Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
czwartek, 30 sierpnia 2007
Prawo jazdy zrobiłam dość niedawno ale za to, żeby nie było za łatwo, w Czechach. Co to był za koszmar! Za instruktorkę miałam jakąś starą jędzę, która ciągle jarała fajki powtarzała mi, że zacna holka jestem ale kierowca to ze mnie będzie kiepski. Bo, że krzywo jeżdżę i nie umiem z pamięci wyrecytować jak się startuje pod górkę. Przez nią do dziś mi się nogi zaczynają trząść, jak widzę, że się zatrzymam na górce. Stosuję wtedy różne techniki omijania problemu, czasem nawet na czerwonym świetle przejadę, byle tylko nie musieć się zatrzymywać. Przed jazdami miałam koszmarne bóle żołądka, nie wspominając już ile razy się poprostu popłakałam. Ale egzamin zdałam za pierwszym razem a po dwóch miesiącach przejechałam trasę z Pragi do Mediolanu. I tak jeżdżę sobie po Włoszech samochodem na polskich rejestracjach z czeskim prawem jazdy. Jak mnie kiedyś w końcu zatrzyma policja to się bardzo zdziwi:) Dotychczas jedynie śniło mi się, że zatrzymali mnie dwaj policjanci przebrani za klowny z masą kolorowych baloników. Zatrzymali mnie bo za szybko jeździłam, a ja po prostu się przeprowadzałam i miałam strasznie dużo rundek do zrobienia. Całą noc tak jeździłam:)
Problemy z samochodem miewiam dość dziwacznej natury. Kłopoty z parkowaniem, skręcaniem przy cofaniu, składanie lusterek przy wjeździe na parking płatny to jeszcze standard. Słynne jednak były problemy z lusterkiem (tym w środku). Za każdym razem jak wsiadałam do auta, znajdywałam lusterko złośliwie przekrzywione. Myślałam, że się źle trzyma i podejrzliwie zaglądałam na nie podczas jazdy. Ale nie. Zaczęłam podejrzewać, że ktoś mi robi na złość. Ale kto? Raz rzuciałam się nawet sprawdzać pod siedzenia czy ktoś się tam nie ukrywa. Grozą powiało... Potem myślałam, że ktoś z rodziny jaja sobie robi... W końcu odkryłam- torebką zawadzałam jak wsiadałam... :)
Albo te plamy na karoserii. Przez dobrych pare miesięcy pojawiały się na samochodzie takie wielki białe plamy. No nic, tylko jakieś wstrętne ptaszysko. Problem w tym, że plamy nie chciały schodzić w myjni, nawet na najdroższej opcji. Myślałam, co żesz q te ptaki żrą we Włoszech! Przeprowadziłam się a ptaszysko przyleciało za mną bo plamy pojawiały się dalej. I tylko na mój samochód się wypróżniało! Zaczęłam obserwować sąsiadów i ich auta. Może ktoś coś ma do Polek albo ich samochodów i w nocy mi maluje białe plamy... Ale w końcu pewnego dnia moje miejsce, gdzie parkuję w pracy (po dachem! dlatego nie brałam go wcześniej pod uwagę) było zajęte a na zaparkowany tam samochód kapała z rury biała ciecz. Już tam nie parkuję. :)
No, blondynka, mówię:)

22:23, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (4) »
środa, 29 sierpnia 2007

eF znowu obudził we mnie neurotycznego potwora. Do szału doprowadza mnie swoimi absurdalnymi teoriami i poglądami na życie. Ja wiem, że to różnica kultur (cywilizacji wręcz!), że to Mars i Wenus (kosmiczne odległości!), że przeciwieństwa się przyciągają, że kto się czubi, ten się lubi... ale chwilowo przeżywam poważny kryzys. No, może nie bardzo poważny ale zawsze kryzys :)

Aby trochę się na nim odegrać, choć z bardzo przymrużonym okiem, przytoczę kilka ciekawostek. Otóż, mój, mimo wszystko, bardzo ukochany mężczyzna:

- ciągle zostawia otwartą szafę twierdząc, że wietrzy ubrania

- każdego wieczoru oskarża mnie, że mu wyrzuciłam piżamę (po czym znajduje ją pod poduszką)

- kupuje wyłącznie granatowe polówki

- swoje funkcje w związku określa jako official driver of the family i sofa manager (ja dodałabym jeszcze władca pilotów)

