Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
piątek, 27 sierpnia 2010

Oj, wylałam już wiele kubłów zimnej wody na słoneczną Italię. Nie raz malowałam na tym blogu Włochy w pesymistycznych kolorach, dając upust swojemu niezadowoleniu, ale też przekorze, którą raz za razem rozjusza włoska megalomania. Dziś jednak sza! Przekorę wysłałam na upragnione wakacje w krainie życzliwości, a niezadowolenie uśmierzyłam lodami z zielonymi pistacjami z Bronte.  Nie będę się bawić we Frances Mayes i zachwycać chłopcami pędzącymi na Vespach wąskimi uliczkami średniowiecznych miasteczek, zapachami pomidorów dojrzewającymi pod słońcem Toskanii czy smakiem pizzy  z pieca opalanego drewnem. Pokażę Wam jednak kilka włoskich zjawisk, które nieustannie wywołują u mnie uśmiech. I oczywiście nie oznacza to, że pizzy, Toskanii  czy parmigiano reggiano nie uwielbiam, w gruncie rzeczy przecież wszyscy je kochamy.

Aperitivo po pracy

Moja ulubiona pora pracowicie spędzonego dnia to późne popołudnie, kiedy ktoś w biurze rzuca to może dziś aperitivo? Zawsze się piszę, uwielbiam te niewymuszone wieczory, kiedy zamawiamy drinki w barze  za rogiem i w kilka minut po wyjściu z pracy zaczynamy się relaksować.  Tradycja włoskiego aperitivo sięga XVIII wieku, kiedy w Turynie został wynaleziony vermouth. Najpierw Włosi spotykali  się na szybki kieliszeczek trawiennego likieru przed kolacją, który miał za zadanie pobudzić apetyt. Z czasem jednak wybór drinków rozszerzył się o aromatyczne wina i egzotyczne koktaile, doszły bogate przekąski (niektóre bary serwują wręcz gorące dania i desery), które teraz w zupełności zastępują sytą kolację. I tylko jedna rzecz się nie zmieniła od początku - w odróżnieniu od chociażby hiszpańskich tapas - płaci się jedynie za  sączony aperitiv.

Boh i inne wykrzykniki

Do melodii włoskiego języka już się przyzwyczaiłam, choć ciągle mam kilka ulubionych dialektów, których ni w ząb nie rozumiem.  W języku ojczystym Dantego  uwielbiam  przede wszystkim dziesiątki wstawek i wykrzykników, którymi Włosi ozdabiają swoje wypowiedzi. Oczywiście każdy język ma swoje ochy, eje i achy, ale tak wiele barwnych wstawek mają jedynie Włosi. Mam nawet kolegę, Belga, który  napisał pracę magisterską na temat wykrzyknika boh (czasami pisany jako bho oznacza po prostu wzruszenie ramion równoznaczne z krótkim nie wiem, nie mam pojęcia). Oprócz boh, strasznie lubię ueila, uè, beh, mah, ehi, ohi, uffa... Każdy wyraża coś innego, radość, niepewność, podekscytowanie, zrezygnowanie czy zniecierpliwienie, a często ma i własną wersję w lokalnym dialekcie. Język bardziej kolorowy niż włoska flaga. A tak przy okazji, porównywaliście kiedyś wykrzykniki naśladujące głosy zwierzęce w różnych językach? Czasami można pęknąć ze śmiechu.

Romantyczne napisy i kłódki na mostach

Jednym się podobają, inni uważają je za spory kicz. Ja należę do pierwszej grupy prawdopodobnie dlatego, że nie kojarzę ich z romantycznymi blockbusterami dla włoskiej młodzieży, w których są elementami obowiązkowymi. Chodzi o transparenty i napisy zawieszane zazwyczaj na wiaduktach, które zawierają miłosne wyznania w stylu Julio, jestem na zawsze twój, Federico. Czasami są naprawdę oryginalne i co ciekawe, zazwyczaj są to wyznania dla dziewczyn od chłopców. I jeżeli ja jadąc samochodem przejeżdżam pod tak ozdobionym mostem i uśmiecham się pod nosem, jakże muszą się czuć zakochane nastolatki, które rozpoznają w napisach wiadomość dla siebie. Czasami, zdaje się jednak, transparenty służą też  zdradzonym lub rozczarowanym sercom. Niedawno widziałam napis: Sei brutta! Jesteś brzydka! Popłakałam się ze śmiechu.

