Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
czwartek, 02 czerwca 2011

 

 

Zielona papaja w obrazie Anh Hung Trana pachnie dzieciństwem i niewinną ciekawością świata. Debiut wietnamskiego reżysera to zmysłowa podróż nie tylko w świat zapomnianych zapachów, ale też uczta dla oka i ucha. Każde ujęcie jest tu idealnie harmonijną kompozycją, każda nuta jest bezbłędnie wkomponowana w obraz. Najmniej ważna jest tu sama historia, zresztą z bardzo oszczędnymi dialogami, gdyż to, co chce nam przekazać reżyser, wyczuwamy wszystkimi innymi zmysłami. Ten obraz jest poezją zapisaną na taśmie filmowej, powrotem w świat dzieciństwa i dorastania, próbą rejestracji niewinności. Wiele tu scen filmowanych jak gdyby z ukrycia, zza okna, poprzez kraty. Wiele też sytuacji, w których obserwują się dyskretnie bohaterowie. Tak jakby nie każdemu dane było wejść ponownie do świata, który już przeminął. A może odwrotnie, w ten sposób po raz kolejny stajemy się dziećmi, które, choć niezwykle ciekawe świata, dostrzegają i rozumieją tylko skrawki rzeczywistości bo często zasłaniają ją zamknięte drzwi i ściszone głosy. 

Celowo nie streszczam Wam kanwy Zapachu zielonej papai. Jeżeli kochacie subtelne kino romansujące z poezją, sztuką i muzyką, myślę, że już Was przekonałam.

 

środa, 27 kwietnia 2011

Eklektyzm tego obrazu nie przestaje mnie intrygować. Na pierwszy rzut oka jesteśmy w paryskiej kawiarence, ale już po dłuższej chwili przyglądania się tej niemej scenie nasze wstępne wrażenie burzą orientalne lampiony i grafitowe tło, które przywołuje skojarzenia z morzem. Jeszcze większe zamieszanie tworzą sami bohaterowie, którzy wydają się najbardziej niedorzeczną grupą zebraną na jednym płótnie w całej historii malarstwa.  Nie ma tu centralnej figury, właściwie od nas zależy, której z postaci nadamy największe znaczenie. Ja ostatnio skupiam się na  mężczyźnie przebranym za klauna. Sprawia wrażenie twardego, chłodnego, ale też zobojętniałego na otoczenie. Jakby był zniechęcony, znieczulony ciągłym noszeniem dodatkowej maski w społeczeństwie, w którym każdy przecież odgrywa jakąś rolę. Współistnienie tak różnych bohaterów na tym samym obrazie mimo wszystko nie kłóci się, nie krzyczy. Z obrazu płynie harmonia obleczona melancholią, samotnością i zadumą. I chyba właśnie to mnie w nim najbardziej pociąga.

Le Soir Bleu od dawna należy do moich ulubionych dzieł, jakiś już czas temu  miałam nawet okazję go kontemplować na wystawie prac  Hoppera w Mediolanie. Ale  właśnie ostatnio często wracam do niego myślami, dobrze wpasowuje się w towarzyszący mi nastrój.

A Wy? Macie ulubione prace, do których wracacie, które są dla Was ważne, które w jakiś sposób Was odzwierciedlają?

 

sobota, 16 kwietnia 2011

Po płycie lotniska w Fezie swobodnie biegają dzieci oczekujące wraz z rodzicami na powracających z zamorskich wojaży krewnych.  Wysiadamy z samolotu, jest pochmurne, wczesne popołudnie. W hali przylotów urzędnicy bacznie obserwowani przez wiszące na ścianie ogromne zdjęcie Muhhamada VI wbijają nam do paszportów pieczątki. Wzrok marokańskiego króla w ciągu najbliższego tygodnia będzie nam towarzyszył wszędzie - na bazarze u sprzedawcy daktyli, w riadzie u wrót Sahary, w berberyjskiej kawiarni pośród górskich serpentyn.

Jedziemy w kierunku medyny. Mijamy pasterza prowadzącego stado owiec, dzieci bawiące się  obklejoną taśmą klejącą piłką, mężczyzn gęsto zapełniających przydrożne bary. Widzę niewiele kobiet, te nieliczne skrzętnie zakrywają włosy kolorowymi chustami. Docieramy do murów nawiększej medyny na świecie, gdzie czeka na nas dziewczyna, która wąskimi uliczkami zaprowadzi nas do naszego riadu. Zanurzając się w marokański labirynt, cofamy się w czasie. Zupełnie nie pasujemy do miejsca, w którym właśnie się znaleźliśmy, ale nikt nie zwraca na nas specjalnej uwagi. Golibroda spokojnie przesuwa naostrzoną brzytwą po policzku swojego klienta, starszy pan zasypia nad górą suszonych moreli podpierając brodę pomarszczoną dłonią, kilku mężczyzn namiętnie gra w karty niechętnie odsuwając nogi, kiedy przez souk przebija się obładowany pakunkami osiołek. Cichaczem przechodzimy obok sklepiku z bielizną, którego właściciel uciął sobie drzemkę na podłodze. Zaglądam dyskretnie do warsztatów, w których młodzi chłopcy kroją skóry, przyszywają cekiny czy dłubią w drewnie. Jestem przytłoczona zapachami, gwarem, intensywnością bazaru,  równocześnie jednak to miejsce działa jak narkotyk, przyciąga, fascynuje, otumania.

