Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
środa, 24 września 2008
Jakieś 10 lat temu wybrałam się na letni festiwal filmów w Kazimierzu nad Wisłą. Było to jedno z piękniejszych przeżyć filmowych, jakich doświadczyłam. Dziś pewnie bym tego już nie przeżyła, ale wtedy nie przeszkadzał mi zrujnowany namiot na polu kempingowym pełnym komarów, gdzie były tylko dwa "prysznice" z wiecznie lodowatą wodą. Po odbyciu kolejki do umywalki każdego ranka ustawialiśmy się w ogonkach do kasy, mężnie walcząc o bilety. Równocześnie grzaliśmy miejsca na ławkach przy placu, na którym odbywały się nocne projekcje. Nie raz odchodziliśmy z kwitkiem, ale wtedy sytuację ratowały filmy krótkometrażowe i dokumenty wyświetlane w SARPie przy Rynku. To właśnie wtedy odkryłam dzieła Marcela i Pawła Łozińskich i złapałam bakcyla krótkich form filmowych. Minęło już tyle lat a ja ciągle pamiętam Romana Gutka, który cały festiwal dumnie paradował w koszulce z Wszystko o mojej matce (pewnie przywiezionej z Cannes), które do kin wprowadzał dopiero w październiku. Jak my mu zazdrościliśmy! Pamiętam całonocną projekcję kolejnych części Królestwa von Triera - absolutnie przerażające przeżycie, które trwało do 3 nad ranem. I nigdy nie zapomnę, kiedy odkryliśmy, że cichaczem można było oglądać filmy w kabinie projekcyjnej, gdzie stała wielka, skórzana kanapa. Wtedy przestaliśmy już wystawać w kolejkach po bilety. To właśnie tam zobaczyłam Pętlę - debiut reżyserski Hasa nakręcony na podstawie opowiadania Marka Hłaski. Niewiele jest filmów, które pozostawiły we mnie tak silne i niezapomniane emocje.

Te wspomnienia to oczywiście przy okazji festiwalu mediolańskiego. Wydarzenia tego typu mają niepowtarzalną atmosferę. Fajnie było zobaczyć tylu ciekawych ludzi w jednym miejscu, napić się wina, posłuchać muzyki i oczywiście godzinami siedzieć w kinie. Główny konkurs wygrał brazylijski obraz w stylu Innaritu o bardzo wymownym tytule Still Orangutans. Jeden wieczór, jedno miasto (Porto Allegre) i kilka historii mieszkańców, których życie i zachowania dowodzą, jak ciągle jesteśmy prymitywni i bez wyższych uczuć. Obraz bardzo gorzki, pełen absurdu i pesymizmu.
Zobaczyłam chyba z 18 krótkich metraży, w tym kilka perełek, ale ominął mnie film, który wygrał.  Widziałam za to kilka wyróżnień, w tym polski Za horyzont Jakuba Czekaja. Historia mało oryginalna, za to pięknie sfilmowana. Zachwyciło mnie treścią kilka filmów animowanych Alone Davida Cobo Díaza i francuski filmik La théorie des ensembles. Najciekawsza jednak była chilijska etiuda Under. To krótka historia przyjęcia, na które przybywają przyjaciele, córka i była żona głównego bohatera. Gwoździem wieczoru jest zaćmienie słońca, które wspólnie oglądają przybyli. Najciekawsze jest to, że cała historia sfilmowana jest z lotu ptaka. Jedynie, kiedy bohaterowie spoglądają na słońce, możemy zobaczyć ich twarze. Taka zmiana perspektywy patrzenia bardzo wzbogaca film i nadaje mu mnogość interpretacji. Inny, australijski z kolei filmik - Netherland Dwarf opowiada o małym chłopcu, który marzy o posiadaniu królika. Zwierzak staje się świetnym pomysłem, kiedy niespodziewanie rodzinę porzuca matka. I kiedy już wchodzimy z królikiem do domu, wraz z chłopczykiem cieszymy się z nowego przyjaciela, zdarza się tragedia...

