Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
środa, 26 stycznia 2011

Już od jakiegoś czasu podążam perskim tropem literackim i filmowym.  Usiłuję zrozumieć Iran i jego społeczeństwo, które jawi się mi jako wyjątkowe  i fascynujące w swojej złożoności.  Ciągle dotrzegam paradoksy, które rządzą tym 70 milionowym narodem. I nieustannie irytuje mnie  szufladka, w jakiej zamknęły Iran zachodnie media - szufladka z napisem terroryści, szaleńcy, bomba atomowa, ekstremiści religijni, kobiety w czadorach, brodaty facet w taniej kurtce. Nie twierdzę, że Iran nie ma poważnych problemów z przestrzeganiem praw człowieka czy demokratyczną praworządnością. Rzecz w tym,  że  traktowanie Iranu jako jeszcze jednego zacofanego kraju z Bliskiego Wschodu, w którym rządzi krwawy reżim jakichś tam talibów czy ajatollahów to bardzo grube nieporozumienie. Wszystkim, zarówno  niedowiarkom jak i tym szczególnie zainteresowanym Iranem, polecam zbiór reportaży  Marka Kęskrawca  Czwarty pożar Teheranu, który jednoznacznie rozprawia się ze stereotypami na temat Persji i cierpliwie tłumaczy zawiłości zarówno sytuacji  wewnętrznej jak i geopolitycznej Iranu. Książka jest nieprzebraną skarbnicą informacji na temat współczesnego Iranu, którą, ułożoną w krótkie, treściwe rozdziały, czyta się jednym tchem. Wyłania się z niej fascynujący obraz kraju, którego najbardziej charakterystyczną cechą nie jest wcale  religijność, a po prostu paradoks.

Weźmy na przykład sytuację kobiet, które bez zezwolenia krewnego nie mogą  opuszczać miejsca zamieszkania i muszą ściśle przestrzegać zasad ubioru. Równocześnie jednak na uniwersytetach stanowią 60% wszystkich studentów. Ciekawostką jest również, że w Teheranie istnieje korporacja taksówkowa zrzeszająca 700 kobiet. Ile kobiet jeżdżących taksówką znajdziecie w Warszawie? Antyimperializm? W Teheranie zrobicie zakupy nie gorsze niż w europejskich miastach, obecne są tam zarówno popularne sieciówki, jak i luksusowe marki. Na gigantycznych billboardach zobaczycie modelki Dolce & Gabbany, bynajmniej nie ukrywające się za czadorami. Antyamerykanizm? Fakt, za zakupy nie będziecie mogli  zapłacić amerykańskimi kartami Visa czy Mastercard, ale puszkę Coca Coli kupicie bez problemu. Ba, produkują ją spółki należące do ajatollahów. Zresztą według badań przeprowadzonych w 2008 roku społeczeństwo irańskie, chyba trochę na przekór Ahmadineżadowi, jest jednym z najbardziej proamerykańskich narodów na Bliskim Wschodzie. Restrykcyjna obyczajowość? Kraj, gdzie za homoseksualizm grozi kara śmierci, jest równocześnie rajem dla transeksualistów. Tylko w Tajlandii wykonuje się więcej zmian płci. Ba, w Iranie rząd wręcz udziela pożyczek na tego typu zabiegi. Iran to królestwo operacji plastycznych - wykonuje się tu 35 tysięczny operacji nosa rocznie (dla porównania w Wielkiej Brytanii kilkakrotnie mniej). Ekstremiści religijni? Choć w Iranie obowiązuje radykalna teokracja, według Instytytu Gallupa to jeden z najbardziej laickich krajów Bliskiego Wschodu - tylko 13% badanych opowiada się  obecnie za prawem koranicznym.  Zacofanie? W kraju, który płynie ropą, paradoksalnie brakuje rafinerii i stacji benzynowych. Za to jednak Irańczycy klonują kozy i budują elektrownie atomowe. Korzystają masowo z zakazanych anten satelitarnych,  z często inwigilowanego internetu (23 mln użytkowników!), serwisów społecznościowych, zakładają blogi. Usiłują wyjść z zamknięcia, które niejako sami sobie narzucili.

No właśnie to, co odróżnia Iran od innych krajów dręczonych terrorem władz, to fakt, że rewolucja z 1979 była decyzją narodu. Mało kto zdaje sobie dziś sprawę, że właściwie dopiero trzydzieści lat temu Iran zdobył swoistą niepodległość, wyzwalając się ze szpon interesownych mocarstw zachodnich, które raz za razem ingerowały w politykę wewnętrzną kraju, żeby wspomnieć jedynie zamach stanu z 1953 zorganizowany przez CIA. Antyamerykanizm Iranu nie wziął się znikąd, a już na pewno nie z kompleksów Ahmadineżada. Trzeba pamiętać, że w czasie wojny irańsko-irackiej Stany Zjednoczone i inne państwa Zachodu wspierały po cichu Saddama Husseina dostarczając mu komponentów służących do produkcji broni chemicznej, której ten używał na irańskiej i kurdyjskiej ludności. A samolot pasażerskich irańskich linii, który przez przypadek zestrzelili Amerykanie? A wiedzieliście, że po 11 września 2001 Iran współpracował ściśle z USA dostarczając Waszyngtonowi informacji wywiadowczych o talibach ? Szkoda tylko, że chwilę później Bush wpisał Iran na listę krajów należących do osi zła, po raz kolejny nabijając Teheran w butelkę. Nie dziw, że w 1979 Irańczycy postanowili wziąć kraj w swoje ręce zawierzając go tym najbardziej wiarygodnym - pozbawionych zakusów na władzę i dobrobyt duchownym. Rzecz w tym, że chcieli aby powstała islamska republika, z naciskiem na republikę, a wyszło, jak zauważa Kęskrawiec, dokładnie odwrotnie.

