Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
niedziela, 25 lipca 2010

Bez obaw, nie o San Remo tu mowa. Fakt, będzie dużo włoskiej muzyki i zakulisowych plotek, ale subiektywnej preselekcji dokonałam ja, a w jury zasiadacie Wy. Piosenki zresztą nieprzypadkowe bo filmowe. Do tego wszystkie niezwykłe, podobnie jak filmy, z których pochodzą. Zapraszam (wystarczy kliknąć tytuł albo kolaż zdjęc)!

 

Parla Piano - Vinicio Capossela

z filmu Dieci Inverni (Dziesięć zim) w reżyserii Valerio Mieli

Przepiękny debiutancki film Valerio Mieli, który historią i jej klimatem niesamowicie przypomina  Samotność liczb pierwszych Paolo Giordano. Nietypowa włoska sceneria - 10 kolejnych zim na weneckich wysepkach, zimno, mgła i szare morze. A wśród tej scenerii nieporadna przyjaźń i miłość dwóch nietuzinkowych studentów Silvestro i Camilii. Ciekawostką jest, że autor i wykonawca piosenki Parla Piano, zresztą wybitny włoski muzyk, pojawia się w jednej ze scen filmu - gra w czasie rosyjskiego wesela, na który zostali zaproszeni główni bohaterowie. Posłuchajcie, piosenka jest bardzo piękna.

 

 

 

L'ultimo bacio - Carmen Consoli

z filmu L'ultimo bacio (Ostatni pocałunek) w reżyserii Gabriele Muccino

Kultowa już historia miłosna sprzed dziesięciu lat, która doczekała się nagrody publiczności na festiwalu w Sundance, amerykańskiego covera pt Last Kiss, a w tym roku sequela Bacami Ancora. W drugiej części nie zagrała główna żeńska bohaterka Giovanna Mezzogiorno, która w czasie realizacji pierwszej części była uczuciowo związana ze swoim ekranowym partnerem - Stefano Accorsi. Pewnie do dziś nie przebaczyła mu, że związał się z jedną z najpiękniejszych kobiet świata - Laetitią Castą. A piosenkę L'ultimo bacio śpiewa moja ulubiona włoska wokalistka o niebywałym głosie i urodzie.

 

 

Insieme con te non ci sto più - Caterina Caselli (napisana przez Paolo Conte)

z filmu La stanza del figlio (Pokój syna) - reż. Nanni Moretti

Tego filmu przedstawiać chyba nie trzeba nikomu. Jeden z najsłynniejszych obrazów włoskich ostatnich dziesięciu lat. Historia zwyczajnej rodziny z Ancony, która boryka się z nagłą stratą syna. Piosenka, którą tu cytuję, pojawia się gdzieś na początku filmu, kiedy rodzina wiedzie jeszcze spokojne, szczęśliwe życie. Ich wersja piosenki Cateriny Caselli śpiewana w samochodzie przyprawia jednak o  spory ból ucha. Ciekawostką jest, że  piosenka pojawia się jeszcze w kilku innych włoskich filmach, a pochodzi z 1968 roku.

 

 

 

 

Mio fratello è figlio unico - Rino Gaetano

Mio fratello è figlio unico (Mój brat jest jedynakiem) - reż. Daniele Luchetti

Nie wiem, czy ten film był pokazywany w polskich kinach, ale nazwisko reżysera warto zapamiętać, sama będę do niego na pewno wracać. Teraz za to zwrócę Wam uwagę na jednego z dwóch głównych bohaterów filmu - Riccardo Scamarcio. To jedno z najgorętszych nazwisk włoskiego świata filmowego. Sex symbol i nadzieja włoskiego aktorstwa. A do tego od kilku lat partner starszej od siebie od trzynaście lat Valerii Golino. Podoba się Wam? Mnie początkowo nie, dopóki nie obejrzałam go sobie dokładnie na ekranie. Fascynujący (w białej koszuli w pierwszym rzędzie, na większym zdjęciu w drugim). A piosenka, która pochodzi z 1976 roku, nadała tytuł filmowi i jednoznacznie się z nim kojarzy, ale w samym filmie się nie pojawia.

