Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
sobota, 06 listopada 2010

 

 

Z trzech filmów duńskiej reżyserki Susanne Bier, które miałam dotychczas okazję zobaczyć, wyłania się bardzo szczególna wizja świata. Świat Bier jest dychotomiczny, przedzielony wyraźnym rowem  ekonomicznym i kulturalnym, gdzie każdy brzeg  charakteryzuje się odmienną paletą kolorystyczną.  Bohaterowie poruszają się między dwoma przestrzeniami, usiłując znaleźć swoje miejsce. Są idealistami, którzy próbują naprawiać ten gorszy, w ich mniemaniu, świat, zapominając o usterkach we własnym życiu.  Najnowszy film reżyserki In a better world (Hævnen) po raz kolejny udowadnia, że lepszego świata nie ma - powierzchowne różnice nie zmieniają faktu, że ludzie potrafią cierpieć, kochać i być równie okrutni w każdym zakątku globu - w Azji,  Afryce czy Europie.

In a better world to historia dwóch duńskich rodzin, w których relacje są nie tylko napięte, ale też obarczone błędami i wyrzutami sumienia. Rodzice Eliasa są w separacji, ojciec jeździ regularnie do Afryki, gdzie pracuje w szpitalu dla uchodźców. Christian wraca do Danii wraz z ojcem po śmierci matki, która zmarła w Londynie. Losy obu rodzin splatają się i dodatkowo komplikują w momencie, gdy chłopcy zasiadają  w tej samej szkolnej ławie. Wkrótce Christian bierze w obronę Eliasa  grożąc jednemu z  ich agresywnych kolegów nożem. Chłopiec przekonany jest, iż jedyną słuszną reakcją na agresję jest kontratak. Jest pełen buntu i specyficznego poczucia sprawiedliwości, którym będzie próbował zarazić  spokojnego i wrażliwego Eliasa.


Christian z ojcem

 

Charakterystyczną i według mnie największą wartością kina Susanne Bier jest jego  społeczny  i moralny aspekt pokazywany na różnych płaszczyznach (rodzinnej, zawodowej, etnicznej). Bier często stawia swoich bohaterów i widzów przed dylematami. Nie szczędzi ich również w In a better world, którego jądrem stają się problemy agresji, okrucieństwa i zemsty, ale też litości, wyrozumiałości i przebaczenia. Nie pyta tylko jak reagować na fizyczną, nieuzasadnioną siłę, ale też czy i kiedy można jej użyć. Czy istnieją granice  litości i wyrozumiałości? Film aż kipi od skomplikowanych relacji między bohaterami,  które dodatkowo utrudniają znalezienie odpowiedzi i sprawiają, że ich problemy stają się bardzo relatywne. Im lepiej jednak ich poznajemy, tym bardziej ich reakcje i decyzje stają się dla nas zrozumiałe. 

I właściwie byłby to film wręcz doskonale skrojony i wyważony, gdyby nie  zbyt natrętne odpowiedzi, które podsuwa nam reżyserka w ostatnich scenach filmu. Zupełnie niepotrzebnie popada w demagogię i dosłowność, co niezbyt dobrze służy tej pięknej paraboli. Przyznam jednak, że film robi wrażenie swoją intensywnością i równoczesną prostotą przekazu, które zawierają się nie tylko w samej historii, ale także w muzyce i zdjęciach. W porównaniu z Tuż po weselu i Braćmi, dwoma filmami reżyserki, które widziałam wcześniej, In a better world, zdecydowanie trzyma poziom i jest kontynuacją pięknej odysei kinomatograficznej. W końcu jej bohaterowie po zawiłych podróżach zawsze wracają do domu.

 

Elias z matką

poniedziałek, 01 listopada 2010

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, niektóre tylko są bardziej kręte. Czasami wcześniej dojeżdża się do tak egzotycznych zakątków jak Hawana czy Reykjavik, ale koniec końców  do Wiecznego Miasta docierają wszycy zapaleni podróżnicy. Do szczęściarzy, którzy widzieli Rzym i teraz mogą już spokojnie umrzeć, wreszcie dołączyłam i ja. Koloseum, Bazylika św. Piotra, fontanna di Trevi, Schody Hiszpańskie, Forum Romanum, Usta Prawdy... Ach... Tym bajecznym szlakiem podróżowałam przez trzy dni,  a ze mną tysiące innych szczęściarzy z całego świata. Nie sposób było nie dzielić z nimi tych wszystkich wzniosłych chwil, ot byłby to czysty egoizm,  postanowiłam więc uznać ich za dodatkową atrakcję turystyczną, przyglądać się im równie uważnie co zwiedzanym obiektom, a wielu z nich uczynić nawet bohaterami  swoich zdjęć na równi z Markiem Aureliuszem.

 

Forum Romanum

 

Watykan


Fontanna di Trevi


Turyści do kuriozalny gatunek, który charakteryzuje się takimi samymi przyzwyczajeniami niezależnie od zakątka świata, z którego pochodzi. Na przykład zakaz robienia zdjęć i głośnych rozmów nigdy nie dotyczy akurat ich, tylko tych państwa obok. Jeżeli jesteś przy fontannie di Trevi, musisz sobie obowiązkowo zrobić zdjęcie z wyciągniętą prawą ręką, która wrzuca do wody monetę. Jeżeli jesteś przy Ustach Prawdy, musisz włożyć do nich dłoń i odegrać scenkę z Rzymskich Wakacji nawet za cenę półgodzinnego stania w kolejce. No właśnie, stanie w kolejkach też zresztą należy do kuriozalnego sposobu celebrowania rzymskich wycieczek. Bo co to byłaby za wyprawa, gdyby tak wejść do Koloseum czy na Palatyn z pominięciem stumetrowego wężyka. Bilety kupione w internecie są najwidoczniej dla cienkich graczy.  Cały czas zastanawiało mnie również, jak wychodzą zdjęcia robione w przelocie z objazdowych autokarów, których dziesiątki krążą po Rzymie.  I co jest fascynującego w autoportrecie z sufitem w Bazylice św. Piotra albo palcem jakiegoś świętego. Ale największym curiosum romanum, jakie dane mi było dostrzec była para turystów, którzy robili sobie zdjęcie na tle Forum Romanum z pozłacaną, nieruchomą... mumią.  Świat się kończy, ale Rzym jest wieczny. Nie takie dziwy już widział,  jeszcze długo postoi...

