Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
poniedziałek, 20 lipca 2009

Długo zastanawiałam się, czy i jak obchodzić trzydzieste urodziny (wiem, wiem, nie wyglądam ;). Ostatnie miesiące były dla mnie dość ciężkie, więc i perspektywa zmiany prefiksu malowała się w czarnych barwach. Na szczęście dwa tygodnie temu się pozbierałam i w piątek dziarsko weszłam w czwartą dziesiątkę. Wzięłam sobie dzień wolny od pracy i wybrałam się do... hammamu w celu odnowy ciała i ukojenia duszy.

Hammam, czyli łaźnia turecka to przybytek niezwykle istotny w kulturze islamu. Początkowo łaźnie budowane były przy meczetach, aby dopiero później stać się niezależnymi instytucjami charakterystycznymi dla większości orientalnych miast. Ich religijne korzenie nawiązujące do rytuału ablucji przed modlitwą nie straciły jednak znaczenia. Ciągle wizyta w hammamie łączy się ze szczególną ceremonią oczyszczenia ciała i duszy, ceremonią wymagającą skupienia i wyciszenia.

Kiedy tylko weszłam do budynku, w którym znajduje się hammam, uderzył mnie intensywny zapach olejków różanych, który towarzyszył mi przez cały pobyt w łaźni. Otaczały mnie kolorowe dywany, arabeski w oknach, parawany, wielkie poduchy,  piękne, zdobione ornamentami lampy i niskie, złocone stoliki. Z głośników sączyła się orientalna muzyka, która wprawiała w niezwykły nastrój. Dostałam ręcznik, klapki i tradycyjną rękawicę do mycia kassę, wzięłam obowiązkowy prysznic i wtedy dopiero poprowadzono mnie do pierwszej sali zwanej tepidarium.

W tym pomieszczeniu tradycyjnie rozpoczyna się wędrówkę po tureckiej łaźni. Gorące, lekko wilgotne pomieszczenie wyłożone jest białym marmurem, a wzdłuż ścian ciągną się podgrzewane, kamienne ławy. Usiadłam, zawinięta w ręcznik, a koło mnie postawiono mosiężny dzbanek z gorącą, miętową herbatą, tacę z tradycyjnymi ciasteczkami  z sezamem i paterę z owocami.  Przez wysoko umieszczone, kolorowe okna sączyło się światło, a muzyka mieszała się z dźwiękami szemrzącej fontanny. Idealna temperatura, spokój i cudowna herbata zaczynały działać - stres ostatnich tygodni się ulotnił, udało się mi w końcu zwolnić tempo i nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.

Mój błogostan przerwała dyskretnie kobieta, która przyniosła miskę z oczyszczającą glinką. Nałożyła mi ją na plecy, a  resztę ciała wysmarowałam sobie już sama. Oblepiona zieloną gliną od szyi do stóp udałam się do następnego pomieszczenia caldaium, czyli parowej sauny, w której oprócz wysokiej temperatury czuć było woń olejków aromatycznych. Po prysznicu wróciłam do tepidarium, aby wyłożyć się wygodnie na marmurowej ławie i ponownie zanurzyć w relaksie (prawie że się mi zasnęło).

Po wstępnym oczyszczeniu i pozbyciu się toksyn, przystąpiono do mycia. W osobnym pomieszczeniu wymyto mnie przy pomocy kassy, umyto włosy i wymasowano pianą z mydła na bazie  oślego mleka. Najprzyjemniejsze było jednak polewanie ciepłą wodą przy pomocy niewielkich naczyń. Później jeszcze relaks w baseniku z lekkim hydromasażem i w końcu najprzyjemniejsza część pobytu w hammamie - aromatyczny masaż w zaciemnionym pomieszczeniu, przy świetle świec. Masaż całego ciała z uwzględnieniem stóp, dłoni i twarzy, na którą nałożono mi peeling, a następnie odżywczą maseczkę na bazie miodu i oślego mleka. To była godzina pobytu w niebie pełnym niezwykłych zapachów róży i jaśminu, tak intensywnych, że pachnę jeszcze dziś, chociaż brałam prysznic kilka razy. Czuję się jak bohaterki książek Marshy Mehran, które nieustannie pachniały wodą różaną.

Pobyt w hammamie kończy się zawsze w sali przeznaczonej na relaks, w której wypoczywa się i pomału wraca się do niższych temperatur i... rzeczywistości. To pomieszczenie pełne wygodnych poduch, leżaków, łóżek, w których można znowu napić się miętowej herbaty i coś zjeść. Wyszłam z hammamu cudownie zrelaksowana, wypoczęta, z ukojoną duszą. Myślę, że po intensywnie i pracowicie przeżytych trzydziestu latach taki relaks się mi należał. Na kolejny etap życia mam tylko jedno postanowienie - cenić bardziej samą siebie - swoje ciało, swój umysł, swoje dokonania. Życzcie mi powodzenia bo to trudne zobowiązanie.

 

Polecam Wam obejrzenie magicznych zdjęcia z hammamów całego świata autorstwa  Pascala Meunier.