 

 

 

50mila - Nina Zilli

z filmu Mine vaganti w reżyserii Ferzana Ozpetka

Na koniec prawdopodobnie najbardziej wpadająca w ucho piosenka z najnowszego filmu Ferzana Ozpetka, który lada dzień wchodzi do polskich kin. Przemilczę okrutny podtytuł, jaki zaserwował widzom polski dystrybutor. Powiem tylko, że jest żenujący i robi straszną krzywdę obrazowi, który, jak pozostałe filmy Ozpetka, jest czymś więcej niż tylko zabawną historią. A już makarony są w tym filmie najmniej istotne! Ale fakt, Mine vaganti to film wyjątkowo śmieszny, nawet ja, która większość komedii ogląda ze śmiertelnie poważną miną, płakałam ze śmiechu. No a zobaczyć Riccardo Scamarcio śpiewającego przed lustrem 50mila - bezcenne.

 

Cin qua nta miiiillaalaaacrime nonbaa ste rannoperchè... O przepraszam, się zapomniałam... To tyle na dziś! Mam nadzieję, że udało się mi przemycić coś, co Was zaciekawiło, czy to w kwestii muzyki czy włoskiego filmu.  Ostatnio oglądam mnóstwo włoskich produkcji, znajdzie się więc wystarczająco dużo filmów i na drugą edycję przeglądu. Tak więc do usłyszenia, alla prossima!

poniedziałek, 12 lipca 2010

Świat nura Aleksandra Kościowa należy do tych książek, które zaczyna się czytać na nowo ledwie się je skończy. Pozostawiają nas bez odpowiedzi na nasze pytania albo dają niepozorny klucz do nich dopiero na ostatnich stronach.  Takie książki są jak nocny lot nad uśpionym miastem, kiedy na chwilę zaglądamy w różne miejsca i zaraz ruszamy dalej, nie widząc, jak kończą się historie spotkanych przelotem osób. Uświadamiają, że rozwiązanie tkwi w nas, w naszej wyobraźni i pamięci.

Kościów stworzył miniaturkę naszego świata, gdzie wszystko coś nam przypomina, ale równocześnie jest inne od tego, co znamy. Imiona osób, nazwy sklepów, ulic, restauracji są jakby znajome, ale jednak obce. To to uczucie, kiedy czasami mamy wrażenie, że już przeżyliśmy sytuację, w której właśnie się znajdujemy. I nigdy nie wiemy, czy to wspomnienie czy może sen.  Czy fragment jakiejś innej rzeczywistości, w której już kiedyś byliśmy. Właśnie ta dwoistość świata, niezależnie czy nazwiemy ją niebem i piekłem, życiem po życiu, snem i jawą, czy w końcu różnymi poziomami  tej samej rzeczywistości, czy po prostu dwoma równoległymi światami, w których możemy funkcjonować, jest główną cechą świata nura.

O co może prosić pojawiające się i znikające wspomnienie? (...) O nazwanie go. (str. 437) Tym w gruncie rzeczy zajmuje się główny bohater powieści - Arrlo. Szuka odpowiedzi na nękające go pytania, przywoływane przez innych wspomnienia i sny, próbuje sprostać oczekiwaniom osób, które wiedzą o nim coś, czego on nie może sobie przypomnieć. Nie sposób w kilku słowach streścić wielowątkowy Świat nura. To nie tyle historia szkatułkowa, co wielki pokój po sufit zawalony szkatułkami zawierającymi mniejsze szkatułki zawierające mniejsze szkatułki... Kanwa historii jest taka: Arrlo jest antykwariuszem, który kiepsko zna się na książkach, poza tą jedną, której nigdy nie czytał, ale którą musi odnaleźć. Pomaga mu w tym nowopoznana dziewczyna o imieniu Harley, która również  szuka odpowiedzi zawartych w tajemniczym zbiorze Pielęgnacja i tożsamość drzew. Przynajmniej do czasu swojego tajemniczego zniknięcia...

 

Świat nura jest oniryczny, z pozoru zwyczajny,  szary i mglisty, a jednak pełen  dziwnych korytarzy, gdzie drzwi wychodzą na morskie nabrzeże, a w tunelach metra mieszczą się  sekretne kluby  nocne.  Pozornie zwyczajni bohaterowie okazują się mistrzami gry w flippery, płatnymi mordercami, miłośnikami pączków z dżemem, zaklinaczami instrumentów muzycznych albo drzewami. Ta ambiwalentna atmosfera, gdzie nic nie jest jasne i gdzie ciągle mnożą się pytania, sprawia, że czytelnik zaczyna na własną rękę podążać labiryntami: czy w związku Arrlo i Harley nie  ma przypadkiem analogii do nieszczęśliwej miłości pani Padmo i dr Surmeanna? Obie kobiety nagle znikają, funkcjonują gdzieś między światami. Do tego mają ten sam naszyjnik! Może to nie matka i córka, ale ta sama osoba funkcjonująca w dwóch różnych rzeczywistościach? Ach, więc może Arrlo to młode wcielenie dr Surmeanna, który wcześniej był szamanem ze snów antykwariusza? W końcu Arrlo wchodzi do naszych snów (naprawdę był u mnie) i sami zaczynamy gubić się na granicy dwóch światów, tworząc kolejną szkatułkę...

