Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
niedziela, 30 sierpnia 2009

Dziś chciałabym krótko wyrazić mój absolutny zachwyt nad debiutancką książką Sylwii Chutnik, która dopiero teraz trafiła w moje ręce. Pewnie już wszystko zostało na ten temat powiedziane i wszelkie chwalebne peany wyśpiewane, ale nie mogę się powstrzymać przed dorzuceniem swojego grosika do góry złotych monet, którymi obsypany został Kieszonkowy atlas kobiet. Chciałabym tak umieć pisać, mieć tak cięty język i tak sokoli wzrok. Wzrok, który dostrzega poezję na bazarze oraz język, który bohaterów z marginesu potrafi zmienić w  magiczne postaci. Każde zdanie w tej książce jest nieprzypadkowe, przemyślane, na swój sposób wysublimowane. A równocześnie opisywana rzeczywistość  i jej bohaterki są do bólu prawdziwe i nieszczęśliwe.

Ich świat to nie nowoczesna, serialowa Warszawa z drapaczami chmur i efektami specjalnymi, ale śmierdząca sikami kamienica na Ochocie, na prawo syf, na lewo syf, a przed nami miejski labirynt.  Nie ma tu wypacykowanych panienek z laptopami i miłosnymi problemami, są za to tandetne królowe bazaru, złośliwe urzędniczki, upadłe gospodynie domowe, Matki Polki Siłaczki, schorowane, samotne staruszki, Kobiety Bez Sensu. Jest Szalona Mańka ze swoim wyimaginowanym dzieckiem, które wozi w wózku znalezionym w zsypie. Jest Pani Maria całe życie uciekająca przed demonami wojny, żydowskim  pochodzeniem i wyrzutami sumienia, która głodzi się aby przypomnieć sobie okres Powstania, Kobieta Nieżywa. Jest Pan Marian - Paniopan, cukiernik, złota rączka, pomocny i przyjacielski, który wieczorami haftuje i szyje sukienki, a za dnia ucieka przed społecznymi etykietkami. I jest mała Marysia dezorganizująca świat żelowymi misiami, bazyliszek,  Zła Dziewczynka z zapałkami. Kobiety, które nie sprostały twardym wymogom społeczeństwa. Koleje ich życia wypadły z szyn prowadzących do stacji Szczęście. Ba, one same wyprowadziły się na margines!  Mańka, choć do perfekcji opanowała mycie kibli i garów, stała się upadłą gospodynią domową bo mąż wybrał ciężarną kochankę. Pani Maria nie umarła, kiedy należało. Pan Marian się nie ożenił i w ogóle taki jakiś z niego facet - podróbka. No i ta Marysia, która marzy o zostaniu punkówą, no czy to przystoi porządnej dziewczynce?

Opisywanym historiom niezwykle blisko do Lubiewa Witkowskiego, które jednak zmęczyły mnie swoją intensywnością. Zabiegi stylistyczne Chutnik  przywoły mi też na myśl ostatnią pytę Marii Peszek, która w podobny sposób bawi się językiem i imionami.  Te wielkomiejskie opowieści, choć traktują o ciężkich tematach, podłej sytuacji kobiet, o jeszcze gorszej służbie zdrowia, stygmacie starości, o bazarowej Polsce, której się wstydzimy, są lekkie i porywające, a miejcami nawet  rozśmieszają.  Jeżeli  ktoś jeszcze nie sięgnął po tę książkę, polecam bardzo gorąco.

środa, 26 sierpnia 2009

Minęły czasy, kiedy weneckie Biennale Sztuki dało się zobaczyć w dwa dni. Impreza niesamowicie się rozrosła poza Arsenal i Giardini, w których mieści się większość pawilonów narodowych. Potrzeba kolejnych dwóch dni aby zobaczyć poszczególne prezentacje ukryte wzdłuż Canale Grande, po całej Wenecji i przyległych wysepkach. A wszystko i tak w błyskawicznym tempie i z wywieszonym językiem. Do tego jeszcze nowa obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników sztuki. Druga po Palazzo Grasso siedziba kolekcji Francois Pinault z największymi dziełami sztuki współczesnej  - Punta della Dogana. Lista artystów zapiera dech w piersiach, żeby wspomnieć tylko  Takashi Murakamiego, Jeffa Koonsa, a z naszych artystów Uklańskiego i Sasnala. Innymi słowy weneckiego Biennale nie da się zobaczyć w całości, o ile nie ma się na to... jakiegoś miesiąca.