Nie sposób przedstawić wszystkich argumentów, które przytacza autor książki, tłumacząc sobie i czytelnikom zawiłą sytuację Iranu. Nic nie jest tam czarno i białe, a już na pewno nie jest takie, jak to przedstawiają nam zachodnie media. Weźmy chociażby bombę atomową, którą ostatnio regularnie straszą nas Wiadomości. Dla porządku: bombę atomową mają w pobliżu Izrael, Pakistan i Indie, które w odróżnieniu od Iranu, nigdy nie przystąpiły do układu o nierozprzestrzenianiu broni i nie wpuściły do siebie inspekcji międzynarodowych. Prace nad bombą atomową na etapie zbliżonym do Iranu prowadzą obecnie Japonia, Australia, Argentyna, Korea Południowa, Brazylia, RPA. Wiedzieliście o tym? Taką sztuczną nagonkę mieliśmy już w 2003, tuż przed atakiem na Irak, który wbrew gorliwym zapewnieniom Stanów Zjednoczonych, broni masowego rażenia nigdy nie posiadał Oby tym razem światowa opinia publiczna okazała się trochę mniej naiwna.

Wracając do książki Marka Kęskrawca, jej drugą, obok bogactwa informacji, zaletą  jest aktualność. Napisana została raptem w 2009, kiedy przez Teheran i inne perskie miasta przechodziła fala zamieszek związanych z wyborami prezydenckimi.  I właśnie fakt, że autor był w centrum wielu wydarzeń, które opisuje, przybliża go do Ryszarda Kapuścińskiego i jego Szachinszacha sprawiając poniekąd, że Czwarty pożar Teheranu można traktować jako kontynuację perskiej sagi. Muszę przyznać jednak, że nie zgadzam się  z opiniami, jakie dane mi było czytać, że obu dziennikarzy łączy podobny styl pisania, czy że Kęskrawiec jest nowym Kapuścińskim. Styl, w jakim są napisane  reportaże jest pozbawiony polotu i artystycznego zacięcia, które zachwycały u Kapuścińskiego. Choć, owszem, mam wrażenie, że Kęskrawiec próbował korzystać ze literackich sztuczek mistrza ubarwiając tu i ówdzie swoje opowieści bądź przyjmując podobny styl pisania, co zresztą  miejscami przypomina bardziej zapożyczenia niż inspiracje (vide: rozdział o szachu Pahlavim). Ciągle zastanawiało mnie też, jak to możliwe, że dziennikarzowi udawało się zawierać tak wiele znajomości, analizować filmy i programy telewizyjne przy braku znajomości farsi. Nie wątpię, że autor rzeczywiście ma całe mnóstwo przyjaciół wśród teherańskiej bohemy, ani że Irańczycy są niezwykle gościnni, a jednak niektóre opowieści momentami lekko zgrzytały.

Na koniec przytoczę motto, jakie dla swojej książki wybrał autor. Irańczycy już dawno przestali wierzyć w perskie bajki, o czym świadczą chociażby wydarzenia po ogłoszeniu wyniku wyborów prezydenckich. Teraz również my powinniśmy powoli przestać brać za pewnik to, co opowiadają nam magiczne, gadające pudełka. Nasze gadające głowy wcale nie są bardziej prawdomówne niż brodata głowa prezydenta Iranu.

Pewien mułła beszta dwóch wieśniaków bijących pokłony przed urną do głosowania: - Dlaczego wielbicie tę skrzynkę, niedowiarki? -Czcigodny mułło, ona dokonała cudu: cała wieś wrzuciła do środka Qasema, a wyszedł z niej Jusuf.

środa, 12 stycznia 2011

Było już po zachodzie słońca, siąpił drobny, uparty deszcz, przez piazzetta di Palazzo Reale ciągnęła się kilkusetmetrowa kolejka kolorowych parasoli czekających na wejście na wystawę  dzieł Salvadora Dalì. Obeszłam ją z ulgą, wchodząc bocznym wejściem do pustych, ciepłych, czerwonych pomieszczeń, które goszczą retrospektywę prac Mikalojusa Konstantinasa Čiurlionisa.

Čiurlionis to prawdopodobnie najwybitniejszy artysta pochodzenia litewskiego przełomu XIX i XX wieku. Jego pracami inspirowali się Kandinsky i Rothko. Określa się go jako przedstawiciela symbolizmu i prekursora abstrakcjonizmu. Najbardziej intrygująca w jego twórczości jest oniryczność światów, które maluje. Mgły, chmury, przeźroczystości, momenty przejścia nocy w dzień, pastelowa kolorystyka to charakterystyczne elementy jego obrazów. To przenikanie się światów wychodzi jednak poza samą technikę malowania. Rozprzestrzenia się na ogólne pojęcie sztuki. Według Čiurlionisa nie ma granic pomiędzy sztukami. Muzyka łączy poezję i malarstwo, ma swoją architektonikę. Malarstwo może posiadać także takąż architektonikę jak muzyka i w farbach wyrażać dźwięki.

Artysta urodził się jako cudowne dziecko... muzyki. W wieku trzech lat potrafił już grać ze słuchu, a rok później czytać nuty. Skończył warszawskie konserwatorium, stworzył ponad dwieście utworów muzycznych. Potrzeba nowej formy ekspresji przyszła przed trzydziestką, kiedy zaczął naukę rysunku i malarstwa. W czasie studiów zainteresował się ezoteryką i astrologią. I ciągle zajmował się muzyką. Te wszystkie pasje znalazły swoje ucieleśnienie w jego twórczości.  Muzyka Čiurlionisa była pełna poezji, malarstwo pełne muzyki i mistyki. Dla swoich obrazów często zapożyczał muzyczne nazewnictwo. Namalował wiele sonat, preludiów, symfonii. Jego obrazy to cykle muzyczne, astrologiczne, biblijne. Wszystkie żyjące gdzieś na granicy gatunków sztuki, na granicy snu i rzeczywistości, magiczne,  tajemnicze, eklektyczne. Dokładnie takie jak ich autor.