Docieramy do naszego riadu. Wchodzimy na tradycyjny, marokański dziedziniec zdobiony kolorowymi mozaikami. Z tarasu na dachu domu macha do nas Laurance - Francuzka, która od lat mieszka w Fezie. Wita nas lokalną słodką specjalnością  corne de gazelle i oczywiście herbatą miętową. W Maroku wypijemy jeszcze litry tej lokalnej whisky, jak swój napopularniejszy trunek nazywają w żartach Marokańczycy, będą nią nas częstować w riadach, w sklepach, w domach, tutaj każdą nową znajomość należy przypieczętować pojednaniem nad mosiężnym dzbankiem i małymi szkaneczkami.  Laurance przezornie rysuje nam mapę labiryntu, wyjaśnia  jak dotrzeć i wrócić z  serca medyny. Niestety, kiedy wychodzimy z naszego riadu po raz pierwszy, i tak gubimy się już po 2 minutach.

Pierwsza noc w Maroku. Śpimy wykończeni dniem pełnym wrażeń. Budzi mnie donośny, hipnotyzujący jęk, do którego po kilku sekundach dołączają kolejne. Nasłuchuję lękliwie próbując wyłowić kształtujące się w ciszy słowa. W końcu dociera do mnie wyraźne Allah akbar, allah akbar... To muezini nawołują do pierwszej modlitwy o świcie. Po cichu wychodzę z pokoju i wspinam się wąskimi schodkami na taras, z którego rozchodzi się widok na budzący się powoli, ślniący zielonymi minaretami Fez...

 

Więcej zdjęć jak zawsze na www.obiektywnie.blox.pl

Tagi: Fez Maroko
14:33, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (11) »
sobota, 09 kwietnia 2011

Ousmane Sembène uważał kino za skuteczne narzędzie polityki i uzdrawiania świata. Ten senegalski pisarz i największy afrykański reżyser nie łudził się, że jeden film może cokolwiek zmienić, ale wierzył, że już kilka filmów podejmujących podobną tematykę jest w stanie w znaczący sposób zwrócić uwagę opinii publicznej na ważne problemy. A takich problemów Afryka miała i ma wiele. Stąd właśnie jego filmy, które zaczął kręcić w wieku 40 lat, poruszają głównie kwestie społeczne i religijne. Moolaadé, jedyny film Ousmane Sembène, do jakiego udało się mi dotrzeć, poświęcony jest niezwykle rzadko, jeżeli w ogóle, poruszanemu w kinie problemowi obrzezania kobiet.

Obecne głównie na terenie środkowej Afryki, mylnie interpretowane jako wymóg islamu i zakazane w większości krajów świata obrzezanie kobiet jest przekleństwem prawie 2 milionów kobiet i dziewczynek rocznie. Niesie ze sobą  ogromne cierpienie, poniżenie, komplikacje zdrowotne, a nie rzadko również śmierć. W zupełnym błędzie będzie jednak ten, kto zrezygnuje z obejrzenia Moolaadé spodziewając się ciężkiego filmu pełnego drastycznych scen.


 

Film emanuje kolorami, słońcem, ciepłem, śmiechem, radością i kobiecą solidarnością. Poznajemy mieszkanki niewielkiej wioski w Burkina Faso, które na codzień zajmują się pracami domowymi, wychowaniem dzieci, potajemnie słuchają radia, flirtują z objazdowym handlarzem i przygotowują się do wesela. Każda z nich jednak skrywa ukrytą ranę, która wiele z ich sióstr i córek pozbawiła życia. Pewnego dnia kilka dziewczynek ze strachem ucieka z obrzędu obrzezania. Nie bez powodu szukają schronienia u Collé - to właśnie ona jako pierwsza przeciwstawiła się obrzezaniu własnej córki. Tym samym zasiała ziarno rewolucji w innych kobietach, które powoli zaczęło kiełkować.

