Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
niedziela, 30 września 2007
Jakiś czas temu ktoś mi opowiedział historię, jak to Leonardo da Vinci budując słynną katedrę w Mediolanie wykopał sobie kanały wodne prowadzące przez całe miasto aż do centrum. Tymi sztucznymi drogami mistrz sprowadzał kamienie potrzebne do budowy Duomo. Choć później przez długi czas kanałów używano do transportu miejskiego, dziś są one częściowo zasypane a częściowo zakryte. Ich jedyny pozostawiony na terenie miasta fragment to dla mnie najbardziej malownicze miejsce w całym Mediolanie. Wzdłuż dwóch kanałów nazywanych Naviglio Grande i Naviglio Pavese ciągną się stare kamienice pełne galerii, sklepów z antykami, starymi książkami, płytami i ubraniami, pełne restauracji oraz barów. Lubię to miejsce bo ma swój niepowtarzalny klimat, czar i klasę a przede wszystkim dlatego, że jest pozbawione mediolańskiego snobizmu. Najpiękniej Navigli wyglądają w słoneczne popołudnie, kiedy w wodzie odbija się słońce a mieszkańcy pobliskich kamienic jeżdzą sobie leniwie na rowerach. A najlepszy w tym miejscu jest targ staroci, który odbywa się zawsze w ostatnią niedzielę miesiąca. Dziś odbył się pierwszy raz po długiej wakacyjnej przerwie i widać, że było wielu takich jak ja, którzy wyczekiwali tej niedzieli od dawna. Tłumnie dziś było tym bardziej, że wyszło słońce i zrobiło się trochę cieplej. Ech, uwielbiam tak grzebać w starociach, oglądać koronki, książki, okulary, lampy, ubrania no i te torebki. Rzadko kiedy coś kupuję, bo ceny jednak są zawrotne a choć stare przedmioty lubię, to po prostu nie mam ich gdzie trzymać. Przyznam się jednak, że tym razem kupiłam w końcu starą, piękną Pradę, a co w tym wszystkim najlepsze, jakimś cudem, pani w czerwonych koralach zgodziła się obniżyć mi cenę o dwadzieścia euro. Oprócz torebki, zakupiliśmy również zapasowe guziki, książkę za jedno euro i sos pomidorowy :) Sporo dziś było ekscentrycznych sprzedających i radośnie kupujących. Wyjątkowo piękne i leniwe choć już jesienne, niedzielne popołudnie...
A wieczorem eF przeprowadził na mnie swój kolejny ekperyment kulinarny. Wreszcie całkiem udany :)
ps1 Wiem, że z tymi zdjęciami staroci to zaczynam się powtarzać. Ale po prostu nie mogę się oprzeć...
ps 2 Chciałam również wyrazić smutek wobec faktu, że nasze Złotka nie zdobyły medalu. Tacy Włosi i tak tego mistrzostwa nie docenią (dla nich liczy się tylko calcio, F1 i pasta) a my byśmy się tak cieszyli...
21:25, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (21) »
czwartek, 27 września 2007