Kiedy wychodziłam z wystawy, wężyk kolorowych parasoli był krótszy. Deszcz jednak ciągle siąpił. Na chodniku z kostek brukowych lśniły kałuże oświetlane słabym światłem latarni.  Odbijały się w nich stłumione zmierzchem kolory parasoli i plakatów. W jednej kałuży swojego wąsa  skubał Dalì, w drugiej skrzydłami delikatnie ruszał anioł Čiurlionisa. Ciekawe, dokąd doleciałby, gdyby litewski artysta nie zmarł w wieku 35 lat. Jakie światy próbowałby jeszcze odkryć, dokąd zawędrowałaby jego sztuka?

 

Cmentarz litewski

 

Stworzenie świata

 

 

Adoracja słońca

 

Anioły (Raj)

 

Sonata nr 3 Andante

 

Preludium Anioła

piątek, 07 stycznia 2011

Do Lizbony udało się nam dotrzeć dopiero za drugim podejściem i to zaledwie na kilka godzin przed końcem 2010. Sylwestrowy wieczór upłynął nam spokojnie na kolacji w małej knajpce i spacerach w dzielnicy Bairro Alto, która słynie z nocnego życia. Nie uraczyłam jednak legendarnych tłumów młodych ludzi, którzy w Bairro Alto imprezują zazwyczaj przed barami, a nie w  ich wnętrzach. Pewnie zatrzymały ich w domach te straszne zimowe temperatury - w końcu było jedynie 15 stopni na plusie. Lizbona w tych dniach wydała się mi wyjątkowo opustoszała i senna.  Puste były uliczki Bairro Alto czy Alfamy, puste było metro, sklepy pozamykane,  tylko w cukierni w Belém tłumy zajadały się lokalnymi słodyczami. Ale po kolei.

 

Tramwajowa winda w kierunku położonej na wzgórzu dzielnicy Bairro Alto

 


Wieczór sylwestrowy w Bairro Alto. Spokojnie, prawda?

 

Nowy Rok rozpoczęliśmy śniadaniem  w parku Jardim da Estrela, w kawiarni otoczonej jeziorkami pełnymi ptactwa. W południe temperatura osiągnęła 18 stopni, a przez gęste  chmury przebijały się promienie słońca. Jak na styczeń, przyznacie, doskonałe warunki do siedzenia w parku. Po raz pierwszy i nie ostatni spróbowaliśmy portugalskiego espresso bica, które od razu zdobyło uznanie eF (o co bardzo trudno w jego przypadku - ci Włosi...) i ruszyliśmy dalej.

Nie bez przypadku za początek naszej Lisbon Story wybrałam okolice placu da Estrela. To właśnie stąd rusza tramwaj legendarnej linii 28, która przejeżdża przez najbardziej malownicze zakątki Lizbony, pnąc się po stromych i wąskich uliczkach najstarszych dzielnic miasta. Nie raz przejeżdża tak blisko murów, że można zajrzeć komuś do domu albo ściągnąć wiszące w oknie pranie. Albo powiesić swoje.

 

Najstarsze tramwaje w Lizbonie pochodzą z 1910 roku.


Tramwaje nie zawsze są żółte - często obklejone są kolorowymi reklamami.

 

No właśnie, oprócz starych, żółtych tramwajów wiszące w oknach pranie to chyba najbardziej kuriozalna i równocześnie fascynująca cecha starej Lizbony. W lekko powiewającej na wietrze  bieliźnie  ukryta jest jakaś apoteoza prostoty, jakaś amatorska poezja przysłonięta  prozaicznym życiem. Może czyni to światło, które przebija przez suszącą się bawełnę, a może kolory, które ożywiają szare mury, a może zapach świeżego prania, który roznosi wiatr. Jest w tym praniu coś fascynującego, nie bez powodu uwielbiam je fotografować. Nagłówkowaliśmy się nad tym lizbońskim fenomenem  z eF. Zaskakujące było zobaczyć tyle sznurów z praniem w zimie, przy mało słonecznej pogodzie, w pobliżu głównych skrzyżowań. Widocznie Lizbończycy nie mają kaloryferów ani suszarni, za to strasznie dużo piorą.

 

Dzielnica Alfama

 

Dzielnica Alfama (Sant Apolonia)

 

Z tramwaju 28 wyskoczyliśmy na wysokości punktu widokowego przy zamku Sao Jorge, skąd roztaczała się przepiękna panorama na całe miasto. Stąd rozpoczęliśmy spacer  w dół w kierunku rzeki Tag. Uliczki najstarszej dzielnicy Lizbony Alfamy są jedyne w swoim rodzaju. Zamieszkane kiedyś głównie przez rybaków, cudem nietknięte w czasie słynnego trzęsienia ziemi w osiemnastym wieku,  dziś odrapane, o spłowiałych kolorach mają niepowtarzalne piękno i światło.