- prysznic bierze zawsze po ciemku twierdząc, ze go to bardziej relaksuje

- ciągle zamiata i układa takie kupki kurzu na podłodze

- swoją miotłę (w krówkę) nazwał Karolina i ciągle z nią rozmawia

- jak nie zamiata to robi pompki

- w bagażniku swojego samochodu wozi namiot, korki piłkarskie i stare koszulki, których nie chce wyrzucić

- obsesyjnie myje zęby i co tydzień kupuje kilka opakowań pasty do zębów i zapasowe szczoteczki

- wszędzie węszy konspirację i działanie agentów specjalnych

- twierdzi, że mój tata pracował dla KGB

- chowa mi ciastka na najwyższą półkę, żebym ich nie mogła dosięgnąć

- twierdzi, że jest pół wegetarianinem bo nie jada małych owieczek i krówek

- ostatnio nie poznał swojego samochodu, bo umył go deszcz ...

Eh, długo by jeszcze tak można :) No to sobie użyłam... :) Od razu mi lepiej.

 

 

 

14:39, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Do najczęstszych pytań zadawanych głównie w pozycji horyzontalnej należały: która godzina? (aby dowiedzieć się ile czasu zostało do obiadu/kolacji) i czy ktoś może mi przynieść simpsona? (obrzydliwie słodki, różowy koktail z ozdobną papugą wbitą w kawałek ananasa) :) Czas biegł sobie wolno, słońce paliło po stopach a kilogramy przybywały. Ciągle byliśmy w trakcie lub tuż przed siestą a cała reszta było mañana...
Leżakowałam głównie wśród śnieżnobiałych Irlandczyków obserwując jak z godziny na godzinę przybierali coraz bardziej intensywne odcienie różu, które pod wieczór przechodziły w szkarłatne plamy. Dreszcze mnie przechodziły jak widziałam, że jedyną formą ochrony skóry jaką stosowali był cień rzucany przez The Sun i Hello, które to namiętnie czytali. A już grozą wiało, jak zdesperowane Irlandki opalały na siłę potrójnie łuszczącą się spaloną skórę, pełną krwistych ran i osocza. Ja rozumiem, że oni z krainy deszczowców, ale żeby się oszpecać i zdrowie ryzykować dla chwilowej opalenizny?
W każdym bądź razie, w otoczeniu wszystkich szmatławców i tabloidów, czytając opływającego zimną krwią Trumana Capote czułam się jak wyrafinowana intelektualistka. Nic bardziej ambitnego nie wchodziło mi do głowy, a już szczytem mojego wysiłku intelektualnego była wygrana w remika. (W ogólnowakacyjnym turnieju zajęłam drugie miejsce. Od końca:)
W ramach doznań kulturalnych (a raczej kulinarnych :) piłam dużo lokalnego wina i jadałam kanaryjskie potrawy (no dobra, do tego dużo frytek, ale jakie oni mają frytki!) No i te słodycze: bienmesabe i mazapanes z Dulceria Nublo z Tejedy to jedno z największych odkryć tych wakacji. Po prostu marcepanowe niebo w gębie. Warto przez dwie godziny tłuc się po górskich zakrętasach, żeby dotrzeć do maleńskiej wioski, gdzie rosną migdałowce. Wyrabia się z nich wszystko- od kosmetyków po jedzenie. Nawiozłam więc do domu marcepanowe torty, migdałowe ciasteczka a do tego miodowy rum z Arucaz i miód z palmy.
W ramach kulturoznawczych wycieczek zwiedziliśmy prawie całą wyspę, prawie całą- bo musieliśmy jeszcze znaleźć czas na leżakowanie, nurkowanie, masaże no i picie Simpsonów ;) Z nowych miejsc, które odkryliśmy warto wspomnieć wąwóz Guayadeque, w którym domy wykuwane są w górskich skałach, prześliczne miasteczko Aguimes z magicznymi uliczkami pełnymi niespodzianek, w Las Palmas - Casa de Colon, gdzie zatrzymywał się Kolumb na trasie swoich morskich podbojów, i wioska windsurferów Pozo Izquierdo.
Problem z Gran Canarią polega na tym, że zdominowana jest przez przemysł turystyczny, który bazuje na słońcu i oceanie, zupełnie pomijając promocję lokalnej kultury. Obrzydliwe hotele, irlandzkie knajpy i badziewne sklepy przytłaczają niesamowitą roślinność i oryginalną architekturę wyspy. Trzeba się trochę najeździć, żeby odkryć takie skarby jak Teheda, Firgas czy Mogan. I trzeba mieć oczy szeroko otwarte, żeby zobaczyć coś więcej niż słynne wydmy Maspalomas czy Palmitos Park, który swoją drogą jest teraz zamknięty bo dotknęły go pożary wywołane przez jakiegoś szalonego strażaka. Lokalni mówią, że dostanie za to do 15 lat...