Przeczytałam ostatnio artykuł w La Repubblica, którego bohaterem jest John Wood, człowiek, który jeszcze parę lat temu był numerem 2 w Microsoft Asia. Urlopowa wyprawa do Nepalu sprawiła, że zrezygnował z lukratywnego stanowiska, nielimitowanej karty kredytowej i wygodnego życia. Założył charytatywną organizację Room to Read, która zajmuje się budowaniem szkół oraz zakładaniem bibliotek. Organizacja wspiera przede wszystkim młode kobiety i dziewczynki w najuboższych krajach Azji oferując im różnorodne programy pomocy, w tym stypendia, których celem jest walka z ubóstwem, analfabetyzmem i brakiem równouprawnienia. Wood całkowicie poświęcił się temu przedsięwzięciu, sam organizuje dostawy książek do azjatyckich wiosek, zbiera fundusze, jeździ po świecie szukając sponsorów. Historia trochę jak z bajki, nie?
Świat tak bardzo potrzebuje filantropów. W dobie egoistycznych rządów, które organizują wojny pod etykietkami walki o prawa obywatelskie, a w rzeczywistości kierują się czysto ekonomicznymi interesami, to zwyczajni ludzie muszą brać naprawę świata w swoje ręce. Tak bardzo potrzebne są kampanie społeczne, wolontariat i organizacje non profit. Ich praca jest powolna i niewdzięczna ale myślę, że ostatecznie przynosi owoce. Aktywność społeczna rośnie wraz z dobrobytem, z rozwojem cywilizacyjnym. Przez to u nas idea filantropii jest jeszcze bardzo mało rozwinięta. Pamiętam, jak dwa lata temu oglądając hiszpańską telewizję zaskoczona byłam, że właściwie w każdym paśmie reklam pojawiała się jakaś reklama społeczna. Z kolei mieszkając we Włoszech odkrywam jak popularne są tu przeróżne formy wolontariatu. Rozglądając się jedynie wśród najbliższych znajomych znajduję parę (ci, którzy mają ten niezwykły dom), która każdą niedzielę spędza w Croce Verde, ochotniczej organizacji wspomagającej pogotowie ratunkowe. Mam też dwie koleżanki, które regularnie w wakacje wyjeżdżają zagranicę (Daleki Wschód, Afryka) pomagając dzieciom z sierocińców. Nasz przyjaciel (ten od Rosjanki) regularnie zajmuje się niepełnosprawną dziewczynką.
Zastanawiam się dlaczego we mnie, w tak wielu z nas nie ma tej gotowości, tej determinacji aby zacząć bezinteresownie pomagać. To nie jest kwestia egoizmu. Może to zwyczajne zagonienie i codzienna walka o zapewnienie dobrobytu sobie i swoim najbliższym zamyka nam oczy na potrzebujących jeszcze bardziej niż my. Ale wiecie, Mara, Teba, Alessandra czy Maria to też są bardzo zwyczajne, skromne i zabiegane osoby. To więc chyba bardziej kwestia pewnej świadomości i kultury, jakiejś szczególnej wrażliwości i otwartości na innych, którą należy rozwijać od dziecka...
Tak dziś idealistycznie wyszło ... :) 
 