 

 

 

W ukrytych zaułkach, gdzie ściany ciągle wyłożone są niebieskimi azulejos kryją się rodzinne restauracje, do których jedynym sposobem na dotarcie jest kierowanie się zapachem grillowanych sardynek. Niezwykle proste w wystroju,  serwują tradycyjne rybne dania, głównie na bazie sardynek i dorsza. W jednej z nich zatrzymaliśmy się na lunch (Calçada di São Vicente 25 albo obok). Prowadzona była przez trzy starsze panie, które nie dysponowały ani menu, ani znajmością angielskiego, a jedynie  doskonałymi umiejętnościami kulinarnymi. Ich mus z mango wyciągnięty na koniec obiadu ze zwyczajnej lodówki stojącej w rogu restauracji był wyśmienity! Początkowo mieliśmy zamiar wrócić tam jeszcze raz na wieczorną kolację, która zakończona miała być koncertem muzyki fado. Ale po południu zarezerwowaliśmy stolik w innym miejscu, które miałam na tajemnej liście miejsc wartych odwiedzenia w Alfamie. Nie wiem, jak udał się wieczór u trzech pań, ale na pewno nasz nie był gorszy. Ba, śmiem twierdzić, że nie miał sobie równych! Kolacja w A Baiuca okazała się jednym z najbardziej niesamowitych wieczorów w moim życiu. Ale o tym następnym razem...

 

A tymczasem, jeżeli macie ochotę na więcej zdjęć, zapraszam na mój drugi blog.

czwartek, 30 grudnia 2010

Ile razy w tym roku odkrywaliście Amerykę, byliście pozytywnie zaskakiwani niepozornymi okładkami książek, które otwierały nowe światy, prosto brzmiącymi nazwami dań, pod którymi kryło się niebo w gębie albo newsami, o których wszyscy już dawno wiedzieli? A ile razy zdarzyło się Wam odkryć rzeczy, które dla innych były codziennością, a dla Was okazały się zupełnie nowym lądem?  Jakie były Wasze Ameryki w tym roku?

Zacznę ja - oto moje małe odkrycia mijającego roku:

Róża - klasyczna,  dla wielu wręcz mdła i kojarząca  się ze starszymi paniami, okazała się moim przebojem roku. A dokładnie mówiąc różany smak i zapach w postaci perfum, naparów do picia, toniku do twarzy, wody różanej w słodyczach, lodów o smaku róży itd.  Kocham je wszystkie, bez różnicy.

Marynarki -  pojawiły się w mojej szafie po raz pierwszy od czasów tego czegoś przypominającego żakiet co kupiłam lata temu na egzamin maturalny. Nagle okazało się, że wystarczy znaleźć odpowiedni fason (a jest ich bez liku), żeby wyglądać w nich po ludzku.

Comptoir des Cotonniers - jak już jesteśmy przy ciuchach, to ta francuska marka, której nazwę jeszcze uczę się wymawiać, zrobiła furrorę w mojej szafie i trochę mniejszą w portfelu. Tu kupiłam moją ulubioną pasiastą koszulkę i wielką kurtkę, która chroni mnie przed tegorocznymi mrozami. J’adore.

Current TV - kanał telewizyjny założony przez Al Gora, który specjalizuje się w filmach dokumentalnych odsłaniających kulisy światowej polityki i przybliżających problemy społeczne i ekologiczne. Jego włoska wersja idzie zdecydowanie pod prąd zalewającej nas tandecie telewizyjnej.

Risotto alla trevisana e scamorza - czyli zestaw doskonały, który mogłabym jeść bez końca. Raz, że pokochałam włoskie risotta, a dwa, że trevisana i scamorza, czyli  czerwona cykoria i ser wędzony, to para idealna. Od żołądka do serca, jak to mówią.

Teterie w Grenadzie - bajkowe w wyglądzie, czarujące zapachami, zapraszające na świeżo zaparzoną marokańską herbatę i orientalne słodycze nawet przy 45 stopniach.  Zdecydowanie czuję miętę do takich miejsc.

Alterkino.org - dość kontrowersyjny serwis internetowy poświęcony alternatywnym filmom. Nie wszystko musi się podobać, ale zdecydowanie warto tam zaglądać w poszukiwaniu inspiracji i kinowych alternatyw.

The Strokes - do niedawna znałam tylko nazwę, której nie łączyłam z żadnymi konkretnymi dźwiękami. Jakoś bardzo wyrafinowanej Ameryki nie odkryłam, ale dobrze się mi ich słucha. Szczególnie You Only Live Once. Najlepiej w kółko.

Bazylia w doniczce - odkryłam, jak zrobić aby sadzonki bazylii kupowane chociażby w supermarketach przeżywały dłużej niż kilka tygodni. Otóż po latach eksperymentów z podlewaniem i nasłonecznianiem wywnioskowałam, drodzy przyjaciele ogrodnicy, że bazylii trzeba po prostu zapewnić  dużo większą doniczkę! Wtedy zaczyna kwitnąć jak szalony, odporny na wszystko perz (z całą sympatią dla perzu). Tak, tak, już mi zaproponowano napisanie książki ogrodniczej. Tytuł pierwszego rozdziału będzie brzmiał Wzrokiem Bazyliiszka, a drugiego Pomięte marzenia.

 

W Nowym Roku życzę Wam, drodzy czytelnicy, odkrycia wielu Nowych Światów. I pamiętajcie, że nie szkodzi, że ktoś tam dotarł już przed Wami. Ważne, że dotarliście i Wy. Szczęśliwej podróży!

 

PS O dacie wydania książki ogrodniczej i spotkaniach autorskich będę informować na bieżąco.

