Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
niedziela, 19 września 2010

Jako że w Grenadzie tropiliśmy ślady orientalne,  Kordobę postanowiliśmy zwiedzać szlakiem hiszpańskim, szukając wszelkich andaluzyjskich akcentów. Miasto przywitało nas niemiłosiernym skwarem, który sprawiał, że każdy krok przypominał przejście przez niewidzialną ścianę rozognionego powietrza. Nie bez powodu Kordoba nawet wieczorem wydawała się nam opustoszała i mało turystyczna. W sierpniu zdecydowanie nie nadaje się ani do zwiedzania, ani do życia. A jednak  zauroczyła nas nawet bardziej niż Grenada.

Od pierwszego wejrzenia Kordoba ujęła nas swoimi skąpanymi w słońcu białymi uliczkami z kolorowymi akcentami. Kolorystyka i charakterystyczne okna przypominały nam kubańskie miasteczka Sancti Spiritus i Trinidad, do których mam niesamowity sentyment. Uliczki Juderii, starej żydowskiej dzielnicy, dawały trochę cienia, więc z przyjemnością w nie zaglądaliśmy tym bardziej, że kryją sekretne dziedzińce, które są dumą i oczkiem w głowie mieszkańców Kordoby. Cudownie chronią przed upałem i światem zewnętrznym, są małymi, niezwykle dekoracyjnymi oazami: charakteryzują je andaluzyjskie mozaiki na ścianach, fontanny, ale przede wszystkim mnóstwo zieleni i kwiatów w często identycznych doniczkach. Co roku,  w maju mieszkańcy otwierają dla publiczności swoje prywatne dziedzińce i wspólnie wybierają najpiękniejsze patio. W labiryncie Juderii znajduje się też miniaturowa synagoga, jedna z trzech, które ostały się w Hiszpanii. Pozostałe dwie znajdują się w Toledo.

 

 

 

Istotnym punktem na naszym hiszpańskim szlaku była oczywiście lokalna kuchnia. Nie mogłam sobie odmówić na śniadanie tradycyjnych chirros, które bar sąsiadujący z naszym hostalem serwował w najbardziej kalorycznym duecie świata - z gorącą czekoladą.  Oczywiście w Kordobie nie trzeba było nas również dwa razy namawiać na spróbowanie słynnych hiszpańskich tapas. Wybraliśmy polecane w Lonely Planet miejsce, gdzie można było zamawiać te same dania w pełnych lub pół - porcjach albo właśnie jako tapas. Na stoliku czekał na nas notesik, w którym musieliśmy zapisać nasze zamówienie liczące 10 różnych pozycji. Nie wspomnę teraz całej listy, ale  ważnymi pozycjami były tam tradycyjna tortilla de patatas i salmorejo cordobes, czyli andaluzyjska, kremowa wersja gazpacho na bazie pomidorów, czosnku, bułki tartej, serwowana z posiekanym jajkiem i  (według uznania) hiszpańską szynką. Salmorejo próbowałam jeszcze w kilku innych miejscach w Andaluzji, ale nigdzie nie smakowało mi tak, jak w Kordobie. Na koniec naszej małej uczty zamówiłam też słodki kieliszek kordobskiego wina  deserowego Montilla Moriles. Przystanek kulinarny na naszym szlaku okazał się od początku do końca przepyszny.

 

 

Głównym punktem naszego morderczego spaceru po Kordobie  był największy skarb miasta - słynna La Mezquita. Zbudowany w VIII wieku na fundamentach chrześcijańskiego  kościoła Wielki Meczet, perła kultury islamskiej, dziś służy jako katedra diecezji rzymskokatolickiej. To największy w Europie meczet i jeden z najpiękniejszych na świecie. Kilkaset kolumn łączonych biało czerwonymi łukami tworzy niekończącą się przestrzeń. Przyznam, że to również jeden z najbardziej kuriozalnych obiektów, w jakich było mi dane być. Architektoniczne i religijne akcenty charakterystyczne dla dwóch różnych kultur, jakimi są chrześcijaństwo i islam, tworzą dziwną mieszankę. Mówiąc wprost katolickie zdobienia w postaci renesansowych kaplic dodanych po przekszałceniu meczetu w kościół czy krzyże na islamskich lampionach nijak się mają do oryginalnego projektu. Są wręcz  bardzo wymownym i trochę niesmacznym symbolem dominacji kościoła katolickego w Europie.

