Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
środa, 31 października 2007
Przyjeżdżam do Polski i czego się dowiaduję?
Że Świstaka zwolnili. Podobno okazało się, że był Tajnym Współpracownikiem. Z Centrali dzwonili.
Że Polskę opanował spisek anglistów. Że to całe Halloween to ich (nasza) wina. Demonologię w szkołach wprowadzają pod etykietką sztuki celtyckiej.
Że chleb kosztuje 3, 50zł.
Że Maja Ostaszewska reklamuje TePse.
Dziwię się i dziwię. Temu wszystkiemu.
Piję i piję. Kubusia malinowego.
Jem i jem. Jeżyki kokosowe.
Ech, nie ma jak w domu. Nawet powietrze pachnie tu inaczej...
22:50, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (29) »
niedziela, 28 października 2007

Rzadko bywam w teatrze. W tym roku widziałam w Mediolanie zaledwie dwa przedstawienia. Pierwsze to Eumenidi - starożytna tragedia zagrana w dialekcie sycylijskim, którego co najmniej połowa sali (w tym ja) nie rozumiała. Druga sztuka to współczesna komedia napisana przez młodego aktora Alessandro Genovesi: Happy Family- przenikliwa satyra na włoską rzeczywistość, a przede wszystkim ironicznie przedstawiony upadek tradycyjnych wartości i rodziny.

Kiedyś łapczliwie oglądałam poniedziałkowy Teatr Telewizji. Szczerze przyznam, że nie mam pojęcia czy jeszcze można go oglądać. Na pewno najlepsze spektakle powtarza TVP Kultura, niestety, dla mnie niedostępna. Do dziś jednak pamiętam przedstawienia, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie: Bzik tropikalny Jarzyny, Beztlenowce Barczyka, Miłość i gniew wg Osbourna (przedstawienie dyplomowe Żebrowskiego i Krukówny), Febe, wróć z Ostałowską i Szycem, Antygona w Nowym Jorku Głowackiego, albo Keczup Schroedera czy Usta Micka Jaggera wg Nowakowskiego. Nie wspominając o adaptacjach dramatów klasycznych ...

Dotarło do mnie dziś, że uwielbiam filmowe adaptacje współczesnych sztuk teatralnych. Chyba nie ma dziś lepszej formy promocji teatru. Kameralność i subtelność na dużym ekranie niesamowicie do mnie przemawiają. Choć być może kino odbiera możliwość tego specyficznego skupienia, uczucia intymności i namacalnego wręcz kontaktu z aktorem, jakie daje sala teatralna...

Kocham sztuki Tennessee Williamsa, a przede wszystkim sfilmowany przez Kazana Tramwaj zwany pożądaniem. Jakiś czas temu powalił mnie Closer na podstawie sztuki Marbera. Tumult uczuć, dusząca namiętność i fantastyczne aktorstwo. A raptem w zeszłym tygodniu widziałam absolutne mistrzostwo. Serca (Private Fears in Public Places) wyreżyserowane przez samego Alain Resnais. Film w zimnej, śnieżnej scenerii pełnej samotnych ludzi, którzy desperacko szukają namiętności i ciepła drugiej osoby. Utrzymany w konwencji gorzkiej komedii film przeplata, często absurdalne, historie wstydliwych sekretów, niespełnionych marzeń i niepokojących figur ojca. Film naprawdę godny polecenia. Sztuka do przeczytania z pewnością również. :)

ps Przeczytałam fajne zdanie: Być wolnym, nonszalanckim, z pieniędzmi od tatusia i mamusi, wszystko polizać po wierzchu - to jest choroba mojego pokolenia. Wojciech Solarz- aktor

Tagi: teatr
20:55, latajaca_pyza , Sztuka
Link Komentarze (15) »
czwartek, 25 października 2007

We Włoszech straszne poruszenia wywołało to, co się wydarzyło się w metrze w Barcelonie. Trudno to skomentować inaczej niż jako skrajny rasizm i prymitywne zachowanie. Ale nie wiem co jest gorsze: czy agresja tego imbecyla czy obojętność ludzi, którzy byli w tym wagonie. Jak można siedzieć cicho i nie zareagować na coś takiego? Ze strachu? Przecież on był jeden a pasażerów kilkoro? To było ciche przyzwolenie na rasizm, na agresję, na niesprawiedliwość. Przeraził mnie ten film.