 
 
 
 
 
 
Tagi: Hiszpania
14:44, latajaca_pyza , Książki
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 sierpnia 2007
Znowu na stałym lądzie. Powrót do wczesnego wstawania, włoskiego cappuccino, zatłoczonego metra i codziennych obowiązków. Powrót po solidnym odpoczynku i zupełnym oderwaniu od rzeczywistości, z naładowanymi akumulatorami, lekką opalenizną i socjo- kulturowymi obserwacjami, które piano piano w tym tygodniu opiszę. O ile, oczywiście, nie uciekną mi jak kolejne "pytania z leżaka" i sny o Leszku Millerze i hiszpańskich kelnerach. .. :)
23:29, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (2) »
środa, 15 sierpnia 2007

1.Ile kalorii ma marcepan?

2.Dlaczego Tomasz Lis uwaza sie za dobrego ojca?

3.Do jakiej desperacji musi byc doprowadzony strazak, ktory podpala polowe wyspy?

4.Dlaczego w pokojach hotelowych jest zawsze Biblia¿

5.Czy to prawda, ze nos i uszy rosna cale zycie?

cdn :)

22:56, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (1) »
czwartek, 09 sierpnia 2007

Głowa mi pęka. Jestem zawalona robotą i wygląda na to, że się przed wyjazdem nie wyrobię. Cóż, mogliby rozłożyć pracę na kilka osób jak się im tak strasznie śpieszy. No ale po co? I jeszcze śmie pytać czy zrobiłam tamto, chociaż wczoraj mi powiedziała, żeby robić tylko to. Szlag mnie już trafia.

Wczoraj udało mi się odrobinę zrelaskować (za dużo wypić) podczas deszczowego aperitivo. Miejsce było okrutne ale towarzystwo przemiłe. Muszę powiedzieć, że dawno się tak dobrze nie bawiłam, no, przynajmniej na aperitivo. Po raz kolejny raz doszłam do wniosku, że największymi plotkarzami są faceci.

Ja sobie tu pracuje, baluję a walizki nie spakowane, nic nie wyprane, nie wyprasowane, ja blada i nieprzygotowana do wyjścia na plażę. Dziś będzie ciężka nocka. A jeszcze muszę kwiatki zawieść do mamy eF, prawdopodobnie zjeść w jej towarzystwie kolację, o rany i kupić te balsamy do opalania. Przecież to podstawa wakacji! Jutro będzie Pyza Wylatująca - do ciepłych krajów z przesiadką w deszczowej pewnie Pradze!!

13:57, latajaca_pyza , Książki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 sierpnia 2007

      

  

 

 