Z kolei zamykane na słupach kłódki i obowiązkowo wyrzucane precz kluczyki  to symbol wiecznej miłości, którą przysięgają sobie nastolatkowie. Zresztą lampa na rzymskim moście Milvio, która pojawiła się w jednym z miłosnych przebojów filmowych i na której pojawiło się najwięcej kłódek, dość szybko runęła pod naporem ciężaru. Pewnie podobnie jak wiele związków na niej uwiecznionych. Tak czy siak urocze zwyczaje.

Zapach kawy i świeżych brioche o poranku

Tutaj polecę prawdopodobnie Francis Mayes (tak mi się przynajmniej wydaje, bo jej ksiażek nie miałam okazji czytać). Codziennie rano idę do pracy ulicą, która pachnie. Zapach świeżo wyciągniętych z pieca brioche miło pobudza nozdrza jeszcze w metrze (zapraszam na stację Cadorna w Mediolanie, istny raj zapachów o poranku) aby na zewnątrz na dobre obudzić nawet największego śpiocha aromatem smolistego espresso. Mijając kolejne bary czy piekarnie z przyjemnością wdycham słodkie i orzeźwiające zapachy, czasami tak pociągające, że wstępuję po drodze do ulubionej kawiarni i kupuję jeszcze ciepłego rogalika. Kawę za to wolę zdecydowanie wąchać niż pić, co ciężko pojąć Włochom, którzy bez  caffè macchiato czy marocchino nie potrafią przeżyć połowy dnia. Nie przesiadują jednak godzinami nad kubkiem dymiącego cappuccino posypanego cynamonem. Traktują espresso jak sposób na przeżycie, aplikując je jednym haustem na stojąco i jak nowo narodzeni zaraz biegną dalej delektując się słodkim smakiem  na podniebieniu. Podoba mi się rezerwa, z jaką traktują ukochaną kawę. Pozornie nie okazują jej uczuć, ale codziennie wracają do tego samego baru, gdzie znajomy kelner podaje im to, co zawsze. Nie mogą bez niej żyć...

Tagi: Włochy
22:40, latajaca_pyza , Italia
Link Komentarze (35) »
niedziela, 22 sierpnia 2010

Za górami, za morzami czyli opowieści wakacyjne czas zacząć. Po żywiołowym początku w Kordobie i Grenadzie, o którym napiszę już wkrótce, zgodnie z planami zaszyliśmy się na kilka dni w absolutnej ciszy i pustkowiu. Przylądek Cabo de Gata mało popularny fragment andaluzyjskiego wybrzeża, który w dużej części jest parkiem naturalnym, nadawał się do tego idealnie.  Brak rozbudowanej infrastruktury turystycznej i pustawe plaże to dokładnie to, czego szukaliśmy.

 

 

 

Wynajmowaliśmy typowo andaluzyjski, biały domek, który znajdował się w oddaleniu od i tak niewielkich miejscowości wypoczynkowych. Do snu kołysał nas wiatr, a rano budziło nas pianie kogutów z pobliskich gospodarstw. Cisza i poczucie osamotnienia, która panowały wokół nas  bywały momentami wręcz niepokojące. Nie działały nam komórki, nie było dostępu do internetu. Jednak w godzinach największych upałów z przyjemnością chowaliśmy się w przewiewnym patio naszego domku czytając książki, aby poranki lub popołudnia spędzać nad morzem. Szczególnie upodobaliśmy sobie plażę w miejscowości Cabo de Gata, nie opodal której lądowały różowe  flamingi. Równie chętnie zaglądaliśmy do położonej bardziej na pólnocny wschód Agua Amarga, podobno najnowszej modnej mety madryckich młodych wilków, których jednak nie uraczyliśmy. Agua Amarga okazała się senną choć bardzo urokliwą miejscowością z niskimi, białymi zabudowaniami, gdzie serwowano całkiem niezłe samorejo (andaluzyjskie gazpacho) i najgorszą pizzę, jaką w życiu miałam okazję jeść.

