Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
czwartek, 24 września 2009

Tylko we Włoszech ministrem w rządzie może zostać fotomodelka i show girl, wobec której kilka lat wcześniej premier publicznie zadeklarował, że gdyby nie był już żonaty, wziąłby ją czym prędzej za żonę. Żona niedawno złożyła pozew o rozwód, a Mara Carfagna, nasza pani minister, która jeszcze kilka lat temu wyglądała tak, dziś nosi eleganckie służbowe mundurki.

Tylko we Włoszech jednym z najpopularniejszych celebrity jest paparazzi, który ponad wszystko kocha luksus i pieniądze. Fabrizio Corona bez skrupułów mówi o sobie jestem takim współczesnym Robin Hoodem, zabieram bogatym i... zostawiam dla siebie. Ludzie kupują gadżety, ubrania i płyty sygnowane jego nazwiskiem ponieważ fascynuje ich jego wizerunek: młodego, przystojnego, świetnie ubranego, pewnego siebie i bajecznie bogatego faceta, który trzyma w garści wszystkie włoskie gwiazdy, przez co zresztą  biedak musiał siedzieć w więzieniu.

Tylko we Włoszech jednym z najbardziej wpływowych i pożądanych ludzi w kraju jest agent gwiazd, który otwiera lub zamyka wszystkie furtki do kariery telewizyjnej. Lele Mora jest nietykalny, jest wielkim przyjacielem Silvio Berlusconiego i protektorem Fabrizio Corony. I z dumą obnosi się ze swoimi faszystowskimi poglądami.

A największym absurdem we Włoszech jest to, że szefem rządu (mającego bezpośredni wpływ na kształt kanałów publicznych tv) i właścicielem największej telewizji prywatnej w kraju jest ta sama osoba: Silvio Berlusconi, który wprowadził w Italii dyktaturę obrazu, czyli wideokrację.

O tym właśnie traktuje film dokumentalny nakręcony przez Erika Gandini,  Włocha od lat mieszkającego w Szwecji. Gandini postanowił stworzyć film, który wyjaśniłby obcokrajowcom fenomen Silvio Berlusconiego, o którym ciągle głośno z racji jego wybryków na scenie politycznej i we własnej willi na Sardynii. Przede wszystkim jednak chciał przybliżyć Szwedom przyczyny włoskich absurdów.

80% włoskiego społeczeństwa czerpie informacje o świecie z telewizji, która promuje tanią, tandetną rozrywkę, głupawe teleturnieje i dużo golizny, a każde wiadomości kończy  plotkami. I to właśnie medium decyduje o autorytetach, kreuje kulturę i świadomość przeciętnego Włocha.  Reżim małego ekranu sprawia, że szczytem marzeń tysięcy młodych Włochów i Włoszek jest występ w telewizji i upodobnienie się do jej gwiazd. Łudzi, że każdy, jeżeli tylko trafi do telewizji, może stać się sławny, bogaty i uwielbiany. Że tv umożliwi znalezienie dziewczyny, pracy, przyjaciół, zagwarantuje upragniony sukces. Wystarczy  zatańczyć, zaśpiewać, pokręcić tyłkiem, wystarczy się pokazać... Wideokracja falsyfikuje rzeczywistość, wprowadza zastępcze problemy i mydli oczy.

O Videocracy przeczytałam po raz pierwszy kilka miesięcy temu w kontekście festiwalu filmowego w Wenecji, na którym miał być pokazywany. Nie spodziewałam się, że uda się mi łatwo dotrzeć do tego filmu, tym bardziej że zwiastun dokumentu nie został dopuszczony do pokazywania ani we włoskiej Rai, ani w Mediasecie Berlusconiego. Dlatego bardzo się zdziwiłam, kiedy wraz z premierą na festiwalu Videocracy trafiło do włoskich kin.

W gruncie rzeczy film mnie rozczarował bo nie dowiedziałam się z niego wiele ponad to, co już wiedziałam. Zapomniałam jednak, że oryginalnie był to dokument skierowany do obcokrajowców, którzy nie mieszkają we Włoszech. Dla nas obrazki przedstawione w filmie są przykrą codziennością. Dla wielu z Was mogą być sposobem na zajrzenie do jaskini smoka bez konieczności zamieszkania w niej. Są też doskonałą ilustracją dla dwóch starszych tekstów z tego blogu: o włoskich kobietach i o Fabrizio Coronie. Dlatego chciałabym Wam ten film bardzo polecić. Liczę, że dotrze do Polski. A tymczasem zerknijcie na zakazany trailer. Wszystko zaczęło się 30 lat temu od teleturnieju, w którym za każdą prawidłową odpowiedź gracza gospodyni domowa zdejmowała jeden element swojej garderoby...

 

Tylko we Włoszech ministrem w rządzie może zostać fotomodelka i showgirl, wobec której kilka lat wcześniej premier publicznie zadeklarował, że gdyby nie był już żonaty, wziąłby ją za żonę.  Mara Carfagna, bo o niej mowa, kilka lat temu wyglądała tak, a dziś prezentuje się tak.