 

 

 

W Kordobie spędziliśmy znacznie mniej czasu niż to początkowo zaplanowaliśmy. Bezlitosny upał wypędził nas z miasta już następnego ranka po przyjeździe pozbawiając nas uroków kordobskiego Alcazar czy pałacu Medina Azahara. Nasz andaluzyjski szlak nie mógł się jednak zakończyć bez pokazu tańca flamenco, który jest tak charakterystyczny dla tego obszaru. Hipnotyzujący głos śpiewającego przy wtórze pełnej pasji gitary, klaskania i przytupywania, spazmatyczne grymasy na twarzach tańczących, wirujące w powietrzu falbany i kropelki potu - oto magiczna dusza  pasjonującej Andaluzji  błąkająca się bez końca między orientalnymi i europejskimi korzeniami.

 

 

sobota, 11 września 2010

Sofia Coppola tworzy bardzo osobiste i intymne kino. Jej filmy noszą ślady jej wyciszonej osobowości, artystycznych fascynacji i kobiecej delikatności, ale również życia, które od urodzenia toczy się wśród kamer i fleszów reporterów. I taki właśnie jest jej najnowszy film Somewhere, który dzięki premierze na festiwalu w Wenecji zagościł już we włoskich kinach.

Somewhere rozpoczyna się długimi, pustymi i nie powiązanymi ze sobą scenami, które idealnie ilustrują życie  głównego bohatera - hollywodzkiego gwiazdora. Kiedy Johnny Marco  (Stephen Dorff) nie kręci filmów,  jeździ w kółko swoim luksusowym Ferrari albo podrywa na imprezach modelki, których imienia  nazajutrz rano nie pamięta.  Mieszka w osławionym hotelu  gwiazd Chateau Marmont w Los Angeles, po którym pewnie jeszcze krąży duch Johna Belushi. Zresztą właściwie wszycy goście hotelowi przypominają błąkające się  bez celu zjawy, półprzytomne cienie sławnych postaci zamknięte w nawiedzonym zamku (nomen omen chateau) hollywoodzkiego czarnoksiężnika. Johnny poza wielkim ekranem i czerwonymi dywanami  jest samotnym i zagubionym człowiekiem. Kiedy na konferencji prasowej pada pytanie: kim jest Johnny Marco, aktor nie wie, co odpowiedzieć.

 

 

 

Co jakiś czas w pokoju hotelowym Johnnego pojawia się  jego jedenastoletnia córka Cleo (Elle Fanning), którą mama podrzuca na krótkie popołudnia. Ich relacja jest bardzo przyjacielska, ale jak wszystkie pozostałe związki i ten Johnny traktuje bardzo powierzchownie. W tym związku to ona jest tą dojrzalszą, umie przygotować śniadanie,  zamawia rzeczy niezbędne do wyjazdu na obóz, patrzy z przyganą na ojca, który spędza noc z obcymi paniami. On bawi się grami wideo, wymyka się w nocy aby poszaleć, daje się prowadzić za rączkę swojej agentce. Jej życie po brzegi wypełnione jest pasjami i planami, jego polega głównie na nudzie i zabijaniu czasu.

Coś się zaczyna zmieniać, kiedy niespodziewanie Cleo zatrzymuje się u taty na dłużej. W pewnym momencie lecą razem do Mediolanu, gdzie Johnny bierze udział w kiczowatym włoskim show, w czasie którego dostaje nagrodę. Ta scena staje się centrum filmu nie tylko dlatego, że nagle Johnny i Cleo zaczyną czuć się jednością, a Johnny zaczyna dostrzegać absurd swojego życia. Włoskie sceny są  też kwintesencją sztuczności i pustki świata mediów i filmu. Zresztą Włosi ciężko je przyjęli doszukując się w nich ataku na ich rodzimą telewizję. Jednak umiejscowienie tych scen poza Los Angeles daje filmowi wymiar uniwersalny. Jasno mówi, że świat blichtru i fleszy jest nierealny. Że prawdziwe życie jest gdzie indziej.