Moolaadé to film o mocy, jaką daje pierwszy, najtrudniejszy krok, ale też o potędze tradycji, która te kroki paraliżuje. Niełatwo postawić się apodyktycznym mężczyznom i wiekowej tradycji wpajanej od urodzenia. To też bardzo feministyczny film, pięknie pokazujący siłę i determinację kobiet ciekawych świata i dążących do zmian. Doskonale ilustruje to scena, w której mężczyźni postanawiają spalić wszystkie radia w wiosce jako te, które szerzą rewolucyjną zarazę w głowach kobiet.

Sembène udała się rzadka sztuka opowiedzenia ważnej, alarmującej historii bez popadania w ciężkie tony. Siłą tego obrazu są prostota i naturalność, które sprawiają, że ten film staje się po prostu niezapomniany.

 

sobota, 02 kwietnia 2011

Chihiro zaproponowała mi dokonanie publicznego striptizu. Jak każdy bloger ekshibicjonizm mam we krwi,  zaproszenie przyjęłam więc bez większego wahania. Abym jednak nie musiała ustawiać na wejściu na bloga zapytania o pełnoletność, śpieszę od razu z wyjaśnieniem, że chodzi oczywiście o roznegliżowanie własnej biblioteczki i pokazanie wdzięków jej zbiorów.

Moja biblioteczka, z pochodzenia Szwedka, jest smukła i wysoka, sięga właściwie sufitu. Liczy jakieś dziewięć pięter ciasno i równiutko ułożonych książek. Kupiłam sobie nawet mały stołeczek aby zawsze móc dosięgnąć do najwyższych półek, a kiedyś, gdy zbiory się rozrosną, z radością kupię sobię drabinę! Tytuły zawsze da się przeczytać bez zbędnego nadwyrężania szyi, wszystkie ułożone są prawoskrętnie (marzenie znaleźć taki luksus w księgarni!). Dzieła tego samego autora stoją zawsze razem, choć przyznam, że niewielu jest pisarzy, których dorobek w całości gości na moich półkach. Na pewno chlubnym wyjątkiem jest Milan Kundera,  mam też właściwie wszystkie książki wydane na rynku polskim autorstwa H. Murakamiego, J. S. Foera, B. Malmsten, P.O. Enquista, J. Egloffa, E. Kereta i P. Austera. Moje zbiory mają ambicję bycia ułożonymi według szeroko pojętych bloków tematycznych, które często pokrywają się po prostu ze strefami geograficznymi. Istny kod Leonarda da Vinci, można by rzec. W większości posiadam książki w języku polskim, sporo jest też utworów po angielsku (głównie z okresu studiów plus długaśna seria paperbacków z Penguina) i coraz więcej po włosku. W większości to powieści, trochę literatury faktu i ku mojemu ubolewaniu ciągle za mało albumów o sztuce i fotografii.

 

 

Część moich zbiorów ciągle jeszcze czeka na przeprowadzkę z Polski, zanim to jednak nastąpi muszę dla nich zorganizować odpowiednie lokum. Już teraz biblioteczka pęka w szwach, a nowe książki rosną na rozsianych po szafkach stosikach. Zakupiłam nawet dwie, nowe, długaśne półki, ale okazało się, że ciężko znoszą  większe obciążenia, chwilowo więc świecą pustkami, nie licząc moich zbiorów filmowych. Nieznośna lekkość bytu po prostu...  Kupuję książki hurtowo, ale nie kompulsywnie. W praktyce oznacza to, że nabywam je raz za kiedy, ale idę wtedy na całość.  Biblioteczkę obowiązuje żelazna zasada, że nie rozszerza swoich zapasów, dopóki nie zostanie skonsumowane to, co już się w niej znajduje. Istna doktryna szoku dla niektórych moli książkowych, prawda?  Pewnie, istnieją pozycje, które nagle przestały mnie interesować, bądź które nie wiadomo jakim cudem znalazły się w moich zbiorach, te pozostają nietknięte. Nowe książki pojawiają się jednak dopiero, kiedy zbiory do przeczytania zaczynają się ewidentnie kurczyć. Zakupuję je również bardzo uważnie korzystając z listy, na którą wciągam poszukiwane przeze mnie pozycje. Konsultuję ją przed zakupami, odrzucając te, które na przykład nic mi już nie mówią. Taka próba czasu już nie raz okazała się świetnym filtrem. Poniżej najświeższy, elektryzujący stosik.

 

A jeżeli macie ochotę jeszcze pogrzebać w mojej biblioteczce, to więcej zdjęć znajdziecie tutaj. A do odkrycia wdzięków swoich zbiorów zapraszam Małą Mi i Matyldę!