Powieść przeleżała na mojej półce chyba z rok. Ale kiedy w końcu po nią sięgnęłam, rozpoczęła się uczta. Po pierwsze uczta językowa. Kościów pisze fantastycznie, bawi się językiem jak plasteliną, obdarzając swojego bohatera stoickim charakterem i nieszablowanym sposobem myślenia.  Dzięki temu Arrlo stał się jednym z moich ulubionych bohaterów literackich. Po drugie uczta doznań  czyli realizm magiczny rodem z Murakamiego. Między pisarzami jest jednak jedna fundamentalna różnica. Bohaterowie Murakamiego są samotnikami z wyboru, urodzonymi melancholikami i samotnikami, którzy nadzwyczaj dobrze czują się w onirycznej rzeczywistości. Arrlo z kolei to sympatyczny, całkiem towarzyski i dowcipny facet, który zupełnie nie może odnaleźć się w dziwnych dla siebie realiach. Ciągle się dziwi, wątpi i marzy tylko o tym, żeby móc w końcu wrócić do domu i się wykąpać. Strasznie fajny facet. Świetny pisarz. Fantastyczna książka.

 

 

Obie grafiki, które doskonale wpisują się w klimat powieści, są autorstwa M.C. Eschera. Nie bez przyczyny druga z nich znalazła się na okładce powieści wydanej przez Muzę SA.

Świat nura Aleksandra Kościów należy do tych książek, które zaczyna się czytać na nowo ledwie się je skończy. Pozostawiają nas bez odpowiedzi na nasze pytania albo dają niepozorny klucz do nich dopiero na ostatnich stronach.  Takie książki to jak nocny lot nad uśpionym miastem, kiedy na chwilę zaglądamy w różne miejsca i zaraz ruszamy dalej, nie widząc, jak kończą się historie spotkanych przelotem osób. Uświadamiają, że rozwiązanie tkwi w nas, w naszej wyobraźni i pamięci.

Kościów stworzył miniaturkę naszego świata, gdzie wszystko coś nam przypomina, ale równocześnie jest inne, od tego co znamy. Imiona osób, nazwy sklepów, ulic, restauracji są jakby znajome, ale jednak obce. To to uczucie, kiedy czasami mamy wrażenie, że już przeżyliśmy sytuację, w której właśnie się znajdujemy. I nigdy nie wiemy, czy to wspomnienie czy może sen.  Czy fragment jakiejś innej rzeczywistości, w której już kiedyś byliśmy...

O co może prosić pojawiające się i znikające wspomnienie? (...) O nazwanie go. (str. 437) Tym w gruncie rzeczy zajmuje się główny bohater powieści - Arrlo. Szuka odpowiedzi na nękające go pytania, przywoływane przez innych wspomnienia i sny, próbuje sprostać oczekiwaniom osób, które wiedzą o nim coś, o czy on nie może sobie przypomnieć. Nie sposób w kilku słowach streścić treść Świata nura. To nie tyle historia szkatułkowa, co wielki pokój po sufit zawalony szkatułkami zawierającymi mniejsze szkatułki, zawierające mniejsze szkatułki... Kanwa historii jest taka: Arrlo jest antykwariuszem, który kiepsko zna się na książkach, poza tą jedną, której nigdy nie czytał, ale którą musi odnaleźć. Pomaga mu w tym nowopoznana dziewczyna o imieniu Harley, która również  szuka odpowiedzi zawartych w tajemniczym zbiorze Pielęgnacja i tożsamość drzew. Do czasu swojego tajemniczego zniknięcia...