 

 

Somewhere to film magicznie sfotografowany, ze świetnie dobraną muzyką, niesamowitym artystycznym zacięciem, za które tak sobie cenię Coppolę. Plusem są też dowcipne, oszczędne dialogi i piękna klamra, która  zamyka film. Jednak największa siła ale i słabość tego filmu  tkwi  w kruchości i wyrafinowaniu scenariusza, któremu brakuje mocno zarysowanego wątku. Kryzys egzystencjalny Johnnego pokazany jest w filmie bardzo poetycko (fantastyczna scena przygotowywania w charakteryzatorni maski postarzałego aktora), równie pięknie Coppola rysuje dojrzewanie relacji z Cleo i dorastanie gwiazdora do roli ojca. Reżyserka tka swoją opowieść z emocji, drobnych gestów, spojrzeń,  codziennych (jak na gwiazdora) sytuacji. Tu nie ma nagłych zwrotów akcji, wielkich słów (nie padają nawet słowa kocham cię) czy prawienia morałów. Sceny jednak są miejscami zbyt luźno ze sobą powiązane, czasami dając wrażenie przypadkowych i wymuszonych. Możliwe, że scenariusz nie byłby w stanie się obronić, gdyby nie jego artystyczna oprawa, a przede wszystkim niezwykle wyraziści aktorzy i silna osobowość reżyserki. Z drugiej jednak strony subtelność, z jaką Coppola opowiada swoją historię sprawia, że filmowany już nie raz w kinie temat staje się nowy i wyjątkowy.

 

 

 

 

Trudno nie wspomnieć też, że  Somewhere bardzo przypomina Między słowami. Nowy film Coppoli powtarza  schemat relacji między dwoma samotnikami zagubionymi w wielkim świecie. Znowu jesteśmy w światku celebrities, który jest naturalnym środowiskiem dla reżyserki. I znowuż mamy hotel, który jako symbol samotności i  życia bez korzeni staje się ulubionym coppolowskim locum. Podobne są  nawet tytuły obu filmów, które również nawiązują do zagubienia i braku swojego miejsca w otaczającej rzeczywistości. Trochę rozczarowuje, że Coppola tak bezpośrednio posiłkuje się sprawdzoną formułą, która zdobyła Oskara za najlepszy scenariusz. Trzeba jednak przyznać, że  w ten sposób jednoznacznie przypieczętowuje swoją własną stylistykę.

Mimo wszystkich zastrzeżeń jakie mam do Somewhere, jego dojrzałość, kameralność i prostota pozbawiona fajerwerków do mnie przemawiają. Ponad wszystko przekonuje mnie jednak sama Coppola, która ma odwagę robić swoje kino - bardzo osobiste, pełne analogii do własnego życia, ale też zgodne z własnym smakiem artystycznym. To cenne w dzisiejszych czasach, kiedy filmy robi się pod publiczność, a nie dla własnego artystycznego wyrazu.

 

 

PS Kiedy kończyłam ten wpis, ogłaszano wyniki weneckiego festiwalu. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu, jury pod wodzą charyzmatycznego Tarantino przyznało główną nagrodę właśnie Somewhere.

 

poniedziałek, 06 września 2010

W Grenadzie wylądowaliśmy wczesnym popołudniem. Ku naszej radości nad miastem rozciągało się pochmurne, stalowe niebo, a temperatura nie przekraczała 26 stopni. Szybko jednak przekonaliśmy się, że pogoda w Andaluzji rządzi się własnymi prawami - słońce wychodzi spoza chmur i zaczyna niemiłosiernie grzać dopiero późnym popołudniem, kiedy Hiszpanie zaczynają swoją siestę. Wtedy na kilka godzin odgłosy miejskiego życia zupełnie ustają i Grenada zapada w popołudniową drzemkę, aby wieczorem obudzić się ze zdwojoną energią i prowadzić towarzyskie życie w barach tapas do późnych godzin nocnych.

Przyznam, że Grenada nie zrobiła na mnie tak oszałamiającego wrażenia, jak to przepowiadały przewodniki i historie znajomych. Hiszpańskie przysłowie kto nie widział Grenady, nic nie widział wydało się mi sporo przesadzone. Sama Hiszpania oferuje kilka miejskich skarbów, których nie da się porównać z żadnym innym miejscem na świecie, żeby wspomnieć jedynie Sewillę czy Barcelonę. Ale i Grenada, bez wątpienia, jest miejscem wyjątkowym. Zapamiętam ją jako kulturalny tygiel, miasto etnicznych dzielnic, które przez stulecia potrafiły ze sobą współistnieć: żydowskiej Realejo, cygańskiej Sacromonte czy tej najsłynniejszej - arabskiej Albaicin. Do dziś w nowoczesnej Grenadzie przeplatają się wpływy islamskie i europejskie. I właśnie arabskie ślady zafascynowały mnie w Grenadzie najbardziej.

