Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
czwartek, 23 października 2008
Chihiro zaprosiła mnie do zabawy badającej przyzwyczajenia czytelnicze. Ankieta składa się z 10 pytań i wykazała głównie, że mam problem z wysławianiem się. A raczej, że mam gadane i nie potrafię udzielać konkretnych, zwięzłych odpowiedzi na proste pytania. Dlatego zamiast udzielić 10 odpowiedzi na 10 pytań:

1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
2. Gdzie czytasz?
3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?
4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?
5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś/-eś?
6. Co czytałaś/-eś ostatnio?
7. Co czytasz aktualnie?
8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?
9. Co sądzisz o książkach do słuchania?
10. Co sądzisz o ebookach?

poleję trochę  wody (no przecież już się przyzwyczailiście) a potem ją zagotujemy i zrobimy sobie  herbatkę.

Każda pora jest dobra na czytanie książek, byle nie noc. Jestem zaprogramowana na chodzenie spać maksymalnie o północy i najbardziej wciągająca  książka tego nie zmieni. Nawet te trzy kartki, które zostały. Nigdy chyba nie zarwałam nocy z powodu książki i raczej nie zapowiada się na to.  Jeżeli czytam przed snem, prawie natychmiast zasypiam. Dlatego zdecydowanie wolę brać się za książki rankiem albo w środkach komunikacji miejskiej. Nie umiem się skupić przy muzyce, ale lubię szum podróżujących. Czytam siedząc na krześle bądź na kanapie (z podkurczonymi nogami). Nie czytam leżąc bo a) istnieje ryzyko, że zasnę b) to strasznie niewygodne. Ważne jest też odpowiednie wyposażenie: skarpetki, koc (tak, nawet w lecie) i poduszki. Jestem  wyznawczynią (i skromną twórczynią) teorii o łączeniu przyjemności: 1+1=2², co należy czytać jako przyjemność plus  przyjemność równa się dwie przyjemności do kwadratu. Dlatego uwielbiam jeść czytając, podobnie jak oglądać film z paczką ciastek pod ręką,   czy robić zakupy z przerwą na lody. Hm, w sumie to wychodzi, że po prostu lubię jeść... Ale na przykład lubię też kupić sobie dwie rzeczy zamiast jednej! Jakie to przyjemne.

Czytam głównie niewierszowaną literaturę narracyjno-fabularną. Bo poezja mnie przerasta, nie lubię form miniaturowych i uwielbiam  wciągnąć się na dłużej.  Z reguły jednak wykluczam historie typu science-fiction a szpiegowskie i kryminały już przerobiłam i nie wracam. Teraz oczywiście sama sobie zaprzeczę bo czytam właśnie Żonę podróżnika w czasie A. Niffenegger. Jak wskazuje  sam tytuł, przewodni problem książki jest maksymalnie futurystyczny.  Ostatnio przeczytałam Wielką Iluminację J.S. Foer'a i powalczyłam z The God of Small Things A. Roy (poddałam się po 100 stronach, ale jeszcze wrócę). Na półce niedawno pojawiły się Paddy Clark Ha, Ha, Ha R. Doyle'a i On the Road J. Kerouac'a. No, nadrabiam zaległości.

I teraz najgorsze. Maltretuję książki. Mam mnóstwo zakładek, ale ich nie używam. Nie tylko zaginam ośle rogi, ale też namiętnie podkreślam zdania i piszę na marginesach. A zdarza się mi nawet pobrudzić książkę kawałkiem czekolady. Bywa też, że jedną czy dwie pozycje uda się mi solidnie zamoczyć. (W Grecji na przykład podtopiłam The Namesake. W środku nocy eF stwierdził, że lodówka  w naszym pokoju za głośno brzęczy i jednym ruchem odciął ją od prądu. Obudziliśmy się w pokoju zalanym wodą, z książką pływającą pod łóżkiem.)  Lubię widzieć, że książka została przeczytana z pasją, że żyłam z nią przez jakiś czas. Że dzięki niej przenosiłam się w inny wymiar (to nadzwyczaj łatwe przy aktualnej powieści) a równocześnie, że ona żyła kilka dni ze mną. Lubię wkładać do niej "pamiątki" z okresu, kiedy ją czytałam: bilety do kina, zerwane liście, wyrwane obrazki z gazety, ulotki reklamujące przedstawienia albo  metki od kupionych ubrań. I chyba właśnie dlatego nie przemawia do mnie idea audio- i e-booków. O ile dostrzegam ogromną użyteczność książek do słuchania, o tyle powieść na zimnym ekranie komputera zupełnie do mnie nie przemawia. I to nie tylko dlatego, że lubię miętosić, a wręcz maltretować papierowe kartki. Zwyczajnie mam problemy z utrzymaniem koncentracji na długich tekstach komputerowych. No i ciężko siedzieć przed ekranem w kucki. 
 
