Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
poniedziałek, 18 października 2010

Daniele Luchetti znany jest polskim widzom dzięki filmowi Mój brat jest jedynakiem, który jest obrazem bardzo spójnym, atrakcyjnym i dobrze zagranym, choć dalekim od szczytów kinomatografii. Najnowszy film włoskiego reżysera La nostra vita (Nasze życie) ambicjami zdecydowanie sięga wyższej półki i  muszę przyznać, że z małymi zastrzeżeniami właściwie się mu to udaje.

Największym atutem filmu jest realizm, z jakim zostają pokazane współczesne Włochy i ich przeciętni mieszkańcy, o co niezwykle trudno ostatnio we włoskim kinie. Tu nie ma zadęcia i luksusu jak w Jestem miłością Guadagnino ani bogatych fabrykantów z Mine Vaganti Ozpetka. Nie ma pięknych kamienic ani stylowo ubranych bohaterów. Pokazana rzeczywistość bliższa już jest obrazom z Gomorry Garrone (porównuję właśnie te trzy film bo znane są polskim widzom).  Główny bohater - Claudio należy do niższych warstw społecznych,  pracuje na budowie, gdzie zatrudnionych jest więcej imigrantów niż rodowitych Włochów. Mieszka wraz rodziną na przeciętnym blokowisku, jego sąsiadem jest handlarz narkotyków i jego ciemnoskóra towarzyszka. Wiedzie bardzo przeciętne życie wypełnione ciężką pracą, rodzinnym życiem, zakupami w supermarkecie i oczekiwaniem na narodziny trzeciego dziecka.

 

 

Życie głównego bohatera przybiera nieoczekiwany obrót, kiedy w czasie porodu umiera Elena - jego żona. Pozostawiony z trójką małych dzieci Claudio przypomina rozwścieczonego zwierza, który nie pozwala sobie na chwilę słabości. Jego żałoba pozbawiona jest łez i zadumy. Wypełniona jest za to wściekłym działaniem i pracą. Claudio za wszelką cenę usiłuje załatać pustkę w swoim życiu zarobionymi pieniędzmi, próbuje zastąpić dzieciom matkę przyjemnościami i zabawkami. To przez  to Claudio popada w tarapaty, zaczyna korzystać z nieczystych rozwiązań. Opętanie pieniędzmi staje się filmie swoistym oskarżeniem wobec włoskiego społeczeństwa. Rumuńska przyjaciółka Claudio mówi w pewnym momencie - Włosi to nic tylko pieniądze, pieniądze, pieniądze. Bogacenie się za wszelką cenę, ciemne interesy, łamanie prawa, emigracja, rasizm to wszystko jest w filmie Luchettiego, który opowiadając dramat przeciętnego Włocha, ukazuje bardzo prawdziwe oblicze Italii.

 

 

Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy raz zobaczyłam zwiastun La nostra vita, pomyślałam, że to kolejny sentymentalny film o dzielnym ojcu, który zostaje sam. Luchettiemu dzięki bardzo surowemu potraktowaniu tematu udało się uniknąć banalnych schematów. Nie oznacza to, że nie ma tu mocnych, emocjonalnych scen czy humorystycznych sytuacji, a jednak ten film jest bardzo szorstki (na przykład właściwie zupełnie zostaje pominięte, jak na śmierć matki reagują dzieci).  Luchetti swoim najnowszym obrazem próbuje naśladować Kena Loacha, braci Dardenne czy choćby Andreę Arnold. Podobne, bardzo naturalne prowadzenie kamery, mało malownicze, quasi dokumentalne zdjęcia rzeczywiście przywołują na myśl ich filmy. Założenie obrazu zaangażowanego społecznie też się zgadza. Rzecz w tym, że Luchetti chyba nie czuł się do końca gotowy zrealizować film pozbawiony walorów komercyjnych i próbował go uprościć, uatrakcyjnić nadając mu pod koniec charakter moralitetu, co mnie ostatecznie trochę  zraziło.

 

 

Nasze życie warto zobaczyć również dla nietuzinkowego Elio Germano w roli Claudio. Rzadko piszę o aktorstwie bo zbyt często oglądam filmy dubbingowane, a przede wszystkim uważam, że obiektywnie można ocenić wyłącznie nieznanego sobie aktora i to grającego na żywo - w teatrze. A jednak Germano w swoich rolach jest tak sugestywny, że nie może pozostać niezauważony, szczególnie w filmach Luchettiego (grał również brata faszystę w Mój brat jest jedynakiem).  Ma takie aktorskie ADHD, nie może na chwilę ustać w filmie, co przy drobnej posturze i niepozornym wyglądzie robi wrażenie. I ten jego rzymski akcent...