Większość festiwalowych opowieści ma bardzo pesymistyczną i gorzkę wymowę. Tak, jakby młodzi ludzie nie mieli powodów do radości. A może po  prostu dlatego, że szczęście jest mało filmowe. Offowe filmy są jednak dzięki temu bardziej prawdziwe, nie sprzedają sztucznego szczęścia a najwyżej zdrowy śmiech z rzeczywistości. Nie dorównują techniką kinowym hitom, są często trudne w odbiorze, ale dowodzą, że kino ciągle się rozwija i nie grozi mu całkowita komercjalizacja.
Under - reż. Dominga Sotomayor
środa, 17 września 2008
Festiwal w Mediolanie od kilku lat organizuje cykl Colpe di Stato (State of (T)Error), na który składają się filmy dokumentalne skupiające się na błędach i winach demokratycznych rządów. To niezależne produkcje, które  prezentują odmienne od pokazywanego w mediach spojrzenie na powszechnie znane wydarzenia polityczne i społeczne: wojny, katastrofy ekologiczne czy wydatki państwowe. Ideę tego cyklu najlepiej obrazuje mapa świata (What's Up? South!) dołączona do programu festiwalu. Sugeruje, że na świat trzeba patrzeć z różnych perspektyw, nie brać za pewniak tego, co pokazuje telewizja i mówi pan prezydent. Ten cykl uczy, że należy wątpić, pytać i myśleć samodzielnie.
W niedzielę udało się mi zobaczyć dwa filmy z tego cyklu. Pierwszy to 33 Days reżyserki Mai Masri. To dokument ilustrujący trwający miesiąc atak izraelskich wojsk na Liban w 2006. Historia mieszkańców Bejrutu została opowiedziana od środka, nie poprzez żołnierzy, polityków ani media, ale  zwyczajnych ludzi. To historia Libańczyków, których  domy zostały zrównane z ziemią, którzy mieszkają w parkach, ciągle nasłuchują wiadomości z przenośnych radyjek i obserwują lot rakiet na niebie zastanawiając się, czy to właśnie ta w nich uderzy. To historia wojny opowiedziana przez kobiety: reżyserkę i jej bohaterki. Najbardziej emocjonująca jest jednak historia młodego mężczyzny, który w opuszczonym teatrze organizuje zabawy dla dzieci. Próbuje odizolować maluchy od wojny, która w żołnierskich buciorach wlazła w ich życie. Podczas, gdy na zewnątrz co chwila słuchać wybuchy i krzyki, w teatrze trwa w najlepsze zabawa, dzieci turlają się po scenie, grają w przeróżne zabawy, organizują przedstawienie. Wielkim atutem tego dokumentu są zdjęcia, których nie ogląda się w telewizji. Zamiast sensacyjnych migawek i szybkich kadrów, które unikają szczegółów, spokojnie oglądamy krajobraz zniszczonych budynków, dzieci wyciągane spod gruzów, martwe ciała i kurz. Widzimy też pomagających sobie ludzi, ukradkiem wycierane łzy, żartujące dzieciaki. A to wszystko bez efektów specjalnych, patetycznej muzyki czy medialnych zabiegów. Zwyczajni ludzie pełni wielkiej godności i siły. Bardzo szczery i prawdziwy obraz kolejnego bezsensownego konfliktu.

Drugi film to dokument nakręcony na podstawie książki Normana Solomona War Made Easy: How Presidents and Pundits Keep Spinning Us to Death. Mało odkrywczy, niemniej jednak bardzo ważny obraz pięknie ilustrujący spiralę strachu, jaką od 50 lat regularnie nakręca rząd amerykański.  Z tym filmem miałam podobny problem jak z dokumentami Michaela Moore'a: są porażające w treści ale równocześnie drażni w nich ten sam język propagandy, który krytykują. Film zaczyna się zlepkiem wypowiedzi kolejnych amerykańskich prezydentów, którzy ciągle powtarzają, że pokój na świecie jest ich priorytetem (our desire for peace, we strive for peace, we love peace). Chwilę później uświadamiamy sobie, że w ciągu ostatnich 50 lat nie było innego państwa, które rozpoczęło tyle konfliktów zbrojnych, co USA: Wietnam, Grenada, Panama, Korea, Afganistan, dwukrotnie Irak... Każdy wielki konflikt poprzedza  propaganda medialna, która ma uzasadnić wojnę. Tak było chociażby przed drugą wojną w Iraku: oskarżenia i zapewnienia o posiadaniu broni masowej zagłady przez Husseina, które nigdy się nie potwierdziły. Dokument pokazuje, jak bardzo nieobiektywne są amerykańskie media, które są właściwie tubą rządu.  W czasie wojny w Afganistanie każda relacja z frontu kończy się przypomnieniem, że ten atak to odpowiedź na 11 września. Strach przed terrorystami staje się sposobem na przekonanie społeczeństwa do wszystkiego. Przed wojną w Iraku dziennikarz CNN wysyła do Pentagonu listę generałów, których będzie zapraszać do studia. Listę do zatwierdzenia przez rząd! Wojna staje się w mediach produktem, który ma  dobrze brzmiące nagłówki: Amerika Strikes Back, War on Terror, Target Iraq, Showdown with Saddam. We will take you there. Specjalne studia, masa technicznych detali bombowców i rakiet, którymi zachwycają się podnieceni dziennikarze. W takiej sytuacji nie ma mowy o obiektywizmie mediów. Wojna to show. Rzecz w tym, że w imię walki ze złem, terroryzmem i nieczystymi siłami w każdej kolejnej wojnie ginie coraz więcej ludności cywilnej: I wojna światowa: to 10% zabitych, II wojna światowa 50%, Wietnam 70% a Irak to 90% wszystkich zabitych.