Na opowieści przy herbatce zapraszam wszystkich, którzy chcieliby opowiedzieć o swoich zwyczajach czytelniczych. A przekornie wyznaczam tylko p. Aisog. A nuż! 
20:59, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (24) »
niedziela, 19 października 2008
Fabularne filmy braci Dardenne bardziej przypominają dokumenty ze strajków, od których zaczynali przygodę z kinem niż słynne obrazy wielokrotnie nagradzane na festiwalach filmowych. A jednak ich szare, pozbawione kolorów czy zabiegów artystycznych dzieła już trzy razy były nagradzane w Cannes. Tydzień temu widziałam ich najnowszy film Milczenie Lorny i od tego czasu ciągle zastanawiam się, w czym tkwi siła belgijskiego duetu.

Albańska imigrantka - Lorna  zawiera fikcyjne małżeństwo z bezrobotnym narkomanem. Dzięki temu ona uzyskuje belgijskie obywatelstwo a on kasę na kolejne prochy. Za małżeństwem stoi jednak mafia, która nieprzypadkowo wybrała ćpuna na męża Lorny. Łatwiej niż starać się o rozwód, będzie go po prostu uciszyć - nikogo przecież nie zdziwi, że przedawkował kolejny narkoman. Lorna i Claudy mieszkają razem ale ona zamyka się na klucz w swoim pokoju i traktuje męża jak powietrze. Żadnych rozmów, przysług i uczuć. Lorna od początku traktuje ten układ jak czysty interes tym bardziej, że ma albańskiego narzeczonego, z którym planuje otworzyć w Belgii knajpę. To, co uderza przez cały film to chłód Lorny, jej milczenie, wręcz wyrachowanie. Dąży do celu, zamyka się na uczucia i innych ludzi, liczy tylko na siebie i pieniądze, które uzyska z następnego fikcyjnego małżeństwa. Ale za ścianą krzyczy Claudy, wyciąga do niej rękę, próbuje nawiązać kontakt, ze swoim nałogiem jest bardziej ludzki niż zimna, poukładana Lorna. I mimo tego muru, który zbudowała wokół siebie emigrantka, między Lorną i Claudy rodzi się nić porozumienia. Nagle, gdzieś w połowie filmu po raz pierwszy ale i jedyny widzimy, że Lorna się uśmiecha...

Milczenie Lorny podobnie jak pozostałe filmy braci Dardenne opowiadają o przeciętnych ludziach, często z najniższych szczebli społeczeństwa, żyjących w brzydkich, przemysłowych miastach, w których nie ma miejsca na romantyczność, pierdoły i luksusy. To filmy o prawdziwym życiu bez lukru i mydlenia oczu. O życiu, które kopie i rani, w którym popełnia się bezsensowne błędy i bezustannie walczy. O życiu, którego nikt z nas nie chce mieć. Ale to też filmy o prawdziwej naturze człowieka, która nie potrzebuje moralitetów, sztucznych zasad i przykazań bo sama, choć często z opóźnieniem, dociera do tego, co jest dobre i słuszne. Gdzieś w głębi to filmy pozytywne, które dają nadzieję i wiarę w drugiego człowieka. A może po prostu pokazują, jak pomimo ponoszonych klęsk i rozczarowań potrafimy być silni. W tym właśnie chyba tkwi siła filmów braci Dardenne...
A swoją drogą jest coś wzruszającego w rodzinnych duetach reżyserskich: bracia Lumiere, Cohen, Dardenne...  Ich naturalna więź nadaje  wspólnym dziełom szczególnego autentyzmu. Wystarczy wyobrazić sobie, jak  ich filmy rodzą się ze wspólnej przeszłości, podobnego postrzegania świata, pasji rozwijanej od dziecięcych lat...  Lubię tak o nich myśleć. :)
sobota, 04 października 2008
Przy okazji wyznań na Blipie naszły mnie wspomnienia dotyczące książek z dzieciństwa. Dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, jak ogromny wpływ na rozwój naszej osobowości ale też sposób patrzenia na świat i priorytety mają właśnie książki. Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa to chwila, kiedy siedzimy z Mamą na kanapie i ona uczy mnie czytać. Lubię wracać do tego momentu - zmierzch za oknem, nasze stare mieszkanie, koc na kanapie i moje podekscytowanie...