Wczoraj we włoskiej telewizji przeprowadzono błyskawiczną ankietę. Pytanie brzmiało: czy twoim zdaniem Włosi są rasistami? Przyznam, ze wyniki mnie zaskoczyły. Ponad 70% telewidzów przyznało, że Włosi nie są tolerancyjni. Zdziwiły mnie jednak nie wyniki ale szczerość, z jaką się do tego telewidzowie przyznali. Do dziś pamiętam rezultaty badań przeprowadzonych w Polsce (jeszcze przed rządami PiSu), z których wynikało, że jesteśmy jednym z najbardziej tolerancyjnych narodów w Europie. To była czysta hipokryzja, ludzie mówili, to co powinni, a nie to, co naprawdę myśleli.

Włosi są rasistami. A ja powoli zaczynam myśleć tak, jak oni. Ale po kolei:

Włosi są nie tylko rasistami ale również szowinistami. Żarty z innych nacji, kobiet czy nawet mieszkańców innej części kraju są tu na porządku dziennym. Ale zazwyczaj na prymitywnych tekstach i głupawych żartach się kończy. Mamy tu całe rzesze emigrantów, którzy przybywają z Azji, Afryki i Ameryki Południowej. To oni odwalają najgorszą robotę. Opiekują się starszymi, wyprowadzją psy, pracują w kuchniach, na stacjach benzynowych. To oni sprzątają, zmywają, rozdają gazety, handlują podrabianymi torebkami i tanimi książkami. Są nachalni, ale przyjaźni. Nie widziałam, żeby ktokolwiek odniósł się do nich agresywnie czy niegrzecznie. Choć często przebywają we Włoszech nielegalnie, są potrzebni i tak naprawdę społeczeństwo nie próbuje się ich pozbyć.

Z większą niechęcią Włosi odnoszą się do przybyszów z Europy południowo - wschodniej, czyli z państw byłej Jugosławii, Albanii, a teraz również z Bułgarii i Rumunii. Ci emigranci zazwyczaj nie podejmują pracy ale stoją na skrzyżowaniach i żebrzą. Pełno tu kalek zwożonych przez mafię, które proszą o każdego centa na operację, pogrzeb dziecka czy kolację. Bywają agresywni i nieprzyjemni. A najgorsze, że są marionetkami uwięzionymi przez osobników spod ciemnej gwiazdy. (Pamiętacie, jeden z filmów Kusturicy, chyba Czas Cyganów, bohaterowie jeździli żebrać właśnie do Włoch). Małe rumuńskie dzieci krążą w najbardziej zatłoczonych miejscach kradnąc portfele i komórki. Na rogatkach miasta pojawiły się prostytutki, które eskortowane są przez samochody na bułgarskich rejestracjach. Przepiękne dziewczyny tam stoją, przyznam. Strasznie mi ich szkoda. Najbardziej jednak Włosi nienawidzą chyba Romów, którzy krążą swoimi przyczepami kempingowymi i vanami wokół Mediolanu. Ich pojawienie się w okolicy zazwyczaj oznacza wzrost włamań i kradzieży na osiedlach. Ludzie reagują na nich alergicznie. Dzwonią natychmiast na policję i proszą o ich usunięcie. Ja też ich się boję od czasu, kiedy włamali się do sąsiadki pod nami. Też się wściekam, kiedy usiłują mi umyć szybę w samochodzie brudną wodą i wygrażają mi palcem, kiedy mówię nie. A już szlag mnie trafia, kiedy przenoszą się w inne miejsce i zostawiają po sobie niesamowity syf, sterty butelek i papierów. Czy to już rasizm?

Tagi: Włochy
14:25, latajaca_pyza , Italia
Link Komentarze (17) »
wtorek, 23 października 2007

1. Dalej martwię się tym krzyżykiem. Sprawdziłam protokoły wyborcze z konsulatu. Jeden głos był nieważny.

2. Moja euforia powyborcza trochę oklapła. A wszystko przez to, że uświadomiłam sobie, że mamy jeszcze prezydenta. Zrozumiałam w końcu zagrożenie, jakie niesie za sobą klonowanie.

