Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
niedziela, 17 sierpnia 2008
Czasami chyba lepiej zostawić ukochane miejsca w pamięci i wracać  jedynie do fotografii.  Miejsca jak ludzie - zmieniają się. Co więcej, dzięki powrotom  uświadamiamy sobie, jak zmieniliśmy się my. Te wakacje przypomniały mi, ile się wydarzyło od mojego ostatniego pobytu w Grecji. Jak bardzo się zmieniłam i (nie wierzę, że to piszę, ale to prawda) postarzałam. To był czwarty albo piąty pobyt na Cykladach. Pierwszy raz od trzech lat. Niby niewiele, a jednak...

Cudownie było znów siedzieć godzinami przy książce i frappe z mlekiem, bez cukru. Wiatr przynosił zapachy z pobliskich restauracji: grillowanych ryb, suszących się na słońcu owoców morza,  świeżo wyciśniętego soku z cytryny. Z przyjemnością posmakowałam znowu spinach pie' ów, sałatki greckiej i wegetariańskiej pity. Cykady cykały jak szalone. eF stworzył nawet teorię, że siedzą na  drzewach oliwnych i opowiadają sobie kawały. Za każdym razem, kiedy cykady wybuchają gromkim śmiechem, rozbrzmiewa na nowo szaleńcze cykanie.


Na Paros i Naxos odwiedziliśmy ulubione knajpy i restauracje. Godzinami spacerowaliśmy białymi uliczkami, po raz kolejny objechaliśmy wyspy w poszukiwaniu skarbów polecanych przez Lonely Planet. Największym odkryciem okazał się miniaturowy, bizantyjski kościółek w samym sercu Naxos. Prowadziła do niego kręta ścieżka, wzdłuż której rosły winorośla, jabłonie, drzewka oliwne, krzewy figowe - wszystkie pełne owoców i cykad. Objechaliśmy skuterem maleńkie Antiparos, gdzie w rodzinnej tawernie nad brzegiem morza jedliśmy saganaki.  Dotarliśmy też na Mykonos słynne z wiatraków i małej Wenecji.

Kościół bizantyjski w Chalki, Naxos
 
 
 Wiatrak z Mykonos

Największym jednak przeżyciem okazała się dla mnie wyprawa na malusieńkie Delos. Zdjęcia słynnych lwów oglądałam dziesiątki razy w książkach Kazimierza Michałowskiego, który był chyba moim pierwszym idolem. Będąc małą dziewczynką marzyłam, żeby zostać archeologiem i odkrywać grobowce faraonów. Mój entuzjazm opadł dopiero wtedy, kiedy Mama uświadomiła mi, że równie dobrze jak do Egiptu, mogą mnie wysłać do Biskupina, który w żaden sposób mnie nie fascynował. Ja marzyłam o pustynnym piasku, klątwach i zakopanych grobowcach...

Aleja lwów, Delos

Nazwa Cyklady wywodzi się od słowa kyklos - okrąg, w jaki układają się wyspy wokół Delos. Według mitu to właśnie tutaj  pod palmą daktylową urodzili się Apollo i Artemida. Dlatego też Delos stało się głównym ośrodkiem kultu Apollina, znajdował się tutaj jego gigantyczny posąg, liczne świątynie a nawet wyrocznia. Pielgrzymowali tu wierni składając dary i niosąc ofiary. To właśnie mieszkańcy Naxos podarowali Apollo aleję lwów. Dziś pozostało z nich tylko kilka, porządnie nadszarpniętych przez burzliwą historię wyspy i warunki klimatyczne. Ciekawostką jest, iż Wenecjanie sprowadzili jednego lwa bez głowy do Wenecji, gdzie dziś można go podziwiać przed Arsenałem. Sami przyznacie, że głowa, którą mu dorobili, jest delikatnie mówiąc niepoważna.
 
 Panorama Delos
 
 
Fragment mozaiki z muzeum na Delos


Wysepka pozostaje niezamieszkana, jest jednym wielkim ośrodkiem archeologicznym, w którym ciągle trwają prace wykopaliskowe. Chodząc w upale, między ruinami i suchymi trawami, słuchając jedynie wiatru, oglądając fragmenty świątyń, prywatnych domów, naprawdę można było poczuć magię tego miejsca.
 

                                                                              Paros
 
                                                                                  Mykonos
 
 
Mimo tych wspomnień i niezapomnianych widoków do Grecji chyba już nie wrócę. Stare miejsca mnie rozczarowały, nowopoznane zachowam w pamięci i wracać będę jedynie do zdjęć. Czar pryskał co chwilę pod wpływem arogancji Greków, sznurów samochodów i absurdalnych cen, których kiedyś na Cykladach w takim stopniu nie było. Czas poszukać innych przystani, w których można będzie odnaleźć spokój i równowagę. Już nie tak gorących (wróciłam nieopalona, bo właściwie nie bywaliśmy na plaży) i  hałaśliwych. Marzą się mi norweskie fiordy albo gejzery na Islandii... Naprawdę się postarzałam...
 
Opustoszały Partenon w Atenach, tuż po godzinie zamknięcia.
Dostaliśmy się tam tylko dzięki mojemu urokowi osobistemu. ;)

Tagi: Grecja
11:50, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (22) »