23:32, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (21) »
niedziela, 20 marca 2011

Trypolis, Benghazi, Cyrenajka, Zawia, Brega, nazwy libijskich miast, które ostatnio zajmują czołówki gazet, we mnie przywołują szczególne wspomnienia. Libia dla mnie to  nie szalony dyktator, który zawarł pakt nieśmiertelności z diabłem ani nie gniazdo terrorystów, którzy zrzucili samolot Pan Amu nad Lockerbie, ale piękny, choć krótki, okres mojego dzieciństwa, który po prawie 20 latach ciągle jest niezwykle żywy w mojej pamięci.

Libia kojarzy się mi z bezkresnymi plażami, które były tak szerokie, że czasami aby dotrzec do morza trzeba było brnąć przez parzący w stopy piasek dobrych kilkanaście minut. Na plażach libijskie rodziny rozkładały gigantyczne namioty, w piątki mężyczyźni piekli barany, a kobiety  wchodziły do morza w długich galabijach (choć to raczej męskie nakrycie) przypominając nadmuchane balony unoszące się nad taflą wzburzonej wody. Często obserwowaliśmy ich ukradkiem z daleka, wycierając słoną wodę z pokrytych gęsią skórką ramion i podjadając schłodzonego w morzu arbuza. Piątki były dniem wolnym również dla nas.

Libia kojarzy się mi z dziewiczo pięknymi miejscami, które sprawiały, że czułeś się jak odkrywca, jak pierwsza osoba na świecie, która do nich dotarła. Bo jak inaczej można było się czuć spacerując po rzymskiej Cyrenajce i znajdując w czerwonym piachu fragmenty mozaiek czy zdobień dzbanów.  Albo pływając w krystalicznej wodzie zatoczki ukrytej godzinnym marszem przez wadi pełne oleandrów i dostrzegając na dnie stare naczynia?

Libia to  dla mnie intensywne smaki i zapachy,  które zamieszkały w moich nozdrzach już na zawsze. Chociażby prosty zapach i smak świeżej hobzy prosto z małego okna piekarni, przed którym ustawiały się w kolejce wszystkie dzieci, podczas gdy ich rodzice czekali w samochodach. Zazwyczaj, kiedy dojeżdżaliśmy do domu, reklamówki, w które pakowano pieczywo, świeciły już jedynie okruszkami.  Albo cudowne lodziarnie, które serwowały wtedy lody w smakach, o których w Polsce nikomu się jeszcze nie śniło. Nie mówiąc nawet o najsłodszych słodyczach na świecie pełnych orzechów, miodu i rodzynek, takich jak kunafa czy baklava. Albo egzotyczne, wiercące w nosach mieszanki zapachów dojrzałych owoców i przypraw na lokalnym suku w Benghazi, który odwiedzaliśmy regularnie. Punktem obowiązkowym tych wizyt były sklepiki wypełnione po sufit orientalnymi zwojami, spośród których moja Mama zawsze wybierała kilka nowych, barwnych materiałów zabawnie targując się przy tym ze sprzedającym. Pamiętam też, że w pobliżu wejścia na suk mijaliśmy zawsze kawiarenkę, w której starsi panowie palili tajemnicze fajki wodne. Zawsze z trudem odwracałam od nich wzrok. 

Libia to też dla mnie oszałamiająca pustynia, na którą kiedyś chciałabym wrócić, to międzynarodowa szkoła, która ukształtowała mnie na całe życie, to niezrozumiałe wtedy widoki kobiet wożonych na pace wraz z baranami. W mojej głowie są też przedziwne posterunki policji, które zatrzymywały zagranicznych kierowców tylko po to, żeby sprawdzić, czy nie kierują  samochodem w zakazanych sandałach, jest też współpracownik Ali, który chciał kupić za żonę moją koleżankę, jest przerażające więzienie w postaci gigantycznego muru, który mijałam w drodze do szkoły. Libia to też nasz przyjaciel Kalinka, który przygotowywał dla nas tradycyjne przysmaki i któremu usiłowałam kiedyś wytłumaczyć, co to jest kałuża. Pamiętam też jak dziś kolorowe arabskie wesela,  pomalowane na zielono szkoły,  naszego kameleona Kamila, który potrafił zlać się z każdym tłem. Libia z mojego dzieciństwa to w końcu farbiąca usta na pomarańczowo lokalna Fanta, małpka mieszkająca na balkonie domu, który zawsze mijaliśmy w drodze do kościoła,  czerwona ziemia, w której z trudem coś rosło, to najnudniejsza na świecie telewizja, to pustynne gibli, które wpychało się w każdy kąt, to bezcenne  wspomnienia i doświadczenia...