 
ps1 Wpadłam na pomysł nowego scenariusza filmowego. Gdyby tak stworzyć bardzo prostą, życiową historię i później przedstawić ją w dwóch wersjach. Historia ta sama, ale w drugiej wersji, kobiety zajęłyby miejsce mężczyzn a mężczyźni przejęliby role żeńskie. Myślę, że pięknie by to pokazało jakimi stereotypami i schematami się kierujemy w życiu. Chyba jeszcze tego nie było?
 
 
ps2 W kobiecym dodatku do Corriere della Sera (Io Donna to niby odpowiednik naszych Wysokich Obcasów, ale ani poziomem, ani charakterem im nie dorównuje) czytałam wczoraj wywiad z Tildą Swinton. Aktorka ma 9- letnie bliźniaki i przytacza o nich krótkie anegdotki.
Zapytano kiedyś dziewczynkę kim chciałaby być w przyszłości. A mała na to: Jestem poetką.
Nie będę, jestem!
Chłopczyk z kolei zapytał ją kiedyś, jakie jest jej zdanie na temat obecności wojsk brytyjskich w Iraku. Po chwili sam sobie odpowiedział: To chyba nie powinna być ich sprawa.
Dziewięć lat...
Słyszałam o teorii, która mówi, że człowiek jest w stanie myśleć samodzielnie jedynie do 11 roku życia, później zaczyna się manipulacja i pranie mózgu. Coś w tym jest.
11:37, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (12) »
wtorek, 25 września 2007
Już parę razy próbowałam napisać o modzie w Mediolanie. Problem w tym, że za bardzo nie ma o czym pisać. Wbrew opiniom, że Mediolan to jedna ze stolic światowej mody to miasto bardzo przeciętne i mało oryginalne. Należałoby raczej używać sformułowania stolica światowego przemysłu odzieżowego. Jest tu w cholerę showroom'ów, dostępne wszystkie pewnie najsłynniejsze marki i masa kupujących hurtowo Rosjan i Japończyków. Ale ulica mediolańska, choć zawsze zatłoczona, sama w sobie jest nudna i monotonna. Za taką opinię na jakimś forum posypały się na mnie kiedyś gromy, ale każdy ma prawo do swojego zdania. Wśród Włochów panuje kult marki i jakości, który przekłada się na klasykę i prostotę. Oczywiście pojęcie włoskiej klasyki jest bardzo szerokie, bo wchodzą w jej skład również różowe koszule i czerwone dżinsy, zdecydowanie jednak Włosi ubierają się bardzo schematycznie. Tak naprawdę, chyba najbardziej podobają mi się tu starsze panie, które są zabójczo eleganckie, z dokładnym makijażem i nierzadko czerwonymi paznokciami a ich strój ma w sobie zawsze coś oryginalnego i niebanalnego. Jeżeli jeszcze ktoś zwraca moją uwagę swoim ubiorem, to jest to zazwyczaj jakaś cudzoziemka, często modelka.
Nie mam nic przeciwko klasycznej elegancji, jednak nie uznaję uniformów, a do tego sprowadza się moda na tutejszej ulicy. Tak łatwo nadać temu, co się nosi jakiś bardziej osobisty rys, oryginalny akcent. I dziwne, że w przypadku tak kreatywnych Włochów, pomysłowość zawodzi. Prawdopodobnie mają inne pojęcie o modzie i niechęć do eksperymentowania. Chyba nie bez przyczyny dotychczas nie udało mi się znaleźć żadnego liczącego się bloga o Milano street style. Te najbardziej znane typu Prada and Meatballs czy Fashion Hunter są nieciekawe a przede wszystkim nieaktualne. To chyba też o czymś świadczy.