22:44, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (15) »
sobota, 11 grudnia 2010

Film zaczyna się niewinnie - ot, młoda matka z synem Akirą właśnie wprowadziła się do nowego mieszkania i przedstawia się sąsiadom. Chwilę później następuje komiczny moment zaskoczenia - z walizek, które nowi mieszkańcy z wysiłkiem wnoszą do domu, wśród tłumionych chichotów wyskakuje kilkuletni chłopczyk i jego młodsza siostrzyczka.  Wieczorem cichaczem pojawia się jeszcze jedna dziewczynka. Zaczynamy się przyglądać tej tajemniczej rodzinie. Poznajemy motywy, dla których  trójka młodszych dzieci się ukrywa, dlaczego nie chodzą do szkoły ani nawet nie mogą wyjść pobawić się przed domem. Nie wyglądają jednak na nieszczęśliwe, radośnie witają mamę, która wraca z pracy późnymi wieczorami, czekają na nią z kolacją i odrobionymi ćwiczeniami. W miarę jak poznajemy tę nietuzinkową rodzinę, układanka zaczyna się jednak burzyć. Niewinna i lekka  historia zaczyna nabierać zupełnie innych barw...

 

 

Film Hirokazu Kore-edy, doskonale znanego miłośnikom japońskiego kina, powstał na podstawie prawdziwej historii, której główne wydarzenia miały miejsce w Tokio w 1988 roku.  Ekranowa wersja jest jednak znacznie złagodzona i pomija niektóre, mocne wątki. Reżyser świadomie odrzuca sensacyjność tych zdarzeń, skupiając się na dzieciach, a przede wszystkim na najstarszym synu, któremu przypada szczególna rola w tej historii. Podglądamy jego dojrzałość i poczucie odpowiedzialności za rodzeństwo, ale równocześnie poznajemy go jako nastolatka, który che przebywać z rówieśnikami, być taki jak oni. Świat dzieci potrafi być jednak brutalny i bezkompromisowy: albo grasz według naszych reguł albo jesteś sam. Widzimy to na przykładzie Akiry i jego kolegów, ale również ich koleżanki, która zaprzyjaźnia się z rodziną.  Wewnętrzne rozterki dzieci, a przede wszystkim Akiry, pokazane są niezwykle subtelnie, bez zbytecznych gestów, słów czy podnoszenia głosu. Nie bez powodu Yûya Yagira odebrał nagrodę za najlepszą rolę męską na festiwalu w Cannes.

 

 

Ta historia to metafora japońskiego społeczeństwa, którą łatwo jednak przypisać wszystkim nowoczesnym krajom. Nobody knows, nikt nie wie, co się dzieje w tym niewielkim mieszkaniu ponieważ zamknięci na swoich metrach kwadratowych, zajęci własnymi sprawami i w imię poszanowania prywatności nie zaglądamy do sąsiadów obok. To obraz o byciu samotnym i wyalienowanym w przepełnionym ludźmi mieście, o społecznej obojętności, przerażającym braku solidarności. Standardem jest być niewidocznym, nie wchodzić sobie w drogę, co sugerują już pierwsze minuty filmu, kiedy matko Akiro przedstawia syna sąsiadom: na pewno nie będzie nikomu przeszkadzać, zapewnia. Należy żyć tak, aby nikt nie wiedział, że tu jesteśmy. Wyróżnianie się, proszenie o pomoc może przynieść tylko negatywne skutki. Nie bez przyczyny pewnie jedyną osobą, która w filmie pomaga rodzinie jest niepełnosprawna dziewczyna pracująca w supermarkecie.  Jej niepełnosprawność, inność, empatia i wrażliwość odróżnia ją od pełnosprawnego, zimnego, obojętnego społeczeństwa. Kore-eda krytykuje nowoczesne społeczeństwa i  przypomina ważne pytania o poczucie odpowiedzialności - tej rodzicielskiej, braterskiej, obywatelskiej, które we współczesnym świecie zupełnie straciły znaczenie.

 

 

Ta historia ma wielki melodramatyczny potencjał, ale w najmniejszy sposób o tani  melodramat się nie ociera. Scena, w której mała, przeszczęśliwa Yuki wychodzi z domu w dniu urodzin w piszczących sandałkach nie przyprawia o łzy, ale  porusza na tyle, że zapamiętamy ją na długo. Kore-eda genialnie buduje emocje w tym filmie. Przedstawia sceny, jakby były najnormalniejsze w świecie i widz dopiero po chwili łapie się na tym, że przecież to, co widzi normalne nie jest. Reżyser prowadzi opowieść w bardzo oszczędny, subtelny i wyważony sposób, nie posiłkuje się  tanimi zabiegi aby podkreślić dramatyzm tej historii.  Nie musi tego robić bo jego metoda działa jeszcze lepiej.

Nobody knows (w polskiej wersji Dziecięcy świat) to  jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w tym roku (nie jest to jednak film nowy - pochodzi sprzed 5 lat). Może jest trochę za długi, czasami jednak warto zwolnić nasz codzienny pęd. Takiemu artyście jak  Hirokazu Kore-eda zdecydowanie warto poświęcić swój czas.

 

 

czwartek, 02 grudnia 2010

 

 

Filmy nakręcone na podstawie powieści zawsze rozczarowują rozbieżnością  wyobrażeń czytelnika i wizji reżysera. Historie zostają pozbawione naszych ulubionych smaczków i ważnych dla nas wątków, aktorzy w niczym nie przypominają naszych bohaterów, wszystko zgrzyta i  denerwuje. Tego samego spodziewałam się po adaptacji ekranowej Samotności liczb pierwszych Paolo Giordano, ale mimo wszystko bardzo chciałam zobaczyć ten film ze względu na reżysera. Saverio Costanzo to młody włoski twórca, który przed Samotnością nakręcił zaledwie dwa filmy fabularne, ale już swoim pierwszym dziełem, bardzo intymną historią o palestyńskiej rodzinie zatytułowanym Private podbił moje serce. Jego spotkanie z prozą Paolo Giordano zaintrygowało mnie od chwili, kiedy o nim usłyszałam. Nic dziwnego więc, że jak tylko film pojawił się we wrześniu we włoskich kinach, ruszyłam na konfrontację.