3. Zrobiło się zimno a ja odkryłam, że zgubiłam dwie pary butów zimowych. Jak można zgubić dwie pary butów?!

4. Wiadomość z pracy od eF: Strasznie dziś jestem zajęty. Nie mam czasu oszukiwać. To się nazywa włoska mentalność ;)

5. Czy ktoś wie, co się robi z roślinami balkonowymi w zimie? W tym roku po raz pierwszy założyłam ogródek. Pierwszy raz w życiu walczyłam z plagami robaków, jeździłam co weekend do centrum ogrodniczego w poszukiwaniu skarbów i po cichu wyrzucałam to, co zwiędło. (Dlaczego mi to wszystko więdło?) I teraz nie wiem, co zrobić z niedobitkami. Czy kaktusy mogę zostać na zewnątrz? A takie ładne, różowe kwiatuszki? Zaznaczam, że tu zima też jest zimna. Choć, oczywiście, jak śnieg spadnie to wszyscy robią zdjęcia. A doniczki narazie okryłam poduszkami.

6. Domyślam się, że odpowiedzi na pytanie dlaczego kapie mi woda z pieca, nie będziecie znać. Ale w kwestii kwiatów liczę na Was.

7. Strasznie marznę. W domu da się temu jeszcze zaradzić ale jak rozgrzać się w pracy? Marzy mi się koc... Albo szlafrok...

8. Szczyt skąpstwa: Kupić jedną rybkę dla dwóch wygłodzonych osób.

9. Jadę niedługo do domu! Proszę o sugestie w kwestii książek do zakupienia. Oczywiście tytuły z Waszych blogów skrzętnie notuję. Nawiasem mówiąc, marzy mi się dostęp do internetu w księgarniach...

10. Jak mi nie pomożecie, to JA zacznę strzelać fochy ;)

14:33, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (20) »
niedziela, 21 października 2007

Zagłosowałam i teraz się martwię.

Mam obawy czy mój krzyżyk na karcie z kandydatami do Sejmu zostanie uznany. Trochę go krzywo postawiłam. Bałam się zapytać konsula o ocenę i teraz przeżywam.

A wszystko dlatego, że to było bardzo wyjątkowe głosowanie. Kolejka w konsulacie zaczynała się przy furtce, szła wzdłuż ściany budynku, zakręcała i wspinała się po schodach. Dodreptanie do stołu z kartami wyborczymi zabrało mi pół godziny. Choć wiał wiatr z Bieguna, to było całkiem przyjemne czekanie. Wszyscy cierpliwi, grzeczni, sympatyczni. Z dowodami, paszportami, potwierdzeniami zameldowania. Pan w środku upychał kijkiem karty w urnie, bo ta się ciągle zapychała. Głosowanie było jawne. Skreślaliśmy wręcz jeden na drugim, bez zasłaniania się, cudowania i ceregieli. Łypnęłam swym latającym okiem na prawo i lewo. Na prawo było jak u mnie, ale na lewo... Krew się we mnie zagotowała. Tak się tą panią zdenerwowałam, że krzywo ten krzyżyk postawiłam. I teraz się martwię.

Martwię się tym krzyżykiem, martwię się frekwencją, która wcale nie jest taka, jak się spodziewałam, marwię się ostatecznym wynikiem...

