Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
niedziela, 28 sierpnia 2011

Jest tak gorąco, że ciągle nie mam siły na dłuższy wpis o weneckim biennale czy o Sycylii. Pozostając jednak w urlopowej atmosferze, dzielę się z Wami zdjęciami z włoskich wakacji sprzed 60 lat, które na nowo przeglądałam dziś rano i które nie przestają mnie fascynować. 

Dwie Amerykanki samotnie podróżujące po Europie spotykają się we Florencji w 1953 roku. Fotografka Ruth Orkin i malarka Ninalee Craig. Młode, piękne, niezależne, fascynujące. Wpadają na pomysł aby zilustrować zdjęciami niecodzienne sytuacje, jakie przydarzają się im we Włoszech, pokazać Italię swoimi oczami - z punktu widzenia cudzoziemek, turystek, kobiet. Wychodzi fascynująca sesja zdjęciowa,  zapis czasów pełen nieupozowanego seksapilu i autoironicznego poczucia humoru. American Girl in Italy (pierwsza fotografia poniżej) staje się jednym z najsłynniejszym zdjęć ilustrujących Włochy lat pięćdziesiątych. A twarz Ninalee Craig na tej właśnie fotografii nie przestaje mnie fascynować, wyraża obojętność pomieszaną z pewnością siebie i poczuciem wyższości, które jednak bardziej niż odpychać, przyciągają. Wyższa szkoła seksapilu? 

 

 

 

Więcej zdjęć z sesji we Florencji na stronie poświęconej Ruth Orkin

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Anish Kapoor to taki artysta, o którym można czytać, ile się chce, można bez końca oglądać albumy ze zdjęciami jego prac, ale nie pojmie się wymiaru jego sztuki, dopóki nie stanie się z nią oko w oko. No właśnie, w dużym stopniu to dosłownie kwestia wymiarów, które, jak mówi sam artysta, są podstawowym narzędziem jego sztuki balansującej gdzieś między rzeźbą a architekturą. Gigantyczne konstrukcje przypominające kosmiczne statki, instrumenty muzyczne i nierealne przestrzenie wykonane z luster, pigmentów czy wosku to charakterystyczne punkty jego twórczości. Najczęściej umieszczane w przestrzeni publicznej funkcjonują jako odrealniona część rzeczywistości. Kapoor uwielbia takie paradoksy. Delektuje się dwuznacznością tworzonych przez siebie form i ich znaczeń.

Weźmy na przykład Dirty Corner, gigantyczną rzeźbę Kapoora pokazywaną właśnie w Mediolanie. Przypominająca kształtem trąbka jest długim korytarzem ciemności, w który powoli zanurzają się odwiedzający. Stopniowe przechodzenie z jasności do ciemności, pewności do niepewności, z szybkiego kroku, który z sekundy na sekundę staje się coraz wolniejszy, to zdecydowanie ciekawe doznanie. Już w tym samym osobliwym spacerze gnieździ się całe mnóstwo kontrastujących się dualności. Analizując formę rzeźby dostrzec można przeciwstawne formy o żeńskiej (wejście tunelu przypomina waginę) i męskiej ( faliczna forma trąbki) symbolice. Dirty Corner jest systematycznie przysypywany ziemią, co przynosi kolejne dualności: pełny/pusty, ciemność/jasność, widzialny/niewidzialny... 

 

 

Wystawa w Mediolanie oferuje świetny film dokumentalny o Kapoorze, który koniecznie trzeba obejrzeć, jeżeli chce się zrozumieć  jego twórczość. Sama naczytałam się też wywiadów z artystą próbując ogarnąć  jego widzenie sztuki.   Zachwyca mnie estetyka jego prac, fantazyjne i perfekcyjnie wykonane formy i ich umiejscowienie. Kapoor urzeka mnie jako wizjoner, zdecydowanie intryguje mnie jako artysta, stawia mi jako odbiorcy wyzwania, które mam ochotę podjąć. A to już osiągnięcie bo takich odczuć absolutnie nie budzą we mnie inni czołowi artyści. Jakoś zupełnie nie intryguje mnie, co chciał przekazać swoimi rzeźbami prosto z mangi Murakami czy Hirst pływającymi w formalinie rekinami (swoją drogą Kapoor otwarcie mówi, że według niego twórczości Hirsta nie można nazwać sztuką).

A jednak rzucone przez Kapoora wyzwanie pozostawia mnie bez odpowiedzi. Nie przekonuje, nie dociera do mnie, jego sztuka nie budzi we mnie tego dreszczyku emocji, którego szukam we sztuce współczesnej.  Być może to sztuka zbyt dla mnie intelektualna, bardziej jednak skłaniam się do pozbawionej sarkazmu opinii, że to sztuka dla mnie zbyt koncepcyjna. Nie odmawiam Kapoorowi bycia artystą wielkiego kalibru (w dosłownym tego słowa znaczeniu), ale sama jego sztukę widzę jednak przede wszystkim jako utylitarną, pozbawioną celów wyższych niż upiększanie przestrzeni. W końcu wszystko jest kwestią interpretacji. Niektóre interpretacje jednak przerastają swoje fizyczne formy.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Sycylia ma kolor kandyzowanej skórki pomarańczy, której barwę przybierają ściany barokowych kościołów o zachodzie słońca. Pachnie mieszanką migdałowych, cytrynowych i oliwnych drzewek. Ulice noszą tutaj nazwy morskich bogiń, via delle sirene, largo delle ninfe. A mieszkańcy mają na twarzach wypisane wiatrem i słoną morską bryzą tysiące niezwykłych historii.

Pozdrowienia z Sycylii przesyła Pyza

 

 

 

 

 

 

 

 

 

01:28, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (17) »