Libia to też dla mnie Benghazi, w którym mieszkałam przez dwa lata, które mam bardzo głęboko w sercu, a które dziś przeżywa wielkie rozterki. Miałam wtedy raptem 11 lat, ale już wtedy doskonale wiedziałam, kim był Kaddafi. Mam nadzieję, że jego czas właśnie dobiega końca, in šāʾ Allāh!


Ten wpis dedykuję mojemu Tacie, który z ogromną troską śledzi  to, co się dzieje  aktualnie w Libii,  a który od niedawna dołączył do moich czytelników.

 

Piękna ta pieśń libijskich powstańców, prawda?

 

23:15, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (30) »
piątek, 04 marca 2011

Chińczycy są mistrzami w zamienianiu wielkich problemów w małe, a małych - w brak problemów, jak mówi przysłowie. Ten zmysł przetrwania rozwijali przez tysiąclecia.

Główny bohater Pekińskiej komy, dwudziestoparoletni doktorant jest jednym z  organizatorów studenckich protestów w Pekinie wiosną 1989 roku, które kończą się  tragedią na placu Tian'anmen. Sam Dai Wei  w czasie tych wydarzeń zostaje ranny w głowę i zapada w śpiączkę.  Jego letarg, bezwładne ciało  pełne jednak witalnej woli wybudzenia się ze śpiączki staje się symbolem kondycji całego narodu.

Jesteś spowity w ciało, którego nie widzisz; jestem więźniem w celi, której nie możesz dotknąć.

Powieść przepełnia walka z ogarniającą bezsilnością, syzyfowe próby oparcia się choremu systemowi, który terroryzuje i paraliżuje wszelkie ruchy.  Mamy tu drobiazgowo opisaną historię ruchu studenckiego, który zostaje stłumiony w krwawy i nieludzki sposób.   Mamy walkę Dai Weia o wyjście ze śpiączki,  zabiegi jego matki o uzdrowienie syna, ale też kolejne próby wybudzenia narodu z odrętwienia - ruch Falun Gong czy  działalność Matek Tian'anmen.

Wyobrażasz sobie swoje ciało jako zawisłe w powietrzu, okrążane przez szybujące wspomnienia.

Te ostatnie walczą przede wszystkim o prawdę i o pamięć. Wspomnienia o przeszłości są bowiem głównym orężem walki z reżimem, który zamazuje i przemalowuje karty historii. Są niezbędne aby kolejne pokolenia były w stanie właściwie ocenić teraźniejszość i określić własną tożsamość. Stąd też  tak ważną rolę w historii Dai Weia odgrywa  dziennik jego ojca, który przez 20 lat więziony był w obozach reedukacyjnych i archiwa odnotowujące okrucieństwa rewolucji kulturalnej.  Sam bohater pogrążony w śpiączce walczy o zachowanie najdrobniejszych obrazów z przeszłości. Pamięć jest sposobem na uzdrowienie, na wybudzenie, na wolność.

Jakiś student zawiesił na szyi napis: Głodujący nie będą jeść demokracji z zamrażalnika!

Pekińska koma to jednak również fascynująca historia o młodości, miłości, ideałach, solidarności i przyjaźni. Przybliża nam nie tylko Chiny po rewolucji kulturalnej, ale też kulisy samego ruchu uniwersyteckiego, który w 1989 wyprowadził tysiące studentów na ulice. Wyłania się z nich bardzo uczciwy, myślę, portet młodych, zbuntowanych ludzi, którzy chcieli zmienić świat, ale nie wiedzieli jak się za to zabrać. Brakowało im zdecydowania, konkretnych planów, silnych przywódców. Manifestacjom na placu Tian'anmen towarzyszyły kłótnie o władzę, spory ideologiczne, ciągłe niezdecydowanie co robić i z każdym dniem coraz większy strach...

Powieść Ma Jiana to wymagająca lektura zarówno pod względem merytorycznym jak i emocjonalnym. Przede wszystkim to 700 stron  wielowymiarowej metafory.  Prowadzona dwutorowo historia przeplata kolejne pełne energii, młodości i nadziei dni na placu Tian'anmen  z jednostajnymi, bezsilnymi godzinami spędzonymi w zamknięciu zagraconego pokoju. Oba wątki kończy swoista apokaliptyczna wizja, a początek i koniec książki łączy poetycka klamra. Do tego dziesiątki imion, nazw ruchów studenckich, w których nie sposób się połapać. Zaczęłam nawet robić notatki spisując imiona bohaterów, szukając ich wśród rzeczywistych przywódców z placu Tian'anmen. Obejrzałam setki zdjęć z wiosny 1989 rozpoznając na nich sceny idealnie ilustrujące wydarzenia  opisywane w książce. Być może to pomogło mi przebrnąć przez irytująco drobiazgowe opisy  autora, które  mimo wszystko idealnie odzwierciedlają chaos panujący w tym czasie na placu,  ale też wzmożyło bardzo silne emocje, jakie towarzyszyły mi w czasie czytania tej książki, a przede wszystkim ostatnich stu stron.

