Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
piątek, 22 lipca 2011

Ten film jest równie prosty i bezpretensjonalny jak jego tytuł. I choć to cecha charakterystyczna dla wszystkich obrazów braci Dardenne, w Chłopaku z rowerem nabiera wyjątkowego smaku. Skromna, harmonijna  historia chłopca usiłującego odzyskać zaniedbującego go ojca w odróżnieniu od wcześniejszych filmów braci Dardenne jest ciepła, bardziej optymistyczna, wręcz kojąca. Tym razem akcja filmu umiejscowiona jest gdzieś między wiosną a latem. Nowością są też okruchy muzyki, która zazwyczaj w ich filmach nie istnieje. Tutaj pojawia się w postaci  mocnych akcentów pieczętujących momenty łagodności i wytchnienia małego Cyrila.

Bohaterowie braci Dardenne jak zawsze pochodzą z niższych warstw społecznych, borykają się z codziennymi problemami, żyją często na granicy prawa, na marginesie. Doświadczają życiowych klęsk, mniejszych i większych osobistych tragedii, ale wobec chaosu, który ich otacza potrafią odnaleźć w sobie człowieczeństwo i dobro. Te zimne, paradokumentalne wręcz filmy belgijskiego duetu zawsze dają nadzieję. 

Tydzień wcześniej widziałam Tree of Life Malicka, monumentalne, metafizyczne dzieło, które traktuje o wszystkim, co najważniejsze w życiu używając wielkich słów, wyidealizowanych obrazów i wysokich dźwięków. W porównaniu z nim Chłopak z rowerem, który również opowiada historię o sile rodziny, o wierze, miłości i nadziei, zadaje pytania o istotę człowieczeństwa jest filmem miniaturką. Pytanie tylko czy o ważnych kwestiach trzeba rzeczywiście opowiadać wielkimi słowami i dosłownymi metaforami? A może lepiej użyć prostej, minimalistycznej stylistyki, która nie kreuje dystansu i wrażenia nieosiągalności czegoś co powinno być dla nas naturalne?  Niby to tylko kwestia języka opowieści, ale jakże istotna. Do mnie zdecydowanie bardziej przemawia język braci Dardenne.

 

środa, 06 lipca 2011

Suk w Fezie. Ustawiam się w ogonku po wypłukaną w misce szklankę truskawkowego napoju. eF patrzy na mnie ze zgrozą, ale jakoś nie śmie mnie powstrzymać. Za rogiem znowu przyłączam się do grupki otaczającej starszego pana, który sprzedaje z wielkiego gara zupę z cieciorki. Potrawa jest bez smaku, posypuję ją harisą łapiąc kątem oka rozbawiony wzrok obserwujących mnie dzieciaków. Piekielną próbę przechodzę jednak bohatersko.  Robimy sobie nawet razem zdjęcie.

Zatrzymuję się przy każdym stoisku ze słodyczami, daktylami, orzechami. Przez godzinę wybieram ręcznie malowane talerzyki z fezkiej, najlepszej marokańskiej gliny. Nie negocjuję cen, nie umiem się przełamać i wejść w przypisaną mi rolę. Płacę horendalną cenę za litr wody różanej, która w niczym nie przypomina tej od Robertsa, którą kupuję w drogerii. Ma tak intensywny zapach, że kręci się w głowie, zamknięta w oldskulowej butelce z korkiem i ręcznie wypisaną etykietą jest dla mnie bezcenna. 

Z dnia na dzień zaczynam jednak rozumieć i przyswajać rządzące tutejszym rynkiem zasady. W Marakeszu, gdzie zakończymy naszą tygodniową wyprawę po Maroku będę już wytrawnym negocjatorem cen i postrachem wszystkich taksówkarzy. Tymczasem jednak wielka szkoła negocjacji trwa.

Jesteśmy w tak zwanej nowszej części Fezu. Przyglądam się usypanym w stożki przyprawom, kiedy zagaduje do nas krzątający się w pobliżu młody Marokańczyk. Mówi nieźle po włosku, okazuje się, że mieszkał w Mediolanie. Zaprasza nas na zaplecze swojego sklepu. Wiemy, czym to pachnie, ale rzucamy się w wir przygody. Pierwsze pół godziny to pogaduszki przy dzbanku miętowej herbaty. Potem przenosimy się do przysłowiowej jaskini Ali Baby, pełnej orientalnych dywanów. Rozpoczyna się żmudne oglądanie, wymienianie komplementów, padają pierwsze kwoty, którym towarzyszą grymasy, cmokanie i przewracanie oczami. Ostatecznie wychodzimy z wełnianą narzutą w tradycyjne marokańskie wzory farbowane naturalnymi barwnikami. W cenie zawarta jest też darmowa reklama sklepu na moim blogu. Pech chce, że gubię wizytówkę.

Przebijamy się przez pętle Atlasu Wysokiego, gdzieś między Ourzazate a Marakeszem. Zatrzymujemy się w przydrożnym barze, w którym gości tylko para staruszków w tradycyjnych strojach. Po dziesięciu minutach pojawia się właściciel i przyjmuje nasze zamówienie: kawa i herbata miętowa. Chyba i tak nie ma nic innego w karcie. Wraca z napojami po kolejnym kwadransie i postanawia zrekompensować nam oczekiwanie własnym towarzystwem. Chyba przypadamy mu do gustu bo w pewnym momencie oferuje nam drugą kolejkę kawy i herbaty, zapraszając nas na tyły swojego domu. Nie umiemy odmówić ani jemu ani sobie. Znowu rzucamy się w nieznane.

Jesteśmy w małym pokoju wyłożonym dywanami i kolorowymi poduszkami. Siadamy po turecku, próbujemy orzeszków ziemnych, dyskretnie się rozglądamy po ciemnym pomieszczeniu. Nasz berberyjski gospodarz ma pewnie czterdziestkę, kilka brakujących zębów i spracowane ręce. Opowiada nam, że opiekuje się mieszkającą w górach komuną rozwiedzionych kobiet. Zaprasza nas abyśmy się do niej wybrali - raptem trzy godziny górskim szlakiem. Tymczasem wyciąga ze szkatułek wyrabiane prze nie przedmioty: bogato zdobione bransoletki i tradycyjne sztylety. Ta godzina to wielka lekcja marokańskiej kultury. Uczę się, jak powiedzieć nie, mówiąc tak. Jak odmówić, nie obrażając gospodarza. Jak zbijać cenę, nie urażając sprzedającego. Jak znaleźć kompromis pod presją. I jak w tym wszystkim odnaleźć przyjemność. Wyruszam w dalszą drogę biedniejsza o kilka koszulek, które nasz gospodarz podaruje kobietom i bogatsza o niezwykłe doświadczenie.

Później już jest dużo łatwiej. Po suku w Marakeszu poruszam się z pewnością starej wygi. Instynktownie wyczuwam, gdzie należy negocjować, a gdzie dać sobie spokój. Nie daję się oskubać taksówkarzom, ale chętnie płacę trochę wygórowaną cenę za domowe kuskus. Zaczynam grać zgodnie z zasadami. Rzecz tylko w tym, że te zasady są wyczerpujące. Nie mogę się doczekać powrotu do domu aby kupić sobie kanapkę za z góry ustaloną cenę. Cenę europejskiej kultury, której jestem niewolnikiem.

 

Moje ulubione zdjęcie z Marakeszu

22:12, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (13) »