19.25 Idę coś zjeść. Może mi ulży...

20.10 Mówcie mi Latająca Pizza. ;)

21.58 Oszaleję. Jem budyń.

22.08 Czekając na słupki wcinam sobie chrupki.

22.27 Zabrakło kart do głosowania, a mnie nerwów do prasowania.

22.45 Jem wypieki. Mam wypieki. Jem wypieki. Mam wypieki.

22.49 Ferrari wygrało. My też możemy, nie?

22.57 Mówcie mi 44,2 ! :)

Tagi: polityka
19:19, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (26) »
czwartek, 18 października 2007
Potrzeba tego wpisu zakiełkowała wraz z przeczytaniem notki wyborczej u Aisog. Trzydzieści minut później potrzeba urosła do stanu musu, który nie może czekać na realizację ani chwili dłużej. A wszystko, przez Tatę, z którym przeprowadza się najwspanialsze (i bardzo drogie:) rozmowy telefoniczne.
Tak więc dziś Pyza rozpolitykowana i rozgorączkowana. Bo nawet będąc daleko od agresywnych spotów wyborczych i telewizji pełnej nowomowy czuję ciśnienie, które w tygodniu przedwyborczym towarzyszy wielu z nas.
Tak naprawdę to napięcie towarzyszy mi od czasu ogłoszenia wyników ostatnich wyborów. Nie opuszcza mnie, kiedy czytam wiadomości, kiedy słucham radia, kiedy rozmawiam ze swoją babcią, kiedy tłumaczę znajomym, dlaczego Polska opowiada się za karą śmierci. Mam wrażenie, że otacza mnie wtedy jakaś ciężka atmosfera pełna niechęci do drugiego człowieka i bezmyślnego zacietrzewienia.
Członkowie naszego rządu mówią językiem nienawiści, stosują nieprzyzwoite sztuczki, manipulują i preparują fakty. Kreują niewidzialnych wrogów i niesprecyzowane zagrożenia. Tworzą schematy, systemy i układy. Stosują biało- czarną logikę, według której to zawsze oni są dobrzy. Ich decycje i postępowanie nie są wynikiem walki o dobro Polski ale efektem własnych kompleksów, dawnych rozczarowań i osobistych rozliczeń z przeszłością. Nie podważam ich poglądów politycznych ale absolutnie nie akceptuję ich kampanii nienawiści, ich braku dyplomacji, doświadczenia i obycia politycznego.
A jednak to oni wygrali poprzednie wybory i stają przed realną szansą powtórzenia sukcesu. Przedtem zwyciężyli bo wielu Polaków znalazło w tych politykach swoje odbicie. Znaleźli ludzi, którzy im nie podwyższają poprzeczki, którzy są swojscy, katoliccy i prości. Znaleźli polityków, którzy mają takie kompleksy jak oni i najlepiej, i najpewniej czują się u siebie na podwórku, polityków, którzy przestali wreszcie narzucać europejskie normy tolerancji, otwartości i nowoczesności. Usankcjonowali za to prowincjonalizm, homofobię i hipokryzję. A to, że równocześnie są prawnikami, doktorami, magistrami imponuje i legitymizuje ich stanowiska.
Elektorat PiS jest bardzo rozmodlony ale przede wszystkim wierny, naiwny i zmotywowany do zatrzymania Polski taką, jaką jest obecnie. A jednak nie mogę pojąć jak ludzie, którzy uwierzyli w pisowskie ideały jeszcze nie obudzili się. Nie dostrzegli farsy, jaką była koalicja z oszołomami. Nie przeszkadza im ciągłe dorabiane absurdalnych teorii do aktualnych potrzeb partii. Ale zostawmy ich i popatrzmy na siebie.
Prawda jest bowiem taka, że wina leży również w nas, w tych, którzy tamte wybory olali. Którzy ślepo wierzyli w zwycięstwo zdrowego rozsądku i nie doceniali zagrożenia, jakie niosły za sobą rządy PiSu. To również wykształciuchy pokpiły sprawę dwa lata temu bo były zniechęcone polityką albo bo było im wszystko jedno.
Rozpaczliwie nie chcę się zgodzić z Aisog, że jesteśmy w mniejszości, że PiS reprezentuje większość Polaków. Rządząca partia jest przede wszystkim reprezentantem ludzi, którzy chodzą na wybory. Idąc tym tropem wierzę, że wystarczy, że rozwścieczeni tym, co się dzieje, pójdziemy do wyborów wszyscy. I jestem tu optymistą bo nie pamiętam tak wielkiej przedwyborczej mobilizacji po TEJ stronie barykady. Takiej ilości przesyłanych maili, obrazków, tekstów namawiającej do głosowania. Wierzę, że wystarczy, że w niedzielę każdy z nas pójdzie i odda swój głos a te moralne karły, jak to pięknie powiedział prof Bartoszewski, przestaną reprezentować Polskę.
UPDATE: Cisza wyborcza na blogach
Tagi: polityka
17:43, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (15) »
niedziela, 14 października 2007

Na blogach ostatnio same deszczowce i dreszczowce. Wszyscy chorzy, zmoknięci, zakatarzeni. Ot jesienna, depresyjna aura. A Pyza to jak zawsze okaz zdrowia. Rumiana i rezolutna. Nie straszne jej wiatry, deszcze i niska temperatura. Choroby i wirusy trzymają się od niej z daleka. Pyza radośnie wyjmuje ze schowków dziergane szaliki i wełniane czapeczki. Przymierza ciepłe sweterki i kolorowe skarpetki, zasypia w ukochanej zimowej piżamie (i kurczakowym szlafroku z kapturem na głowie). Pije litry malinowo- jeżynowej herbaty i cieszy się na myśl o ciepłej zupie. Zawinięta w szaliki i bez śladu kataru dziarsko wędruje po włoskich drogach.