Ma Jian stworzył dzieło niezwykłe, sagę młodości, zapis historyczny, poetycką odyseję w jednym. Znakomita książka.


1 maja 1989 - organizatorzy strajku rozmawiają z zagranicznymi dziennikarzami


 

14 maja 1989 - Strajk głodowy studentów na placu Tian'anmen

 

30 maja 1989 - Studenci sztuki przygotowują gigantyczną statuę Bogini Demokracji


6 czerwca 1989

Być może deszcz ustał. Na zewnątrz wszystko wydaje się spokojne. Słychać tylko szelest opon rowerowych, coraz głośniejszy, a potem coraz cichszy.

sobota, 19 lutego 2011

To wręcz niewiarygodne, jak wiele potężnych uczuć i zjawisk udało się zawrzeć Jessice Hausner w swojej prostej, minimalistycznej wręcz formule filmowej. Wiara, cuda, szczęście, samotność, poszukiwanie miłości, niepełnosprawność - te wielkie i trudne słowa stanowią sedno Lourdes, ale bynajmniej nie czynią filmu mało przystępnym czy przerysowanym. Ten mały wielki obraz to absolutna perełka, odkryta przeze mnie dość późno od premiery, ale za to z niekłamanym zachwytem.

 

 

Reżyserka realistycznie oddaje atmosferę miejsc kultu maryjnego.   Mamy tu mieszankę religijności i dewocji, mistycyzmu i kiczu, żarliwości i sceptycyzmu. Wierni przybywają do Lourdes ze swoimi troskami,  problemami, prośbami, gorąco modląc się o cuda,  piją wodę z cudownej groty i uczestniczą w religjnych obrzędach.  Równie  gorliwie jednak wymieniają się plotkami o uzdrowieniach,  zawierają nowe znajomości, wdają się we flirty z opiekunami i współpielgrzymami, opowiadają sobie żarty o Matce Boskiej, która wybrała się na wakacje do Lourdes i robią sobie zdjęcia na tle kościoła. Przybywają z różnych powodów, ale każdy w potrzebie tego, czego w życiu mu brakuje: zdrowia, miłości, bliskości czy po prostu odmiany.

Hausner nie zajmuje się dogmatami wiary, nie podważa ich, ani do nich nie przekonuje. Bardziej niż samym cudom przygląda się bohaterom, którzy są ich świadkami lub bezpośrednimi uczestnikami.  W filmie ludzie patrzą na doświadczających łaski z zaciekawieniem, z zazdrością,  z zakłopotaniem. Wielu głośno bije brawo, jak gdyby cud był wygraną w konkursie, zależną od umiejętności i zaangażowania. I chyba rzeczywiście traktują pielgrzymkę trochę jak bieg o łaskę.  Przepychają się by być bliżej ołtarza, gdzie udzielane jest specjalne błogosławieństwo,  wypytują księdza o podpowiedzi, jak dojść do celu,  podejrzliwie patrzą, kiedy cud dotyka wcale nie najżarliwszych wiernych. Czasami sprawiają wręcz wrażenie, że tylko czekają na to, aż cud się cofnie, że okaże się, że to tylko chwilowa poprawa. A wtedy to już nie będzie cudowne uzdrowienie, bo niby chwilowe, niewyjaśnialne poprawy nie łapią się na definicję cudu. A już na pewno nie boskiego. Jak wiele tracimy zamykając się w sztywnych definicjach szczęścia, cudu czy normalności,  w ich racjonalnych analizach. Pędzimy przez życie pełni sceptyzmu, nieufności i wiecznego przekonania, że inni są szczęśliwsi, piękniejsi, mądrzejszy. Błądzimy w poszukiwaniu idealnych wzorców, zapominając, że to od nas samych zależy definicja naszego szczęścia, naszego życia, naszych codziennych cudów. Święte miejsca nie czynią nas bardziej świętymi tylko dlatego, że je odwiedzamy.