Tylko we Włoszech jednym z najpopularniejszych celebrity jest paparazzi, który ponad wszystko kocha luksus i pieniądze. W filmie Gandiniego Fabrizio Corona bez skrupułów mówi o sobie jestem takim współczesnym Robin Hoodem, zabieram bogatym i... zostawiam dla siebie. Ludzie kupują gadżety, ubrania i płyty sygnowane jego nazwiskiem ponieważ fascynuje go jego wizerunek: młodego, wysokiego, szczupłego, świetnie ubranego, pewnego siebie i bajecznie bogatego faceta, który trzyma w garści wszystki włoskie gwiazdy. W filmie z narcyzem daje się sfilmować nago w całej krasie.

Tylko we Włoszech jednym z najbardziej wpływowych ludzi w kraju
niedziela, 13 września 2009

Na Biennale w Wenecji zauważyłam kilka projektów, które podążają tropem pomysłów Tino Sehgala, czyli aby móc całkowicie zaistnieć potrzebują pomocy widza. Tak jak u Sehgala rozprawiający o sztuce strażnik w muzeum potrzebował współrozmówcy aby stworzyć dzieło This is critique, tak samo kilku artystów w Wenecji potrzebowało publiczności aby nadać ostateczny kształt swoim ideom. Być może nie jest to sztuka współczesna najwyższych lotów (choć właściwie co nią jest - pudle z baloników i ściana ochlapana kolorową farbą? czy sztuka musi być niezrozumiała, aby stać się wielkim dziełem?), ale jestem jej wielką fanką, ponieważ taka sztuka angażuje, rodzi pozytywne emocje, bawi i daje do myślenia. Sprawia, że wiele zwyczajnych czynności takich jak robienie zdjęć czy naklejanie znaczka na widokówkę nabiera nowego, artystycznego znaczenia. Sprawia, że zaciera się różnica między szarą rzeczywistością a sztuką.

Oto kilku artystów, których pomysły mnie zaskoczyły i wywołały uśmiech na mojej twarzy:

Pak Sheung Chuen, Hong Kong Wchodząc za czarną kotarę, znajdujemy się  w całkowicie zaciemnionym pomieszczeniu. Jedynym sposobem aby zobaczyć, co znajduje się w środku... jest zrobienie zdjęć przy użyciu aparatu z lampą błyskową. Wtedy na ułamek sekundy ukazują się nam zdjęcia wiszące na ścianach. To zdjęcia z podróży do Malezji, którą artysta odbył wraz z przyjaciółmi. Projekt nosi nazwę  A Travel Without Visual Experience ponieważ Pak Sheung Chuen spędził całą podróż z zamkniętymi oczami doświadczając wszystkiego tylko słuchem, węchem i dotykiem. A zdjęcia, które można oglądać w ciemni, robili jego przyjaciele.

 

 

 

Aleksandra Mir, Polska Przed kawiarnią na terenie ogrodów Biennale stały niepozorne stojaki z widokówkami, na które początkowo tylko rzuciłam okiem. Pocztówki wydały się mi strasznie brzydkie i banalne. Dopiero, kiedy przechodziłam koło kawiarni po raz drugi, zauważyłam, że było coś z nimi nie tak. Bo widział ktoś pocztówki z Wenecji przedstawiające drapacze chmur, dzikie kaczki i skandynawskie domki? Okazało się, że to projekt polskiej artystki, która na weneckie Biennale przygotowała milion bezpłatnych widokówek. Tuż obok stojaków zostały umieszczone prawdziwe skrzynki pocztowe, dzięki którym  papierowe dzieła sztuki mogły opuścić Biennale i dotrzeć poza granice Włoch. Tak właśnie dotarły one do niektórych z Was. ;) Choć widokówki przedstawiają różne miejsca na świecie, projekt nosi nazwę Venezia. To, co łączy wszystkie te miejsca to woda - weneckie kanały łączą się w ten sposób z morzami, rzekami, wodospadami, jeziorami bo all places contain all others. Wenecja staje się uniwersalnym miejscem, symbolem globalnej wioski. A akt słania widokówek we wszystkie strony świata, tę ideę podkreśla.

 

 

Miranda July, Stany Zjednoczone To bardzo ciekawa artystka, która zajmuje się różnorodnymi formami sztuki: kręci filmy, pisze książki, lubi też performance i instalacje. W Wenecji prezentuje  Eleven Heavy Things, jedenaście rzeźb, które aż się proszą o wspólne zdjęcie. Zabawne podpisy pod rzeźbami stanowią niezłą zabawę na koniec długiego dnia w weneckim Arsenale. Według idei autorki rzeźby nabierają pełnego kształtu dopiero, kiedy zrobi się z nimi zdjęcie, a następnie pośle się je w świat. Można je przesłać znajomym drogą mailową albo opublikować na własnym blogu, co właśnie czynię. Oto właśnie jak po raz kolejny stałam się dziełem sztuki: 

 


sobota, 05 września 2009

Po obejrzeniu Płaczącej Łąki obiecałam sobie jak najszybciej zdobyć pozostałe filmy Theo Angelopoulosa. Trochę czasu jednak zleciało, zanim udało się mi dotrzeć do kolejnej pozycji. Znalazłam ją dopiero w katolickiej księgarni, która oprócz szerokiego wyboru dewocjonaliów i hagiografii, posiada też mnóstwo filmów. I to jakich filmów! Szalej dusza, piekła nie ma! Choć może to nie najlepsze określenie w kontekście religijnej księgarni. Szczególnie, że  tytuł filmu może budzić skojarzenia... Ale do rzeczy. Chcę Wam opowiedzieć o jednym z najpiękniejszych filmów, jakie dane mi było kiedykolwiek obejrzeć.