Muzycznym tematem przewodnim filmu jest utwór Anima Fragile, jak by nie patrzeć, podstarzałego włoskiego rockmana, fenomenu, którego koncerty przez dwa wieczory z rzędu są w stanie szczelnie wypełnić mediolański stadion San Siro. Vasco Rossi jest symbolem i bohaterem  walczącej klasy średniej, który idealnie wpisuje się w życie bohaterów filmu i jego widzów. W nasze życie.

poniedziałek, 11 października 2010

Maurizio Cattelan jest artystą demonicznym i nieustannie wściekłym. W ciągu swojej trzydziestuletniej kariery zalazł za skórę już chyba wszystkim: katolikom, krytykom sztuki, Żydom, a ostatnio również mediolańczykom. Artysta nie zna żadnego sacrum, nie istnieją dla niego granice, które bałby się przekroczyć w imię sztuki. Jego dzieła drażnią, oburzają, obrażają, ale też  zaganiają w kąt,  obnażają hipokryzję, uprzedzenia i stereotypy, zmuszają do zadawania sobie niewygodnych pytań i prowokują dyskusje. Cattelan sprawia, że sztuka wchodzi między ludzi, że wychodzi poza zdobione ramy pięknych obrazów w salonach. Modlący się Hitler, dzieci powieszone w centrum Mediolanu, martwy koń z napisem INRI czy fikcyjne VI Karaibskie Biennale, na które ściągnął krytyków z całego świata, a na którym nie było ani jednego dzieła, nikogo nie pozostawiły obojętnym.

 

 

Latem buchnęła wiadomość, że Cattelan doczeka się wreszcie pierwszej wielkiej retrospektywy swoich prac w Mediolanie, który obok Nowego Jorku jest jego głównym warsztatem.  Nie lada gratka dla miłośników sztuki współczesnej, sama widziałam jedynie jego dwie instalacje w Punta della Dogana w Wenecji. Mówiło się, że wrócą powieszone dzieci, które zniknęły z Piazza 24 Maggio po jednym dniu, że pojawi się klęczący Hitler, w sumie dziesięć najsłynniejszych dzieł. Ale władze miasta rozpoczęły przepychanki. Planowano referendum wśród żydowskiej społeczności, skreślono z listy dzieci, Hitlera i martwego konia z napisem INRI. Do dyskusji włączyła się mediolańska giełda i katolicka kuria. Wystawę próbowano ewidentnie zablokować. Sam Cattelan mówi, że gdyby nie wmieszała się w to wszystko prasa, która śledziła decyzje władz miasta, wystawa zostałaby zamieciona pod dywan, a plotki na jej temat szybko wyciszone.

Retrospektywa w końcu ruszyła: z trzema dziełami w Palazzo Reale i jednym na przeciwko mediolańskiej giełdy. Potrwa jednak zaledwie miesiąc, otwarta jest tylko kilka godzin dziennie, nie ma  własnej strony internetowej, nie widziałam ani jednego plakatu ją reklamującego. W tym samym Palazzo Reale, w którym eksponowane są prace Cattelana, odbywa się również wystawa dzieł Salvadora Dalì. Po bilety na hiszpańskiego artystę stoi stumetrowa kolejka, na wejście na Cattelana czeka kilka osób. Mediolańczycy zupełnie zbojkotowali rodzimego prowokatora albo po prostu zadziałała milcząca kampania władz miasta.

W ten jednak sposób wystawa Cattelana zyskała nowy wymiar, w którym należy zadać sobie pytanie, na ile władza może ingerować w sztukę. Czy to, co się stało, jest formą bezpardonowej cenzury czy rzeczywistym szacunkiem dla grup społecznych, które mogłyby się poczuć urażone pracami włoskiego artysty? Czy w sztuce powinny istnieć tematy tabu? Osobiście nie widzę nic obraźliwego w figurze klęczącego Hitlera czy powalonego meteorytem papieża. Wymowa tych dzieł jest raczej pozytywna, ale trzeba posilić się o ich głębszą interpetację, a nie z góry zakładać, że publiczne postaci, które miały wpływ na dzieje świata, są nietykalne.

 

 

No właśnie, największą siłą instalacji Cattelana jest mnogość interpretacji, jakie dają w zależności od kontekstu, w którym się znajdują. Nie potrzebują one tytułów, ich uniwersalność sprawia, że ich wymowa ciągle się zmienia w zależności od otoczenia. Rzeźba stojąca na piazza Affari w świetle tytułu wystawy  Contro le ideologie (Przeciw ideologiom) staje się ręką ułożoną w faszystowskim geście, ręką pozbawioną jednak czterech palców, symbolem obezwładnionej na zawsze dyktatury.  Tylko ten pojedynczy palec prowokująco i złowieszczo sugeruje, że coś z faszyzmu jednak  we włoskim społeczeństwie się ostało. Jeżeli spojrzymy na rękę jeszcz raz, może od drugiej strony, dojrzymy wulgarny gest skierowany w kierunku miasta i jego mieszkańców. Jeżeli weźmiemy pod uwagę miejsce, w którym się znajduje - plac przed mediolańską giełdą, centrum interesów i finansów, dostrzeżemy kolejną symbolikę. A przewrotny tytuł rzeźby L.O.V.E. ? Cattelan zaoferował się podarować ją miastu w wyrazie swojej miłości (albo nienawiści). Czyż sztuka współczesna nie jest fascynująca?