Film nie porusza pytania, jakie są prawdziwe powody rozpoczynania wojen. Dlaczego USA niesie wolność i demokrację do Afganistanu i Iraku a Sudan czy Birmę ma gdzieś? Odpowiedź jest bowiem oczywista... Film, którego narratorem jest Sean Penn, można obejrzeć na YouTube (jest podzielony na kilka fragmentów). Zresztą jak łatwo jest rozpocząć wojnę widać w  filmie Charlie Wilson`s War M. Nicholsa.
Nie wiem, czy uda się mi obejrzeć kolejne filmy z tego cyklu. Chciałabym zobaczyć chociażby jeszcze jeden: o polityce Putina albo o rządowych wydatkach publicznych pieniędzy na zbrojenia.  Takich rzeczy nie pokazują w telewizji...
PS Znalazłam trailer do Lost Holiday
niedziela, 14 września 2008

Pewnego dnia podróżując po Szwecji Lada znajduje porzuconą walizkę a w niej 22 rolki filmowe. Przywozi je ze sobą do Pragi i wywołuje. Otrzymuje ponad 700 zdjęć z podróży po Europie, na których widnieje grupa Azjatów. Sześciu, poważnych mężczyzn pozuje grupowo bądź w pojedynkę na tle przyrody, pomników, okrętów wojskowych czy łąki pełnej mleczy.

Grupa przyjaciół podejmuje próbę dotarcia do tych ludzi, dowiedzenia się kim są i co robili w Europie. Najpierw zostaje zorganizowana w Pradze wielka wystawa fotografii, na której odwiedzający dzielą się swoimi spostrzeżeniami i domysłami. Przede wszystkim próbuje się ustalić jakiej narodowości są mężczyźni - czy to Chińczycy, Japończycy czy Koreańczycy. Wypowiadają się mieszkający w Pradze Azjaci i czescy sinolodzy, zgodnie twierdząc (głównie po ciuchach), że nasi bohaterowie pochodzą z Chin. Jedni sugerują, że to pewnie chińscy dygnitarze, inni, że na pewno szpiedzy. Następnie w grę wchodzą prywatni detektywi, którzy zwracają uwagę na numery rejestracyjne samochodów na zdjęciach. Niewiele udaje się jednak dowiedzieć od właścicieli pojazdów. Niemiecki turysta twierdzi, że Chińczycy podeszli bez słowa do niego i zrobili sobie z nim fotkę. Zresztą żona turysty zrobiła to samo. Kiedy oficjalne organy zajmujące się poszukiwaniem zaginionych odmawiają pomocy, nasza ekipa kieruje się w stronę metod alternatywnych.  Pokazują zdjęcia wróżbiarzom, odczytują z fotografii aurę Chińczyków. Jako, że działania prowadzone z Pragi nie przynoszą większych rezultatów, ekipa przenosi się w końcu do Szwecji. Udaje się jej odnaleźć miejsca, w których pozowali nasi bohaterowie, ustalają hotel, w którym mieszkali ale nie znajdują żadnych informacji na temat ich tożsamości. Również wizyta w Chinach nie przynosi rezultatów. Nikt nie chce podjąć się rozgłośnienia tej historii.


Poszukiwania prawie ustają, kiedy pewnego dnia dzwoni telefon. Chińska telewizja zdecydowała się na zrobienie  reportażu o poszukiwaniach. Oglądają go miliony Chińczyków, dzięki czemu błyskawicznie udaje się ustalić tożsamość nieznajomych. Okazują się rzeczywiście grupą wysoko postawionych przedstawicieli polityki, przemysłu i rolnictwa, którzy udali się do Europy w celu odbycia "business trip". Tak przynajmniej brzmi oficjalny komunikat. Dzielna grupa czeskich poszukiwaczy zostaje zaproszona do Chin, gdzie spotyka się osobiście z mężczyznami...