U Pyzy jesienna depresja objawia się bowiem inaczej. W obliczu spadku temperatur i ilości słońca, u Pyzy wzrasta spożycie słodyczy. Dodajmy, obsesyjne spożycie słodyczy. Każdy wieczór kończy się nerwowym przeszukiwaniem szafek i lodówki. Pyza wygrzebuje stare ciastka, o północy gotuje budynie albo wcina płatki z mlekiem posypane grubą wartwą cukru. Szczytem spełnienia marzeń jest tabliczka czekolady na herbatnikach. Połykana w całości. Pyza z radością wcina wszelkie podsyłane jej przez "teściową" smakołyki, aż się jej oczy świecą na widok na każdej nowej, słodkiej paczuszki. W pracy Pyza jedną ręką lata po klawiaturze a drugą trzyma w torebce z czekoladowymi ciasteczkami cantucci i brzydko patrzy na każdego, kto interesuje się jej paczuszką. W torebce ma zawsze cukierki na czarną godzinę, która następuje na trasie praca-dom.

Słodkie objawy idą w parze z ogólnym wzrostem apetytu. Pyzie śnią się w nocy pizze, spaghetti grubo posypane parmezanem i zupy pomidorowe z ryżem. Zjada solidne obiady i super pożywne kolacje. Chorobliwie miesza smaki i potrawy. (Gdzie te czasy kiedy Pyza bawiła się w diety odchudzające, kiedy co miesiąc tworzyła nowe, szokująco efektywne diety. Słynna dieta Coca Cola Light + Gumy Balonowe Wielosmakowe to właśnie wynalazek Pyzy. Nie mówiąc już o udoskonalaniu diet kapuścianych, sałatowych czy jarzynowych... ) Jesienią o odchudzaniu nie ma mowy. Jesienią następuje koncert smaków i zapachów. Mieszanka wybuchowa z czekoladą w roli głównej.

Czy w ciąży nie jestem? Nie, mam po prostu jesienną depresję...

 

11:02, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (25) »
piątek, 12 października 2007
Wdałam się w emocjonującą dyskusję o pokojowej nagrodzie Nobla. Cieszy mnie niezmiernie fakt, że została doceniona w tym roku idea walki z globalnym ociepleniem. Oczywiście wskazanie na Al Gora to kolejny kontrowersyjny wybór, który jednak mnie absolutnie nie dziwi. Były wice prezydent USA wyrósł, a może sam się wykreował, na światowego lidera ruchu ekologicznego i naturalne, choć może zbyt mechaniczne, było wyróżnienie go tą nagrodą. Mimo, że sama jakiś czas temu na moim blogu pisałam o wątpliwościach co do czystości intencji Al Gora, dziś jestem zadowolona. Że zarabia krocie dając wykłady o ekologii na uniwersytetach? Że wydaje tysiące na gaz i oświetlenie w swojej posiadłości? Wielu mieliśmy już kontrowersyjnych Noblistów, Rabina, Arafata, Kissingera... Ważna jest idea, ważne, że dzięki tej nagrodzie oczy świata koncentrują się na wielkiej sprawie. Dziś, dzięki nagrodzie dla Al Gora kolejne osoby na świecie dowiedzą się, jakim niebezpieczeństwem jest globalne ocieplenie, jak z nim walczyć. Jak zacząć od siebie. Może da to do myślenia i Al Gorowi.
Pyza o ekologii pisała tu i tu.
Trailer An Inconvenient Truth
Tagi: ekologia
12:42, latajaca_pyza , Filmy
Link Komentarze (2) »
środa, 10 października 2007
Historia na faktach autentycznych...

Dawno temu
Blada urzędniczka ze zniecierpliwionym wyrazem twarzy ciągle zerka na zegarek. Patrzy kąśliwie na Klienta jak na potencjalnego intruza, który znowu zabierze jej cenny czas. Czas, który powinna przeznaczyć na sprawdzanie zegarka, dyskretne dłubanie w nosie i wyciąganie drugiego śniadania (kanapki z żółtym serem i pasztetową w papierze śniadaniowym, dajmy na to). Przekazane jej "papiury" i Paczkę numer 1 wrzuca w kąt wykończonymi rękami. Się później zrobi. W końcu zegar wybija upragnioną 10.30 i nasza pozornie ociężała urzędniczka super zgrabnym i zwinnym ruchem zamyka nam przed nosem swoją szyBkę rzucając jeszcze na odchodnym złośliwy uśmiech: no przerwa śniadaniowa.
A nasze paczki, listy, petycje, widokówki, PITy i podania... leżą. Leżą. I leżą. Zbiera się na nich powoli kurz, pojawiają się odciski brudnej podeszwy urzędniczki, która przypadkiem zahacza piętą o śmieć w kącie. Mijają kolejne przerwy śniadaniowe, obiadowe, dni, tygodnie... A Paczka numer1, list, petycja leżą plackiem. Że list był Polecony? Coż, każdy ma własne Priorytety w życiu...