Świat nura jest oniryczny, z pozoru zwyczajny,  szary i mglisty, a jednak pełen  dziwnych korytarzy, gdzie drzwi wychodzą na morskie nabrzeże, a wtunelach metra mieszczą się  sekretne kluby  nocne.  Pozornie zwyczajni bohaterowie okazują się mistrzami gry w flippery, płatnymi mordercami, miłośnikami pączków z dżemem, zaklinaczami instrumentów muzycznych albo drzewami. Ta magiczna atmosfera, gdzie nic nie jest jasne i ciągle mnożą się pytania sprawiaja, że czytelnik zaczyna na własną rękę podążać labiryntami: Czy Arrlo i Harley nie przypominają zbytnio nieszczęśliwego związku pani Padmo z Dr Surmeannem? Obie kobiety nagle znikają.Do tego mają ten sam naszyjnik! Może to nie matka i córka, ale ta sama osoba funkcjonująca w dwóch różnych światach? Ach, więc może Arrlo to młode wcielenie dr Surmeanna, który wcześniej był szamanem ze snów antykwariusza?

Bez wątpienia świat Kościowa przypomina rzeczywistość Murakamiego. Jest tu jednak jedna fundamentalna różnica. Bohaterowie Murakamiego są samotnikami z wyboru, urodzonymi melancholikami i samotnikami, którzy nadzwyczaj dobrze czują się w onirycznej rzeczywistości. Arrlo z kolei to sympatyczny, towarzyski i dowcipny facet, któryzupełnie nie może odnaleźć się w dziwnych dla siebie realiach. Ciągle się dziwi, wątpi i marzy tylko o tym, żeby móc wrócić do domu i się wykąpać.

 

 

sobota, 10 lipca 2010

Na wystawę Paul'a McCarthy'ego Pig Island dotarłam dosłownie kilka godzin przed jej zamknięciem. Ociągałam się do ostatniej chwili ponieważ to, co o niej słyszałam, było mało zachęcające. Owszem, były to superlatywy, ale opis wystawy sugerował, że to nie moje gusty estetyczne. Pojawiłam się w końcu ponieważ bardzo cenię sobie kuratorów Fondazione Nicola Trussardi, którzy mają wprawne oko i siódmy zmysł artystyczny. Liczyłam, że mimo wszystko coś zaiskrzy. Tym razem jednak nawet oni mnie nie przekonali.

Paul McCarthy  zasłynął niekonwencjonalnymi sposobami wyrazu artystycznego. Zaczynając od tradycyjnego malarstwa w latach 70, szybko odkrył swój kontrowersyjny styl. Tony ketchupu, wymioty, wsadzanie sobie lalki Barbie do tyłka, taplanie się w surowym mięsie i majonezie to znaki charakterystyczne Amerykanina, który, swoją drogą, wychował się w mormońskiej rodzinie. Te szokujące i żenujące błazenady mają na celu stawianie siebie i widzów w sytuacjach ekstremalnych, poznawania ich reakcji i ograniczeń. Happeningi McCarthy'ego kończą się często dopiero, kiedy albo on, albo jego widzowie po prostu juz nie mogą.

Wystawa Pig Island prezentowana przez miesiąc w Mediolanie reklamowana była jako swoista wyspa groteski, orgiastyczne piekło i totalne bagno w jednym. To komentarz McCarthy'ego do naszej fastfoodowej rzeczywistości, w której króluje bezrefleksyny konsumpcjonizm,  obsesyjna wulgarność, zachłanność i brak wartości. Wyspa McCarthy'ego pokazuje polityczną groteskę, gdzie Bush kopuluje ze świniami. Mamy też filmy pełne spitych piratów, tranwestytów i klaunów, którzy biorą udział w orgii na statku. Piją swój mocz, robierają się, babrają w ketchupie i Bóg wie czym...

Nie odbieram racji zamysłowi artystycznemu McCarthy'ego. Bardzo ciekawy,  potrzebny. Forma realizacji projektu jest jednak żenująco kiepka, mało pomysłowa i oryginalna. I nie chodzi tu tylko o moje gusty estetyczne. Figura gipsowa z Bushem czy zdesperowaną Paulą Jones (na ostatnim zdjęciu) są naprawdę dobre!  Ale już orgiastyczne filmiki, penisy na krzesłach  czy nadmuchiwane balony w kształcie gigantycznej butelki ketchupu są po prostu nudne i banalne. Mam wrażenie, że  wystawa została potraktowana zbyt minimalistycznie,  zabrakło dopracowania i pomysłów zarówno ze strony artysty jak i kuratorów. Naprawdę chciałam wejść do piekła McCarthy'ego, zobaczyć miniaturę absurdalnego świata, w który mieszkam, poczuć smród siarki i bagna. Niestety, od wystawy zalatywało tylko wielką nudą i rozczarowaniem.