Śni się Wam  czasami muzyka? Mnie się śni często, a po tym filmie przewodni motyw muzyczny Eleni Karaindrou towarzyszył mi całą noc. Magiczna muzyka to  tło dla poetyckich obrazów ilustrujących historię umierającego pisarza. Aleksandros mieszka samotnie w zamglonych, deszczowych Salonikach. Spędzamy z nim ostatni dzień przed pójściem do kliniki, z której prawdopodobnie już nie wyjdzie. Spędzamy ten dzień, równocześnie uciekając z nim przed jutrem, wracając do wspomnień z przeszłości. Ile trwa jutro? Wieczność i jeden dzień...

 

 

Tego dnia Aleksandros wraca myślami do letniego dnia sprzed wielu lat, kiedy urodziła się mu córka. Do domku nad morzem przybyła cała rodzina, wszyscy ubrani byli na biało, świeciło słońce, wspólnie jedli obiad na plaży, dobrze się bawili. Aleksandros w tych scenach nie młodnieje, ubrany w czarny płaszcz, który nosi w czasie całego filmu, zupełnie nie pasuje do idealnego obrazka, podobnie jak burza, która pojawia się ni stąd ni zowąd. Aleksandros zawsze był nieobecny, nieuczestniczący w otaczającej go rzeczywistości. Zanurzony w niematerialnym świecie słów, książek i poezji żył oderwany od swojej żony. Jej list, który czyta, wyraża ogromną miłość ale i obawy, ciągłą tęsknotę za mężem, który jest niedostępny. Aleksandors umiłował słowa ponad wszystko, swojej twórczości poświęcił całe życie, zaniedbując swoją rodzinę i kontakty międzyludzkie. U schyłku życia uświadamia sobie, że najbliższą mu istotą jest pies, że z nieznanym sobie sąsiadem komunikuje się za pomocą odtwarzanej muzyki, że z własną, chorą matką nie uda się mu już nigdy porozmawiać, że letni domek na plaży został sprzedany.

Tego ostatniego, wypełnionego wspomnieniami dnia Aleksandros spotyka albańskiego chłopca, który myje szyby samochodów zatrzymujących się na skrzyżowaniu. Pomaga mu uciec przed nagonką policji, wyrywa z rąk handlarzy ludzkim towarem i usiłuje odstawić do granicy grecko-albańskiej. Między dwoma samotnikami zawiązuje się przyjaźń. To właśnie małemu Albańczykowi Aleksandros opowiada historię poety, który wraca do ojczyzny z wieloletniego wygnania nie pamiętając już własnego języka. Poeta zaczyna więc kupować od wieśniaków słowa  i z nich układa swój wielki poemat o narodzie greckim.

Mały Albańczyk zaczyna przynosić pisarzowi podsłyszane słowa, jak gdyby wyczuwając niezdolność Aleksandrosa to komunikacji ze światem, który go otacza. Najważniejsze słowa, które pieczętują film to korfulamu, xenitis i argathini. Pierwsze wyraża bliskość i miłość, drugie oznacza wygnańca, obcego, a trzecie późną porę na granicy nocy i dnia. Trzy słowa, które stanowią esencję życia Aleksandrosa, a przede wszystkim tego ostatniego dnia, przed którego końcem  pisarz ucieka.

To jeden z najbardziej poetyckich i magicznych filmów, jakie kiedykolwiek widziałam. Scena na granicy grecko-albańskiej, gdzie na płocie wiszą niedoszli uciekinierzy, rozczarowane nadzieje, marzyciele, którym nie udało się uciec do raju na długo zapada w pamięci. Albo ta, kiedy pisarz z chłopcem jadą nocnym autobusem, do którego wsiadają przeróżne postaci, muzycy, romantyczny poeta, kłócąca się para. I jeszcze scena z tańcem młodożeńców, który przerywa przyjście Aleksandrosa... Przepiękne zdjęcia, niezwykła muzyka, poetyckie obrazy, historia pełna metafor i ta  kusząca melancholia, której nie umiem się oprzeć. To sztuka filmowa w najlepszym wydaniu. Szkoda, że, jak to kiedyś napisał Jerzy Płażewski,  wśród najpopularniejszych filmowców współczesności tak mało pojawia się nazwisk prawdziwych autorów. Takich autorów jak Theo Angelopoulos.