Tym, którzy nie mieli okazji czytać powieści ani mojego wpisu o niej, śpieszę wyjaśnić, że książka to historia Mattii i Alice, którzy po traumach przeżytych w dzieciństwie wyrastają na wyalienowanych i zagubionych ludzi. Choć łączy ich wieloletnia przyjaźń, nie potrafią się do siebie zbliżyć. Przypominają liczby pierwsze, które choć bliskie sobie, nigdy nie spotkają się w jednym szeregu ramię w ramię.

Samotność liczb pierwszych to pierwsza adaptacja filmowa, która mnie nie rozczarowała. Owszem, jest zupełnie inna niż książka, inna niż wyobrażenia, jakie o niej miałam, ale nie zgrzyta.  Film  jest bardzo autorską interpretacją reżysera, który inteligentnie ingeruje w scenariusz (napisany wspólnie z autorem książki), zupełnie wywracając do góry nogami charakter i atmosferę tej historii. Powieść napisana jest bardzo minimalistycznym, precyzyjnym językiem, bije od niej chłód i melancholia. Film za to kipi  pop-rockową muzyką z lat 80,  zdecydowanymi, mrocznymi barwami, mocnymi emocjami. Miejscami manierą przypomina wręcz sentymentalny horror z muzyką, która sugeruje mrożące krew sceny (zerknijcie na zwiastun filmu). Ta formuła nieźle się sprawdza podkreślając dramatyczne przeżycia bohaterów, ale przede wszystkim kotłujące się w nich emocje, przeżyte upokorzenia i wyrzuty sumienia, które przez całe życie usiłują ukryć i zapomnieć. Ten kontrast wirującego,  głośnego świata i ich zagubionych, jakby zastygłych w czasie sylwetek, uderza przez cały film i zapada w pamięć.

Costanzo skupia się w filmie na cielesności bohaterów, która odzwierciedla ich wewnętrzne problemy. Podobnie jak w książce, Alice walczy z anoreksją (Alba Rohwacher, fenomenalna włoska aktorka, jest filmie naprawdę przerażająco wychudzona), podczas gdy Mattia, który w dzieciństwie kaleczył ciało nożem,  z wiekiem coraz bardziej przybiera na wadze (brak tego motywu w powieści).  Ten prosty zabieg pokazuje jak tych dwoje zamiast przybliżać się do siebie, coraz bardziej się od siebie oddala. Przede wszystkim jednak sugeruje, jak bardzo  oboje nienawidzą swojej powłoki, jak źle czują się w swojej skórze, nie akceptują siebie. Próbują uciec od samych siebie.

Film Costanzo to bardzo odważna konfrontacja z bestsellerową we Włoszech powieścią, konfrontacja, która większość widzów solidnie rozczarowała. Mnie ten obraz również miejscami irytował intensywnością,  zbyt głośną muzyką, pustymi dialogami, brakiem chronologii, swoistym chaosem i krzykliwością.  Ale przyznam, że ta adaptacja również zupełnie mnie zaskoczyła i zelektryzowała.  Zachwyciła mnie stroną wizualną. Zmiany w scenariuszu  przesunęły w tej historii akcenty, wydobywając dodatkową dramaturgię, przekaz powieści jednak się nie zmienił. Liczb pierwszych jest nieskończenie dużo.  Świadomość, że nie jesteśmy jedyni, wzmacnia, ale nie pomaga zbliżyć się do innych.

 

 

 

 

 

niedziela, 28 listopada 2010

Bohaterowie powieści Yiyun Li mieszkają w chińskim mieście  o smutnej nazwie Błotnista Rzeka, gdzie każda rodzina zajmuje identyczny domek zbudowany na planie kwadratu o boku czterech i pół metra.  Jest rok 1979, skończyła się rewolucja kulturalna, ale reżim ciągle nie zelżał. Tytułowi Włóczędzy to rozczarowany życiem nauczyciel Gu, mała, niekochana przez rodziców Nini o zniekształconej twarzy, radiowa spikerka Kai stojąca po złej stronie barykady, dobroduszne małżeństwo Hua zamiatające każdego ranka ulice miasta czy Tong z wiejskim akcentem, który chce wyrosnąć na miejskiego pioniera. Bo włóczęgą można być w rodzinnym domu,  podobnie jak można być uciekinierem we własnym kraju, czuć się obco i samotnie wśród bliskich, być zagubionym w codziennej rzeczywistości. Bohaterowie włóczą się więc własnymi ścieżkami po mapie miasta, a ich losy krzyżują się co jakiś czas za sprawą młodej kobiety o imieniu  Shan. Dziewczynę zna całe miasto, jej zdjęcie wisi na wszystkich słupach ogłoszeniowych. Shan jest kontrrewolucjonistką, która za  sprzeniewierzenie się ideom państwowym została skazana na śmierć.

Powieść chińskiej autorki, która od kilkunastu lat mieszka w Stanach Zjednoczonych, ma  wyraziste  tło polityczne. Poznajemy absurdalne mechanizmy podejmowania decyzji na szczycie władz, ale przede wszystkim wyniszczone przez reżim społeczeństwo, które boryka się z biedą, zimnem, koszmarnym głodem i bezmyślnym okrucieństwem. Yiyun Li opowiada milion ludzkich historii w jednej.  Z bliska przygląda się perypetiom głównych bohaterów, a czasami jakby unosi się nad Błotnistą Rzeką i zagląda dodatkowo do domów anonimowych mieszkańców wspominając i przepowiadając ich losy. W jej świecie urzędnicy państwowi skazują na śmierć aby przypodobać się szefom i dostać w przydziale telewizor, dzieci zabijają z głodu zwierzęta, a rodzice nie kochają swoich  córek. Nie ma tu  ludzi niewinnych, po prostu dobrych, albo po prostu złych. Autorka  żongluje naszymi uczuciami wobec bohaterów, ciągle konfrontuje nasze sympatie niespodziewanie odkrywając nowe aspekty życia mieszkańców Błotnistej Rzeki. Skłania nas do przyznania, że często żyjemy własnym wyobrażeniem innych ludzi i ich czynów i często jesteśmy bardzo dalecy od prawdy.