 

Wysmarowana od szyi po stopy udałam się do następnego pomieszczenia caldaium, czyli parowej sauny, w której oprócz wysokiej temperatury czuć było woń olejków aromatycznych. Po prysznicu wróciłam do tepidarium, aby wyłożyć się wygodnie na marmurowej ławie i ponownie zanurzyć się w relaksie (prawie że się mi zasnęło). Po wstępnym oczyszczeniu i pozbyciu się toksyn, przystąpiono do mycia. W osobnym pomieszczeniu wymyto mnie przy pomocy kassy, umyto włosy i wymasowano pianą z mydła na bazie  oślego mleka. Najprzyjemniejsze było jednak polewanie ciepłą wodą przy pomocy niewielkich naczyń. Później jeszcze relaks w baseniku z lekkim hydromasażem i w końcu najprzyjemniejsza część pobytu w hammamie - aromatyczny masaż przy świetle świec. Godzina pobytu w niebie pełnym niezwykłych zapachów róży i jaśminu, tak intensywnych, że pachnę jeszcze dziś, chociaż brałam prysznic kilka razy. A do tego masaż całego ciała z uwzględnieniem stóp, dłoni i twarzy, na którą nałożono mi peeling a następnie maseczkę na bazie miodu i oślego mleka.
Tagi: hamma islam
00:16, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (29) »
środa, 08 lipca 2009

Ten wpis to  zapis różnych smaczków, zapamiętanych cytatów i samodzielnych obserwacji dotyczących mieszkańców Islandii. W żaden sposób nie jest to próba scharakteryzowania narodu, bo nie podjęłabym się takiej ani w stosunku do Włochów ani Polaków. Szczególnie że na wyspie więcej widziałam owiec i maskonurów niż ludzi.  Ale do rzeczy.

Zacznijmy od kostek cukru, które najwidoczniej Islandczycy uwielbiają. Nawet jeden z nasłynniejszych islandzkich zespołów nosił nazwę The Sugarcubes. W całej Islandii nie znalazłam kawiarnii czy baru, gdzie by podawano sypki, biały cukier.  Nie dociekałam, skąd takie uwielbienie dla białych sześcianów. Po Niebieskim zwyczajne kostki cukru stały się dla mnie przedmiotem mistyczynym i zawsze zwracam na nie uwagę. W Xenophobe's Guide to the Icelanders wyczytałam, że wielu starszych Isladczyków nie słodzi kawy rozpuszczając w niej cukier, ale wkłada kostki do ust i zalewa je kawą. To zresztą wyjaśniałoby wieczne milczenie bywalców barów.

Druga rzecz - okna. Ogromne, nisko osadzone, z szerokimi parapetami. Wpada przez nie mnóstwo światła, którego z pewnością Isladczycy są spragnieni. Nie zasłaniają ich nawet latem, kiedy panują białe noce.  Widocznie ich potrzeba słońca jest tak duża, że nie chcą tracić ani odrobiny. Wyobraźcie sobie jednak jakie katusze przeżywał eF, który przyzwyczajony do włoskich okiennic umie spać jedynie w idealnych ciemnościach. Nie będę Wam nawet opowiadać, jakie eksperymenty przeprowadzał aby zakryć okna, w  których wisiały jedynie delikatne firanki bez zasłon. Swoją drogą okna to fascynujący aspekt kulturowy warty zgłębienia. W Islandii stanowią również element dekoracyjny, ponieważ na parapetach stawia się różne ozdoby, książki czy świeczniki.

Islandzki język nie zmienił się od stuleci. Dzisiejsi mieszkańcy wyspy mogą bez problemów czytać archaiczne teksty. Co więcej, bardzo dbają o czystość języka. Zauważyłam to już pierwszego dnia - na samochodach dostawczych czy ulotkach wszędzie pojawiał się wyraz simmel, po którym następował rząd numerów. Na całym świecie słowo telefon brzmi podobnie. Na całym świecie oprócz Islandii. Za każdym razem, gdy pojawia się nowy produkt czy zjawisko, w Islandii zbiera się specjalna rada, która przeszukuje archaiczne sagi i zapisy w celu znalezienia nowego starego słowa. I tak na przykład komputer tölva pochodzi od słów tala i völva, które kolejno oznaczają numer i proroka.

W Islandczykach fascynująca wydała się mi mieszanka przywiązania do tradycji i obsesji na punkcie nowych technologii. Z jednej strony umiłowanie języka, ale też wiara w istnienie baśniowych istot - elfów, troli, skrzatów zwanych huldufolk (podobno wierzy w nie 70 % wyspiarzy, a wielu przyznaje, że je widziało bądź doświadczyło ich obecności). Z drugiej strony Islandyczycy uwielbiają wszelkie nowinki techniczne poczynając od gigantycznych samochodów poprzez śnieżne skutery na telefonach i tosterach skończywszy. W Islandii mamy największą ilość komórek na mieszkańca, najwyższy odsetek korzystających z internetów i przez żadną inną stolicę nie przejeżdżają procesje wypasionych samochodów terenowych (takie widoki pomagają zresztą zrozumieć, dlaczego kraj przeżywa największy w historii kryzys gospodarczy). Obrazu Islandczyków dopełnia już tylko autoironiczne poczucie humoru, które udało się mi dostrzec we wszystkich osobach, z którymi dłużej rozmawiałam. Dobrze ilustruje je ta koszulka.

Zafascynowana tajemniczymi mieszkańcami wyspy skusiłam się na album  Icelanders autorstwa duetu Sigurgeir Sigurjónsson i Unnur Jökulsdóttir. Zawiera on zdjęcia i opowieści o mieszkańcach różnych ukrytych zakątków, z których wyłaniają się fascynujące osobowości. Poznajemy między innymi samotnika mieszkającego w jednej z najpiękniejszych islandzkich dolin, któremu nie raz pomagały elfy. Zaglądamy też do Brigitty Halldordottir, która w ciągu dnia dogląda swoich krów i świń, a nocami pisze słynne na całą Islandię dreszczowce.  Poznajemy też historię właściciela gospodarstwa Hofsnes, tego samego, który organizuje wyprawy traktorem na przylądek Ingólfshöfði. Islandia jest mała, ale jej mieszkańcy niesamowici.

 

 

 

 

Tagi: islandia
00:19, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (19) »