A piszę dziś o modzie bo trwa Milano Fashion Week. Oczywiście, przeciętny, zapracowany śmiertelnik taki jak ja doświadcza tego jedynie dzięki telewizji i zdumiewającej ilości długonogich blondynek na ulicach. Przy okazji tygodnia mody od paru sezonów porusza się problem anoreksji. Każdy wywiad z projektantem (wczoraj widziałam rozmowę z Armanim) kończy się pytaniem o chude modelki. Wszyscy przyznają, że waga i wymiary dziewczyn na wybiegach powinny być prawnie regulowane ale dzięki temu problem nie znika. Pewnie nieprzypadkowo trwa tu właśnie polemika dotycząca kampanii reklamowej marki Nolita, w której wystąpiła 27 letnia anorektyczka. Waży 31 kilo. Kampania sfotografowana przez Oliviero Toscaniego jest określana jako szokująca i ma na celu walkę z anoreksją. Osobiście wątpię czy coś to zmieni bo drastyczne zdjęcia to dziś codzienność. Poza tym nie podoba mi się brak szerszego kontekstu tych plakatów a przede wszystkim drażni mnie ich komercyjny charakter. To po prostu sprawdzony chwyt marketingowy Benettonu. Ważne jednak, że dzięki temu temat ożywa, chociażby tylko na tydzień.
23:34, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (10) »
niedziela, 23 września 2007
Mam chyba genetycznie wrodzoną samodyscyplinę i umiejętność bycia zawsze na czas. Nie tylko nigdy się nie spóźniam, ale zazwyczaj jestem przed czasem. Nawet jeżeli chcę przybyć z opóźnieniem, nie daję rady. Gdy zbliża się ustalona godzina, moje nogi zaczynają same biec a serce nerwowo dygotać. Czasami wręcz zazdroszczę umiejętności profesjonalnym spóźnialskim.
O ile w Polsce umawiałam się ze znajomymi zawsze o, dajmy na to, czternastej, we Włoszech umawia się koło. O ile dla mnie koło czternastej oznacza ciągle o, dla Włocha oznacza to już przed. Piętnastą oczywiście. Do pracy mogę przychodzić między 9 a 9.30, z tym, że o 9 biuro jest jeszcze zamknięte. A tutejsze programy telewizyjne zaczynają się z regularnym poślizgiem.
Tak też było z wczorajszym grillem, gdzie średnie opóźnienie wyniosło półtorej godziny, czego efektem, zamiast o 17, pierwsze kiełbaski zostały rzucone na ruszt o godzinie 20. I tu nie mogę nie wspomnieć o miejscu, w którym odbyło się nasze piknikowanie. Kiedyś pisałam o domu w Vittuone, który dla mnie okazał się miejscem magicznym, gdzie zatrzymał się czas. Tym razem, właścicielka tego domu urządziła grilla w ogrodzie swoich rodziców. A ich dom w porównaniu z tamtym wydał się zjawiskowy i cofnięty wręcz w czasie. Niesamowite znaleźć takie domy w dobie nowoczesnych mebli z IKEI i w kraju, gdzie rządzi minimalistyczny, włoski design. Ale rodzina M woli żyć przeszłością, otaczać się rodzinnymi pamiątkami i konsekwentnie odmawiać wejścia w teraźniejszość. Ich dom z wieżyczkami jest trochę jak z bajki, pełen zegarów z kukułką, porcelanowych lalek i starych kapeluszy. W ogromnej kuchni mieści się wysokie palenisko, stare aptekarskie szafy z milonem szufladek, półki pełne malowanych talerzy, metalowych dzbanków i przeróżnych starych przedmiotów, pośród których wygrzebałam nawet krakowską parę w tradycyjnych strojach. Pozostałe pokoje pełne są rzeźbionych mebli, wysokich łóżek z ręcznie malowanymi zagłówkami. W gablotkach widnieją kolekcje flakonów po perfumach a na ścianach haftowane obrazy. Moje zachłanne oko wychwyciło również kościelny klęcznik, sfatygowaną torbę podróżną Prady, maski karnawałowe i czerwone baletki zawieszone na lustrze. A potem zeszliśmy do piwnicy, gdzie stały przedwojenne narty, zakurzone butelki domowego wina i ręcznie robione kiełbasy i sery, na których zadomowił się ślimak...
Mieszkając w takim domu, pewnie i jego właściciele wszędzie się spóźniają. Ale kto by chciał opuszczać takie miejsce...
12:14, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (8) »
czwartek, 20 września 2007