Nie pamiętam, którą książkę jako pierwszą przeczytałam zupełnie samodzielnie. Wiem za to, że moi rodzice podtykali mi pod nos lektury, które sami lubili jako dzieci. Mój Tata co jakiś czas przynosił mi prosto z księgarni świeżutką książkę  z serii o przygodach Magnusa autorstwa Hansa Petersona. Trudno powiedzieć, kto za każdym razem był bardziej podekscytowany widokiem nowej okładki. Do dziś, kiedy myślę o tych chwilach, mam uśmiech na twarzy. :) Dzięki Tacie jednym tchem przeczytałam też wszystkie książki o przygodach Tomka Wilmowskiego i Tomka Sawyera.

Książką, którą pokochałam najbardziej na świecie dzięki Mamie, są oczywiście Dzieci z Bullerbyn. Nie ma drugiej lektury, którą przeczytałam tyle razy i która tak zagnieździła się w mojej pamięci i wyobraźni. Marzyłam, żeby mieć pokój na strychu i przyjaciółkę w domu obok. Chciałam przesyłać liściki na sznurku tak, jak robiły to dziewczynki. A fragment o zakupach czytałam bez końca zawsze zaśmiewając się do łez. I marzyłam, żeby też kupić suszoną kiełbasę. To  Mama sugerowała mi potem kolejne książki o dziewczynkach i ich pierwszych miłościach. Rozpływałam się w tych powieściach marząc o romantycznej miłości (Ludzie jak wiatr, Jezioro osobliwości Siesickiej czy Obcy Jurgielewiczowej). Ale najbardziej lubiłam, kiedy były to historie rodzinne, dzięki którym można było się pośmiać i popłakać. Dlatego ponad wszystko wielbiłam Jeżycjadę Musierowicz i przez jakiś czas szukałam głównie tego typu ksiażek.Wbrew pozorom dość późno sięgnęłam po Anię z Zielonego Wzgórza i może właśnie dlatego nie zrobiła na mnie wrażenia. Wtedy byłam już na etapie książek szpiegowskich. Byłam chyba w VI klasie podstawówki, kiedy wyrywałyśmy sobie z mamą książki Kena Folleta. To był też czas, kiedy naczytałam się na całe życie kryminałów i sensacyjnych powieści. :) 

Pamiętam też bajki i książki, których zawsze się bałam. Przede wszystkim baśnie Andersena - opowieści o Królowej Śniegu czy Dziewczynce z zapałkami były przerażające. Straszliwie się bałam słuchając w przedszkolu fragmentów Braci Lwie Serce Astrid Lindgren. Już sam tytuł mnie paraliżował. I jeszcze Rogaś z Doliny Roztoki - biedne, smutne zwierzątko. A propos zwierzaków to dzięki mojej siostrze milion razy słyszałam przy obiedzie historie Najmilsi Ewy Szelburg-Zarębiny i książkę, którą dostałam na zakończenie roku szkolenego - Dundzia, Panek i przyjaciele. Cudne opowieści uczące miłości do zwierząt.
 
Większość książek, które przeczytałam w dzieciństwie, pochodziła z bibliotek. Należałam do wszystkich możliwych - szkolnych, rejonowych, osiedlowych, miejskich. Za każdym razem wizyta w bibiotece to było wielkie święto. Najlepiej pamiętam jednak znienawidzoną bibliotekarkę, która była chyba wrogiem dzieci. Ze strachu przed nią zawalałam odnoszenie na czas książek, nie raz uciekłam spod drzwi bibilioteki. Była wstrętnym typem, który ciągle strofował, komentował, dokuczał i złośliwie poprawiał (do dziś pamiętam źle przeczytane nazwisko Julesa Verne)...
 
Pewnie ważnych tytułów z dzieciństwa jest dużo więcej. Z ogromną przyjemnością przypomniałabym sobie kolejne. Macie jakieś propozycje? A może okaże się, że czas nadrobić zaległości? :) 
12:06, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (39) »