 

 

Siłą kameralnego Lourdes jest jego realizm i obiektywizm. Haunser udaje się podjąć emocjonujące wszystkich tematy z prostotą i szacunkiem, pokazuje je z różnych stron  i pozostawia ich interpretację widzom. To my sami dzięki naszemu prywatnemu stosunkowi do wiary i naszym życiowym doświadczeniom nadajemy poszczególnym wydarzeniom  własne znaczenie. Tak naprawdę nieważne czy Bóg jest dobry czy wszechmogący (jak zauważa jeden z pielgrzymów, gdyby był i  dobry i wszechmogący uzdrowiłby wszystkich), ważne jest, jacy jesteśmy my. Zadajcie sobie to pytanie, śledząc własne uczucia w ostatniej scenie filmu, która, nawiasem mówiąc, moim zdaniem jest genialna. Co wyczytaliście z ciemności, która zapada na końcu?

wtorek, 15 lutego 2011

O absurdalnej sytuacji politycznej i społecznej we Włoszech pisałam już niejednokrotnie. Seksistowska telewizja, reklamy pełne golizny,  premier otoczony haremem niepełnoletnich prostytutek i byłych miss noszących teki ministrów.  Jeżeli nie czytaliście o tym u mnie, to na pewno dotarły do was wiadomości z ostatnich tygodni. W każdym innym kraju takie hece już dawno skończyłyby się bolesnym upadkiem szefa rządu i nowymi wyborami. Wszędzie, tylko nie we Włoszech. Mój znajomy żartuje, że Berlusconi zabawiał się z wnuczką Mubaraka, ale do do misji wcześniej podał się ten drugi.

To, co od tak dawna krytykowałam na blogu, w końcu dotarło i do powszechnej świadomości włoskich kobiet. Kobiet, które są wykształcone, które pracują i zajmują się rodziną, kobiet, które chcą być szanowane za to, kim są, a nie za to, jak wyglądają.  W niedzielę Włoszki wyszły na place i ulice aby zamanifestować swój sprzeciw przeciwko seksualnej polityce partii Berlusconiego. Były nas tysiące, wszystkie z białymi szalikami na szyjach, studentki, matki, emerytki, nauczycielki i gospodynie domowe, Włoszki i emigrantki. Jakże przejmujące było przemówienie młodej Egipcjanki, która nawiązała do zwycięstwa manifestantów w Kairze, jakże jadowite było wystąpienie Dario Fo, jakże emocjonujące były słowa czytane przez znanych włoskich dziennikarzy i pisarzy. Wzruszające były starsze panie z wielkimi, uszczypliywmi napisami wypisanymi na kartonach, ci wszyscy mężczyźni, którzy przyszli by nas wesprzeć, te dzieciaki, których mamy już teraz pracują by wyrosły na mądre, niezależne kobiety. Ale najbardziej poruszające było to, że było nas tak wiele. Że zebrałyśmy się wspólnie by zaprotestować przeciwko tym, którzy usiłują odebrać nam godność i szacunek. Dobrze było tam być tego popołudnia. Wszystkie przypomniałyśmy sobie, jak wielką mamy siłę i potencjał.

 

Białe szaliki - symbol manifestacji

 

To nie jest kraj dla kobiet, ani tym bardziej dla małych dziewczynek

 

Ten pan szukał Ruby (osiemnastoletniej Marokanki, która miała kontakty seksualne z Berlusconim)

 

I ją znalazł: Ruby i jej koleżanki

 

Nawet psiaki obecne na manifestacji miały białe szaliki

 

I nasz ulubiony slogan: Lisbeth Salander, zajmij się tym ty!

 

 

O sytuacji kobiet we Włoszech pisałam chociażby w tych trzech tekstach:

One

Włoska wideokracja

Kobiety i władza

czwartek, 03 lutego 2011

Pierwszy wieczór Nowego Roku był zaskakująco ciepły i niczym nie zwiastował mglistej kołdry, jaka miała otulić zaspaną Lizbonę już o świcie. Słabo oświetlonymi uliczkami Alfamy błąkali się nieliczni turyści i mieszkańcy, którzy zdołali już odespać sylwestrową noc. Na skwerze niedaleko Casa do Fado jakaś starsza pani dawała bezpłatny koncert, a na nielicznych ławkach przysiedli zadumani słuchacze. Ciekawe, że każdy z nich wydawał się być samotny, nie dzielił tych ulotnych chwil z drugą osobą. Tak jakby wszyscy mieli w sobie ukryty jakiś smutek, jakąś nostalgię czy stratę, jakieś saudade.

 

 

W A Baiuca pojawiliśmy się punkt o dwudziestej i śmiem twierdzić, że był to jedyny lokal w Alfamie, który tego wieczoru pękał w szwach. Właściwie trudno go nazwać restauracją, przypominał bardziej chatkę lizbońskiego rybaka. Proste ławy, sieci na ścianach, zakurzone butelki wina na półkach.  Rustykalnie, bezpretensjonalnie, tradycyjnie. 30 osób siedziało ściśnięte jak te przysłowiowe portugalskie sardynki w puszce. Po lewej miałam jakiegoś kręcącego nosem Hiszpana, z którym do końca wieczora nie zamieniłam ani słowa, a po prawej łokcie obijałam z przezabawnym Rzymianinem, który na codzień mieszka w Chinach i z którym  już po kilkunastu minutach wzajemnego sondowania się wygłupialiśmy się, jakbyśmy się znali od lat. Na przeciw mnie siedział przytłoczony żeńskimi odpowiednikami moich partnerów eF.