Dziś rano posmarowałam sobie twarz kremem, następnie nałożyłam na nią  podkład i znowu posmarowałam ją kremem. Głowa ciągle w chmurach a pod nogami same kałuże.

Ledwie pozbyłam się części sierpniowej wypłaty wydając ją na przegląd samochodu, na niebie pojawiła się kolejna czarna (i bardzo droga) chmura w postaci czegoś, co się nazywa la cinghia di distribuzione. Do tego uświadomiłam sobie, że czas zakupić bilety na odwiedziny w domu. Szaro mi się przed oczami zrobiło, jak zobaczyłam ceny. Zapisałam się ambitnie na bardzo drogi kurs dokształcający mój włoski i teraz biegam co drugi dzień z pracy do szkoły i wracam z pochmurną, szarą wręcz twarzą i nieustającym bólem głowy. Zaczynają mi dokuczać plecy, szyja i kręgosłup. Nie wspominając już o wiecznych dolegliwościach żołądkowych w pracy. No, praca w ostatnich dniach to już czarna rozpacz. Huragany i wichury. Wylali na mnie dzban zimnej wody i udają, że sucho jest. I tak siedzę z mokrymi nogami i stukam sobie w klawiaturkę złorzecząc przez Google Talk do koleżanki na przeciwko. Powinnam zacząć nosić jakieś deszczowce i parasole ochronne przeciwko złym ludziom. Albo niewidzialne pelerynki? Tak, z ubraniami też płaczliwie. Chociaż eF twierdzi, że moja szafa niedługo eksploduje, naprawdę, nie mam co na siebie włożyć. A też na taką kapiącą, chimeryczną pogodę to człowiek nie wie jak się ubrać. Siedzę sobie więc w moich smutnych szarościach i jęczących czarnościach, w sweterku ale z gołymi nogami. Od prawie dwóch tygodni idzie do mnie Bardzo Ważna Paczka i jak nie dojdzie na czas, to mnie krew zaleje. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Do tego wszystkiego, co news z polskiej polityki to mi się słabo robi. A jak dziś zobaczyłam wspólne zdjęcia Leppera z Millerem to nie wiedziałam, śmiać się czy płakać. Który z nich jest bardziej żałosny? Tak, panie premierze? Ależ proszę, panie premierze. Jest jesiennie, smutno i niewyraźnie. Nic mi się nie podoba, nie wiem co ze sobą zrobić i w którym kierunku podążać. Zwolnić się z pracy czy nie? Zapuszczać grzywkę czy nie? Nawet mój blog jakiś pochmurny się zrobił. I samotny. A do tego dziś w nocy śniło mi się, że mnie zadźgali kibole z Legii. Chyba sobie popłaczę. Albo sobie kupię czarną, oczywiście, czekoladę.

16:29, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (11) »
niedziela, 16 września 2007

Wymiękam intelektualnie przy takich postaciach jak Bob Dylan. Przytłaczają mnie one swoją wielkością i bogactwem przekazu. Dla mnie funkcjonują tylko jako legendarne ikony, przed którymi czuję należny respekt ale nie czuję się na siłach wgłębiać się w treść ich utworów - wystarcza mi ogólny obraz i parę tag'ów. Dlatego też, nie potrafiłam do końca pojąć i docenić I'm not there, filmu biograficznego o Dylanie, który dzięki premierze na festiwalu w Wenecji pojawił się we włoskich kinach. Dopiero po porannym przestudiowaniu licznych źródeł traktujących o życiu Bob'a Dylana, zrozumiałam sens paru scen, postaci i wypowiedzianych przez nie słów.

Film magiczny, przytłaczający, porywający, inspirujący, drażniący, niekonwencjonalny. Pewnie taki, jak sam Bob Dylan. Wybitna Cate Blanchett, genialny Christian Bale. Ach, i choć mała rola, ale dla mnie, jak zawsze, fascynująca Charlotte Gainsbourg. Ale ponad wszystko obraz niesamowicie wysmakowany, artystyczny, miejscami surrealistyczny i pełen symboli. Wątki czasem się mieszają, nachodzą na siebie. Niby w każdym z nich obecny jest Dylan, ale tak naprawdę nie ma go w żadnym z nich. Bohater każdego wątku ma odmienne imię, kolor skóry czy płeć. Oczywiście, najbardziej porywające są czarno-białe fragmenty z Blanchett, ale podobały mi się też sceny z "Pat Garrett and Billy the Kid", w których gra Richard Gere. Muzyka Dylana obecna jest w filmie w sposób bardzo dyskretny. Brak jego największych szlagierów również sprawia wrażenie, że to film o Dylanie, ale jakby jednak nie o nim. Bardziej o wizjach jego osoby, o etykietkach, jakie próbuje mu się nałożyć, o mitach i legendach na jego temat. We wszystkim tym Dylan jest, ale tak naprawdę go tam nie ma.

