" i pytała czy nie poszłabym z nią. Jako, że dziewczynę T. uwielbiam, przebywanie w jej towarzystwie to wielka przyjemność, zgodziłam się bez zastanowienia. Chłopaki pojechały na mecz a po mnie przyjechała M. Jedziemy sobie w kierunku parku, w którym odbywał się koncert, gadamy o głupotach.  Zdążyłyśmy się umówić na wrześniowy festiwal filmowy w Mediolanie i omówić plany wakacyjne, kiedy w końcu pytam: a coś wiesz, o tej grupie, która będzie grać?  Ona zerka na mnie z zaskoczoną miną i mówi: ależ to koncert Buena Vista Social Club. Nie muszę Wam chyba pisać, jaką miałam głupią minę. Zdębiałam zupełnie a potem zaczęłam się śmiać streszczając moją rozmowę z T.

Choć nie ma już wielkich Ibrahima Ferrera i Rubena Gonzalesa, koncert był fenomenalny. Obecny skład Buena Vista Social Club to  ciągle wybitni muzycy, spośród których same początki pamięta już chyba tylko basista Orlando "Cachaito" Lopez. Dla mnie to niespodziewane spotkanie  kubańską muzyką było szczególnie poruszające. Ze wzruszeniem przyglądałam się wielkim muzykom, którzy po filmie Wima Wendersa zdobyli światową sławę i  uznanie.  Przyznam, że zabrakło mi kilku najsłynniejszych utworów, a rozgadana na tyłach publiczność  mi przeszkadzała, jednak usłyszeć kubańskie rytmy w najlepszym wykonaniu tuż po powrocie z Hawany- to  było przeżycie.

eF nie mógł przeżyć tego, że przegapił taki koncert.  Był tym bardziej rozczarowany, że tego wieczora przegrali 10 - 14.

PS Pozdrawiam Chiarunię ;)
piątek, 11 lipca 2008
Ostatni miesiąc upłynął pod znakiem niespodziewanych wiadomości, drobnych sukcesów i zrealizowanych postanowień. W moim życiu zawodowym nastąpiły pozytywne zmiany, na portalu turystycznym Bermudy ukazał się mój artykuł o Kubie, a w Wysokich Obcasach zdjęcia z drugiego bloga. Dostałam nawet nagrodę! :)  Ze zrealizowanych postanowień przede wszystkim przestałam włączać wieczorami komputer. Dzięki temu nadrobiłam zaległości w czytaniu i prasowaniu. Po prawie dwóch latach udało się mi dotrzeć i zapisać się do wideoteki, o której archiwum krążą legendy. To jedno z blipowych wstydliwych wyznań, bo wypożyczalnia znajduje się na ulicy, przy której pracuję. Tyle, że jest 80 numerów dalej i zamknięta w porze lunchu.  Zapisałam się tam z postanowieniem dotarcia do arcydzieł kinomatografii, których nigdy nie udało się mi obejrzeć. Fakt- mają wszystko Felliniego, Viscontiego i De Sici (czytać z polskiego), ale Buñuela, Resnais i  Angelopoulosa, od których chciałam zacząć- jak na lekarstwo.

Na pierwszy film wybrałam (przymusowo) Płaczącą Łąkę (The Weeping Meadow/ La sorgente del fiume) Theo Angelopoulosa, film z 2004, który stanowi jedyną nakręconą dotychczas część trylogii.
To było moje pierwsze spotkanie z tym greckim reżyserem i, choć film nie należy do jego najsłynniejszych dzieł, Angelopoulos mnie zachwycił. W czasach, kiedy filmy trwają nie więcej niż 1, 5 godziny (a np Gus Van Sant robi je jeszcze krótsze), tnie się każdą scenę, stawia się na dynamikę, akcję i rozrywkę, ten film to absolutna perła. To obraz dla tych, którzy lubią się delektować, patrzeć, chłonać i myśleć oglądając. Film trwa trzy godziny, jest ciężki w odbiorze, wymaga całkowitej koncentracji. Ujęcia ciągną się w nieskończoność, pozornie nieistotne sceny zajmują mnóstwo czasu a ważnych dla akcji wydarzeń domyślamy się często jedynie z przedstawionych konsekwencji. Tak, jakby reżyer nie lubił dosłowności i skupiał się na realizacji scen, które są ważne dla niego.
Płacząca Łąka o historia zakochanej pary, która nie może być razem. Ona ma być poślubiona ojcu swojego ukochanego, z którym ma już dwójkę dzieci. Oboje uciekają i ukrywają się przed zhańbionym ojcem, który chce odzyskać wybrankę. Historia tej rodziny toczy się na tle kolejnych  okupacji kraju i wojny domowej. Mimo pozornie monotonnej akcji bohaterowie ciągle uciekają, przeżywają dramaty, ukrywają się, walczą. Grecja Angelopoulosa jest szara, zimna, wręcz mglista. W niczym nie przypomina słonecznego kraju z wakacyjnych pocztówek.   Autor zdjęć Andreas Sinanos oraz kompozytorka Eleni Karaindrou to stali współracownicy Angelopoulosa. Stanowią razem wybitne trio, które tworzy niezwykle oryginalne kino.
Teraz muszę koniecznie zobaczyć Wieczność i jeden dzień oraz Spojrzenie Odyseusza. W tym celu pewnie będę musiała zapisać się do kolejnej wideoteki. Realizowanie postanowień ostatnio idzie mi bardzo dobrze, jest więc szansa, że już niedługo Angelopoulos znowu zawita na tym blogu.