 

Fontanna di Trevi


Forum Romanum


Forum Romanum

 

To pisałam ja, Pyza. W Rzymie byłam, fotkę z Koloseum w tle też sobie zrobiłam.

Tagi: Rzym Włochy
21:23, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 18 października 2010

Daniele Luchetti znany jest polskim widzom dzięki filmowi Mój brat jest jedynakiem, który jest obrazem bardzo spójnym, atrakcyjnym i dobrze zagranym, choć dalekim od szczytów kinomatografii. Najnowszy film włoskiego reżysera La nostra vita (Nasze życie) ambicjami zdecydowanie sięga wyższej półki i  muszę przyznać, że z małymi zastrzeżeniami właściwie się mu to udaje.

Największym atutem filmu jest realizm, z jakim zostają pokazane współczesne Włochy i ich przeciętni mieszkańcy, o co niezwykle trudno ostatnio we włoskim kinie. Tu nie ma zadęcia i luksusu jak w Jestem miłością Guadagnino ani bogatych fabrykantów z Mine Vaganti Ozpetka. Nie ma pięknych kamienic ani stylowo ubranych bohaterów. Pokazana rzeczywistość bliższa już jest obrazom z Gomorry Garrone (porównuję właśnie te trzy film bo znane są polskim widzom).  Główny bohater - Claudio należy do niższych warstw społecznych,  pracuje na budowie, gdzie zatrudnionych jest więcej imigrantów niż rodowitych Włochów. Mieszka wraz rodziną na przeciętnym blokowisku, jego sąsiadem jest handlarz narkotyków i jego ciemnoskóra towarzyszka. Wiedzie bardzo przeciętne życie wypełnione ciężką pracą, rodzinnym życiem, zakupami w supermarkecie i oczekiwaniem na narodziny trzeciego dziecka.

 

 

Życie głównego bohatera przybiera nieoczekiwany obrót, kiedy w czasie porodu umiera Elena - jego żona. Pozostawiony z trójką małych dzieci Claudio przypomina rozwścieczonego zwierza, który nie pozwala sobie na chwilę słabości. Jego żałoba pozbawiona jest łez i zadumy. Wypełniona jest za to wściekłym działaniem i pracą. Claudio za wszelką cenę usiłuje załatać pustkę w swoim życiu zarobionymi pieniędzmi, próbuje zastąpić dzieciom matkę przyjemnościami i zabawkami. To przez  to Claudio popada w tarapaty, zaczyna korzystać z nieczystych rozwiązań. Opętanie pieniędzmi staje się filmie swoistym oskarżeniem wobec włoskiego społeczeństwa. Rumuńska przyjaciółka Claudio mówi w pewnym momencie - Włosi to nic tylko pieniądze, pieniądze, pieniądze. Bogacenie się za wszelką cenę, ciemne interesy, łamanie prawa, emigracja, rasizm to wszystko jest w filmie Luchettiego, który opowiadając dramat przeciętnego Włocha, ukazuje bardzo prawdziwe oblicze Italii.

 

 

Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy raz zobaczyłam zwiastun La nostra vita, pomyślałam, że to kolejny sentymentalny film o dzielnym ojcu, który zostaje sam. Luchettiemu dzięki bardzo surowemu potraktowaniu tematu udało się uniknąć banalnych schematów. Nie oznacza to, że nie ma tu mocnych, emocjonalnych scen czy humorystycznych sytuacji, a jednak ten film jest bardzo szorstki (na przykład właściwie zupełnie zostaje pominięte, jak na śmierć matki reagują dzieci).  Luchetti swoim najnowszym obrazem próbuje naśladować Kena Loacha, braci Dardenne czy choćby Andreę Arnold. Podobne, bardzo naturalne prowadzenie kamery, mało malownicze, quasi dokumentalne zdjęcia rzeczywiście przywołują na myśl ich filmy. Założenie obrazu zaangażowanego społecznie też się zgadza. Rzecz w tym, że Luchetti chyba nie czuł się do końca gotowy zrealizować film pozbawiony walorów komercyjnych i próbował go uprościć, uatrakcyjnić nadając mu pod koniec charakter moralitetu, co mnie ostatecznie trochę  zraziło.

 

 

Nasze życie warto zobaczyć również dla nietuzinkowego Elio Germano w roli Claudio. Rzadko piszę o aktorstwie bo zbyt często oglądam filmy dubbingowane, a przede wszystkim uważam, że obiektywnie można ocenić wyłącznie nieznanego sobie aktora i to grającego na żywo - w teatrze. A jednak Germano w swoich rolach jest tak sugestywny, że nie może pozostać niezauważony, szczególnie w filmach Luchettiego (grał również brata faszystę w Mój brat jest jedynakiem).  Ma takie aktorskie ADHD, nie może na chwilę ustać w filmie, co przy drobnej posturze i niepozornym wyglądzie robi wrażenie. I ten jego rzymski akcent...

Muzycznym tematem przewodnim filmu jest utwór Anima Fragile, jak by nie patrzeć, podstarzałego włoskiego rockmana, fenomenu, którego koncerty przez dwa wieczory z rzędu są w stanie szczelnie wypełnić mediolański stadion San Siro. Vasco Rossi jest symbolem i bohaterem  walczącej klasy średniej, który idealnie wpisuje się w życie bohaterów filmu i jego widzów. W nasze życie.

poniedziałek, 11 października 2010

Maurizio Cattelan jest artystą demonicznym i nieustannie wściekłym. W ciągu swojej trzydziestuletniej kariery zalazł za skórę już chyba wszystkim: katolikom, krytykom sztuki, Żydom, a ostatnio również mediolańczykom. Artysta nie zna żadnego sacrum, nie istnieją dla niego granice, które bałby się przekroczyć w imię sztuki. Jego dzieła drażnią, oburzają, obrażają, ale też  zaganiają w kąt,  obnażają hipokryzję, uprzedzenia i stereotypy, zmuszają do zadawania sobie niewygodnych pytań i prowokują dyskusje. Cattelan sprawia, że sztuka wchodzi między ludzi, że wychodzi poza zdobione ramy pięknych obrazów w salonach. Modlący się Hitler, dzieci powieszone w centrum Mediolanu, martwy koń z napisem INRI czy fikcyjne VI Karaibskie Biennale, na które ściągnął krytyków z całego świata, a na którym nie było ani jednego dzieła, nikogo nie pozostawiły obojętnym.