 


 

 

 

14:52, latajaca_pyza , Książki
Link Dodaj komentarz »
Lubię obudzić się i usłyszeć warkot latającego gdzieś samolotu. Może innym to się źle kojarzy ale dla mnie to jedno z piękniejszych wspomnień z dzieciństwa. Mieszkaliśmy niedaleko rekreacyjnego lotniska i, jeżeli tylko była ładna pogoda, na niebie pojawiały się małe samoloty ciągnące za sobą ciuchutkie szybowce albo wypuszczające co jakiś czas malutkie figurki ze spadochronami. Warkot samolotu oznaczał, że jest niedziela i piękna, bezchmurna pogoda. Tak, jak dzisiaj. Samo lotnisko to też było miejsce magiczne. Ciągnące się w nieskończoność łąki, na których urządzaliśmy pikniki, gdzie robiliśmy "gwiazdy" i fikołki albo zbieraliśmy kaczeńce na wianki. Zawsze fascynowały mnie meteorologiczne urządzenia, które były zamknięte w malutkim ogródku: przyrządy do pomiaru deszczu, wiatru, temperatury. Czasami można było zajrzeć do samolotu, który właśnie wylądował albo do hangaru pełnego przedziwnych przedmiotów. A w kawiarni przy suficie przyczepiony był niebieski plastikowy samolot. Kawiarnia miała jakąs taką "odlotową" nazwę... :)
Co jeszcze fajnego z dzieciństwa? Wata cukrowa i jej specyficzny zapach, oranżada w woreczkach, gumy kuleczki, wakacje w Kołobrzegu: zabawy w małpim gaju, ogórki kiszone na plaży, wymarzona koszulka ze świnką Pigi, smażalnie ryb i racuchów, gofry z bitą śmietaną i truskawkami, występ Tik Taków i ciotki Klotki, niekończące się partyjki remika i flirtu towarzyskiego, świeży kefir na poparzone słońcem plecy... Utkwiło mi jeszcze bardzo w pamięci to popołudnie, kiedy musieliśmy pojechać do przychodni wypić płyn Lugola. Pamiętam też bardzo dobrze świętego Mikołaja w arafatce, który nie przeniósł mi wymarzonego hula hoop. I jeszcze niedzielne obiadki u babci... Albo jak tata przynosił mi kolejne części Magnusów do czytania i jak nie powolił mi zrezygnować z rozwiązywania krzyżówki w Świerszczyku, dopóki nie odgadłam hasła. No i piewsza dwója z tabliczki mnożenia. Schowałam kartkówkę pod ubrania w szafie, ale w końcu ją pokazałam rodzicom...
Oh, można by tak w nieskończoność... :) Miłej niedzieli wszystkim życzę :)
12:36, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (2) »
czwartek, 13 września 2007
Włosi uwielbiają strajkować. Podczas gdy my jesteśmy mistrzami dramatyzmu (białe miasteczka, głodówki, ewakuacje szpitali), Włosi są najsprytniejsi i najbardziej kreatywni. Dziś na przykład mieliśmy lo sciopero della pasta czyli strajk makaronowy :) W związku z kolejnym wzrostem cen produktów podstawowych, dziś nikt nie kupował w sklepach makaronu. Trudno powiedzieć czy również nikt go dzisiaj nie jadł. Osobiście wątpię, to byłoby zbyt duże wyrzeczenie. Jak powiedziała mi wczoraj mama eF "Włoch bez pasty umiera".
Dziś również pierwszy raz po przerwie wakacyjnej znowu strajkowało metro w Mediolanie. W czasie wakacji widocznie nie miał kto tego robić bo wszyscy byli na urlopach. Strajki służb transportowych to najlepszy przykład cwaniactwa Włochów. Zazwyczaj odbywają się w piątek, dzięki czemu co najmniej połowa pracowników robi sobie długi weekend. Ci, którzy muszą trochę popracować, albo kończą pracę o 8 45 (kiedy strajk się zaczyna) albo pracują przez trzy godziny po popołudniu kiedy uruchamiane jest metro. Dziś usłyszałam też kolejną hipotezę, że dziwnie często psują się pociągi, wysiada elektryka i zdarzają się wypadki (średnio dwa razy w miesiącu ktoś podobno rzuca się pod metro). Nikt nie wie wtedy gdzie, kiedy i co się stało, pewne jedynie jest to, że na parę godzin ruch pod ziemią jest wstrzymany. W takich sytuacjach w Neapolu jak spod ziemi (a propo:) wyrastają dziesiątki prywatnych van'ów, które oferują bardzo tanie przejazdy :)
Z kolei w wieczornych wiadomościach zapowiedziano 14 dni strajku stacji benzynowych. Nawiasem mówiąc, kiedyś strajkowali też dziennikarze telewizyjni. Główne wydanie Telegiornale wyglądało wtedy tak, że wyszedł pan i z kartki przeczytał najważniejsze wydarzenia dnia, poinformował, że strajkują i sobie poszedł.
Każdy naród ma widocznie własną definicję strajku. Teoretycznie wszyscy wykorzystują go do walki o prawa obywatelskie i pracownicze. Niektórzy jednak próbują uszczknąć przy okazji coś więcej;) A co ciekawe, określenie strajk włoski we Włoszech nosi nazwę lo sciopero bianco i jakoś nie chce mi się wierzyć, że zostało wymyślone przez Włochów.
Więcej o strajkach w jak zawsze niezawodnej angielskiej wersji Wikipedii.
Tagi: Włochy
22:35, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (3) »