 

 

Dni toczyły się powolnie i leniwie, mimo wysokich temperatur cały czas wiał orzeźwiający wiatr. Prawie codziennie udawało się mi zdrzemnąć popołudniową porą, co zdarza się mi wyłącznie w czasie wakacji i wyłącznie w stanie absolutnego zrelaksowania. Nawet plażowanie, które ostatnio bardzo mnie męczy, wyjątkowo sprawiało mi przyjemność, choć tradycyjnie już wróciłam nieopalona.

 

 

Uparte słońce dopadło mnie jednak w górach. Jak tylko wróciliśmu z Andaluzji, wyrzuciliśmy z walizek słomkowe kapelusze, wymieniając je na ciepłe bluzy i górskie buty, i ruszyliśmy w Dolomity. Dotychczas włoskie góry znałam jedynie w wersji zimowej. Jednak w obliczu upałów, jakie panowały w lipcu, w poszukiwaniu chłodu nie raz uciekaliśmy do  pobliskiej Doliny Aosty. Nawet moje urodziny spędziliśmy zajadając polentę z prawdziwkami w schronisku i wylegując się na trawiastych szczytach. Dlatego postanowiliśmy, że tegoroczne upalne wakacje ukoronujemy krótką wyprawą w chłodne rejony Południowego Tyrolu. Taki orzeźwiający prysznic przed powrotem do ciągle dusznego Mediolanu.

 

 

Przewidując  pochmurne, deszczowe dni zaopatrzyliśmy się w laptop i kilka filmów, planując alternatywę dla górskich wycieczek w postaci wylegiwania się w łóżku. Pogoda jednak dopisała i spędziliśmy dwa dni chodząc po górach. Żeby nie było - wybieraliśmy amatorskie szlaki, które bardziej przypominały spacery w parku niż górską wspinaczkę. Choć urodziłam się w Beskidach  i po górach chodziłam regularnie aż do końca liceum, dziś zostało mi niewiele z dawnych umiejętności i góry odkrywam na nowo.

 

 

Alto Adige (Południowy Tyrol) oferuje sielskie widoki rodem z reklam Milki. Krowy modelki wylegują się na bajecznie zielonych stokach, górskie chatki tylko czekają na wizytę świstaka. Miejscami miałam wrażenie, że tym krajobrazom z regularnie koszonymi pagórkami  brakuje dzikości i, jak dziwnie to zabrzmi, naturalności.

 

 

 

Region jest jednak wart odwiedzenia nie tylko ze względu na zniewalające widoki, ale również charakterystyczną kulturę, która łączy tradycje włoskie i tyrolskie. Alto Adige do 1919 roku należało do monarchii austriackiej i do dziś nawet młodzi mieszkańcy tych terenów nie czują się  Włochami. Mówią po włosku z niemieckim akcentem,  noszą niemiecko brzmiące nazwiska, w ich kuchni więcej potraw z ziemniakami niż makaronami, a wśród deserów nie panuje tiramisù, ale strudel. W latach siedemdziesiątych włoscy Tyrolczycy wywalczyli sobie autonomię, dzięki której nazwy miejscowości są dziś dwujęzyczne, a oni sami w szkołach uczą się równolegle niemieckiego i włoskiego.

 

Pierwszy raz spędziliśmy część letniego urlopu w górach. Szukaliśmy nowych wrażeń, ale przede wszystkim chłodu i ciszy, których ciężko zaznać na zatłoczonych plażach. Mimo to, eF bez wahania palmę pierwszeństwa przyznał ponownie wakacjom nad morzem. Ja ciągle się waham, bo nadmorskie upały mnie męczą, a w górach znalazłam upragnioną ciszę i samotność. Z drugiej strony nie ma jednak nic bardziej uspokajającego niż szum fal i zapach swieżej bryzy, a górskie widoki, w których się wychowałam, nigdy nie będą dla mnie tak pociągające jak te morskie. I już już skłaniam się ku morzu, kiedy przypominam sobie niebiański smak  ciasta ze swieżo zebranymi leśnymi malinami, które jedliśmy w  schronisku. Takie rzeczy to jednak tylko w górach. I jak tu wybrać?

 

 

A wy  jakie wakacje wolicie?  Nad morzem, w górach? Opalanie na plaży czy leśne wspinaczki?