 

 

Latem buchnęła wiadomość, że Cattelan doczeka się wreszcie pierwszej wielkiej retrospektywy swoich prac w Mediolanie, który obok Nowego Jorku jest jego głównym warsztatem.  Nie lada gratka dla miłośników sztuki współczesnej, sama widziałam jedynie jego dwie instalacje w Punta della Dogana w Wenecji. Mówiło się, że wrócą powieszone dzieci, które zniknęły z Piazza 24 Maggio po jednym dniu, że pojawi się klęczący Hitler, w sumie dziesięć najsłynniejszych dzieł. Ale władze miasta rozpoczęły przepychanki. Planowano referendum wśród żydowskiej społeczności, skreślono z listy dzieci, Hitlera i martwego konia z napisem INRI. Do dyskusji włączyła się mediolańska giełda i katolicka kuria. Wystawę próbowano ewidentnie zablokować. Sam Cattelan mówi, że gdyby nie wmieszała się w to wszystko prasa, która śledziła decyzje władz miasta, wystawa zostałaby zamieciona pod dywan, a plotki na jej temat szybko wyciszone.

Retrospektywa w końcu ruszyła: z trzema dziełami w Palazzo Reale i jednym na przeciwko mediolańskiej giełdy. Potrwa jednak zaledwie miesiąc, otwarta jest tylko kilka godzin dziennie, nie ma  własnej strony internetowej, nie widziałam ani jednego plakatu ją reklamującego. W tym samym Palazzo Reale, w którym eksponowane są prace Cattelana, odbywa się również wystawa dzieł Salvadora Dalì. Po bilety na hiszpańskiego artystę stoi stumetrowa kolejka, na wejście na Cattelana czeka kilka osób. Mediolańczycy zupełnie zbojkotowali rodzimego prowokatora albo po prostu zadziałała milcząca kampania władz miasta.

W ten jednak sposób wystawa Cattelana zyskała nowy wymiar, w którym należy zadać sobie pytanie, na ile władza może ingerować w sztukę. Czy to, co się stało, jest formą bezpardonowej cenzury czy rzeczywistym szacunkiem dla grup społecznych, które mogłyby się poczuć urażone pracami włoskiego artysty? Czy w sztuce powinny istnieć tematy tabu? Osobiście nie widzę nic obraźliwego w figurze klęczącego Hitlera czy powalonego meteorytem papieża. Wymowa tych dzieł jest raczej pozytywna, ale trzeba posilić się o ich głębszą interpetację, a nie z góry zakładać, że publiczne postaci, które miały wpływ na dzieje świata, są nietykalne.

 

 

No właśnie, największą siłą instalacji Cattelana jest mnogość interpretacji, jakie dają w zależności od kontekstu, w którym się znajdują. Nie potrzebują one tytułów, ich uniwersalność sprawia, że ich wymowa ciągle się zmienia w zależności od otoczenia. Rzeźba stojąca na piazza Affari w świetle tytułu wystawy  Contro le ideologie (Przeciw ideologiom) staje się ręką ułożoną w faszystowskim geście, ręką pozbawioną jednak czterech palców, symbolem obezwładnionej na zawsze dyktatury.  Tylko ten pojedynczy palec prowokująco i złowieszczo sugeruje, że coś z faszyzmu jednak  we włoskim społeczeństwie się ostało. Jeżeli spojrzymy na rękę jeszcz raz, może od drugiej strony, dojrzymy wulgarny gest skierowany w kierunku miasta i jego mieszkańców. Jeżeli weźmiemy pod uwagę miejsce, w którym się znajduje - plac przed mediolańską giełdą, centrum interesów i finansów, dostrzeżemy kolejną symbolikę. A przewrotny tytuł rzeźby L.O.V.E. ? Cattelan zaoferował się podarować ją miastu w wyrazie swojej miłości (albo nienawiści). Czyż sztuka współczesna nie jest fascynująca?

 

 

Trzy pozostałe prace pokazywane w Palazzo Reale to kobieta ukrzyżowana na łożu cierpienia (Untitled, 2007), chłopiec jak z horroru grający na bębenku (Untitled, 2003) i słynna figura Jana Pawła II powalonego przez meteoryt (Dziewiąta godzina, 1999). Choć osobno każda z tych instalacji jest źródłem niezależnych interpretacji, w tym przypadkowym zestawieniu  trzy dzieła niespodziewanie tworzą rodzinę. To rodzina przygnieciona cierpieniem i samotnością. Matka poświęca się za syna i umiera na łóżku przygwożdżona do niego jak do krzyża. Ojciec ugina się pod ciężarem, którego nie może już znieść, całą nadzieję pokładając w wierze. A syn umieszczony wysoko nad ojcem i matką, samotny, odcięty od rzeczywistości, komunikuje się ze światem jedynie poprzez rytmiczne uderzanie w bębenek. Cattelan w wywiadzie dla Corriere della Sera powiedział, że nie zrezygnował z organizacji retrospektywy tylko dlatego, że warto było pokazać te prace nowym kontekście, którego sam by nie wymyślił, nawet za cenę upokorzenia. Dość nieoczekiwanie artysta wyznał również, że ten  trójkąt odzwierciedla jego własną, dysfunkcyjną rodzinę.

 

 

 

Przyznam, że dopiero kiedy na własne oczy zobaczyłam figurę przewróconego papieża, którą wcześniej znałam z dziesiątek reprodukcji, zrozumiałam, dlaczego budzi tak skrajne emocje. Figury Cattelana (w tym również ukrzyżowana kobieta) są tak realistyczne, że kiedy się na nie patrzy, po plecach przechodzą emocjonalne ciarki. Te instalacje przykłuwają wzrok, który szaleńczo próbuje się uwolnić od paraliżującego widoku. Hipnotyzują. Szczególnie jeżeli pokazywane są w takich wnętrzach jak sala Cariatidi, o której już kiedyś pisałam przy okazji instalacji Petera Greenawaya. Zniszczona w czasie bombardowań w 1943 roku i ciągle jeszcze nieodnowiona komnata Palazzo Reale potęguje demoniczne wrażenie, jakie sprawiają prace Cattelana. Gdyby w jednym miejscu zgromadzono ich więcej, nie wiem, co mogłoby się stać...

niedziela, 03 października 2010

Na co dzień oglądam naprawdę sporo filmów, ale tylko ich niewielka część zostawia swój ślad na moim blogu. Piszę zazwyczaj o obrazach, które mnie szczególnie poruszyły, a rozczarowaniom poświęcam miejsce tylko, jeżeli na nie wyjątkowo niecierpliwie czekałam. The Limits of Control to film, który ani szczególnie mnie nie poruszył, ani nie rozczarował, ale nie mogłam się doczekać, kiedy go zobaczę. Jim Jarmusch to  jeden z moim ulubionych reżyserów niezmiennie od 15 lat, kiedy to po raz pierwszy zobaczyłam Inaczej niż w raju, a zaraz potem wszystko, co nakręcił. Bezkrytycznie uwielbiam jego bezkompromisowość, artystyczną niezależność, nieśpieszne rytmy, minimalizm,  (auto)ironię bohaterów i ich specyficzne poczucie humoru. I wszystkie te cechy znajduję również w jego ostatnim filmie, co wystarcza mi aby cieszyć się nowym Jarmuschem  pomimo jego pretensjonalności i fatalnych recenzji, które sprawiły, że film do dziś nie trafił do włoskiej dystrybucji i nie zakwalifikował się do festiwalu w Cannes.