Nam (wybrałam się z dwoma koleżankami Niemką i Argentynką, co właściwie zasługuje na osobną opowieść) udało się zobaczyć raptem Giardini (w pierwszy dzień) oraz Arsenal, prezentację Meksyku w pobliżu placu św. Marka i Punta della Dogana (w drugi dzień). Nie dotarłam do wystaw artystów z Bliskiego Wschodu, o których czytałam dużo dobrego, kolejnej po Ostatniej Wieczerzy instalacji Greenawaya czy prezentacji Bruce'a Naumana znajdującej się poza parkiem. Ale i tak wróciłam z notesem pełnym nowych nazwisk i mnóstwem zdjęć.

Dziś kilka słów o międzynarodowym projekcie (brało w nim udział 24 artystów, m.in Maurizio Cattelan), który zdobył nagrodę dla najlepszych kuratorów wystawy (duet Michael Elmgreen i Ingar Dragset) i który zrobił furrorę wśród publiczności - The Collectors.  Dwa pawiliony wystawowe - nordycki i duński zostały zamienione w dwie wille w stylu skandynawskim, w tym jedną z basenem. Basenem, w którym... pływa trup. Trup Mr. B, właściciela pierwszej willi. Przy drabince leżą równo ułożone buty wraz ze skarpetkami, co sugeruje samobójstwo.

 

 

 

Wchodzimy do jego przestrzennego, przeszklonego domu i rozpoczynamy prywatne śledztwo. Chodzimy po pokojach, zaglądamy do kuchni, łazienki.  Odkrywamy, że Mr. B był pisarzem, gejem, kolekcjonerem. Na ścianie wisi gablotka z jego największymi trofeami - kąpielówkami swoich kochanków, podpisanymi imionami właścicieli. Do tego mnóstwo tu malarstwa erotycznego z wielkimi penisami na pierwszym planie. Dowiadujemy się, że B. pisał właśnie książkę o pisarzu, który pisze książkę o pisarzu, który pisze książkę o pisarzu... Książka miała być początkowo autobiografią, która później staje się powieścią. Możliwe, że skumulowane wspomnienia, namiętności, pasje doprowadziły pana B. na skraj... basenu.

 

 

 

 

 

 

Przed drugim pawilonem wita nas tablica z napisem For Sale. Podobno w dniu otwarcia Biennale po willi oprowadzał agent nieruchomości opowiadając o rodzinie, która zamieszkiwała ten dom. Dziś można się tylko domyślać, kim byli jego mieszkańcy -  A. Family.  W przedpokoju znajdujemy lustro, na którym szminką napisane jest I will never see you again. Do tego obok leżą klucze i bukiet kwiatów. Zauważymy rozwalone zupełnie schody, pęknięty na pół stół i leżące na nim talerze. Domyślamy się więc, że małżeństwo, które tu mieszkało, rozstało się dość  gwałtownie.

Chodząc z pokoju dowiadujemy się, że Państwo A byli architektami, ekscentrykami, miłośnikami porządku i symetrii, kolekcjonerami. Dom pełen jest wysmakowanych obiektów i kolekcji owadów, porcelany, książek, sztuki. Na ścianie w ogromnej jadalni wisi też niezwykła kolekcja obrazów. W złotych ramkach umieszczone są kartki z prośbami o pomoc, jakie trzymają żebracy i bezdomni w różnych zakątkach świata. Każdy obraz opatrzony jest nazwą miasta, z którego pochodzi.

 

 

I chyba mało kto zagląda do pokoju na końcu korytarza, ukrytego za niepozornymi białymi drzwiami. Otwiera się je opornie, z niepewnością, czy w ogóle stanowią część projektu. Kiedy w końcu udaje się je uchylić zauważa się sznurek przewieszony wzdłuż ramy drzwi, na którego końcu dynda sobie siekiera. Okazuje się, że trafiliśmy do rodzinnej komnaty tortur...

