Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
niedziela, 18 października 2009

Choć wymieniłam już wielu artystów, którzy zachwycili mnie na weneckim Biennale, koniecznie muszę jeszcze wspomnieć o tych kilku, których prace sprawiły, że przeszedł mnie dreszczyk emocji, że stałam, stałam i chłonęłam, że w lot zapamiętałam ich nazwisko i nazwę ich dzieła...

Fiona Tan (Holandia)- za hipnotyzujący film Rise & Fall opowiadający wyłącznie obrazami o przemijaniu, młodości, starości, samotności; to historia pokazywana na dwóch równoległych ekranach, na jednym bohaterką jest starsza kobieta, a na drugim młoda dziewczyna; ich historie są niemym dialogiem, pełnym symboli i metafizyki;

Nathalie Djurberg (Szwecja) - za pokazywany w cyklu Making Worlds surrealistyczny Experiment, za stworzenie świata pełnego gigantycznych kwiatów i przejmujących animacji;

Hans Peter Feldmann (Niemcy) - za ShadowPlay (również w ramach Making Worlds), magiczny świat cieni, który przywołuje stare marzenia i wspomnienia z dzieciństwa;

Valerio Berruti (Włochy) - za przepiękną animację Córka Izaaka z muzyką Paolo Conte, za fantastyczny rysunek i klimat;

Teresa Margolles (Meksyk)- za performance Which other issue we could talk about polegający na myciu podłóg krwią osób zamordowanych w walkach gangów w Meksyku, którego nie widziałam; widok pustych sal, pośrodku których stały jedynie wiadra i mopy był wystarczająco sugestywny;

Att Poomtangon (Tajlandia) - bo dzięki jego instalacji Keep Something for a Rainy Day i małej dziewczynce, która stworzonym przez niego urządzeniem akurat pompowała wodę, udało się mi zrobic jedne z najlepszych zdjęć w życiu;

 

sobota, 10 października 2009

Początkiem września kilkakrotnie odwiedziłam Milano Film Festival. Zobaczyłam kilka bardzo ciekawych filmów, ale dziś wspomnę jedynie o krótkim metrażu, który rozbawił mnie do łez i zgarnął kilka nagród, w tym laur publiczności. Instead of Abracadabra to szwedzka opowieść o młodym, bezrobotnym facecie, który mieszka z rodzicami i cały swój czas spędza na doskonaleniu czarodziejskich sztuczek. Jest w tym całkiem niezły, ale urodzinowy występ dla ojca kończy się wizytą w szpitalu. Wsadzona do magicznej skrzyni matka zostaje raniona nożem, który teoretycznie miał przebić pudło pozostawiając przymusową ochotniczkę bez szwanku. Cóż, początki są zawsze trudne, ale nasz bohater się nie zraża. Tym bardziej, że w szpitalu poznaje piękną pielęgniarkę, którą postanawia olśnić swoimi nietuzinkowymi umiejętnościami w czasie pokazu urodzinowego dla jej synka. I się zaczyna...

 

 

Choć film trwa raptem dwadzieścia minut, salwy śmiechu nie ustają, a mamy nawet kilka zaskakujących zwrotów akcji. Dawno się tak nie uśmiałam! I na pewno nie na komedii! Nie przepadam za tym gatunkiem, bo zazwyczaj takie filmy składają się z głupawych gagów i operują stereotypami. Ale generalnie, żeby nie wyjść na sztywniarę i ważniarę i choć moim konikiem jest kino niezależne i artystyczne, nie stronię od filmów czysto rozrywkowych. Ba, wieczory spędzone z siostrą na oglądaniu komedii romantycznych to obowiązkowy punkt repertuaru każdej wizyty w domu. A i we Włoszech, kiedy udaje się mi wyprawić eF na piwo, którego sama nie cierpię, czasami zarzucam sobie jakiś lekki i przyjemny film. Potem dla przywrócenia równowagi emocjonalnej muszę obejrzeć kilka mądrzejszych i subtelniejszych pozycji, ale pokuta zawsze warta jest grzechu.

Instead of Abracadabra nie tyle  straszliwie mnie rozśmieszył, co naładował bardzo pozytywną energią. I to właśnie stanowi chyba klucz do sukcesu w moim przypadku. Od czasu do czasu puszczam sobie trailer do tego filmu i zawsze wywołuje on uśmiech na mojej twarzy. Zresztą filmowe chimay stało się już naszym sekretnym hasłem z eF (papla ze mnie). Zastanawiam się czy Wy macie takie pozytywne, rozrywkowe filmy, do których lubicie wracać i które zawsze Was relaksują i wywołują uśmiech. U mnie bez dwóch zdań rządzi pierwsza część Bridget Jones, która jest w stanie wyciągnąć mnie z największej depresji. Kiedy mieszkałam w Czechach, w łazience przy lustrze zawsze trzymałam poniższe zdjęcie. Dzięki niemu dzień w dzień, o 6.30 rano na mojej zaspanej twarzy pojawiał się uśmiech. Jakie są Wasze antydepresanty? Co polecacie na jesienną pluchę?

 

 

Chimay!