 

 

The Limits of Control to enigmatyczna odyseja głównego bohatera po Hiszpanii. Milczący podróżnik porusza się według szlaku wyznaczanego kolejnymi ambiwalentnymi spotkaniami, podczas których jego rozmówcy dają mu wskazówki, które doprowadzą go do ostatecznego celu. Ta historia to metafizyczny rebus pełen powtarzających się  schematów (każde spotkanie bohatera zaczyna się od pytania Nie mówi pan po hiszpańsku, prawda?) i motywów (bohater zamawia zawsze dwie filiżanki kawy dla siebie, chociaż pije tylko jedną). Równocześnie film pełen jest nawiązań do filmów mistrzów współczesnego kina aby wspomnieć jedynie Godarda, Wellesa czy Kaurismakiego.

Podobnie jak główny bohater, widz również próbuje odczytywać poszczególne sceny aby dociec sensu jarmuschowskiej metafory. Zupełnie nie rozumiem głosów, że to film o niczym, że ciężko coś z niego zrozumieć. Dla mnie wymowa tego filmu jest jasna, trochę pretensjonalna, naiwna i idealistyczna, ale też dużo mówiąca o stosunku Jarmuscha do współczesności. Ta opowieść to walka dwóch światów. Z jednej strony mamy świat artystycznej i intelektualnej bohemy, pełnej  muzyki,  sztuki, ale też wiary w naukę, postęp i ideały, którą reprezentuje główny bohater i siatka jego informatorów (w tych rolach wielkie nazwiska aktorskie ze wszystkich stron świata - John Hurt, Tilda Swinton, Hiam Abbass, Gael Garcia Bernal itd).  Z drugiej mamy agresywną, bezlitosną nowoczesność, opartą na zysku i brutalności, którą reprezentuje  (nieprzypadkowo) jedyny Amerykanin w obsadzie - Bill Murray.

 

 

The Limits of Control ze swoją apoteozą artyzmu i niezależności (przekraczania własnych granic kontroli i realizmu) sam w sobie jest pięknym dziełem sztuki. Przyczynia się do tego specyficzna muzyka, ale przede wszystkim nastrojowe zdjęcia Christophera Doyla, kamerzysty Wong Kar Waia. Jego plastyczne spojrzenie na filmowaną rzeczywistość i subtelna zabawa światłem sprawiają, że każda scena, nie tylko te, w których główny bohater ogląda ulubione obrazy hiszpańskich malarzy, jest artystycznym wyzwaniem. Reszta zależy już tylko od tego, czy damy się Jarmuschowi sprowokować i poprowadzić wolnym krokiem poza granice kontroli.

piątek, 01 października 2010

Jesień we Włoszech pachnie prażonymi kasztanami. Początkowo ma bardzo pogodne oblicze,  ale z upływem czasu zaczyna kaprysić, pokazując swoją pochmurną twarz. Włoskie mieszczuchy gorliwie łapią wtedy ostatnie promienie słońca, spotykają się na powakacyjnym aperitivo  i nie potrafią się zdecydować na ostateczne pożegnanie z sandałami. We wrześniu mieszkańcy miast wracają do domów naładowani wakacyjną energią, którą przekazują swoim  lekko znudzonym letnimi pustkami dzielnicom. Jesień w miastach jest równie kolorowa co drzewa w parkach. Kipi sztuką, życiem, pomysłami. Tak jakby chciała sobie odbić letnią nudę i wyszaleć się przed zimowym letargiem.

Włoska jesień kocha kino, książki, sztukę. Wrzesień rozpoczyna się festiwalem literatury w Mantovie. Zaraz potem ruszają uczty dla kinomanów: Wenecja, dwa festiwale w Mediolanie, a późną jesienią jeszcze przegląd filmów w Rzymie. Jesień uwielbia też sztukę. W Milano zagościli właśnie geniusze i wielcy prowokatorzy: Salvador Dali i Maurizio Cattelan. Trwają wystawy zdjęć Franceschi Woodward i Roberta Doisneau. Czekamy też na Shirin  Neshat, którą ostatnio Włochy ogromnie polubiły - była nawet przewodniczącą jury sekcji Orizzonti na tegorocznym festiwalu filmowym w Wenecji. We wrześniu odbywa się też w Mediolanie słynny na cały świat Tydzień Mody i ma miejsce równie ekskluzywny wyścig Formuły 1.

Dobrze być mieszczuchem jesienią, jeżeli tyle wokół się dzieje. Nie straszna wtedy plucha czy pierwsze chłody. Nie ma nic przyjemniejszego niż po raz pierwszy założyć ulubiony szalik i wpaść  w ostatniej chwili do sali kinowej zrzucając z ramienia kolorowy liść. A kiedy nawet nasze buty chowają się po kątach niechętne kapryszącej pogodzie, można po prostu zakopać się pod ciepłym kocem z kubkiem różanej herbaty i czytać, oglądać i słuchać muzyki deszczu. Ale wtedy już jesień wyciąga z szafy ciepłe kożuchy i przygotowuje się do wielkiej metamorfozy, a wraz z nią czynią to wypieszczone mieszczuchy.

Mam nadzieję, że mieliście równie piękny wrzesień jak ja. Miejmy nadzieję, że i październik nas nie zawiedzie. Życzę wam bardzo kolorowej jesieni!

 

 

niedziela, 19 września 2010

Jako że w Grenadzie tropiliśmy ślady orientalne,  Kordobę postanowiliśmy zwiedzać szlakiem hiszpańskim, szukając wszelkich andaluzyjskich akcentów. Miasto przywitało nas niemiłosiernym skwarem, który sprawiał, że każdy krok przypominał przejście przez niewidzialną ścianę rozognionego powietrza. Nie bez powodu Kordoba nawet wieczorem wydawała się nam opustoszała i mało turystyczna. W sierpniu zdecydowanie nie nadaje się ani do zwiedzania, ani do życia. A jednak  zauroczyła nas nawet bardziej niż Grenada.