 

 

Albaicin, stara arabska dzielnica wznosząca się po wzgórzu białymi wąskimi uliczkami kryje w sobie mnóstwo skarbów nie tylko tych architektonicznych ale również kulinarnych. To właśnie tutaj królują teterìe, orientalne herbaciarnie, które serwują dziesiątki przeróżnych naparów, słodkie, lepkie słodycze i wodne fajki narguile. W ciągu niecałych dwóch dni kilkakrotnie odwiedzaliśmy takie miejsca, stosując arabską zasadę, że na upały najlepiej pomaga gorąca herbata. Przyciągały nas też wnętrza pełne orientalnych ornamentów, wygodnych poduszek i kolorowych latarenek, które w  przyciemnionych pomieszczeniach wprowadzały niezwykłą atmosferę. Rozsiadaliśmy się wygodnie na poduchach i do małych, tradycyjnych  szklaneczek nalewaliśmy aromatyczną herbatę podawaną w miedzianych dzbankach. Moim odkryciem okazał się napar z pączków róży, których zapach jest niesamowicie intensywny i bogaty.

 

 

 

Podążając mauretańskim szlakiem kulinarnym nie mogliśmy nie spróbować orientalnych specjałów lokalnych kuchni. Dla mojej wegetariańskiej duszy wielbiącej pikantne dania z falafelem,  duszone warzywa i arabski chleb Grenada okazała się małym rajem. Najbardziej spodobała się nam restauracja Arrayanes, która serwuje dania kuchni północnoafrykańskiej. Warto wspomnieć, że to miejsce halal, nie dostaniecie więc tu ani mięsa wieprzowego ani alkoholu. Serwują tu za to niesamowicie orzeźwiającą lemoniadę ze świeżych cytryn i z dodatkiem mięty. Nalewana podobnie jak herbata z dużej wysokości tworzy w szklance delikatną, słodką piankę i cudownie gasi pragnienie (po powrocie z wakacji próbowaliśmy odtworzyć smak grenadzkiej lemoniady w domowych warunkach, co okazało się nie lada sztuką). Podawane na zastawie w andaluzyjskie wzory dania były naprawdę znakomite. Odważyłam się spróbować marokańskiej zupy harira, która wbrew moim oczekiwaniom nie okazała się szczególnie pikantna. Postanowiłam też sprawdzić, jak powinno smakować prawdziwe kuskus. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że warzywa, z którymi je podano nie były pokrojone w kostkę i wymieszane, ale ułożone na wzgórku z kuskus w kilku ogromnych kawałkach. A absolutnym rarytasem okazała się skarmelizowana cebulka, która zdobiła sam środek dania. Nie próbowałam oczywiście dań mięsnych, ale marokański tadżin kefta eF podany w tradycyjnym naczyniu ze stożkowatą pokrywą był podobno równie doskonały. Na deser zamówiliśmy oczywiście miętową herbatę i wybór słodyczy, które ostatecznie przekonały mnie, że woda różana w mojej kuchni stała się rzeczą nieodzowną. Też zrobiliście sie głodni? Ruszamy jednak dalej!

Jak w przypadku każdego turysty odwiedzającego Grenadę, centralnym punktem naszej wycieczki była oczywiście baśniowa Alhambra. O mauretańskiej twierdzy emirów z dynastii Nasrydów słyszałam już legendy i od lat marzyłam, żeby ją zobaczyć. Czekałam chyba za długo, bo w międzyczasie moja wyobraźnia wykreowała sobie zupełnie odrealniony obraz tego miejsca. Najważniejszy punkt całego kompleksu - Pałac Nasrydów jest rzeczywiście jak z bajki. Rzecz w tym, że po zjawiskowo pięknym, sewilskim Alkazar, który kilka lat temu mnie zaczarował, Alhambra okazała się tylko równie piękna.

 

 

 

 

Pałac Nasrydów zniewala bajkowymi dziedzińcami, kolorowymi mozaikami, szemrzącymi fontannami czy niekończącymi się arabeskami. Każdy centymetr pałacu jest w jakiś sposób ozdobiony, tu nie ma gładkich ścian, kanciatych rogów, nieprzypadkowych rozwiązań. Ta budowla misternie utkana rękami mauretańskich mistrzów współgra z naturą, która odgrywa w Alhambrze niebywale istotną rolę. Światło, przedostające się przez ażury tworzy na ścianach dodatkowe malowidła, a woda i zieleń nie tylko orzeźwiają spacerujących, ale i ożywiają piaskowe mury.