Zobaczyłam w końcu wystawę prac Juliana Schnabela. Cóż, nie każdy ma potencjał Leonarda da Vinci, ale wielu próbuje mu dorównać wszechstronnością. Zastanawiam się, czy lepiej mieć ogólną wiedzę z wielu dziedzin czy znać się na jednej rzeczy, ale w sposób profesjonalny. Choć, może wiedza to nie to samo, co talent artystyczny i naturalna kreatywność. Istnieją tacy ludzie jak Schnabel, którzy mając nieprzeciętną potrzebę ekspresji artystycznej, próbują swoich sił we wszystkich dziedzinach sztuki. Schnabel to przede wszystkim bardzo oryginalny malarz. Swoje obrazy tworzy z rozbitych talerzy, na niektóre nakłada grube warstwy lakieru, co daje trochę psychodeliczny efekt. Maluje abstrakcje na pozszywanych kawałkach płótna, posiłkuje się przeróżnymi motywami od japońskiej sztuki teatralnej, poprzez swoje życie osobiste na Jane Birkin skończywszy. Swego czasu nagrał również płytę, która, jeżeli dobrze pamiętam, w stylistyce przypomina utwory Lou Reeda. Ostatnio jednak wyrasta na pierwszoligowego reżysera filmowego. Nie dziwi fakt, że swój pierwszy film zrobił o malarzu Jean-Michel Basquiat'ie. Widać, że fascynują go nieprzeciętne osobowości, bo także jego następne dzieła "Zanim zapadnie noc" oraz "Motyl i skafander" to filmy biograficzne. Za ten ostatni dostał w tym roku na festiwalu w Cannes nagrodę dla najlepszego reżysera. Premiera dopiero w styczniu a tymczasem można obejrzeć parę obrazków.

ps(później) Zjadłabym zupę koperkową z ziemniaczkami...

14:22, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (4) »
środa, 12 września 2007

Oglądaliśmy Dead Man'a Jarmusch'a. Nagle z ekranu zaczęły wylatywać różne przedmioty. Nóż trafił prosto w czoło mojej szefowej. Dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że wczoraj przysłała mi maila, że jest bardzo zadowolona z mojej pracy. Widocznie, moja podświadomość jest trochę opóźniona.

Potem zaatakował mnie odkurzacz. I to każdą częścią osobno.  Leciały na mnie rury, filtry. I jeszcze tak agresywnie warczały. To była bardzo ciężka noc. Dużo się działo. Dobrze, że pamiętam tylko tyle.   

12:08, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2