Projekt The Collectors, gdzie każdy element został stworzony przez innego artystę, sam w sobie jest jedną wielką kolekcją. Do tego jeżeli pomyślimy, że znajduje się wśród innych pawilonów pełnych dzieł sztuki, okazuje się, że sam wychodzi poza swoje ramy. W niezwykle interesujący sposób analizuje pasje gromadzenia,  zbierania, kolekcjonowania, która jest manifestacją własnej osobowości i wyznawanych wartości a także samego życia. O ile życie Mr B pełne było pasji i namiętności, o tyle Family B szaleńczo poszukiwała w życiu porządku i stabilizacji. Zbieranie próśb o pomoc było ich własnym niemym krzykiem.

W kolejnych odcinkach cyklu o Biennale opowiem Wam o najciekawszych moim zdaniem projektach, o moim ulubionym trendzie w sztuce współczesnej, a na koniec pokażę najlepsze zdjęcia, jakie się mi udało zrobić.  A tymczasem zostawiam Was jeszcze z Panem B i jego sąsiadami.

sobota, 15 sierpnia 2009

Wróciłam właśnie z wakacji, które spędziłam bardzo leniwie, nie robiąc właściwie nic oprócz czytania książek i zanurzenia się w zaskakujących wspomnieniach. Czasami wystarczy jedno przeczytane zdanie, wyczuty w ustach smak albo zapach uchwycony w powietrzu aby ruszyła lawina wspomnień i skojarzeń. Szczególnie kiedy głowa wolna jest od miliona pilnych i pilniejszych obowiązków do wypełnienia.

Lody o smaku mango, które pochłaniałam dwa razy dziennie, przywiodły mi na myśl zupełnie zapomniane wizyty w lodziarni w Benghazi. W każdą niedzielę jedliśmy  tam kilka gałek z kolorowych kubeczków.  Pamiętam, że tylko na urodziny mogłam wybrać sobie ten największy. Intensywny zapach przypraw i dojrzałych owoców  przypomina mi zawsze o popołudniowych zakupach na arabskich sukach, z których wynosiliśmy całe reklamówki pachnących, podłużnych pomidorów i innych warzyw.

Wypady na plażę przypomniały mi o naszych  libijskich eskapadach do ukrytych, dziewiczych zakątków. W każdy piątek wyruszaliśmy na nową wycieczkę, po drodze kupowaliśmy pieczonego kurczaka, świeżą hobzę i obowiązkowo wielkiego arbuza, który później chłodził się przy brzegu morza... I tak leżąc niedawno  na plaży zauważyłam kolonię wakacyjną, gdzie opiekunami byli bardzo młodzi ludzie. Całe popołudnie spędziłam na wspominaniu mojego pobytu w Stanach, gdzie pełniłam podobną funkcję. Wróciły do mnie nasze nocne biwaki w lesie, smażenie w ognisku wegetariańskich burgerów, ale też szalone, weekendowe wypady do Nowego Jorku. I tydzień spędzony na waleta w akademiku New York University...

W upalne dni, jakie mamy ostatnio, kiedy przechodzę obok sklepu, z którego bucha klimatyzowane, lodowate powietrze, przypomina się mi Paryż. Byłam tam raptem raz, wiele lat temu... A zapach świeżo skrojonej pietruszki przyprawia mnie prawie o nostalgiczne łzy, ponieważ kojarzy się mi z domem, z Mamą, ze spokojem. Przypomniało się mi  też moje licealne życie, a przede wszystkim dawno niewidziana koleżanka, z którą można było kraść przysłowiowe konie. Nasz wspólny pobyt w Pradze to jedno z najpiękniejszych wspomnień, jakie mam z tego okresu. Godzinami włóczyłyśmy się  magicznymi uliczkami, gubiłyśmy na żydowskich cmentarzach, siedziałyśmy w malowniczych knajpkach a wieczorami czytałyśmy Kunderę.

Nazbierało się tych okruchów, każdy rodzi kolejne wspomnienia, uśmiechy a czasami wyrzuty sumienia. Dopiero teraz uświadomiłam sobie wiele błędnych decyzji, jakie podjęłam, szans, których nie wykorzystałam, głupot, które zrobiłam (jaki rozsądny człowiek wydaje ostatnią kasę na golf z Gapa i przymiera głodem przez kilka dni?).  Nastąpiło chyba pojubileuszowe katharsis, zupełnie niewymuszone i bez ostatecznego bilansu. Wybaczcie ten nostalgiczny i z lekka chaotyczny wywód, chciałam sobie po prostu spisać te uciekające, pokruszone chwile...

 

01:18, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (21) »