 

 

 

Skąd więc bierze się mój niedosyt? Być może stąd, że nie dane było mi zobaczyć perełki Alhambry - Patio de los Leones, słynnego dziedzińca z fontanną otoczoną dwunastoma lwami, który akurat był restaurowany. A może dlatego, że zupełnie rozczarowały mnie ogrody Generalife, które sprawiały wrażenie zaniedbanych. Pewnie też trochę przez tabuny turystów, które co dzień nawiedzają Alhambrę  i uniemożliwiają kontemplację baśniowych miejsc i związanych z nimi legend. I w końcu mój niedosyt bierze się stąd, że wszystkiego oprócz turystów w Alhambrze było mi mało i mało...

Na Alhambrę trzeba poświęcić co najmniej kilka godzin. A po ciężkim i pełnym wrażeń dniu nie ma nic lepszego niż wizyta w hammamie. Wybraliśmy się tam bardzo późnym wieczorem i była to najlepsza rzecz, jaką można było zrobić tuż przed snem i na zakończenie wizyty w orientalnej Grenadzie. Pomieszczenia oświetlane jedynie światłem świec, szmer wody z fontann mieszający się z szeptanymi rozmowami odwiedzających. Piękne, mozaikowe ściany, łukowe przejścia z jednej sali do drugiej. Trzy baseny z zimną, letnią i gorącą wodą, sauna parowa z cudownym sufitem w gwiazdy. A na koniec relaksujący masaż i miętowa herbata. Czy można było lepiej zakończyć ten mauretański szlak?

 

Zdjęcie pochodzi ze strony internetowej Baños arabes.

 

Z praktycznych uwag: wejście do Alhambry najlepiej zarezerwować w internecie na długo przed przyjazdem. Uniknie się dzięki temu długaśnych kolejek i jeszcze dłuższego czekania na wejście do pałacu Nasrydów. Również wizytę w hammamie dobrze jest zamówić dzień wcześniej.  Za to hostale, których w Grenadzie jest mnóstwo i to w dość przystępnych cenach, można rezerwować nawet w ostatniej chwili. Nawet w sezonie Grenada nie sprawiała wrażenia przepełnionej turystami. Większość z nich przyjeżdża tylko do Alhambry i nie zatrzymuje się na dłużej. A warto, sama poznałabym to miasto dużo dokładniej. Zazdroszczę studentom, którzy przyjeżdżają na tutejszy uniwersytet z całej Europy w ramach Erasmusa i spędzają tu kilka miesięcy. My jednak musieliśmy pędzić dalej, czekała już na nas Kordoba...

sobota, 04 września 2010

We wstępie do swojej książki Magdalena Środa ironizuje, że tytuł Kobiety i władza powinien raczej brzmieć Kobiety i brak władzy i jednoznacznie dowodzi tego w swoich tekstach. Autorki nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Etyczka i filozofka, znana postać polskiego ruchu feministycznego zredagowała książkę składającą się ze swoich licznych artykułów i esejów dotyczących sytuacji kobiet w Polsce.  Zdecydowanie nie jest to pozycja naukowa,  napisana jest niezwykle przystępnym językiem, czasami ocierającym się o potoczny. Środa niejednokrotnie ucieka się do ironii, czy nawet zwyczajnej złośliwości prezentując sylwetki ulubionych polityków czy publicystów. To książka bardzo szczera, bezkompromisowa, bez kalkulacji i gryzienia się w język. Miejscami jednak jest chaotyczna, w różnych rozdziałach dotyczących całego wahlarza spraw społecznych od macierzyństwa po historię polskiego feminizmu powtarzają się te same argumenty, a miejscami trochę naciąga koncepcję, że wszystkiemu są winni faceci.