 

 

Trzy pozostałe prace pokazywane w Palazzo Reale to kobieta ukrzyżowana na łożu cierpienia (Untitled, 2007), chłopiec jak z horroru grający na bębenku (Untitled, 2003) i słynna figura Jana Pawła II powalonego przez meteoryt (Dziewiąta godzina, 1999). Choć osobno każda z tych instalacji jest źródłem niezależnych interpretacji, w tym przypadkowym zestawieniu  trzy dzieła niespodziewanie tworzą rodzinę. To rodzina przygnieciona cierpieniem i samotnością. Matka poświęca się za syna i umiera na łóżku przygwożdżona do niego jak do krzyża. Ojciec ugina się pod ciężarem, którego nie może już znieść, całą nadzieję pokładając w wierze. A syn umieszczony wysoko nad ojcem i matką, samotny, odcięty od rzeczywistości, komunikuje się ze światem jedynie poprzez rytmiczne uderzanie w bębenek. Cattelan w wywiadzie dla Corriere della Sera powiedział, że nie zrezygnował z organizacji retrospektywy tylko dlatego, że warto było pokazać te prace nowym kontekście, którego sam by nie wymyślił, nawet za cenę upokorzenia. Dość nieoczekiwanie artysta wyznał również, że ten  trójkąt odzwierciedla jego własną, dysfunkcyjną rodzinę.

 

 

 

Przyznam, że dopiero kiedy na własne oczy zobaczyłam figurę przewróconego papieża, którą wcześniej znałam z dziesiątek reprodukcji, zrozumiałam, dlaczego budzi tak skrajne emocje. Figury Cattelana (w tym również ukrzyżowana kobieta) są tak realistyczne, że kiedy się na nie patrzy, po plecach przechodzą emocjonalne ciarki. Te instalacje przykłuwają wzrok, który szaleńczo próbuje się uwolnić od paraliżującego widoku. Hipnotyzują. Szczególnie jeżeli pokazywane są w takich wnętrzach jak sala Cariatidi, o której już kiedyś pisałam przy okazji instalacji Petera Greenawaya. Zniszczona w czasie bombardowań w 1943 roku i ciągle jeszcze nieodnowiona komnata Palazzo Reale potęguje demoniczne wrażenie, jakie sprawiają prace Cattelana. Gdyby w jednym miejscu zgromadzono ich więcej, nie wiem, co mogłoby się stać...

niedziela, 03 października 2010

Na co dzień oglądam naprawdę sporo filmów, ale tylko ich niewielka część zostawia swój ślad na moim blogu. Piszę zazwyczaj o obrazach, które mnie szczególnie poruszyły, a rozczarowaniom poświęcam miejsce tylko, jeżeli na nie wyjątkowo niecierpliwie czekałam. The Limits of Control to film, który ani szczególnie mnie nie poruszył, ani nie rozczarował, ale nie mogłam się doczekać, kiedy go zobaczę. Jim Jarmusch to  jeden z moim ulubionych reżyserów niezmiennie od 15 lat, kiedy to po raz pierwszy zobaczyłam Inaczej niż w raju, a zaraz potem wszystko, co nakręcił. Bezkrytycznie uwielbiam jego bezkompromisowość, artystyczną niezależność, nieśpieszne rytmy, minimalizm,  (auto)ironię bohaterów i ich specyficzne poczucie humoru. I wszystkie te cechy znajduję również w jego ostatnim filmie, co wystarcza mi aby cieszyć się nowym Jarmuschem  pomimo jego pretensjonalności i fatalnych recenzji, które sprawiły, że film do dziś nie trafił do włoskiej dystrybucji i nie zakwalifikował się do festiwalu w Cannes.

 

 

The Limits of Control to enigmatyczna odyseja głównego bohatera po Hiszpanii. Milczący podróżnik porusza się według szlaku wyznaczanego kolejnymi ambiwalentnymi spotkaniami, podczas których jego rozmówcy dają mu wskazówki, które doprowadzą go do ostatecznego celu. Ta historia to metafizyczny rebus pełen powtarzających się  schematów (każde spotkanie bohatera zaczyna się od pytania Nie mówi pan po hiszpańsku, prawda?) i motywów (bohater zamawia zawsze dwie filiżanki kawy dla siebie, chociaż pije tylko jedną). Równocześnie film pełen jest nawiązań do filmów mistrzów współczesnego kina aby wspomnieć jedynie Godarda, Wellesa czy Kaurismakiego.