Pomimo że historie opisane przez Yiyun Li są dość ciężkiego kalibru, książkę świetnie się czyta. Wbrew pozorom jest lekka, swobodnie lawiruje między wątkami, nie popada w patos, ani nie paraliżuje czytelnika. Język pisarki jest barwny, ale nie przekoloryzowuje. Drażni, ale nie odpycha. Jest szorstki, ale nie pozostawia nas obojętnymi. To książka fantastycznie wyważona. Jednoznacznie ocenia chiński reżim,  ale skupia się na uniwersalnych relacjach międzyludzkich i odpowiedzialność za własne czyny przypisuje jednostkom. Yiyun Li to autorka zdecydowanie warta zapamiętania.

czwartek, 25 listopada 2010

Nasza wizyta w Rzymie zbiegła się z rozpoczęciem lokalnego festiwalu filmowego. Nie byłabym sobą, gdybym zajrzała  do programu pokazywanych filmów, po czym potrafiła odmówić sobie wieczoru w rzymskim Auditorium, gdzie stworzono festiwalowe miasteczko. Uwielbiam atmosferę festiwali filmowych, pełną oczekiwania ekscytację widzów i twórców tuż przed seansem, spontaniczne dyskusje przy kieliszku czerwonego wina po projekcji, tę witalną otoczkę, jaką takim imprezom zapewniają zakochani w kinie i sobie młodzi ludzie. Przebywanie w takich miejscach, zawsze daje mi dodatkową energię, którą wysysam niczym ekranowy wampir z niewinnych kinomaniaków.

Raczkująca dopiero, bo pięcioletnia, impreza zorganizowana została w Rzymie z wielką pompą, a ambicjami równa się czołowym festiwalom na świecie. Pierwszy raz byłam na tak  dużej imprezie, co okazało się, przyznam, ciekawym doświadczeniem. Filmy konkursowe były dość interesujące, ale  dodatkowo organizatorzy  świętowali pod egidą festiwalu wszystkie możliwe premiery, które zbiegły się w czasie z trwaniem imprezy. Najazd hollywoodzkich gwiazd przyciągał więc nie tylko miłośników kina ale i tabloidów. Śmiesznie było stać w tłumie otaczającym czerwony dywan i wsłuchiwać się w okrzyki zbieraczy autografów na widok poszczególnych osób wyskakujących z gracją z lśniących limuzyn: och, Orlando Bloom (akurat, jakiś włoski aktor...), o! Eva Mendez (aha, może dwa dni wcześniej). Jedynie, kiedy pojawił się Martin Scorsese, nie było wątpliwości, że to on. Ja sama najbardziej ucieszyłam się, kiedy w sali kinowej na projekcji swojego filmu pojawiła się osobiście Susanne Bier. O jej nowym filmie już pisałam, a później z satysfakcją zanotowałam, że In a better world zdobył na festiwalu nagrodę jury oraz  publiczności, co wróżyła owacja na stojąco, jaką na koniec seansu widzowie zgotowali  reżyserce i aktorom.

Festiwal, nad którym czuwa dobry duch Federico Felliniego,  w tym roku celebrował 50 urodziny La Dolce Vita. Nasz filmowy wieczór  nie mógł więc zakończyć się inaczej niż spacerem po pogrążonym we śnie Rzymie szlakiem Anity Ekberg i wizytą przy fontannie di Trevi. Kiedy tam dotarliśmy, pan sprzedający prażone kasztany szepnął nam w tajemnicy, że Marcello i Sylvia właśnie zniknęli za rogiem...

 

 

 

 

 

niedziela, 21 listopada 2010

Pewnie słyszeliście o fejsbukowej akcji powrotu do dzieciństwa. Moi włoscy znajomi na gwałt zmieniają swoje awatary w profilach. Trwa inwazja japońskich księżniczek, bohaterów o nadprzyrodzonych mocach i sprytnych złodziejaszków. Wszyscy cofają się w czasie do swoich ulubionych dobranocek i ich bohaterów, którzy dla mnie pozostają zupełnie anonimowi. Oni wychowali się na japońskiej mandze, ja na czechosłowackich i radzieckich kreskówkach. Ich bajki były pełne nowoczesnych, kolorowych bohaterów o nadprzyrodzonych mocach,  którzy w każdym odcinku ratowali świat, moi byli trochę szaro-burzy, z bardziej przyziemnymi przygodami, które uczyły, czym jest uczciwość, przyjaźń, mądrość i miłość do zwierząt. Nie wiem, ile dobrego w nas te dobranocki zostawiły, ale nie zamieniłabym ich na inne za żadne skarby świata.

Oglądam sobie stare dobrancki i nie mogę przestać się uśmiechać i nucić pod nosem. Ależ ten Bonifacy był antypatyczny, a Reksio rezolutny! A Miś Uszatek strasznie przemądrzały, każdą bajkę kończył morałem. A wiedzieliście, że Pszczółka Maja była japońską bajką, a Zbigniew Wodecki śpiewał tylko w naszej wersji? Ileż straciły dzieci z innych krajów! Potraficie jeszcze rozróżnić Bolka i Lolka? Ja musiałam się chwilkę zastanowić. Ale Smurfy potrafię ciągle wyliczyć co do jednego.