Nie znoszę etykietek, nie zastanawiałam się więc nigdy nad tym, czy jestem feministką. Poglądy chociażby Magdaleny Środy były dla mnie  zawsze sprawą oczywistą, kwestią logicznego i samodzielnego myślenia. Zawsze jednak zastanawiała mnie na przykład kwestia kobiet, które robiły zawrotną karierę kręcąc w telewizji tyłkami  (kiedyś nawet już o tym dyskutowałyśmy na blogu). Z jednej strony każda kobieta ma prawo do samodzielnego decydowania o swoim życiu, sposobie zarabiania, stylu ubierania. Kręcące tyłeczki mają więc prawo do krótkich spódniczek i zarabiania swoją seksualnością. Na ile jednak jest to wolny wybór, a może i świadome, instrumentalne wykorzystywanie patriarchalnego społeczeństwa, a na ile wyraz zupełnego zmanipulowania i powielenia przyswojonych drogą socjalizacji wzorców? Weźmy na przykład gwiazdę włoskiej sieci telefonicznej TIM, która co kilka tygodni występuje w nowej reklamówce (ciężko zresztą się domyślić, że to reklamy telefonów komórkowych), prowadzi show w telewizji i jest czołową celebrytką we Włoszech. Kobieta wyzwolona czy zniewolona?

 

 

Magdalena Środa porusza ten problem rozważając kwestie prostytucji i pornografii. Okazuje się, że te dwa tematy to punkt sporny również wśród feministek. Liberalne feministki  nie potępiają zarabiania własnym ciałem, o ile nie wynika ono z przymusu  i nie dotyczy dzieci.  Liczy się przede wszystkim wolność wyboru i decydowania o sobie. Z drugiej strony radykalne feministki twierdzą, że prostytucja czy pornografia są najjaskrawszym wyrazem podporządkowania i instrumentalizacji kobiet.(...) To patriarchalizm powoduje, że prostytutką jest każda kobieta (żona, sekretarka, dziewczyna, pracownica, kobieta upadła), ponieważ zawsze w jakiejś formie sprzedaje się mężczyźnie (str 241).

Jestem skłonna zgodzić się z liberalnym podejściem do prostytucji, pornografii czy sprzedawania swojej  seksualności w telewizji. Daleka też jestem od oceniania moralnie tych  zjawisk. Podobne zdanie ma zresztą i Środa. Rzecz w tym, że taka przyzwalająca postawa powiela stereotypy, z którymi walczą feministki, jest mechanizmem napędzającym patriarchalny model społeczeństwa. Prawo pracy dostosowane jest do mężczyzn, ciągle nie uwzględnia wystarczająco kwestii macierzyństwa, powrotów do pracy po okresie wychowaczym, pracy domowej kobiet. Polityka rządowa skupia się na męskich  priorytetach: zbrojeniach, wojnach, budowaniu stadionów, dróg dojazdowych do nich itd. A to właśnie te modele, gdzie kwestie kobiece są drugorzędne i sprowadzane do seksualności, należy zwalczać. Tak długo jak będziemy hołdować męskim priorytetom, będziemy nierówno traktowane w pracy, narażone na molestowanie,  gorzej opłacane, będziemy pozbawione możliwości decydowania o własnym ciele i rozwoju zawodowym.

Jako receptę na ten dysonans Środa wydaje się wskazywać parytety. Zamiast pracy u podstaw, feministki sugerują zacząć zmiany od góry - od tych, którzy decydują. 35% posłów płci żeńskiej wystarczy aby kwestie kobiece podnieść do wyższej rangi. Teraz ciągle jest nas za mało w polityce i na wysokich stanowiskach. Kobiety nie zostały nauczone walki o swoje potrzeby, przyzwyczaiły się do tego, co mogą osiągnąć w męskim świecie, zaakceptowały swoją pozycję i role, jakie mogą odkrywać (role żon, kochanek, asystentek, seks bomb). Potrzebują kopa w pupę, potrzebują windy, która wzniesie je na poziom równy z mężczyznami, bo podczas gdy ci jechali ruchomymi schodami w górę, one siedziały zamknięte w domach (str.351). Musimy stanąć na równi z facetami aby dostrzec te same możliwości. Może wtedy listy kandydatek do Sejmu staną się dłuższe od tych do eliminacji  Miss Polski, a Belen Rodriguez znajdzie inne formy samorealizacji niż reklamowanie komórek w stroju kąpielowym.

Magdalena Środa porusza w swojej książce wiele niezwykle ciekawych kwestii. Nie ze wszystkimi się zgadzam, niektóre uznaję wręcz za zbyt radykalne (na przykład kwestia używania kosmetyków i robienia makijażu), ale o to właśnie w tej książce chodzi. Swoimi poglądami autorka drażni, zmusza do myślenia i szukania własnych odpowiedzi, a czasami też otwiera nam oczy. Polecam wszystkim, którzy nie boją się chadzać niewydeptanymi ścieżkami.