I co Wy na to? Ta historia to treść czeskiego dokumentu wyreżyserowanego przez Lucie Královą. To autentyczna opowieść a równocześnie artystyczne wyzwanie, które postawiła przed sobą reżyserka tuż po ukończeniu Praskiej Szkoły Filmowej. Celem tego dokumentu była odpowiedź na pytanie, czy mając jedynie zdjęcie można dotrzeć do człowieka. To pytania o dzisiejsze możliwości komunikacji, kondycję solidarności i bezinteresownej współpracy między ludźmi. Przede wszystkim jednak, to przezabawny, pełen ironii dokument, który niespodziewanie zaczął żyć własnym życiem. W Chinach to czysto artystyczne przedsięwzięcie zostało zinstrumentalizowane. Nikt nie zapytał: dlaczego szukaliście tych ludzi, pytano: podobają się Wam Chiny? W reportażu podkreślano przyjaźń czesko - chińską, zachwyt twórców nad Chinami. Oprowadzano ich po knajpach, w których wisiały portrety Stalina i Lenina. Nagle dokument stał się cześcią wielkiej propagandy. Obecna na projekcji filmu reżyserka (przeurocza osoba) przyznała, że zdjęcia w Chinach były najcięższym, a przecież najprostszym, etapem kręcenia tego dokumentu a chińscy przedstawiciele domagali się zmiany tytułu  na Business Trip tak, jakby mieli coś do ukrycia.

Lost Holiday (Ztracená dovolená) to pierwszy film, który zobaczyłam na Milano Film Festival, gdzie pojawiają się filmy młodych twórców, ciągle jeszcze niezależnych, z głowami pełnymi marzeń. Dziś obejrzałam też sześć filmów krótkometrażowych, które zachwyciły świeżością, energią i radością tworzenia. A to dopiero początek. Jutro mam w planie kolejną ucztę 2 + 6.Oj, zamęczę Was w tym tygodniu historiami, zamęczę. :)

 

 

 

 

środa, 03 września 2008
Ostatnia Wieczerza Leonardo da Vinci to jedno z tych arcydzieł, które zna każdy. Niektórzy szczęśliwcy, tacy jak ja, mieli nawet możliwość zobaczenia fresku na własne oczy. W tym celu musiałam się przeprowadzić do Mediolanu bo próby zakupienia biletu w czasie moich krótkich pobytów  spełzały regularnie na niczym. Chyba żadne inne dzieło na świecie nie jest tak chronione przed wpływem temperatury, kurzu i zanieczyszczeń. Stale monitoruje się strukturę ściany, na której widnieje fresk oraz oczywiście liczbę odwiedzających. Tym wszystkim, którzy wybierają się do Mediolanu, sugeruję zamówienie wejścia kilka miesięcy wcześniej.
Te wszystkie zabiegi, kosmiczne drzwi, przez które się wchodzi i mrok panujący w refektarzu sprawiają, że ta krótka wizyta nabiera szczególnego klimatu a nawet magii. Od razu zaczynają się przypominać niestworzone historie dotyczące malowidła: te o dodatkowej ręce trzymającej nóż czy ta włoskiego informatyka, który twierdzi, że nakładając na obraz jego lustrzane odbicie, otrzymuje się  postać wyglądajcą na rycerza z Zakonu Templariuszy. Do tego oczywiście dochodzą teorie z Kodu Leonardo da Vinci (no co, czytałam).

Z ciekawostek bardziej wiarygodnych warto wspomnieć o tym, że w 1652 w ścianie refektarza wybito drzwi, tym samym ucinając nogi Jezusowi. W 1799 Napoleon zrobił sobie z refektarza stajnię dla koni. Ostatnia restauracja fresku miała miejsce w latach 1978 - 1999, trwała więc dłużej niż malowanie dzieła (1494 - 1498). Ostatnia Wieczerza jest tak podatna na zniszczenia, ponieważ Leonardo użył nietypowej dla malowideł ściennych techniki, tworząc fresk na sucho tak jak obrazy płócienne. Dzięki temu udało się mu uzyskać niezwykłą grę światła ale równocześnie już po kilku latach malowidło zaczęło niszczeć. Bardzo dokładnie można sobie je pooglądać na stronie Haltadefinizione.com.