Jednak ze wszystkich dobranocek najbardziej na świecie lubiłam... Partoków. Wszyscy znali ich pod nazwą Sąsiedzi, a Partokami ochrzciła ich kilkuletnia Pyza, która zawsze z niedowierzaniem patrzyła na nieporadność bohaterów bajki. Dopiero niedawno odkryłam, że nazywali się Pat i Mat, bo to, że byli największymi kretynami w historii kreskówek, wiem od lat dwudziestu. Ale też nikt inny nie odznaczał się taką kreatywnością, humorem i optymizmem. Nic nie było ich w stanie zatrzymać, ani uciekająca zakrętka od butelki, ani za wysoka choinka.

 

 

A jakie były Wasze ulubione dobranocki? Na jakiego bohatera zmienilibyście dziś wasze zdjęcie na fejsbukowym profilu?

16:05, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (30) »
poniedziałek, 15 listopada 2010

Przyznam, że znacznie bardziej niż rzymskich zabytków ciekawa byłam  samego miasta i jego mieszkańców. I nie chodziło mi po prostu o włoskość, która jest już dla mnie codziennością, ale o specyficzną rzymskość, o której tyle się nasłuchałam: żywiołowy sposób bycia południowych Włochów (tak różnych od powściągliwych Mediolańczyków), ich charakterystyczny akcent, kuchnię i całe mnóstwo innych legend. Starałam się chłonąć  miasto wszystkimi zmysłami, podsłuchiwać rozmowy, obserwować zwyczajnych ludzi, ale to wszystko za mało. Już wiem, że do Rzymu wrócę jeszcze raz, omijając klasyczne szlaki turystyczne, będę szwędać się poza centrum i pić kawę w przeciętnych barach. Wtedy dopiero będę mogła naprawdę powiedzieć, że byłam w Rzymie. Na razie opowiem Wam  o tych rzymskich mitach, które już udało się mi zweryfikować.

Ruch

Rzym przywitał nas pochmurnym niebem i niemiłosiernie zaśmieconymi poboczami dróg prowadzących z lotniska. Dodam, zakorkowanych dróg.  Tym samym potwierdziła się pierwsza legenda:  komunikacja drogowa w Rzymie to koszmar. O ile metro działa bez zarzutu (gdyby tylko nie było tak ciemne i brudne!),  o tyle komunikacja naziemna okazała się dla nas problemem. Autobusy jeżdżą bez sprecyzowanego rozkładu jazdy, mieszkańcy sprawiają wrażenie, jakby nigdy nie używali środków komunikacji miejskiej bo nie potrafili nam udzielić najprostszych wskazówek. Szczytem był pan pracujący w kiosku przy zejściu do metra, który nie wiedział czy jeździ tam linia czerwona czy niebieska.  Choć przyzwyczajona jestem do włoskiego chaosu na drogach, zaskoczył mnie brak świateł przy przejściach dla pieszych na ogromnych skrzyżowaniach. Szybko jednak zrozumiałam, że rzymscy kierowcy i tak nie zwracają uwagi na zielone światło dla pieszych, ba, trąbią na nich, kiedy  ci przechodzą przez jezdnię. Nie warto więc instalować sygnalizacji...

Kuchnia

Wyruszyliśmy zaopatrzeni w listę barów i restauracji przygotowaną przez rzymskich znajomych mieszkających w Mediolanie. Okazała się cudownym urozmaiceniem naszych wędrówek i okazją do poznania miejsc, w których bywają mieszkańcy. I tak na  mityczną, kawową granitę z bitą śmietaną wpadliśmy do Tazza d'Oro przy Panteonie, a na najlepsze espresso w mieście do baru na piazza Eustachio. Na lekki lunch najlepiej nadawała się enoteca Cul De Sac na piazza Pasquino, tuż przy piazza Navona, gdzie niezwykle trudno było o stolik. A na typową rzymską kolację wybraliśmy się do osterii (albo z rzymskiego hostarii) Da Enzo przy via Ostiense, gdzie w menu znajdziecie typowe dania cucina romana: spaghetti alla carbonara, bucatini all'amatriciana, vermicelli cacio e pepe. Niestety nie udało się mi spróbować rzymskich karczochów. Ot, jeszcze jeden powód by wrócić do Rzymu. Legendę o boskich smakach lokalnej kuchni jednak już uznaję za potwierdzoną. I znowu zgłodniałam...

Język

Potwierdziło się też, że rzymski dialekt jest dla mnie prawie niezrozumiały. Musiałam się porządnie wsłuchiwać w melodię języka, aby zrozumieć starszych panów przekrzykujących się na środku ulicy. Ale ta melodia mnie fascynuje, nie mogą się nasłuchać tych wszystkich aho i ei.  I jeszcze jedno jest pewne - Rzymianie są znacznie bardziej gadatliwi niż Mediolańczycy. I mimo tej całej  chaotycznej otoczki (jak to możliwe, że ten Rzym jeszcze stoi ?!) znacznie bardziej sympatyczni.  Choć nie rozstrzygnęłam jeszcze, czy byłabym w stanie mieszkać w tym mieście. Obawiam się, że na dłuższą metę rzymski styl życia by mnie pokonał. Chyba wolę trochę szwajcarskich w sposobie bycia Mediolańczyków.

Już postanowione. W przyszłym roku na pewno wrócę do Rzymu. Muszę zajrzeć do żydowskiej dzielnicy, policzyć kłódki na moście Milvio, spróbować karczochów alla romana, pobuszować w sklepikach w okolicach piazza Navona i pospacerować po Zatybrzu. Dziękuję Wam za wszystkie sugestie, jakie dostałam w mailach i proszę o więcej. Gdzie jeszcze muszę się zjawić, gdzie i co zjeść? Piszcie!

 

 

 

 

 

Tagi: Rzym Włochy
22:20, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (25) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25