Podobnie jak główny bohater, widz również próbuje odczytywać poszczególne sceny aby dociec sensu jarmuschowskiej metafory. Zupełnie nie rozumiem głosów, że to film o niczym, że ciężko coś z niego zrozumieć. Dla mnie wymowa tego filmu jest jasna, trochę pretensjonalna, naiwna i idealistyczna, ale też dużo mówiąca o stosunku Jarmuscha do współczesności. Ta opowieść to walka dwóch światów. Z jednej strony mamy świat artystycznej i intelektualnej bohemy, pełnej  muzyki,  sztuki, ale też wiary w naukę, postęp i ideały, którą reprezentuje główny bohater i siatka jego informatorów (w tych rolach wielkie nazwiska aktorskie ze wszystkich stron świata - John Hurt, Tilda Swinton, Hiam Abbass, Gael Garcia Bernal itd).  Z drugiej mamy agresywną, bezlitosną nowoczesność, opartą na zysku i brutalności, którą reprezentuje  (nieprzypadkowo) jedyny Amerykanin w obsadzie - Bill Murray.

 

 

The Limits of Control ze swoją apoteozą artyzmu i niezależności (przekraczania własnych granic kontroli i realizmu) sam w sobie jest pięknym dziełem sztuki. Przyczynia się do tego specyficzna muzyka, ale przede wszystkim nastrojowe zdjęcia Christophera Doyla, kamerzysty Wong Kar Waia. Jego plastyczne spojrzenie na filmowaną rzeczywistość i subtelna zabawa światłem sprawiają, że każda scena, nie tylko te, w których główny bohater ogląda ulubione obrazy hiszpańskich malarzy, jest artystycznym wyzwaniem. Reszta zależy już tylko od tego, czy damy się Jarmuschowi sprowokować i poprowadzić wolnym krokiem poza granice kontroli.

piątek, 01 października 2010

Jesień we Włoszech pachnie prażonymi kasztanami. Początkowo ma bardzo pogodne oblicze,  ale z upływem czasu zaczyna kaprysić, pokazując swoją pochmurną twarz. Włoskie mieszczuchy gorliwie łapią wtedy ostatnie promienie słońca, spotykają się na powakacyjnym aperitivo  i nie potrafią się zdecydować na ostateczne pożegnanie z sandałami. We wrześniu mieszkańcy miast wracają do domów naładowani wakacyjną energią, którą przekazują swoim  lekko znudzonym letnimi pustkami dzielnicom. Jesień w miastach jest równie kolorowa co drzewa w parkach. Kipi sztuką, życiem, pomysłami. Tak jakby chciała sobie odbić letnią nudę i wyszaleć się przed zimowym letargiem.

Włoska jesień kocha kino, książki, sztukę. Wrzesień rozpoczyna się festiwalem literatury w Mantovie. Zaraz potem ruszają uczty dla kinomanów: Wenecja, dwa festiwale w Mediolanie, a późną jesienią jeszcze przegląd filmów w Rzymie. Jesień uwielbia też sztukę. W Milano zagościli właśnie geniusze i wielcy prowokatorzy: Salvador Dali i Maurizio Cattelan. Trwają wystawy zdjęć Franceschi Woodward i Roberta Doisneau. Czekamy też na Shirin  Neshat, którą ostatnio Włochy ogromnie polubiły - była nawet przewodniczącą jury sekcji Orizzonti na tegorocznym festiwalu filmowym w Wenecji. We wrześniu odbywa się też w Mediolanie słynny na cały świat Tydzień Mody i ma miejsce równie ekskluzywny wyścig Formuły 1.

Dobrze być mieszczuchem jesienią, jeżeli tyle wokół się dzieje. Nie straszna wtedy plucha czy pierwsze chłody. Nie ma nic przyjemniejszego niż po raz pierwszy założyć ulubiony szalik i wpaść  w ostatniej chwili do sali kinowej zrzucając z ramienia kolorowy liść. A kiedy nawet nasze buty chowają się po kątach niechętne kapryszącej pogodzie, można po prostu zakopać się pod ciepłym kocem z kubkiem różanej herbaty i czytać, oglądać i słuchać muzyki deszczu. Ale wtedy już jesień wyciąga z szafy ciepłe kożuchy i przygotowuje się do wielkiej metamorfozy, a wraz z nią czynią to wypieszczone mieszczuchy.

Mam nadzieję, że mieliście równie piękny wrzesień jak ja. Miejmy nadzieję, że i październik nas nie zawiedzie. Życzę wam bardzo kolorowej jesieni!