Od pierwszego wejrzenia Kordoba ujęła nas swoimi skąpanymi w słońcu białymi uliczkami z kolorowymi akcentami. Kolorystyka i charakterystyczne okna przypominały nam kubańskie miasteczka Sancti Spiritus i Trinidad, do których mam niesamowity sentyment. Uliczki Juderii, starej żydowskiej dzielnicy, dawały trochę cienia, więc z przyjemnością w nie zaglądaliśmy tym bardziej, że kryją sekretne dziedzińce, które są dumą i oczkiem w głowie mieszkańców Kordoby. Cudownie chronią przed upałem i światem zewnętrznym, są małymi, niezwykle dekoracyjnymi oazami: charakteryzują je andaluzyjskie mozaiki na ścianach, fontanny, ale przede wszystkim mnóstwo zieleni i kwiatów w często identycznych doniczkach. Co roku,  w maju mieszkańcy otwierają dla publiczności swoje prywatne dziedzińce i wspólnie wybierają najpiękniejsze patio. W labiryncie Juderii znajduje się też miniaturowa synagoga, jedna z trzech, które ostały się w Hiszpanii. Pozostałe dwie znajdują się w Toledo.

 

 

 

Istotnym punktem na naszym hiszpańskim szlaku była oczywiście lokalna kuchnia. Nie mogłam sobie odmówić na śniadanie tradycyjnych chirros, które bar sąsiadujący z naszym hostalem serwował w najbardziej kalorycznym duecie świata - z gorącą czekoladą.  Oczywiście w Kordobie nie trzeba było nas również dwa razy namawiać na spróbowanie słynnych hiszpańskich tapas. Wybraliśmy polecane w Lonely Planet miejsce, gdzie można było zamawiać te same dania w pełnych lub pół - porcjach albo właśnie jako tapas. Na stoliku czekał na nas notesik, w którym musieliśmy zapisać nasze zamówienie liczące 10 różnych pozycji. Nie wspomnę teraz całej listy, ale  ważnymi pozycjami były tam tradycyjna tortilla de patatas i salmorejo cordobes, czyli andaluzyjska, kremowa wersja gazpacho na bazie pomidorów, czosnku, bułki tartej, serwowana z posiekanym jajkiem i  (według uznania) hiszpańską szynką. Salmorejo próbowałam jeszcze w kilku innych miejscach w Andaluzji, ale nigdzie nie smakowało mi tak, jak w Kordobie. Na koniec naszej małej uczty zamówiłam też słodki kieliszek kordobskiego wina  deserowego Montilla Moriles. Przystanek kulinarny na naszym szlaku okazał się od początku do końca przepyszny.

 

 

Głównym punktem naszego morderczego spaceru po Kordobie  był największy skarb miasta - słynna La Mezquita. Zbudowany w VIII wieku na fundamentach chrześcijańskiego  kościoła Wielki Meczet, perła kultury islamskiej, dziś służy jako katedra diecezji rzymskokatolickiej. To największy w Europie meczet i jeden z najpiękniejszych na świecie. Kilkaset kolumn łączonych biało czerwonymi łukami tworzy niekończącą się przestrzeń. Przyznam, że to również jeden z najbardziej kuriozalnych obiektów, w jakich było mi dane być. Architektoniczne i religijne akcenty charakterystyczne dla dwóch różnych kultur, jakimi są chrześcijaństwo i islam, tworzą dziwną mieszankę. Mówiąc wprost katolickie zdobienia w postaci renesansowych kaplic dodanych po przekszałceniu meczetu w kościół czy krzyże na islamskich lampionach nijak się mają do oryginalnego projektu. Są wręcz  bardzo wymownym i trochę niesmacznym symbolem dominacji kościoła katolickego w Europie.

 

 

 

W Kordobie spędziliśmy znacznie mniej czasu niż to początkowo zaplanowaliśmy. Bezlitosny upał wypędził nas z miasta już następnego ranka po przyjeździe pozbawiając nas uroków kordobskiego Alcazar czy pałacu Medina Azahara. Nasz andaluzyjski szlak nie mógł się jednak zakończyć bez pokazu tańca flamenco, który jest tak charakterystyczny dla tego obszaru. Hipnotyzujący głos śpiewającego przy wtórze pełnej pasji gitary, klaskania i przytupywania, spazmatyczne grymasy na twarzach tańczących, wirujące w powietrzu falbany i kropelki potu - oto magiczna dusza  pasjonującej Andaluzji  błąkająca się bez końca między orientalnymi i europejskimi korzeniami.

 

 

sobota, 11 września 2010

Sofia Coppola tworzy bardzo osobiste i intymne kino. Jej filmy noszą ślady jej wyciszonej osobowości, artystycznych fascynacji i kobiecej delikatności, ale również życia, które od urodzenia toczy się wśród kamer i fleszów reporterów. I taki właśnie jest jej najnowszy film Somewhere, który dzięki premierze na festiwalu w Wenecji zagościł już we włoskich kinach.

Somewhere rozpoczyna się długimi, pustymi i nie powiązanymi ze sobą scenami, które idealnie ilustrują życie  głównego bohatera - hollywodzkiego gwiazdora. Kiedy Johnny Marco  (Stephen Dorff) nie kręci filmów,  jeździ w kółko swoim luksusowym Ferrari albo podrywa na imprezach modelki, których imienia  nazajutrz rano nie pamięta.  Mieszka w osławionym hotelu  gwiazd Chateau Marmont w Los Angeles, po którym pewnie jeszcze krąży duch Johna Belushi. Zresztą właściwie wszycy goście hotelowi przypominają błąkające się  bez celu zjawy, półprzytomne cienie sławnych postaci zamknięte w nawiedzonym zamku (nomen omen chateau) hollywoodzkiego czarnoksiężnika. Johnny poza wielkim ekranem i czerwonymi dywanami  jest samotnym i zagubionym człowiekiem. Kiedy na konferencji prasowej pada pytanie: kim jest Johnny Marco, aktor nie wie, co odpowiedzieć.