Malowidło od zawsze fascynowało artystów i zwyczajnych ludzi,  doczekało się dziesiątek interpretacji i kopii. W swoich artystycznych poszukiwaniach dotarł do niego również angielski reżyser Peter Greenaway, który zafascynowany światłem w malowidłach tworzy ich własne interpretacje. W czerwcu, w refektarzu kościoła Santa Maria della Grazie odbył się niezwykły spektakl z Ostatnią Wieczerzą w roli głównej. Następnie wykonano doskonałą wręcz kopię całej ściany refektarza w oryginalnych rozmiarach i przeniesiono ją do mediolańskiego Palazzo Reale. Dzięki temu dzieło Greenawaya mogłam zobaczyć i ja.
Spektakl odbywał się co pół godziny. O wyznaczonej godzinie poprowadzono nas przez nieudostępniane zwiedzającym komnaty pałacu. Po chwili doszliśmy do zaciemnionego, olbrzymiego pomieszczenia, które samo w sobie wydało się mi fascynujące. Wielkie, solidnie nadszarpnięte przez czas płaskorzeźby na ścianach, olbrzymie okna zakryte płótnem, między nimi stare, zdobione lustra a na frontowej ścianie ukryty w ciemności fresk.  Wzdłuż pomieszczenia stał długi biały stół z białymi krzesłami, na którym ustawiono białe naczynia i chleb. Tak naprawdę ten pierwszy moment po wejściu był najbardziej intrygujący. Po chwili rozpoczęła się projekcja w stylu przedstawień światło i dźwięk. Reflektory wydobywały fragmenty malowidła, bawiły się cieniami i kolorami. Na tylnej ścianie wyświetlane były inne renesansowe dzieła w gigantycznych rozmiarach, a temu wszystkiemu towarzyszyła muzyka klasyczna. Cały spektakl robił wrażenie a kilka ujęć będę długo pamiętać. Z drugiej jednak strony taka forma wyrazu ociera się o kicz, co zdecydowanie pomniejszyło   wartość przedsięwzięcia Greenawaya w moich oczach.

A na koniec jeszcze kilka najciekawszych moim zdaniem interpretacji Ostatniej Wieczerzy, które gorszą, wywołują salwy śmiechu i intrygują. Warto podpatrzeć, komu dostała się rola Judasza.

 


Adi Nes  sfotografował izraelskich żołnierzy.

 

 

Reklama odzieżowej marki Marithe + Francois Girbaud

 


Pop Artowa wersja Andy Warhola

 

Rodzina Soprano w obiektywnie Annie Leibovitz

 


Star Wars wg Eric'a  Deschamps  



Simpsonowie - odcinek Thank God It's Doomsday


Ulica Sezamkowa


Interpretacja z klocków Lego

 

poniedziałek, 01 września 2008
Nerwowa się zrobiłam. Strasznie. Kłócę się z ludźmi, bez przerwy narzekam, kręcę nosem i nie udzielam się towarzysko (wiadomo, że towarzyska jestem średnio, ale czasem do ludzi wyszłam, ot choćby żeby nowymi butami się pochwalić). eF kupił mi magnez, bo mi go podobno brakuje i ciągle pyta: pijesz ten potas? On mi w ogóle ciągle kupuje jakieś lekarstwa, ale tabletki od bólu głowy w domu nie uświadczysz. Grunt, że jest czym zęby myć. Taak, szczoteczek i pasty do zębów to nam nigdy nie brakuje.
Poza tym do miasta wrócili niedzielni kierowcy i niedoszłe gwiazdy F1, więc znowu stoję w korkach i używam klaksonu non stop. Kocham klakson. Uspokaja mnie równie skutecznie (i krótkotrwale) jak dwa odcinki Friends'ów dziennie.
A do tego te upały. Ileż może trwać lato. No ile? I nie mówcie mi, że przedtem narzekałam, że ciągle leje. W naturze przydałaby się jednak jakaś równowaga. Widać, że nie tylko ja tu jestem rozstrojona psychicznie. Przestałam tolerować ciepło, męczę się okrutnie. Całe szczęście dziś w nocy przeszła solidna burza i trochę polało. Deszcz padał jeszcze rano, ale teraz wrócił ten paskudny upał. Do tego źle sypiam. Całymi nocami z kimś się kłócę, podczas gdy eF ciągle się przez sen śmieje. I gdzie tu sprawiedliwość?

Teraz tak sobie myślę, że ten zły nastrój to może przez to, że od dwóch tygodni nie jem słodyczy (nie wiem jak wy, ale lodów do słodyczy nie zaliczam, lody to lody). Ale to dla zdrowia. Zarzuciłam spożywanie produktów mącznych i kawy. Przez to jem zdrowiej i ciekawiej, co jednak najwidoczniej niezbyt dobrze odbija się na moim samopoczuciu. Prawda jest taka, że nie ma lepszego sposobu na poprawienie nastroju, jak ciasteczka w polewie czekoladowej.
14:11, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (17) »