Trzy tygodnie później
Upierdliwy Kllient wraca. Że paczka nie doszła. A już trzy tygodnie minęły.... Pilna była... Lekarstwa w środku na czas muszą dojść...
Pan złoży reklamację, rozpatrzymy w przeciągu. Dwóch tygodni. W przerwie obiadowej.
Co robić? Klient wysyła Paczkę nr 2. Może ta dojdzie na czas. Priorytet!!! W 4 dni dookoła świata mówią.

Po czterech dniach
Przychodzi Paczka numer 1. Jakby nigdy nic ze stemplem sprzed 4 dni. No taka niewinna, patrzcie! Tylko ten odcisk zabłoconego buta urzędniczki jakiś taki nieświeży.

Po kolejnych dwóch tygodniach
Ja w sprawie złożonej reklamacji. Urzędniczka łypie okiem jak ryba. A no. Paczka poszła. Faktycznie, późno trochę. No się zapodziała w magazynie. No problemy organizacyjne mamy. Roboty za dużo. Rąk za mało. Wszyscy do Irlandii wyjechali. Zwrot kosztu przesyłki przyznali.
Klient patrzy.
A co z Paczką numer dwa? Miała dojść po czterech dniach. A już dwa tygodnie idzie.
Urzędniczka łypie. Okiem. Siorbie. Herbatę.
Pan złoży reklamację, rozpatrzymy w przeciągu. Dwóch tygodni. W przerwie obiadowej.

Dziś
Klient ciągle czeka.
 
 
ps Wpis ten dedykuję Pani z Poczty przy Dworcu.
15:26, latajaca_pyza , Filmy
Link Komentarze (5) »
wtorek, 09 października 2007
Marzyła mi się swego czasu praca magisterska o samotności. Pani promotor postanowiła jednak inaczej i pewnie dzięki niej ten motyw ciągle jeszcze mnie w literaturze fascynuje.
 
I chyba dlatego też wracam regularnie do powieści Murakamiego. Pomimo powtarzalności wątków i motywów, której u innych autorów nie znoszę (przestałam na przykład czytać Austera), zawsze sięgam po jego powieści pełne zadymionych barów jazzowych i samotnych bohaterów. Czytając Murakamiego często mam ochotę odsunąć się od rzeczywistości tak jak jego bohaterowie. Jest bowiem coś niebezpiecznie pociągającego i metafizycznego w ich samotności. Fascynujący jest świat powieści Japończyka, tak zimny, prosty, minimalistyczny, często schematyczny. A równocześnie to przestrzeń niejednokrotnie oniryczna, magiczna, pełna niespodzianek i nielogicznych wydarzeń.

Najnowsza powieść Murakamiego mnie nie rozczarowała, choć pozostawiła spory niedosyt. Dzięki "Po zmierzchu" znowu znalazłam się na granicy jawy i snu, w świecie pełnym samotników, trochę dziwaków, oryginałów. Tym razem zabrakło mi jednak tak charakterystycznego dla niego klimatu, któremu ciężko się oprzeć. Niedosyt pozostawiła sama historia, która nie wciągnęła. Choć to mój częsty problem przy krótkich formach literackich.
 
Czytając książkę, zobaczyłam film, który wypełnił niedosyt, jaki zostawiła książka. Film sprzed dobrego roku, fińskiego reżysera Aki Kaurismaki, zatytułowany nomen omen "Światła o zmierzchu". Niezwykły zbieg okoliczności...

Również świat Kaurismakiego, choć utrzymany w innym tonie, jest chłodny, nieskomplikowany, pełen samotnych, nieszczęśliwych i zagubionych bohaterów, którzy kierują się w życiu sentymentalnymi uczuciami. Fińska rzeczywistość pozbawiona jest metafizyki i magii, ciąży w niej za to wieczny pech, niesprawiedliwość i brak wiary w lepsze jutro. To świat, w którym ciągle panuje zmierzch, słońce, jeżeli wychodzi, jest zamglone. Tu samotność jest zła, bo oznacza brak przewagi, brak pomocy, brak nadziei.

Jak różnie można przedstawiać samotność, jak odmienne mogą być jej oblicza. A równocześnie, jak podobne mogą być światy samotnych bohaterów.
 
 
ps Divine Nina Simone: Just like Tom Thumb's Blues
14:35, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2