 

 

 

Co jakiś czas w pokoju hotelowym Johnnego pojawia się  jego jedenastoletnia córka Cleo (Elle Fanning), którą mama podrzuca na krótkie popołudnia. Ich relacja jest bardzo przyjacielska, ale jak wszystkie pozostałe związki i ten Johnny traktuje bardzo powierzchownie. W tym związku to ona jest tą dojrzalszą, umie przygotować śniadanie,  zamawia rzeczy niezbędne do wyjazdu na obóz, patrzy z przyganą na ojca, który spędza noc z obcymi paniami. On bawi się grami wideo, wymyka się w nocy aby poszaleć, daje się prowadzić za rączkę swojej agentce. Jej życie po brzegi wypełnione jest pasjami i planami, jego polega głównie na nudzie i zabijaniu czasu.

Coś się zaczyna zmieniać, kiedy niespodziewanie Cleo zatrzymuje się u taty na dłużej. W pewnym momencie lecą razem do Mediolanu, gdzie Johnny bierze udział w kiczowatym włoskim show, w czasie którego dostaje nagrodę. Ta scena staje się centrum filmu nie tylko dlatego, że nagle Johnny i Cleo zaczyną czuć się jednością, a Johnny zaczyna dostrzegać absurd swojego życia. Włoskie sceny są  też kwintesencją sztuczności i pustki świata mediów i filmu. Zresztą Włosi ciężko je przyjęli doszukując się w nich ataku na ich rodzimą telewizję. Jednak umiejscowienie tych scen poza Los Angeles daje filmowi wymiar uniwersalny. Jasno mówi, że świat blichtru i fleszy jest nierealny. Że prawdziwe życie jest gdzie indziej.

 

 

Somewhere to film magicznie sfotografowany, ze świetnie dobraną muzyką, niesamowitym artystycznym zacięciem, za które tak sobie cenię Coppolę. Plusem są też dowcipne, oszczędne dialogi i piękna klamra, która  zamyka film. Jednak największa siła ale i słabość tego filmu  tkwi  w kruchości i wyrafinowaniu scenariusza, któremu brakuje mocno zarysowanego wątku. Kryzys egzystencjalny Johnnego pokazany jest w filmie bardzo poetycko (fantastyczna scena przygotowywania w charakteryzatorni maski postarzałego aktora), równie pięknie Coppola rysuje dojrzewanie relacji z Cleo i dorastanie gwiazdora do roli ojca. Reżyserka tka swoją opowieść z emocji, drobnych gestów, spojrzeń,  codziennych (jak na gwiazdora) sytuacji. Tu nie ma nagłych zwrotów akcji, wielkich słów (nie padają nawet słowa kocham cię) czy prawienia morałów. Sceny jednak są miejscami zbyt luźno ze sobą powiązane, czasami dając wrażenie przypadkowych i wymuszonych. Możliwe, że scenariusz nie byłby w stanie się obronić, gdyby nie jego artystyczna oprawa, a przede wszystkim niezwykle wyraziści aktorzy i silna osobowość reżyserki. Z drugiej jednak strony subtelność, z jaką Coppola opowiada swoją historię sprawia, że filmowany już nie raz w kinie temat staje się nowy i wyjątkowy.

 

 

 

 

Trudno nie wspomnieć też, że  Somewhere bardzo przypomina Między słowami. Nowy film Coppoli powtarza  schemat relacji między dwoma samotnikami zagubionymi w wielkim świecie. Znowu jesteśmy w światku celebrities, który jest naturalnym środowiskiem dla reżyserki. I znowuż mamy hotel, który jako symbol samotności i  życia bez korzeni staje się ulubionym coppolowskim locum. Podobne są  nawet tytuły obu filmów, które również nawiązują do zagubienia i braku swojego miejsca w otaczającej rzeczywistości. Trochę rozczarowuje, że Coppola tak bezpośrednio posiłkuje się sprawdzoną formułą, która zdobyła Oskara za najlepszy scenariusz. Trzeba jednak przyznać, że  w ten sposób jednoznacznie przypieczętowuje swoją własną stylistykę.

Mimo wszystkich zastrzeżeń jakie mam do Somewhere, jego dojrzałość, kameralność i prostota pozbawiona fajerwerków do mnie przemawiają. Ponad wszystko przekonuje mnie jednak sama Coppola, która ma odwagę robić swoje kino - bardzo osobiste, pełne analogii do własnego życia, ale też zgodne z własnym smakiem artystycznym. To cenne w dzisiejszych czasach, kiedy filmy robi się pod publiczność, a nie dla własnego artystycznego wyrazu.

 

 

PS Kiedy kończyłam ten wpis, ogłaszano wyniki weneckiego festiwalu. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu, jury pod wodzą charyzmatycznego Tarantino przyznało główną nagrodę właśnie Somewhere.

 

poniedziałek, 06 września 2010

W Grenadzie wylądowaliśmy wczesnym popołudniem. Ku naszej radości nad miastem rozciągało się pochmurne, stalowe niebo, a temperatura nie przekraczała 26 stopni. Szybko jednak przekonaliśmy się, że pogoda w Andaluzji rządzi się własnymi prawami - słońce wychodzi spoza chmur i zaczyna niemiłosiernie grzać dopiero późnym popołudniem, kiedy Hiszpanie zaczynają swoją siestę. Wtedy na kilka godzin odgłosy miejskiego życia zupełnie ustają i Grenada zapada w popołudniową drzemkę, aby wieczorem obudzić się ze zdwojoną energią i prowadzić towarzyskie życie w barach tapas do późnych godzin nocnych.

Przyznam, że Grenada nie zrobiła na mnie tak oszałamiającego wrażenia, jak to przepowiadały przewodniki i historie znajomych. Hiszpańskie przysłowie kto nie widział Grenady, nic nie widział wydało się mi sporo przesadzone. Sama Hiszpania oferuje kilka miejskich skarbów, których nie da się porównać z żadnym innym miejscem na świecie, żeby wspomnieć jedynie Sewillę czy Barcelonę. Ale i Grenada, bez wątpienia, jest miejscem wyjątkowym. Zapamiętam ją jako kulturalny tygiel, miasto etnicznych dzielnic, które przez stulecia potrafiły ze sobą współistnieć: żydowskiej Realejo, cygańskiej Sacromonte czy tej najsłynniejszej - arabskiej Albaicin. Do dziś w nowoczesnej Grenadzie przeplatają się wpływy islamskie i europejskie. I właśnie arabskie ślady zafascynowały mnie w Grenadzie najbardziej.