Strona główna Amy Rice

Amy Rice na MySpace

Blog Amy Rice

14:50, latajaca_pyza , Książki
Link Dodaj komentarz »
Efektem niedzielnego pikniku pod wiszącą skałą są zakwasy w moich biednych nogach i  znowu okrągły brzuszek. Pierwsze wynika z moich akrobacji przy zejściu i wejściu na pionową wręcz skałę, pod którą odbywał się piknik. Drugie wynika z mojej nadmiernej aktywności kulinarnej. I to nie tylko tej pasywnej ale i aktywnej!!! Tak moi państwo, oto nasza Pyza w sobotę upiekła ciasto i tonę ciasteczek!!! Coż, nie twierdzę, że wypieki wyszły wybitnie, ale liczy się intencja, prawda? Zabrało mi to jakieś 8 godzin bo za późno się zorientowałam, że mam tylko jedną małą brytwannę a w przepisie nie było napisane w jakiej temperaturze co piec, ale jakoś dałam rady. Skończyłam tuż przed północą:) Ciasta już nie ma, ciasteczka też prawie zeszły. Muszę je skończyć jak najszybciej bo trzeba dietę rozpocząć. A zostały mi już tylko 4 dni. 4 dni do truskawkowych drinków z parasolką, błękitnego morza i zielonych kaktusów. Cztery dni!
13:51, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 06 sierpnia 2007
Fabrizio Corona to włoski fenomen pokroju Paris Hilton. Na szczyty popularności we Włoszech wyniósł go ten sam mechanizm marketingu medialnego. Co więcej, oboje egzystują w mediach jako ikony młodzieży nie prezentując sobą absolutnie nic, a pobyt w więzieniu przysporzył im tylko popularności.
Niespecjalnie orientuję się w światku włoskich vipów. Moja wiedza zaczyna sie na znajomości piłkarzy, trochę ich sławnych dziewczyn i żon, a kończy na Simonie Venturze, która prowadzi jakieś show we włoskiej telewizji. Nie przeglądam szmatławców, nie czytam kolumn towarzyskich, nie oglądam popularnych programów ani portali plotkarskich. A jednak wiem, kim jest Fabrizio Corona. Włączam msn - pojawia się banner Corona jadę samochodem - na słupach plakaty ze zdjęciami Corony. Mijają mnie nastolatki w koszulkach z napisem Corona. Wiem, kim jest, bo jest go wszędzie pełno. Otóż, szanowni państwo, Corona jest fotografem. I to nie byle jakim. To najsłynniejszy we Włoszech paparazzi.
Corona założył agencję fotografów, którzy specjalizowali się w robieniu zdjęć włoskim vipom i sprzedawaniu ich do różnych szmatławców. Zdaje się, że również sam przez jakiś czas posiadał własne pisemko. Rzecz w tym, że wtedy nikt o nim jeszcze nie słyszał. Do czasu, aż genialny Fabrizio wpadł na pomysł, że zarobi znacznie więcej, jeżeli zamiast sprzedawać zdjęcia do gazet, zacznie nimi szantażować śmietankę towarzyską Italii. Tak naprawdę nie wiadomo, ile i na kim w ten sposób zarobił, bo pewnie gwiazdy i gwiazdeczki do dzisiaj wolą siedzieć po cichu. Corona posiedział w więzieniu miesiąc i wyszedł jako gwiazda pierwszej jakości.
Za bardzo nie rozumiem, co takiego zaimponowało włoskiemu społeczeństwu ale wygląda na to, że uznali, że biedny Fabrizio nie zrobił nic na tyle potępiającego aby siedzieć za kratkami. Jako  hiena podglądająca życie sławnych Włochów, a potem żerująca na ich strachu o własny wizerunek, stał się idolem nastolatków. A poważniej mówiąc, młody, przystojny (kwestia gustu), bogaty, cool pod każdym względem, z cool żoną modelką, ubrany w najbardziej cool odjechane ciuchy, wykonywujący cool robotę, nonszalancki i bardzo rozrywkowy jest wymarzonym ideałem włoskiej młodzieży.
Szukając  biografii Corony aby przytoczyć tu kilka faktów, znalazłam nawet jego fan klub. Oto najistotniejsze fakty z życia Fabry:
- jeździ Bentley'em
- ulubiony napój Cola Light
- okulary - Dior
- ubrania - Corony oczywiście, Diesel , Dolce&Gabbana
- pierścionki - Gucci
- ulubiona gra - Pro Soccer 2006 Play Station
W ramach osiągnięć Fabrizio napisano o jego kolekcji ubrań, okularów i innych gadżetów tworzących markę Corona, którą wylansował zaraz po swoim hucznym wyjściu z więzienia. Dodano również, że Corona jest autorem książek o ciężkim życiu fotografa i więźnia! Okazuje się, że Corona wydał nawet CD ze swoimi ulubionymi kawałkami! Jakoś tylko zapomniano wspomnieć o jego wybitnych zdjęciach.
Przeraża mnie to, jak manipuluje się w dzisiejszych czasach nastolatkami, jak się ich wykorzystuje i ogłupia, jak się im robi sieczkę z mózgu i pozbawia umiejętności racjonalnego myślenia. eF mówi, że to wszystko konspiracja... Coś w tym jest...
14:49, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (5) »

 
 

12:37, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2