Po chaotycznej akcji składania prostych zamówień z nabazgranego długopisem menu za moimi plecami usadowili się dwaj gitarzyści, którzy zaczęli wprowadzać nas w nastrój wieczoru poświęconego muzyce fado. A Baiuca specjalizuje się, choć może nie jest to najlepsze określenie w tym przypadku, w  fado vadio', czyli fado włóczęgów, fado z ulicy, odmiennym od tego, które króluje w tradycyjnych, profesjonalnych wielkich domach muzyki i klubach. To fado amatorskie, w którym można usłyszeć kilka fałszywych nut, ale również wyłowić barwne, autentyczne uczucia i sieć perełek. Fado vadio' jest znacznie bardziej emocjonalne, prawdziwe niż to profesjonalne bo śpiewane z potrzeby serca, duszy, a przede wszystkim chwili.

Kiedy my smakowaliśmy podane na przystawkę aromatyczne sery, oliwki i świeży chleb, przed restauracją zaczęli zbierać się ochotnicy do koncertowania.  Zwyczajnie, wręcz skromnie ubrani, prosto z ulicy, z pracy, ze szkoły, młodzi, starsi, taksówkarze, nauczyciele, emeryci, studenci, gospodynie domowe,  najpierw mężczyźni, potem kobiety. Wchodzili pojedynczo, nie przedstawiali się,  szeptali kilka sekund z muzykami i zaczynali śpiewać. Niektórzy z nieśmiałości przymykali oczy i zamykali się w świecie swoich melodii, inni, bardziej charyzmatyczni, dowcipkowali z gośćmi między kolejnymi utworami.

Kiedy ci zupełnie niepozorni z wyglądu ludzie zaczynali śpiewać oświetleni jedynie przebijającym się przez kolorowe witraże światłem ulicznych latarni, ten malutki lokal nawiedzała magiczna atmosfera. Znikała ciasnota, milknęły sztućce, ludzie słuchali oniemiali,  a  mikroskopijna restauracja  przy rua de San Miguel po brzegi wypełniała jedynie muzyka i głosy śpiewających. Nie rozumieliśmy słów utworów, ale nie trudno było sobie wyobrazić, że wykonawcy śpiewali po prostu o sobie, swoich rozterkach, codziennym życiu. Gwiazdy podwórek, nieoszlifowane diamenty, samorodne talenty...

Zupełnie niespodziewanie podczas jednego z ostatnich utworów wykonywanych przez lokalną Amalię Rodriguez dołączył drugi głos. Wszyscy odwróciliśmy głowy w kierunku drzwi, spodziewając się, że  w ostatniej chwili wpadła jeszcze jedna muzyczna dusza spragniona koncertowania. Ale pomyliliśmy się! Przy wejściu nie było nikogo! Głos dochodził spomiędzy stolików, między którymi lawirowała kelnerka. To ona swoim potężnym jak dzwon głosem wtórowała głównej wykonawczyni. Na tym jednak niespodziankom nie było końca. Nagle usłyszeliśmy trzeci głos, jeszcze pięknieszy i szlachetniejszy od poprzednich. Podekscytowani rozglądaliśmy się po sali uświadomiając sobie, że ta melodia rodziła się w kuchni! Po chwili głos zaczął nabierać mocy i się do nas przybliżać. Naszym oczom ukazała się gwiazda wieczoru, odziana w biały fartuch i  kuchenną czapkę - kucharka. Przyznam, że z trudem przypominam sobie, co nam zaserwowała do jedzenia tej niezwykłej nocy, na pewno jednak nigdy nie zapomnę, jakie emocje wywołała swoim śpiewem.

Kolacja skończyła się tradycyjnym musem czekoladowym tuż po północy. Te cztery godziny upłynęły w niepowtarzalnej atmosferze i towarzystwie. To z pewnością jeden z najbardziej emocjonujących i oryginalnych wieczorów, jakich miałam okazję doświadczyć. Jego największą wartością była chyba prostota i bezpretensjonalność. Nawet jeżeli mimo wszystko było to turystyczne miejsce, to życzyłabym sobie więcej tak oryginalnych inicjatyw. Fantastyczny lokal, magiczna muzyka, jedzenie też, zdaje się, nie było najgorsze. Jeżeli kiedyś będziecie jeszcze w Lizbonie, zajrzyjcie do A Baiuca. Nigdy nie wiadomo, kto oprócz was zjawi się tam tego wieczoru...

 

 

 


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25