 

 

Albaicin, stara arabska dzielnica wznosząca się po wzgórzu białymi wąskimi uliczkami kryje w sobie mnóstwo skarbów nie tylko tych architektonicznych ale również kulinarnych. To właśnie tutaj królują teterìe, orientalne herbaciarnie, które serwują dziesiątki przeróżnych naparów, słodkie, lepkie słodycze i wodne fajki narguile. W ciągu niecałych dwóch dni kilkakrotnie odwiedzaliśmy takie miejsca, stosując arabską zasadę, że na upały najlepiej pomaga gorąca herbata. Przyciągały nas też wnętrza pełne orientalnych ornamentów, wygodnych poduszek i kolorowych latarenek, które w  przyciemnionych pomieszczeniach wprowadzały niezwykłą atmosferę. Rozsiadaliśmy się wygodnie na poduchach i do małych, tradycyjnych  szklaneczek nalewaliśmy aromatyczną herbatę podawaną w miedzianych dzbankach. Moim odkryciem okazał się napar z pączków róży, których zapach jest niesamowicie intensywny i bogaty.

 

 

 

Podążając mauretańskim szlakiem kulinarnym nie mogliśmy nie spróbować orientalnych specjałów lokalnych kuchni. Dla mojej wegetariańskiej duszy wielbiącej pikantne dania z falafelem,  duszone warzywa i arabski chleb Grenada okazała się małym rajem. Najbardziej spodobała się nam restauracja Arrayanes, która serwuje dania kuchni północnoafrykańskiej. Warto wspomnieć, że to miejsce halal, nie dostaniecie więc tu ani mięsa wieprzowego ani alkoholu. Serwują tu za to niesamowicie orzeźwiającą lemoniadę ze świeżych cytryn i z dodatkiem mięty. Nalewana podobnie jak herbata z dużej wysokości tworzy w szklance delikatną, słodką piankę i cudownie gasi pragnienie (po powrocie z wakacji próbowaliśmy odtworzyć smak grenadzkiej lemoniady w domowych warunkach, co okazało się nie lada sztuką). Podawane na zastawie w andaluzyjskie wzory dania były naprawdę znakomite. Odważyłam się spróbować marokańskiej zupy harira, która wbrew moim oczekiwaniom nie okazała się szczególnie pikantna. Postanowiłam też sprawdzić, jak powinno smakować prawdziwe kuskus. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że warzywa, z którymi je podano nie były pokrojone w kostkę i wymieszane, ale ułożone na wzgórku z kuskus w kilku ogromnych kawałkach. A absolutnym rarytasem okazała się skarmelizowana cebulka, która zdobiła sam środek dania. Nie próbowałam oczywiście dań mięsnych, ale marokański tadżin kefta eF podany w tradycyjnym naczyniu ze stożkowatą pokrywą był podobno równie doskonały. Na deser zamówiliśmy oczywiście miętową herbatę i wybór słodyczy, które ostatecznie przekonały mnie, że woda różana w mojej kuchni stała się rzeczą nieodzowną. Też zrobiliście sie głodni? Ruszamy jednak dalej!

Jak w przypadku każdego turysty odwiedzającego Grenadę, centralnym punktem naszej wycieczki była oczywiście baśniowa Alhambra. O mauretańskiej twierdzy emirów z dynastii Nasrydów słyszałam już legendy i od lat marzyłam, żeby ją zobaczyć. Czekałam chyba za długo, bo w międzyczasie moja wyobraźnia wykreowała sobie zupełnie odrealniony obraz tego miejsca. Najważniejszy punkt całego kompleksu - Pałac Nasrydów jest rzeczywiście jak z bajki. Rzecz w tym, że po zjawiskowo pięknym, sewilskim Alkazar, który kilka lat temu mnie zaczarował, Alhambra okazała się tylko równie piękna.

 

 

 

 

Pałac Nasrydów zniewala bajkowymi dziedzińcami, kolorowymi mozaikami, szemrzącymi fontannami czy niekończącymi się arabeskami. Każdy centymetr pałacu jest w jakiś sposób ozdobiony, tu nie ma gładkich ścian, kanciatych rogów, nieprzypadkowych rozwiązań. Ta budowla misternie utkana rękami mauretańskich mistrzów współgra z naturą, która odgrywa w Alhambrze niebywale istotną rolę. Światło, przedostające się przez ażury tworzy na ścianach dodatkowe malowidła, a woda i zieleń nie tylko orzeźwiają spacerujących, ale i ożywiają piaskowe mury.

 

 

 

Skąd więc bierze się mój niedosyt? Być może stąd, że nie dane było mi zobaczyć perełki Alhambry - Patio de los Leones, słynnego dziedzińca z fontanną otoczoną dwunastoma lwami, który akurat był restaurowany. A może dlatego, że zupełnie rozczarowały mnie ogrody Generalife, które sprawiały wrażenie zaniedbanych. Pewnie też trochę przez tabuny turystów, które co dzień nawiedzają Alhambrę  i uniemożliwiają kontemplację baśniowych miejsc i związanych z nimi legend. I w końcu mój niedosyt bierze się stąd, że wszystkiego oprócz turystów w Alhambrze było mi mało i mało...

Na Alhambrę trzeba poświęcić co najmniej kilka godzin. A po ciężkim i pełnym wrażeń dniu nie ma nic lepszego niż wizyta w hammamie. Wybraliśmy się tam bardzo późnym wieczorem i była to najlepsza rzecz, jaką można było zrobić tuż przed snem i na zakończenie wizyty w orientalnej Grenadzie. Pomieszczenia oświetlane jedynie światłem świec, szmer wody z fontann mieszający się z szeptanymi rozmowami odwiedzających. Piękne, mozaikowe ściany, łukowe przejścia z jednej sali do drugiej. Trzy baseny z zimną, letnią i gorącą wodą, sauna parowa z cudownym sufitem w gwiazdy. A na koniec relaksujący masaż i miętowa herbata. Czy można było lepiej zakończyć ten mauretański szlak?

 

Zdjęcie pochodzi ze strony internetowej Baños arabes.

 

Z praktycznych uwag: wejście do Alhambry najlepiej zarezerwować w internecie na długo przed przyjazdem. Uniknie się dzięki temu długaśnych kolejek i jeszcze dłuższego czekania na wejście do pałacu Nasrydów. Również wizytę w hammamie dobrze jest zamówić dzień wcześniej.  Za to hostale, których w Grenadzie jest mnóstwo i to w dość przystępnych cenach, można rezerwować nawet w ostatniej chwili. Nawet w sezonie Grenada nie sprawiała wrażenia przepełnionej turystami. Większość z nich przyjeżdża tylko do Alhambry i nie zatrzymuje się na dłużej. A warto, sama poznałabym to miasto dużo dokładniej. Zazdroszczę studentom, którzy przyjeżdżają na tutejszy uniwersytet z całej Europy w ramach Erasmusa i spędzają tu kilka miesięcy. My jednak musieliśmy pędzić dalej, czekała już na nas Kordoba...

sobota, 04 września 2010

We wstępie do swojej książki Magdalena Środa ironizuje, że tytuł Kobiety i władza powinien raczej brzmieć Kobiety i brak władzy i jednoznacznie dowodzi tego w swoich tekstach. Autorki nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Etyczka i filozofka, znana postać polskiego ruchu feministycznego zredagowała książkę składającą się ze swoich licznych artykułów i esejów dotyczących sytuacji kobiet w Polsce.  Zdecydowanie nie jest to pozycja naukowa,  napisana jest niezwykle przystępnym językiem, czasami ocierającym się o potoczny. Środa niejednokrotnie ucieka się do ironii, czy nawet zwyczajnej złośliwości prezentując sylwetki ulubionych polityków czy publicystów. To książka bardzo szczera, bezkompromisowa, bez kalkulacji i gryzienia się w język. Miejscami jednak jest chaotyczna, w różnych rozdziałach dotyczących całego wahlarza spraw społecznych od macierzyństwa po historię polskiego feminizmu powtarzają się te same argumenty, a miejscami trochę naciąga koncepcję, że wszystkiemu są winni faceci.

Nie znoszę etykietek, nie zastanawiałam się więc nigdy nad tym, czy jestem feministką. Poglądy chociażby Magdaleny Środy były dla mnie  zawsze sprawą oczywistą, kwestią logicznego i samodzielnego myślenia. Zawsze jednak zastanawiała mnie na przykład kwestia kobiet, które robiły zawrotną karierę kręcąc w telewizji tyłkami  (kiedyś nawet już o tym dyskutowałyśmy na blogu). Z jednej strony każda kobieta ma prawo do samodzielnego decydowania o swoim życiu, sposobie zarabiania, stylu ubierania. Kręcące tyłeczki mają więc prawo do krótkich spódniczek i zarabiania swoją seksualnością. Na ile jednak jest to wolny wybór, a może i świadome, instrumentalne wykorzystywanie patriarchalnego społeczeństwa, a na ile wyraz zupełnego zmanipulowania i powielenia przyswojonych drogą socjalizacji wzorców? Weźmy na przykład gwiazdę włoskiej sieci telefonicznej TIM, która co kilka tygodni występuje w nowej reklamówce (ciężko zresztą się domyślić, że to reklamy telefonów komórkowych), prowadzi show w telewizji i jest czołową celebrytką we Włoszech. Kobieta wyzwolona czy zniewolona?

 

 

Magdalena Środa porusza ten problem rozważając kwestie prostytucji i pornografii. Okazuje się, że te dwa tematy to punkt sporny również wśród feministek. Liberalne feministki  nie potępiają zarabiania własnym ciałem, o ile nie wynika ono z przymusu  i nie dotyczy dzieci.  Liczy się przede wszystkim wolność wyboru i decydowania o sobie. Z drugiej strony radykalne feministki twierdzą, że prostytucja czy pornografia są najjaskrawszym wyrazem podporządkowania i instrumentalizacji kobiet.(...) To patriarchalizm powoduje, że prostytutką jest każda kobieta (żona, sekretarka, dziewczyna, pracownica, kobieta upadła), ponieważ zawsze w jakiejś formie sprzedaje się mężczyźnie (str 241).

Jestem skłonna zgodzić się z liberalnym podejściem do prostytucji, pornografii czy sprzedawania swojej  seksualności w telewizji. Daleka też jestem od oceniania moralnie tych  zjawisk. Podobne zdanie ma zresztą i Środa. Rzecz w tym, że taka przyzwalająca postawa powiela stereotypy, z którymi walczą feministki, jest mechanizmem napędzającym patriarchalny model społeczeństwa. Prawo pracy dostosowane jest do mężczyzn, ciągle nie uwzględnia wystarczająco kwestii macierzyństwa, powrotów do pracy po okresie wychowaczym, pracy domowej kobiet. Polityka rządowa skupia się na męskich  priorytetach: zbrojeniach, wojnach, budowaniu stadionów, dróg dojazdowych do nich itd. A to właśnie te modele, gdzie kwestie kobiece są drugorzędne i sprowadzane do seksualności, należy zwalczać. Tak długo jak będziemy hołdować męskim priorytetom, będziemy nierówno traktowane w pracy, narażone na molestowanie,  gorzej opłacane, będziemy pozbawione możliwości decydowania o własnym ciele i rozwoju zawodowym.

Jako receptę na ten dysonans Środa wydaje się wskazywać parytety. Zamiast pracy u podstaw, feministki sugerują zacząć zmiany od góry - od tych, którzy decydują. 35% posłów płci żeńskiej wystarczy aby kwestie kobiece podnieść do wyższej rangi. Teraz ciągle jest nas za mało w polityce i na wysokich stanowiskach. Kobiety nie zostały nauczone walki o swoje potrzeby, przyzwyczaiły się do tego, co mogą osiągnąć w męskim świecie, zaakceptowały swoją pozycję i role, jakie mogą odkrywać (role żon, kochanek, asystentek, seks bomb). Potrzebują kopa w pupę, potrzebują windy, która wzniesie je na poziom równy z mężczyznami, bo podczas gdy ci jechali ruchomymi schodami w górę, one siedziały zamknięte w domach (str.351). Musimy stanąć na równi z facetami aby dostrzec te same możliwości. Może wtedy listy kandydatek do Sejmu staną się dłuższe od tych do eliminacji  Miss Polski, a Belen Rodriguez znajdzie inne formy samorealizacji niż reklamowanie komórek w stroju kąpielowym.

Magdalena Środa porusza w swojej książce wiele niezwykle ciekawych kwestii. Nie ze wszystkimi się zgadzam, niektóre uznaję wręcz za zbyt radykalne (na przykład kwestia używania kosmetyków i robienia makijażu), ale o to właśnie w tej książce chodzi. Swoimi poglądami autorka drażni, zmusza do myślenia i szukania własnych odpowiedzi, a czasami też otwiera nam oczy. Polecam wszystkim, którzy nie boją się chadzać niewydeptanymi ścieżkami.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25